Od tłumacza: Witam po długiej przerwie! Wakacje już za mną, kilka wyjazdów służbowych również. Do tego awaria i wymiana komputera. Mam nadzieję, że teraz zdołam wrócić do normalnego tempa tłumaczenia, czyli mniej więcej 1 rozdziału tygodniowo. Dzięki za wszystkie recenzje i słowa zachęty, które od Was dostaję. Nie zapomnijcie odwiedzić też mojego bloga „Z pierwszej półki" (zpierwszejpolki. blox. pl), który z tych samych powodów ostatnio jest aktualizowany dość rzadko, ale obiecuję poprawę.

Jak zwykle brawa dla Shaunee Altman za korektę. Dodatkowe brawa za to, że poradziła sobie, mimo że omyłkowo wysłałem jej nieedytowalną wersję pliku!


Od autorów: Standardowe zastrzeżenie: Nic z tego nie jest nasze. Żaden skrzat domowy nie ucierpiał przy tworzeniu tego rozdziału.


Rozdział 11 – Stres, listy i ból głowy

Blaise i Wan

Blaise Zabini i Susan Bones eskortowali trzecioroczniaczkę, która wracała do Pokoju Wspólnego z biblioteki. Co prawda ataki na uczniów Hogwartu w większości ustały, jednak niektórzy młodsi uczniowie nie chcieli ryzykować, chodząc samemu po szkole. Zbliżała się cisza nocna i pogrążający się w mroku zamek mógł być niebezpiecznym miejscem dla mugolaków i uczniów półkrwi.

Cała trójka wyszła za róg i skierowała się ku schodom, gdy dobiegł ich cichy głos:

- Blaise?

Ex-Ślizgon zerknął z ciekawością przez ramię i ujrzał zbliżającą się do nich Wan Chang.

- Panno Chang, co mogę dla ciebie zrobić? – spytał Blaise chłodno lecz uprzejmie.

- Czy mogę porozmawiać z tobą przez chwilę? Na osobności? – spytała Wan, zerkając w stronę Susan i ich młodej podopiecznej.

Blaise spojrzał na Susan, która uniosła brew i wzruszyła ramionami.

- Susan, zabierzesz pannę Walkins do Pokoju Wspólnego? Ja zostanę i porozmawiam z panną Chang.

Susan skinęła głową i położyła dłoń na ramieniu Marii Walkins.

- Zobaczymy się później, Blaise. Dobranoc, panno Chang – dodała uprzejmie.

Gdy jego towarzyszki oddaliły się korytarzem, Blaise odwrócił się i popatrzył wyczekująco na Wan.

- Przede wszystkim chciałam ci podziękować. Mało kto zechciałby mnie wysłuchać po tym, co zrobiłam. Wiem, że zasłużyłam na karę, ale to co się ze mną dzieje nie jest łatwe do zniesienia.

Blaise skinął głową, ale nie odpowiedział. Wan wciąż patrzyła na niego w milczeniu, więc spytał:

- Czy to wszystko, panno Chang?

- Nie. Słuchaj, wiem, że zrobiłam źle. Nie mogę uwierzyć, że tak zaufałam Danny'emu. Nie wiedziałam kim jest, ale powinnam się tego domyślić. Z jakiego innego powodu mógłby mówić te wszystkie okropne rzeczy? Dlaczego miałby chcieć, żebym krzywdziła innych uczniów? Ale on był pierwszym chłopakiem, któremu się spodobałam, dzięki któremu czułam się wyjątkowa. Wszyscy zawsze gadali o Cho i o tym, jaka jest piękna. Nikt nigdy mnie nie dostrzegał. Kiedy pojawił się Danny, zabujałam się w nim. Zrobiłabym wszystko, byle go uszczęśliwić. Byłam taka głupia – zakończyła cicho.

Blaise oparł się plecami o ścianę, skrzyżował ramiona i przyjrzał się uważnie stojącej przed nim młodej kobiecie. Co prawda mogła kłamać, ale Blaise czuł, że mówi prawdę.

- Panno Chang, to częsty sposób. Znaleźć młodą, wrażliwą dziewczynę, prawić jej komplementy i dać jej wszystko, czego jej zdaniem brak jej w życiu: uczucie, prezenty, uwaga, czy cokolwiek innego. W efekcie łatwo nią manipulować. Ale ty wiesz o tym najlepiej, prawda?

Odsunęła się od niego i spojrzała w podłogą.

- Tak… Danny był dobrym nauczycielem – wyszeptała.

- Więc czego chcesz ode mnie? – spytał.

- Chcę porozmawiać z Harrym Potterem – wyznała, patrząc na niego z determinacją. – Muszę go przeprosić. Mam nadzieję, że da mi kolejną szansę. Wiem, że na to nie zasługuję, ale muszę spróbować. Chcę odpokutować za moje czyny. Wiem, że uczniowie mi nie zaufają. Wiem, że nie zostanę przyjęta do Brygady Feniksa i nie ma czasu, bym zdążyła nauczyć się walczyć. Ale musi być coś, co mogę zrobić, by wam pomóc.

- Czemu nie poszłaś z tym do Harry'ego tylko do mnie?

- Żartujesz? – spytała przestraszona. – Jeśli tylko zbliżyłabym się do niego zostałabym rozerwana na strzępy, albo przez jego ochronę, albo przez Ginny Weasley.

- Pan Potter jest w stanie sam bronić się przed takimi jak ty, panno Chang – odrzekł oschle Blaise. – Mogłaś go zaskoczyć pierwszym razem, ale nie kolejnym. Powinnaś o tym pamiętać, jeśli kiedyś przyjdzie ci do głowy, by znaleźć sobie kolejnego chłopaka-Śmierciożercę. Dumbledore mógł cię teraz uratować, ale Potter nie da ci kolejnej szansy.

- Nie będę potrzebowała kolejnej szansy – zapewniła energicznie. – Wiem, że słowa nie wystarczą, by przekonać kogokolwiek, ale nie dam się więcej nikomu zmanipulować.

Przez chwilę spoglądał jej intensywnie w oczy. Widząc, że nie denerwuje się i nie próbuje odwracać wzroku, skinął głową.

- W porządku, panno Chang. Porozmawiam w twoim imieniu z panem Potterem i zobaczę co on powie. Być może zachce się z tobą spotkać. Jeśli tak będzie, sugeruję, byś nie kłamała, niezależnie o co cię zapyta.

- Nie skłamię. Dziękuję, Blaise.

Wzruszył ramionami i wyprostował się.

- Już prawie cisza nocna. Wracajmy do Pokoju Wspólnego, nim Filch zacznie polowanie. Nie udało mu się wlepić zbyt wielu szlabanów w tym semestrze i chyba nie jest z tego zadowolony.

Usta Wan lekko drgnęły w reakcji na ten żart i ruszyła pierwsza schodami. Jej sytuacja wyglądała nieco lepiej i nie czuła się tak zadowolona od wielu dni. To się mogło udać!


Ujawnione tajemnice

Gdy tylko Harry dowiedział się, że zakończyła się renowacja portretów, zaciągnął Ginny do prywatnego apartamentu Snape'ów. Chciał im wyjawić parę spraw i, szczerze mówiąc, potrzebował tam Ginny w ramach wsparcia psychicznego.

Zapukał i po minucie drzwi się otworzyły. Severus uniósł pytająco brew na widok Ginny. Harry uśmiechnął się przepraszająco i starszy mężczyzna wpuścił oboje.

Jeśli Serenę zaskoczyła obecność Ginny, nie dała tego po sobie poznać.

- Zanim przejdziemy do obrazów, jest coś, co chciałbym pokazać wam obojgu. Uważam, że zasługujecie, by o tym wiedzieć. Chciałem jeszcze poczekać, ale wtedy na szczycie Wieży Astronomicznej ujawniłem nieco zbyt dużo i myślę, że pani mąż prędzej czy później doszedłby do prawdy – powiedział Harry, zerkając na Severusa. – W ten sposób go uprzedzę – dodał z uśmiechem.

Serena i Severus spojrzeli po sobie.

- Co powiecie na filiżankę herbaty? – spytała Serena, sadzając ich przy stoliku. Rozlała napój, po czym usiadła i czekała aż Harry zacznie mówić.

- W wakacje między moim piątym i szóstym rokiem pewien goblin popełnił pomyłkę, która dramatycznie odmieniła moje życie – zaczął Harry.

Potem przeszedł do opowieści o liście, który otrzymał od rodziców i dziwnym zachowaniu tego przedmiotu. Potem wyjaśnił, że jego przyjaciele kupili wisiorek, w którym trzymał list i o ostrzeżeniach, które wisiorek mu przekazywał. Opisał, jak do listu doszły nowe fragmenty, gdy pokazywał go Arturowi i Molly Weasleyom. Ginny gwałtownie wciągnęła powietrze na te słowa. Harry nie powiedział jej o nowych akapitach. Spojrzał na nią przepraszająco.

- Gin, ta część zawierała prywatną wiadomość dla twojej mamy. Nie byłem pewien, czy chciałaby ją pokazywać, ale rozmawiałem z nią w czasie świąt i powiedziała, że możesz to wszystko zobaczyć – wyjaśnił.

Harry spojrzał na dwójkę nauczycieli.

- Chciałbym pokazać to wam obojgu. To wyjaśni kilka rzeczy i, mogę się mylić, ale wydaje mi się, że na końcu czeka nowa wiadomość. Wiadomość przeznaczona dla pana.

Serena nachyliła się z zainteresowaniem, podczas gdy Harry męczył się z zapięciem wisiorka. W końcu zdołał je otworzyć, położył przedmiot na stole i dotknął go różdżką. Tak jak poprzednio, nad stołem pojawił się obraz listu w wielkości umożliwiającej łatwe odczytanie liter.

Ginny wstrzymała oddech, gdy obraz zjechał na drugą część listu, zawierającą fragment skierowany do jej rodziców. Snape'owie czytali wszystko z zainteresowaniem. Gdy wszyscy skończyli drugą część, obraz przewinął się ponownie i zaczęły się pojawiać litery stawiane kobiecą ręką.

Harry, kochanie,
Cieszę się, że wreszcie postanowiłeś podzielić się tym z Severusem i jego cudowną żoną. Severusie, nawet kiedy byliśmy dziećmi idącymi dopiero do Hogwartu, a Ty zachowywałeś się jak największy palant w szkole, wiedziałam, że możesz stać się dobrym człowiekiem. Zaskoczyło mnie tylko, że tyle czasu zajęło Ci odkrycie tego faktu. Podejrzewam, że Serena miała z tym coś wspólnego, ale tak być powinno. My kobiety musimy ukształtować naszych mężczyzn, by zachowywali się odpowiednio. Teraz Ci dwaj faceci koło mnie chcieliby Ci coś powiedzieć i mam nadzieję, że zrobią to właściwie, albo cisnę w nich taką klątwą, że pożałują!

Pismo zmieniło się na bardziej męskie.

Sev, staruszku. Przepraszam za ufarbowanie Twoich włosów na różowo i wszystkie te figle, które Ci spłataliśmy. Wiem, że nie zawsze zgadzaliśmy się w pewnych sprawach, ale jestem Ci bardzo wdzięczny za przyjaźń i pomoc, którą okazałeś przez ostatni rok mojemu Chrześniakowi. Zapewne nigdy się nie polubimy, ale dziękują za pomaganie Harry'emu.
Syriusz Black

Pismo znów uległo zmianie.

Severusie, chciałbym wierzyć, że gdybym był tam dzisiaj, moglibyśmy porozumieć się, tak jak Ty z moim synem. Podobnie jak Syriusz, chciałbym przeprosić Cię za to mnóstwo psot, zwłaszcza za ten raz, kiedy skłoniliśmy Cię do wysadzenia w powietrze laboratorium od Eliksirów. Cieszę się, że wreszcie przestałeś dostrzegać mnie w moim synu. To dobry człowiek, chociaż płata za mało figli.
AUĆ! Lily, przestań!
W każdym razie wszyscy z dumą patrzyliśmy, jak razem z Harrym odkładacie na bok swoje różnice i pracujecie razem. Masz za to moją nieskończoną wdzięczność.
James Potter

Na kartce znów zaczęło pojawiać się płynne, kobiece pismo matki Harry'ego.

Harry, zaklęcie, które nałożyłam na ten pergamin już się niemal wyczerpało. Wciąż jednak możemy go używać, by Ci doradzać. Pamiętaj, że wszyscy Cię kochamy i strasznie za Tobą tęsknimy. Wyrósł z Ciebie wspaniały mężczyzna i wszyscy jesteśmy z Ciebie bardzo dumni. Opiekuj się Ginny, ona jest źródłem Twojej siły. Ginny, zajmij się moim mały zielonookim diabełkiem.
Lily Potter

Przy ostatnim akapicie oczy Harry'ego zamgliły się nieco. Ginny delikatnie otarła łzę, spływającą mu po policzku. Po kilku chwilach obrazek wrócił do wisiorka.

Severus wypuścił wstrzymywany oddech i oparł się ciężko, jakby otrzymał cios w żołądek. Serena ujęła go za rękę.

- Na Merlina! – zawołał, przeciągając dłonią po włosach.

- Severusie – powiedziała delikatnie Serena, patrząc na niego ze zmartwieniem. – Wszystko w porządku?

- Tak, tak, w porządku. Po prostu nie sądziłem, że dożyję kiedyś dnia… pomyśleć tylko, zaklęcie sięgające poza śmierć… niesamowite! Jeśli ktoś mógł w ogóle tego dokonać to musiała być Lily Potter. Jej znajomość zaklęć była fenomenalna. To wiele wyjaśnia – zauważył, patrząc z namysłem na Harry'ego. – Na przykład to, czemu tak się pokłóciłeś z dyrektorem na początku roku i czemu wciąż masz problem, by mu zaufać. Mam rację, Harry?

Harry odpowiedział, nie patrząc mu w oczy:

- Trudno zapomnieć i przebaczyć to wszystko, przez co musiałem przejść u Dursleyów. A on o tym wszystkim wiedział. Może to nie on mnie bił, ale nigdy nie kiwnął palcem, by temu zapobiec. Naprawdę staram się z tym pogodzić, ale czasami ta świadomość po prostu mnie dopada. Ukrył też przede mną moje dziedzictwo. Gdybym wiedział wcześniej, Syriusz mógłby wciąż żyć.

Severus pokiwał głową.

- Tak, rozumiem czemu możesz mieć problemy z zaufaniem mu ponownie.

- Severusie, naprawdę wysadziłeś laboratorium Eliksirów? – przerwała im Serena. – Ciekawe co powiedziałby na to pan Longbottom?

Severus rzucił żonie spojrzenie z cyklu „nie waż się!", a Serena i Ginny parsknęły śmiechem.

Nauczycielka Eliksirów ponownie spojrzała na Harry'ego.

- Więc to miałeś na myśli, mówiąc, że otrzymujesz ostrzeżenia? Wisiorek doradzał ci w jakiś sposób? – spytała.

Harry skinął głową.

- Tak. Jeśli zbliżają się kłopoty to tak jakby obija się o moją pierś. Czasami, gdy nie wiem jaką decyzję podjąć, pomaga mi, robiąc się ciepły w odpowiedniej chwili. Pamiętacie zeszły rok, gdy zaczęliśmy pracować nad Proteuszem? Wisiorek upewnił mnie, że mogę wam zaufać z tymi informacjami.

Serena wyciągnęła rękę nad blatem i dotknęła dłoni Harry'ego.

- Harry, przez ostatni rok podzieliłeś się z nami całą masą tajemnic, ale to chyba ta jest najcenniejsza. Zdaję sobie sprawę, jaka to dla ciebie intymna i istotna sprawa. A Severusowi na pewno nie zaszkodzi, jeśli odnajdzie spokój jeśli chodzi o tą część życia, której wspomnienia go bolały. Dziękujemy ci za to, oboje.

Spojrzała na męża, wiedząc, że tej nocy czeka ich jedna z „tych" rozmów. Severus w milczeniu skinął głową.

Harry niezgrabnie usiłował nałożyć wisiorek z powrotem, ale Ginny wtrąciła się i mu pomogła. Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. To cholerne zapięcie zawsze sprawiało mu kłopoty!

- To może teraz dopijemy herbatę i pójdziemy popatrzeć na te obrazy – zaproponowała z uśmiechem Serena.

Cała czwórka siedziała przez pewien czas wokół stołu popijając herbatkę i rozmawiając o drobiazgach. Wyglądało na to, że Harry nie ma ochoty zająć się portretami. Serena wspomniała, jak zaskoczyło ją zachowanie Wan Chang, gdy przyniesiono do szpitala pobitego chłopca z mugolskiej rodziny. Wan pomagała Madam Pomfrey i siedziała przy chłopcu podczas działania eliksirów, uspokajając i pocieszając go. Harry powiedział Snape'om, że rozmawiał krótko z Wan podczas swojego pobytu w szpitalu i rozumie ciężką sytuację, w jakiej się znalazła. Znała tożsamość kilku osób stojących za atakami i bała się o własne życie.

- Harry, jaka jest różnica między Wan Chang i Draco Malfoyem? – spytał nagle Severus, zastanawiając się czy młody mężczyzna w ogóle widzi jakąś różnicę.

Harry pociągnął łyk herbaty i oparł się wygodniej.

- Wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do tego, że Draco od urodzenia uczony był, że jest kimś lepszym od mugolaków i czarodziejów półkrwi. Wan Chang nie wychowywała się w takim środowisku, została do niego zwabiona podstępem. Oczywiście nie uważam, by była całkowicie niewinna, nie zgadzam się też z dyrektorem co do tego, jak powinna wyglądać jej kara, ale sam wiem jak to jest paść ofiarą podstępu… - urwał, a Ginny ujęła go za rękę.

Severus pokiwał głową. Serena spojrzała na niego pytająco, a on zerknął na Harry'ego, który wzruszył ramionami.

- Pod koniec swojego piątego roku Harry został oszukany przez Voldemorta – zaczął wyjaśniać Severus cichym głosem. – Harry myślał, że jego ojciec chrzestny został porwany i jest torturowany w podziemiach Ministerstwa Magii. Poprowadził grupę uczniów na ratunek, tylko po to, by odkryć, że to pułapka. Kiedy pomoc nadeszła, Harry jako jedyny uczeń nie był ranny. Za to musiał patrzeć, jak jego chrzestny ginie na jego oczach.

Serena spojrzała na Harry'ego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Młody mężczyzna jedynie wzruszył ramionami.

- Miałem ciekawą szkolną karierę… Wiesz – kontynuował, patrząc na Ginny – będziesz musiała mnie naprawdę mocno przekonywać, żebym zgodził się na wysłanie tu naszych dzieci.

- Ciekawa szkolna kariera to mało powiedziane – parsknęła Serena. – Nie jestem pewna czy miałeś tu choć jeden normalny miesiąc, a co dopiero rok.

- Ciekawa jestem, Harry, jak wyjaśnisz dyrektorowi, że wysyłasz dzieci do innej szkoły, choć sam uczysz w Hogwarcie. Jestem pewien, że będzie tym zachwycony – powiedziała Ginny. Harry tylko się skrzywił.

W pokoju rozległo się delikatne pikanie. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się do źródła dźwięku.

Jedna ściana pomieszczenia stała się całkiem czarna. Pojawił się na niej napis: „Ten program sponsorowany jest przez Czarodziejskie Dowcipy Weasleyów! Ulica Pokątna, już wkrótce także w Hogsmeade!". Potem pojawił się pokój. Znajdował się w nim mały okrągły stolik z dwoma krzesłami i uroczystym nakryciem. Przez moment nic się nie działo, ale potem drzwi stanęły otworem…


I kto tu jest romantykiem?

Ron odetchnął z ulgą. Wreszcie pozbył się Harry'ego i Ginny na kilka godzin i mógł spędzić trochę czasu sam na sam z Hermioną. Miał tylko jeden problem. Prywatność, a właściwie jej brak. Nie mógł skorzystać z Pokoju Życzeń, bo Luna i Neville właśnie prowadzili tam zajęcia z pierwszej pomocy dla ochotników z czwartego roku. Wieża Astronomiczna była zbyt popularna wśród innych uczniów, zwłaszcza w zimie, gdy przydawało się rzucone na nią zaklęcie ogrzewające. W desperacji zwrócił się do swoich braci, tak TYCH dwóch braci, z pytaniem czy zdołają załatwić mu przytulny pokój, gdzie mógłby spędzić kilka godzin z Hermioną na osobności.

Kiedy Harry i Ginny wyszli na spotkanie ze Snape'ami, Ron podjął decyzję. Hermiona siedziała przy pobliskim stoliku, pracując nad pracą domową z Numerologii.

- Mionko, może się przejdziemy? – spytał.

Uniosła na niego wzrok.

- Ron, przecież wiesz, że muszę to skończyć.

- Oj Mionko, chodź. Spacer dobrze ci zrobi – przekonywał, rzucając jej najlepsze błagalne spojrzenie, jakie posiadał w swoim arsenale.

Spojrzała na niego z namysłem. W końcu wzruszyła ramionami i uznała, że przerwa nie powinna jej za bardzo zaszkodzić. Włożyła zeszyty do torby i wstała, biorąc swojego chłopaka za rękę. Ron wyprowadził ją z Pokoju Wspólnego i powiódł ku głównemu wyjściu.

Zdumiona Hermiona wyszła za nim z zamku i ruszyła ku budynkowi Uzbrojenia. Wciągnął ją do środku i wprowadził do jednego z pomieszczeń, w którym nigdy wcześniej nie była.

Ron spędził sporo czasu przygotowując pokój, by był idealny. Nie ufał na tyle swoim braciom, więc dogadał się ze Zgredkiem, by skrzat przygotował lekki posiłek. Ron miał go zawołać, gdy będzie gotowy.

W pokoju stał stół, nakryty obrusem w biało-czerwoną kratkę. W jednym z narożników stały zaklęte samogrające instrumenty. Świeca oświetlała stół, a inne płonęły w kandelabrach przymocowanych na ścianie.

Ron podprowadził Hermionę do stołu. Ta nie mogła w to uwierzyć. Ron, który próbuje być romantyczny to jedno, ale żeby mu się udało?

Żadne z nich nie dostrzegło delikatnego blasku z jednej ze ścian.

Ron zawołał cicho Zgredka i mały skrzat pojawił się w pomieszczeniu z Mrużką u boku. Ułożył przed nimi talerze oraz postawił półmisek z mięsami i serami na stole. Strzelił palcami w stronę instrumentów, które natychmiast zaczęły grać delikatnie. Mrużka położyła na stole wiaderko z lodem i butelką mugolskiego szampana. Następnie ustawiła dwa kieliszki do szampana obok wiaderka.

Dwa ciche pyknięcia i skrzaty zniknęły. Hermiona zrobiła wielkie oczy na widok butelki.

- Ron… czy to…? – spytała

- Tak – przyznał zarumieniony. – Poradziłem się Harry'ego, który powiedział, że to tradycja, by celebrować romantyczny wieczór… szampanem? – zmarszczył brwi, usiłując nie przekręcić nowego słowa.

Ron wstał i obszedł stół. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął małe pudełeczko, a następnie opadł na jedno kolano i popatrzył na Hermionę. Brunetka obróciła się do niego i złożyła ręce na kolanach. Oczy zaszły jej łzami, gdy Ron ujął ją za rękę.

- Hermiono Jane Granger, wyjdziesz za mnie? – spytał z miłością w oczach.

Zarumieniła się i spojrzała mu głęboko w oczy.

- Bardzo chętnie, Ron – odpowiedziała, a on otworzył pudełko i wyciągnął pierścionek.

I jak na komendę, cały romantyczny wieczór, który tak starannie zaplanował, potoczył się źle. Zaczęło się niewinnie, nieszkodliwie. Upuścił pierścionek.

Hermiona nachyliła się, by go podnieść, a on wyprostował, by zobaczyć gdzie się potoczył. Zderzyli się głowami.

Ron opadł na kolana, trzymając się za głowę, Hermiona odchyliła się na oparcie, trzymają swoją. Jęknęli, spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem.

Ron podniósł pierścionek i nałożył jej go na palec. Hermiona krzyknęła z radości i rzuciła się na swojego zupełnie nieprzygotowanego narzeczonego. Zaskoczony Ron poleciał do tyłu i mocno uderzył głową o kamienną podłogę. Hermiona dopiero po chwili zorientował się, że całuje nieprzytomnego mężczyznę. Ostrożnie sprawdziła tył jego głowy i poczekała, aż dojdzie do siebie.

Kiedy odzyskał przytomność, Hermiona wciąż nachylała się nad nim, zamartwiając się krzywdą, którą mu zrobiła. Pociągnął ją na siebie. Nieprzygotowana czarodziejka pisnęła zaskoczona. Pocałował ją z żarem, jakiego nie czuł nigdy wcześniej. Przylgnęła do niego mocno, odwzajemniając pocałunek. Jednak kiedy włożyła dłonie w jego włosy, Ron aż podskoczył z bólu. Hermiona odsunęła się od niego, wstała i wyciągnęła do niego rękę, którą z wdzięcznością przyjął.

Wrócili na swoje miejsca, Ron nieco chwiejnie. Sięgnął po butelkę i niepewnie popatrzył na skomplikowaną górę.

- Zerwij folię, a potem delikatnie podważ korek kciukiem – zasugerowała delikatnie Hermiona. Mieliśmy kiepski początek, pomyślała, ale to wciąż może być cudowny wieczór.

Ron skinął jej z wdzięcznością głową i zamarł, patrząc się w jej brązowe oczy o kolorze płynnej czekolady. Wreszcie potrząsnął głową, oderwał się od jej spojrzenia i zaczął zdzierać folię z szyjki butelki. Okazało się, że to właśnie była ta łatwa część. Kotek wcale nie był korkiem. Okazał się jakimś mugolskim materiałem, białym, twardym i zakleszczonym na amen!

Włożył sobie butelkę między nogi, by ją przytrzymać i poruszył korkiem w tę i z powrotem. Kiedy korek wreszcie wystrzelił z butelki, odbił się rykoszetem od sufitu i trafił Hermionę prosto w czoło. Fontanna szampana wypłynęła z butelki, doszczętnie mocząc spodnie Rona.

Hermiona zamrugała, czując trafienie korka. Miała coś powiedzieć Ronowi, lecz dostrzegła, że jego twarz przybrała dziwnie purpurowy kolor. Głowa opadła mu na mokry stół i oddychał urywanie.

- Ron! – zawołała z niepokojem.

Zerwała się od stołu z taką energią, że cały się zakołysał, uderzając Rona kilkukrotnie w czoło.

Uklękła przy Ronie i gwałtownie wciągnęła powietrze. Podczas otwierania trzymał butelkę tuż przy kroczu. Kiedy korek wystrzelił, butelka uderzyła w dół.

- Mionko? – wydusił Ron.

- Tak? – spytała zmartwiona.

- Chyba połamałem swoje klejnoty rodowe! – jęknął.

Wyjęła mu butelkę z dłoni i delikatnie przytuliła.

- Chcesz iść do Madam Pomfrey? Jestem pewna, że ma eliksir…

- Nie! – zawołał, patrząc na nią wstrząśnięty.

- Zawsze mogę je pocałować, może będzie lepiej – zaproponowała szelmowsko.

Spojrzał na nią w szoku. Widząc jego minę, zachichotała.

Gdy Ron doszedł do siebie, zasiedli ponownie przy stole. Naprawili zniszczenia i przy szampanie rozkoszowali się przygotowanym przez Zgredka posiłkiem.

Żadne z nich nie zauważyło, że ściana przestała świecić.


U Snape'ów

Harry i Ginny śmiali się tak bardzo, że musieli się nawzajem podtrzymywać. Serena kilka razy niemal spadła z krzesła, a Severus uśmiechał się zupełnie otwarcie. Sądząc po odgłosach z korytarza, mała przygoda Rona była wyświetlana jeszcze w co najmniej kilku innych miejscach.

- To może sprawdzimy portrety? – spytała Serena, gdy się nieco uspokoili.

- W porządku. Pospieszmy się, bo chcę być przy wejściu do szkoły, gdy Ron i Mionka wrócą – odpowiedział Harry ze złośliwym uśmiechem.

Serena wprowadziła ich do prywatnego laboratorium, gdzie trzymała obrazy. Oczy Harry'ego natychmiast spoczęły na jednym z malowideł. Wyciągnął swój szkicownik i zaczął starannie przerysowywać rękojeść.

- Harry, czy to… ? – spytała Ginny.

Harry pokiwał głową z szerokim uśmiechem.

- Tak Gin, dokładnie. Pytanie brzmi, co go aktywuje? Inkantacja? Ruch?

- Harry, nie komplikuj sobie tego nadmiernie – przerwał mu Severus. – To przecież miecz. Może to coś tak prostego jak kontakt z krwią?

- Tak! To ma sens! – zawołał Harry.

Wziął jeden obraz, skurczył go i schował do kieszeni razem ze szkicownikiem.

- Dyrektor będzie pewnie zadowolony, że odzyska te portrety. Oddam mu ostatni, jak tylko skończą moje szkice. Wiem już więcej na temat tego, co muszę teraz zrobić.

Harry i Ginny podziękowali Snape'om, wyszli z apartamentu i ruszyli ku głównemu wejściu do szkoły. Biorąc pod uwagę zgromadzony tłum, nie byli jedynymi osobami, które chciały natychmiast złożyć życzenia młodej parze.


Ron i Hermiona

Ron i Hermiona wyszli z pokoju w Uzbrojeniu. Ku ich zdumieniu z sąsiedniego pomieszczenia dobiegał głośny śmiech. Hermiona spojrzała podejrzliwie na Rona, który mógł jedynie wzruszyć ramionami.

- Pewnie zaśmiewają się z jakiejś nowej rzeczy, którą wymyślili – powiedział. – Znasz ich przecież.

Gdy w gasnącym świetle dnia zmierzali przez trawnik w stronę szkoły, usłyszeli za sobą głośny, gwiżdżący dźwięk. Rakieta wystartowała z budynku i wzbiła się w nocne niebo nad ich głowami.

Zatrzymali się, by popatrzeć. Ron miał niepokojące wrażenie, że może jednak poproszenie braci o pomoc nie było takim dobrym pomysłem. To wrażenie zostało wzmocnione chwilę później, gdy rakieta eksplodowała, a na niebie pojawiły się wielkie ogniste litery, układające się w napis „GRATULACJE DLA RONA I HERMIONY".

Hermiona jęknęła i złapała Rona za rękę.

- Zabiję ich! – syknęła ze złością.

Gdy zbliżyli się do zamku dostrzegli zebrany tłum. Zgromadzeni uśmiechali się od ucha do ucha. Na ten widok szczęśliwa para zatrzymała się, jednak Harry i Ginny wyszli naprzód i przyciągnęli ich do grupy.

- Hej stary, gratulacje! – zawołał Harry. – Ale naprawdę powinieneś bardziej uważać na swoje klejnoty rodowe, jeśli wiesz o co mi chodzi. W końcu co dobrego może być w małżeństwie, jeśli masz uszkodzone klejnoty?

Dłuższą chwilę potrwało, nim dotarło do nich znaczenie słów Harry'ego. Jednak kiedy to nastąpiło, Hermiona odwróciła się gwałtownie do Rona.

- ZABIJĘ ICH! – wrzasnęła.

Harry spojrzał na nią i wybuchnął śmiechem.

- To nie tylko wina bliźniaków, Mionko. Ten twój ukochany nie powinien zwracać się do nich z prośbą o pomoc. Ale chodźcie już, naszykowaliśmy dla was imprezę w Pokoju Wspólnym.

Hermiona uspokoiła się nieco, gdy Lavender, Parvati, Susan i inne dziewczyny podbiegły do niej, domagając się, by pokazała im pierścionek. Spojrzała ze wściekłością na Harry'ego, który mrugnął do niej wesoło, ale dała się zaprowadzić do Pokoju Wspólnego.


U Snape'ów, późny wieczór

Serena przekręciła się niespokojnie, mamrocząc ze złością, gdy nogi zaplątały jej się w kołdrę. Przez ostatnich kilka godzin to zasypiała, to się budziła, ale głęboki sen nie nadchodził. Myślała, że Severus będzie chciał z nią porozmawiać tej nocy, ale gdy poruszyła ten temat po wyjściu Harry'ego i Ginny, warknął tylko na nią i zamknął się w gabinecie przy sprawdzaniu prac domowych. Zrozumiałą aluzję i zostawiła go w spokoju.

Poszła do łózka sama, wiedząc, że jej mąż dołączy do niej, gdy będzie na to gotowy. Kiedy w końcu wśliznął się pod przykrycie leżał tak, napięty i rozbudzony, podczas gdy ona starała się przysnąć. Teraz, wyplątując nogi z przykrycia, zorientowała się, że miejsce koło niej jest puste.

Westchnęła, wzięła jego poduszkę i mocno się w nią wtuliła. Wiedziała, że oboje będą spać lepiej, jeśli on zdoła to z siebie wyrzucić. Ale skłonienie Severusa Snape'a, by zrobił coś, na co nie miał ochoty, było zadaniem godnym Herkulesa, a ona o tej godzinie po prostu nie miała na to sił. Poza tym nigdy nie była w najlepszej formie, jeśli nie mogła się wyspać. Więc leżała w ciemnościach i pozwalała myślom swobodnie dryfować.

Nie była pewna jak długo tak leżała. To mogły być godziny lub tylko minuty. Ale coś zaczęło jej przeszkadzać. Nigdy nie mówiła o tym Severusowi, ale gdy był w mrocznym, ponurym nastroju jak tej nocy, czuła to gdzieś z tyłu głowy. Zupełnie jak swędzenie, do którego nie sposób sięgnąć, ale które z całego serca chce się podrapać.

W końcu poddała się i przyciągnęła kolana do piersi. Dlaczego nie mogło być wcześniej?

- Severus? – powiedziała, wiedząc że tu jest, choć go nie widziała.

- Nie chciałem cię obudzić.

- Ale obudziłeś. Za głośno myślisz!

Chwila zaskoczonej ciszy, potem odpowiedź:

- Co to niby miało znaczyć?

- Nic. Jeszcze się do końca nie obudziłam. Chcesz o tym w końcu pogadać czy dalej będziesz tu smęcił? – burknęła.

- Idź spać – odparł chłodno.

Szlag! Będzie smęcił, co znaczy, że będzie bardziej wkurzony niż zwykle, a ja już w ogóle nie będę mogła pospać, pomyślała. Pobudka, czas zacząć walić głową w mur Severusa Snape'a, Warczącego Dupka.

Wyszła z łóżka, złapała szlafrok i narzuciła go sobie na ramiona, by ochronić się przed nocnym chłodem. Powoli ruszyła w stronę głosu. Wreszcie odnalazła męża, po prostu wpadając mu na plecy. Przesunęła się przed niego i oparła się plecami o jego pierś. Gdy się nie poruszył, burknęła coś i sięgnęła po jego dłonie, by objął ją w pasie. Kiedy zaczęła trząść się z zimna, przytulił ją mocniej, co sprawiło, że się uśmiechnęła.

- Wiesz, jeśli mamy tak tu stać, możemy równie dobrze mieć na co patrzeć – powiedziała, wyciągając rękę i odsuwając zasłony z okna. – Nie rozumiem, jak możesz tak stać w ciemności i nie patrzeć absolutnie na nic – dodała z ziewnięciem, gdy poświata księżycowa zalała pokój.

- Nie chciałem cię obudzić – odparł delikatnie.

- I faktycznie dało to świetny efekt – mruknęła, wtulając się mocniej w jego ciepło. – Powiedz mi – zażądała, gdy Severus dalej stał w milczeniu.

- Nie wiem gdzie zacząć – odrzekł.

- Oczywiście od początku. Wiem co nieco, ale od innych i to głównie dorosłych. Opowiedz mi o swoich uczniowskich latach w Hogwarcie.

I tak zaczęła się trzecia spowiedź Severusa Snape'a. Serena wiedziała o wielu paskudnych rzeczach, które w przeszłości zrobił jako Śmierciożerca. Nalegał, by się tego dowiedziała, nim się pobrali. Odmówił związania się z nią, póki nie poznała jego najgorszych chwil. Dwa tygodnie przed ślubem podzielił się z nią swoimi najgorszymi czynami za pośrednictwem myśloodsiewni. Był pewien, że po tym ją straci. Kiedy nie odwróciła się od niego, przysiągł sobie, że nigdy jej nie opuści.

Stał się Śmierciożercą w czasie swojego siódmego roku, w wieku siedemnastu lat, tak jak oczekiwał jego ojciec. Niewielu członków rodziny Snape'ów zbaczało ze ścieżki mroku. Tak było od stuleci. Kiedy Voldemort wzrósł w siłę, rodzina Snape'ów okazała się jedną z pierwszych, które poszły w jego ślady. Choć nie byli tak bogaci jak Malfoyowie, mówiono o nich, że są rodem o najbardziej slytherińskich umysłach. Czarny Pan nie był głupcem. Z fortuną Malfoyów i inteligencją Snape'ów jego plany musiały się udać.

Co prawda Severus mógłby uniknąć przyjęcia Mrocznego Znaku przez udanie się do Dumbledore'a, jednak jego doświadczenia w Hogwarcie nauczyły go, ze władze i siła to jedyne co się liczy. I to właśnie jego ciągłe starcia z Huncwotami umacniały w nim to przekonanie.

Nienawiść między nim i czwórką Gryfonów była wzajemna. Ciągłe psoty i kontrpsoty trwały przez cały okres ich nauki w Hogwarcie. Czwórka skupiła się na wyglądzie Snape'a, a on skoncentrował się na ich jedynej słabości. Lupinie. Wilkołak i to półkrwi. W jego hierarchii wartości zasługiwał na najwyższą pogardę. Choć zemstę za ich psoty wywierał na całej czwórce, zawsze dodawał coś szczególnie okrutnego, by dodatkowo udręczyć Lupina.

W późniejszych latach Severus zrozumiał, że to właśnie to skłoniło Blacka do zwabienia go do Wrzeszczącej Chaty tej nocy. Black miał dość ciągłych obelg pod adresem swojego przyjaciela i uznał skonfrontowanie młodego Ślizgona z tym, czego podobno tak bardzo nienawidził, za dobrą nauczkę. Gdyby James Potter nie ocalił go tamtej nocy, Severus by zginął, albo co gorsza został przemieniony.

Niezdolny do zapomnienia o tym incydencie przyjął z radością Mroczny Znak. Gdy będzie miał za sobą potęgę Czarnego Pana, z łatwością upora się z Huncwotami. Mógł mieć dług życia wobec Jamesa Pottera, ale Blackowi, Lupinowi i Pettigrewowi nie był winien niczego.

Jednak wszystko zmieniło się na siódmym roku, gdy poznał lepiej Lily Evans. Jej związek z Potterem był dla niego wyjątkowo niefortunny, ale dla jej dobra był w stanie odłożyć na bok osobiste animozje. Kiedy spędzali czas razem, z reguły na nauce, unikali rozmawiania o Huncwotach. Była inteligentna, dowcipna i bardzo piękna.

- Kochałeś ją? – przerwała mu cicho Serena.

- Tak, ale nie w taki sposób jaki masz na myśli. Lucjusz był moim przyjacielem, ale była to przyjaźń warunkowa. Zależało mu na utrzymywaniu przyjaznych relacji z moją rodziną, więc robił to za moim pośrednictwem. Jeśli te korzyści kiedyś by zniknęły, z naszą przyjaźnią stałoby się to samo. Z Lily było inaczej. Nigdy nie prosiła mnie o nic w zamian. Wystarczało jej towarzystwo, partner do nauki, ktoś kto rozumiał, jak ważna była dla niej nauka. Oczywiście nie wiedziała kim się stałem. Przynajmniej nie wtedy. Była… moją przyjaciółką.

Dopiero po skończeniu szkoły zaczął sobie zdawać sprawę, jak niewłaściwe były jego mroczne wybory. Po ceremonii rozdania dyplomów ojciec zabrał go na jego pierwszą Mroczną Ucztę. Ta noc wryła mu się głęboko w duszę. Wrzaski ofiar nawieszały go w snach nawet teraz.

Niedługo potem skontaktował się z Albusem Dumbledorem i wyznał mu wszystko. Oczekiwał, że zostanie wydany aurorom i zesłany do Azkabanu. Zamiast tego znalazł wybaczenie i nowy cel. Nie oczekiwał jednak subtelności, z jaką dyrektor wykorzysta go do własnych celów. I tak Severus Snape, Śmierciożerca, stał się Severusem Snapem, nauczycielem Eliksirów i szpiegiem. Wielu rzeczy w swoim życiu żałował, ale nigdy nie było wśród nich decyzji, by zostać szpiegiem.

Później dołączył do Zakonu, gdzie znów oczekiwało go towarzystwo Huncwotów. Nie znosił ich obecności, ale cieszył się, że może znów spotkać się z Lily. Wyszła za Jamesa i zaszła w ciążę. Szybko odnowili swoją przyjaźń. Choć James nigdy nie rozumiał, co jego żona widziała w Severusie, postanowił się nie wtrącać. Severus był mu za to wdzięczny, choć nie przyznał się do tego nikomu, nawet Lily.

Severus nie został poinformowany o planowanym ataku na Potterów. Dowiedział się od Lucjusza, ale było już za późno. Gdy dotarł do Doliny Godryka na miejscu domu znajdowała się wypalona ruina, nad którą złowieszczo wisiał Morsmordre.

Co mu po byciu szpiegiem, skoro nie potrafił ocalić swojej przyjaciółki?

Najpierw odnalazł Jamesa, ale wciąż miał nadzieję, że Lily przeżyła. Jednak zniknęła ona, gdy natknął się na jej ciało. Po raz pierwszy od wielu lat rozpłakał się. Płakał nad utraconą przyjaźnią i nad mądrą czarodziejką, której życie zakończyło się zdecydowanie za wcześnie.

Złożył jej ciało obok Jamesa i wyruszył szukać dziecka. Gdy nie znalazł śladu chłopca, wrócił do Hogwartu, gdzie Dumbledore poinformował go, że Harry jest bezpieczny.

Przez kilka następnych tygodni głęboko przeżywał te wydarzenia. Wezbrał w nim irracjonalny gniew wobec Jamesa Pottera. Gdyby ten mężczyzna podjął właściwe kroki w celu zapewnienia bezpieczeństwa żonie i synowi, Lily wciąż by żyła. Ale James, jak to Gryfon, odmówił opuszczenia Anglii. Postawił wszystko na jedną kartę – Zaklęcie Fidelusa. Severus nie mógł mu wybaczyć głupoty.

Zaczął też nienawidzić Harry'ego. Gdyby chłopiec się nie narodził, nie byłoby żadnej przepowiedni i, znowu, Lily by żyła. Sytuację pogarszał fakt, że mały Harry tak bardzo przypominał swojego ojca. Ale miał oczy po Lily. Za każdym razem, gdy patrzył w jego szmaragdowe oczy, widział w nich Lily i swoją własną porażkę.

- I list ci o tym wszystkim przypomniał? – spytała Serena, gdy jej mąż umilkł na kilka minut.

- Do pewnego stopnia. Uczucie straty i porażki zawsze będzie we mnie tkwiło, ale nauczyłem się już z tym żyć.

- To o co chodzi? Czemu jesteś taki nie w sosie?

Westchnął.

- Uznasz, że to dziecinne.

- Wszyscy czasami zachowujemy się dziecinnie. Oczywiście, ty częściej niż inni – roześmiała się, gdy przycisnął ją mocniej do siebie i warknął. – No powiedz – zachęciła go. – Postaram się nie śmiać.

- Tak jak powiedziałem Harry'emu, Lily była niezwykle uzdolniona w dziedzinie zaklęć i ten list był czymś, czego młody Harry bardzo potrzebował. Związkiem z rodzicami, których nigdy nie miał szansy poznać.

- Ale?

- Ale czy naprawdę musiała pozwolić Jamesowi i Blackowi, by się dopisali? Musiała wiedzieć jak wkurzy mnie, że akurat ci dwaj mają ostatnie słowo!

Serena zamrugała powoli. Miała problemy ze zrozumieniem. Po tym całym żalu i bólu przez który przeszedł, był zły, bo nie miał ostatniego słowa?

- Że co? – wrzasnęła, obracając się do niego. – Chcesz mi powiedzieć, że stoisz tu ponury, wkurzasz się i krzyczysz na mnie, a to wszystko dlatego, że Black i Potter mieli ostatnie słowo?

Skrzywił się, patrząc na jej wściekłą minę.

- Mówiłem, że uznasz to za dziecinne – mruknął.

- Dziecinne? – puknęła go palcem w pierś. – Severusie Snape, tego nawet nie można nazwać dziecinnym! Oni ci podziękowali – przypomniała mu i puknęła go jeszcze raz, na tyle mocno, by musiał się cofnąć kilka kroków. – Są szczęśliwi, że jesteś tu, by pomóc Harry'emu! – pomaszerowała za nim, zdeterminowana, by puknąć go jeszcze raz, ale on nie przestawał się cofać.

Goniła go wokół pokoju, a on wciąż cofał się przed jej gniewem. Patrzył na nią, rozbawiony i podniecony. Była taka piękna w tym gniewie, jej skóra skąpana w świetle księżyca, a białe włosy lśniły w ciemnym pokoju.

Dogoniła go, gdy tyłem kolan dotknął krawędzi łóżka. Pchnęła go w dół i usiadła okrakiem na jego biodrach. Spojrzała na niego i powiedziała mu dokładnie co sądzi o jego zachowaniu, zakwestionowała prowadzenie się jego przodków, spytała czy jego matka kiedykolwiek zawarła bliższą znajomość z osłem oraz czy jako dziecko nie był raz za razem upuszczany na głowę. Przerwała, gdy zorientowała się, że jej mąż uśmiecha się szeroko.

- To nie jest śmieszne – zganiła go ostro. – Czemu się szczerzysz jak idiota?

W odpowiedzi złapał ją za biodra i przycisnął do siebie. Jej oczy rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu, a on otarł się o nią. Zorientowała się, że popełniła błąd i usiłowała zejść z niego, ale on obrócił się, nie puszczając jej i przygniótł ją do łóżka.

- Jeszcze nie skończyłam – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

- A ja jeszcze nie zacząłem – odparł, całując ją w usta.

- To jeszcze nie koniec – wymamrotała.

- Mam taką nadzieję – odrzekł, wypychając biodra w jej kierunku.

- Szlag – mruknęła, obejmując go za szyję. – Nie cierpię, kiedy tak robisz.

- Mam przestać?

- Zamknij się i całuj!


Grimmauld Place

Było już późno, ale Remus wciąż nie spał. Jason złapał paskudne przeziębienie i Tonks z pomocą Molly pomagała mu się z tym uporać. Remus wędrował bez celu po wielkim starym domu, wreszcie postanowił udać się do pokoju konferencyjnego, który Zakon wykorzystywał do śledzenia ruchów Voldemorta.

Nie było tam zbyt wiele osób, ze względu na późną godzinę. Tylko dwójka monitorowała mapę. Remus nie sprawdzał mapy od kłótni z Harrym o Petera Pettigrewa. Imię Glizdogona to pojawiało się na mapie, to znikało, ale nigdy nie pozostawało długo w jednym miejscu.

Teraz Remus przyjrzał się mapie i ku jego zaskoczeniu ujrzał, że w ciągu ostatnich miesięcy Zakon zdołał oznaczyć około dwóch setek zwolenników Voldemorta.

- W końcu zaczynają się mobilizować. Przy odrobinie szczęścia może uda nam się dopaść kilka większych grup przed kwietniem – zabrzmiał głos za jego plecami.

Remus gwałtownie obrócił się do Hestii Jones.

- Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć. Dopiero co skończyłam służbę i pomyślałam, że może rzucę okiem na mapę nim pójdę złapać trochę snu.

- Nic się nie stało – odparł. – Po prostu nie spodziewałem się, że ktoś będzie za mną.

Hestia ponownie wskazała na mapę.

- Jack uważa, że Voldemort zbierze wszystkie swoje zabawki trzy do pięciu dni przed atakiem – powiedziała.

Remus uśmiechnął się szeroko. Harry powiedział mu o zainteresowaniu Hestii Jackiem Parsonsem. Remus uważał, że jeśli komukolwiek ma się udać przedrzeć przez osłony wokół serca tego twardego gościa, będzie to Hestia.

- A jeśli o Jacku mowa to co u niego? Nie mam czasu, żeby bywać w Hogwarcie u niego i u Harry'ego tak często, jak bym chciał.

Hestia uśmiechnęła się tajemniczo.

- U niego wszystko w porządku, odkąd przeszedł mu wstrząs na wieść, że czarodziejka może być nim zainteresowana. Nigdy nie sądziłam, że spodoba mi się charłak, ale jest coś w nim, jakaś siła czy pewność siebie, której nie czułam u nikogo innego, poza może Dumbledorem. Zupełnie jakby dokładnie wiedział kim jest i co jest w stanie osiągnąć.

Remus spojrzał na nią z namysłem.

- Miał okazję sprawdzić się w najgorszych możliwych konfliktach. To pokazuje człowiekowi z jakiej gliny jest ulepiony.

Hestia pokiwała głową i wróciła do obserwowania mapy.


Spotkanie z Wan

Harry stał na szczycie Wieży Astronomicznej i spoglądał na spokojne Błonia Hogwartu. Księżyc w pełni rzucał swoją poświatę na powierzchnię jeziora, umożliwiając dojrzenie fal, gdy macka gigantycznej ośmiornicy przebiła powierzchnię.

Drzwi za nim stanęły otworem i przeszli przez nie Blaise Zabini i Wan Chang. Skinął im głową. Blaise starannie zamknął drzwi, zabezpieczył je przed podsłuchiwaniem, po czym oparł się plecami o mur i czekał.

- Dobry wieczór, panno Chang – odezwał się Hary. – Blaise powiedział mi, że chciałaś ze mną rozmawiać.

Zbliżyła się do niego nerwowo, wkładając ręce do kieszeni. Na ten widok Blaise wyprostował się i zmrużył oczy. Kiedy Harry machnął mu uspokajająco rękę, Wan obróciła się w jego stronę.

- Nie przyniosłam różdżki. Ma ją profesor Dumbledore – powiedziała szefowi bezpieczeństwa Brygady z wyraźnym niepokojem w głosie.

Blaise skinął głową i ponownie oparł się o mur.

Wan spojrzała na Harry'ego i westchnęła widząc jego spokojne, lekko zaciekawione spojrzenie. Może nie będzie to takie trudne jak jej się wydawało.

- Dziękuję, że zgodziłeś się ze mną spotkać – zaczęła cicho.

Harry skinął głową i czekał na dalszy ciąg. Wzięła głęboki oddech, zmówiła szybką modlitwę do kogokolwiek, kto mógł jej słuchać i kontynuowała:

- Przede wszystkim chciałam przeprosić za wszystkie szkody, które uczyniłam i to nie tylko tobie, ale także innym uczniom. Nie chcą mnie słuchać, ale wiem, że sobie na to zasłużyłam. Poprosiłam Blaise'a, by porozmawiał z tobą pierwszy, bo nie byłam pewna, czy wolno mi się do ciebie zbliżyć i czy w ogóle zechcesz mnie wysłuchać.

- Czy wolno ci się zbliżać? – spytał, marszcząc brwi.

- Biorąc pod uwagę Blaise'a i jego ludzi oraz Ginny Weasley, wydawało mi się, że nikt nie dopuści mnie w pobliże ciebie. A po tym co ci zrobiłam trudno się dziwić.

- Blaise by cię nie zatrzymał, ale masz rację, Ginny by mogła – przyznał z uśmiechem, zerkając w cień ponad ramieniem. – Co prawda pracuje nad swoim temperamentem, ale wydaje mi się, że byłaby bardzo szczęśliwa mogąc dorwać cię w swoje ręce. Nie sądzę, by zdążyła ci wybaczyć.

- A ty? – spytała.

- Na wybaczenie trzeba zasłużyć – przypomniał jej łagodnie.

Gdy wzdrygnęła się, jakby ją uderzył, westchnął i przeciągnął dłonią po włosach.

- Ale wiem też jak to jest zostać oszukanym. Ciebie kosztowało to odrzucenie ze strony rodziny i innych uczniów. Mnie życie kogoś, kogo kochałem.

Widząc ból w jego oczach skinęła głową ze zrozumieniem. Nie powiedział tego wprost, ale zrozumiała, że jest gotów wybaczyć jej dawne czyny. Harry znów skierował spojrzenie ku Błoniom i kontynuował cicho:

- Obserwowałem cię, gdy byłem w szpitalu. Pokazałaś empatię, zupełnie zaskakującą w porównaniu do twoich wcześniejszych czynów. Nie wiem czy kiedykolwiek odzyskasz w pełni zaufanie, które straciłaś, ale wiem, że się starasz.

- Dziękuję – odpowiedziała ledwo słyszalnie.

- Czy chciałaś porozmawiać o czymś jeszcze? – spytał.

- Tak. Chcę pomóc. Jak powiedziałam Blaise'owi, zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie pomóc na polu bitwy. Mam tak małe zdolności bojowe, że tylko bym wszystkich spowalniała. Ale skoro pracuję z Madam Pomfrey, pomyślałam, że może będę się mogła do czegoś przydać. Wiem co się zbliża i chcę zrobić co do mnie należy, jeśli mi pozwolicie.

- Jestem pewien, że Madam Pomfrey przyjmie twoją pomoc z zadowoleniem. Omówiłaś to z nią?

- Nie, chciałam porozmawiać najpierw z tobą. Kiedy nadejdzie ten dzień, ranni pewnie nie chcieliby mieć mnie nigdzie w pobliżu. Nie chciałabym, żeby ich to zaskoczyło.

- Słusznie – przyznał. – Przekażę Brygadzie, że pracujesz w szpitalu.

Kiedy uśmiechnęła się z wdzięcznością, uniósł ostrzegawczo dłoń i dodał:

- Wan, wielu młodszych uczniów wciąż się ciebie boi. A wielu innych jest na ciebie wściekłych. To nie będzie dla ciebie łatwe.

- Nie powinno być – odparła. – Niewiele rzeczy wartych robienia jest łatwych. Mogą mi nie wybaczyć, ale nie powstrzyma mnie to przed pomaganiem.

Przez kilka sekund spoglądał badawczo w jej ciemne oczy. Nie mrugała, nie odwracała wzroku, po prostu akceptowała wszystko, co miałoby się stać. Kiedy wreszcie odwrócił wzrok, Wan mrugnęła kilka razy i wypuściła oddech, choć nawet nie zdawała sobie sprawy, że go wstrzymała. Zadrżała i uniosła dłoń do skroni.

- Jeszcze jedno, Wan – dodał, a ona zamarła, czując chłodną stal w tym tonie.

- Tak?

- Jeśli jeszcze kiedykolwiek zrobisz coś złego, dowiem się. Jeśli celowo skrzywdzisz inną osobą, ani Dumbledore, ani Ministerstwo nie uratują cię przede mną. Czy to jasne?

- Tak.

- Coś jeszcze?

- Nie, już wszystko… Dziękuję.

- Witam z powrotem, Wan – powiedział z lekkim uśmiechem.

Gdy Blaise wyprowadził dziewczynę z Wieży, Harry oparł się o mur i westchnął. Nie zdołał wykryć w niej kłamstwa, ale dopiero z czasem się wszystko okaże. Nie mógł i nie chciał śledzić każdego jej ruchu. Miał nadzieję, że jego ostrzeżenie, choć było blefem, pomoże jej pozostać na właściwej ścieżce. Jeśli zeszłaby na złą drogę, z dużym prawdopodobieństwem by to przegapił. Niezależnie od tego ile miał mocy, nie był wszechmocny.

Uśmiechnął się, gdy drobne ramiona objęły go w pasie.

- Nie pasuje ci chowanie się w cieniach, kochanie – powiedział, obracając się do niej.

- Chciałam usłyszeć co ma do powiedzenia – odparła Ginny, wzruszając ramionami.

- I co?

- Nie ufam jej. Po tym co ci zrobiła, chyba już nigdy jej nie zaufam. Ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?

Harry spojrzał na nią zaskoczony.

- Prawda. Ale nie sądziłem, że usłyszę to z twoich ust.

- Czemu? – spytała, marszcząc brwi.

- Ginewra Weasley powściąga swój temperament i daje szansę Wan Chang? Chyba piekło właśnie zamarza – zażartował.

- Palant! – zganiła go i uderzyła lekko w pierś.

Roześmiał się i przytulił ją.

- Kocham cię, Gin. Dzięki, że tu byłaś.

- Zawsze.


Nocne zmartwienia

Godzina była późna, ale Ginny miała misję. Czwartą noc z rzędu budziła się w nocy i odkrywała, że Harry'ego nie ma z nią w łóżku. Wiedziała gdzie się podziewa. Przez pierwsze dwie noce leżała i czekała aż wróci. Ale poprzedniej poszła go poszukać i znalazła na blankach murów obronnych. Spodziewała się, że znowu go tam znajdzie.

Gdy szła ku głównemu wyjściu z zamku, jakaś ręka opadła jej na ramię. Instynktownie obróciła się, wydobywając różdżkę. Odprężyła się, widząc przyjaciela Harry'ego, Jacka Parsonsa.

- Spokojnie, dziewczyno. Nic ci nie zrobię, więc schowaj tę wykałaczkę do kieszeni – powiedział.

Schowała różdżkę, a Jack skinął głową w stronę okna, przez które oboje widzieli Harry'ego przechadzającego się po murach.

- Znowu szłaś po niego, prawda Ginny? – spytał Jack.

Westchnęła, patrząc na odległą postać.

- Tak, profesorze – przyznała. – Nie wiem dlaczego on ostatnio tak mało sypia. Staram się mu pomóc, ale… - urwała sfrustrowana.

- Ginny, on się stresuje i zaczyna to wpływać na niego i wszystkich wokół. Pomyśl o tym w ten sposób: wszyscy, łącznie z Harrym, szykują się na nadchodzącą bitwę, ale większość z nas zna prawdę. Na końcu Harry zmierzy się z Voldemortem sam na sam. My jesteśmy tylko pionkami na szachownicy, za które Harry czuje się odpowiedzialny. Martwi się. Martwi się, że ktoś nie wykona swojego zadania, albo że on zawiedzie, albo że komuś kogo kocha stanie się krzywda. Ten niepokój wykręca mu flaki. Rozmawialiśmy już o tym wcześniej i rozumie już lepiej co czuje, ale to nie znaczy, że znoszenie tego uczucia stało się łatwiejsze. Weźmy choćby ciebie. Wiem, że nie pragnie niczego bardziej, niż wysłać cię w jakieś odległe, bezpieczne miejsce, ale nie zrobi tego. Za bardzo cię szanuje. Zamiast tego zamartwia się, co nie daje mu spać i odbiera apetyt. On wie, że to źle, ale nie może nic na to poradzić. Słyszałem kiedyś, jak wasza przyjaciółka Hermiona narzeka, że Harry ma „manię ratowania ludzi". Ale musicie coś zrozumieć. To nie jest „mania". To integralna część jego osoby, tak jak zielone oczy i rozczochrane włosy. Znałem ludzi takich jak on. Nawet kiedy nie ratują ludzi, to się o nich zamartwiają. Pomyśl o tym Ginny. Zrozum, że to jego część, że to płynie w jego żyłach.

Ginny zamrugała ze zdziwieniem, słuchając tego wywodu. Miała do czynienia z Jackiem na lekcjach Zaawansowanej Obrony i prywatnie, choć w ograniczonym zakresie. Wiedziała, że jest świetnym nauczycielem i dobrym przyjacielem Harry'ego, ale nie podejrzewała go o taką mądrość.

- Co w takim razie pan radzi, profesorze? To niezdrowe i prędzej czy później zacznie wywierać negatywny efekt nie tylko na niego, ale też na wszystkich wokół – powiedziała z troską.

- Mam kilka pomysłów, ale chciałbym najpierw omówić je z dyrektorem. W międzyczasie jest kilka rzeczy, o które możesz zadbać. Po pierwsze, nie pozwól mu opuszczać posiłków.

Skinęła głową, a Jack uśmiechnął się szeroko.

- Po drugie, i to powinno ci się spodobać, kładź go wcześniej do łóżka. Nie obchodzi mnie czy będziecie tam grali w pokera czy co, ale nich się odpręży. Nie naciskaj go. On potrzebuje całej siły jaką ty i wasi przyjaciele możecie mu dać.

Patrzył na Ginny z napięciem, mając nadzieję, że zrozumie, co chce jej przekazać. Spojrzała na ciemną postać stojącą na blankach i wyglądającą w ciemność. Potem popatrzyła na Jacka, uśmiechnęła się i potaknęła. Odwzajemnił jej uśmiech, dotknął delikatnie jej ramienia i odszedł.

Harry zatrzymał się i oparł się o krenel*. Jego spojrzenie spoczęło na drodze prowadzącej do wrót zamku. W wyobraźni widział zbliżających się Śmierciożerców i trwającą bitwę. Badał każdą możliwość swojego wyimaginowanego scenariusza, rozważając posunięcia, kontrposunięcia i sytuacje „a co jeśli…".

Jego sny stały się ostatnimi czasy wyjątkowo wyraziste. Wygrywał w nich walkę z Voldemortem, by odkryć, że wszyscy których kochał nie żyją. Ron, Hermiona i Ginny. Dumbledore, Fred, George i wielu, wielu innych. Wszyscy martwi.

Zadrżał i starał się przegnać ten obraz ze swojego umysłu. Wzrastała w nim potrzeba, by odszukać Voldemorta i skończyć to raz na zawsze, jeszcze przed kwietniem. Pociągała go i uwodziła, jak erotyczny sen, obiecując koniec i spokój.

Objęła go para ramion i poczuł, jak schodzi z niego cale napięcie. Przysunął się bliżej do znajomego ciepła.

- Hej, Gin – powiedział cicho.

- Znów nie mogłeś spać? – spytała.

Potrząsnął głową.

- Koszmary stają się ostatnio zbyt ciężkie. Zwykłe, tradycyjne koszmary. Dziwne jak coś tak zwykłego może wpłynąć na człowieka, nie?

Przytuliła się do niego mocniej.

- Czemu mnie nie obudziłeś? – spytała łagodnie.

Obrócił się przodem do niej i spojrzał jej w oczy.

- Nie chciałem przeszkadzać ci w spaniu tylko dlatego, że miałem głupi koszmar. To nie znaczy, że musisz wstawać.

Ginny westchnęła zniecierpliwiona.

- Harry, czy ty się w ogóle słuchasz? Nie ma nic złego w koszmarach. Nie ma nic złego w tym, że chcesz z kimś o nich porozmawiać. Nie obchodzi mnie jaka będzie godzina, jeśli koszmar cię obudził, masz obudzić też mnie! Jasne? – spytała ostro.

- Proszę się tak nie denerwować, panno Weasley – ostrzegł ją z uśmiechem.

Warknęła i potrząsnęła nim mocno.

- Przestań zmieniać temat i odpowiedz na pytanie.

Roześmiał się.

- Tak, zrozumiałem.

- Dobrze. W takim razie wracamy do łóżka i idziesz spać. Jutro pogadamy o twoich koszmarach.


Biuro dyrektora, następny dzień przed śniadaniem

Na dźwięk pukania do drzwi siedzący przy biurku Dumbledore podniósł oczy.

- Proszę! – zawołał.

Do pomieszczenia wszedł Jack Parsons, chichocząc pod nosem.

- Wie pan, dyrektorze, znam kilku gości z bezpieki w Quantico*, którzy zabiliby żeby położyć łapę na pana gargulcu. Jakby miał pan kiedyś ochotę dorobić sobie w ochronie, to pana z nimi ustawię – powiedział.

Dumbledore gestem pokazał mężczyźnie, by usiadł. Lubił tego dziwnego charłaka, ale musiał przyznać, że czasem mówił najdziwniejsze rzeczy.

- Profesorze, któregoś dnia siądziemy sobie i spokojnie pogadamy, ale obawiam się, że na razie nie ma na to czasu. Co pana dziś do mnie sprowadza? – spytał Dumbledore.

Jack usiadł wygodnie w fotelu.

- No więc chodzi o jedną rzecz. Spędziłem dziesięć lat życia dowodząc oddziałami. W tym czasie nauczyłem się o różnych rodzajach presji, jakie odczuwa się przy takiej robocie. W tej chwili ma pan poważny problem. Pana korpus oficerski patrzy, jak ich dowódca zamartwia się na śmierć. Cała ekipa siedzi na beczce prochu i tylko czekać, kiedy eksplodują.

Dumbledore skrzywił się z bólem.

- Jak rozumiem ma pan na myśli Harry'ego i jego przyjaciół? Faktycznie, jego nauczyciele powiadomili mnie o gwałtownym spadku poziomu jego pracy szkolnej, zdaję też sobie sprawę z jego nocnych spacerów. Skoro był pan w jego skórze, to co pan proponuje?

- Kiedy drużyna jest poddana takiej presji, może się rozpaść. Zalecam, żeby skłonił pan Harry'ego na danie Brygadzie Feniksa minimum pięciu dni wolnego i wzięcia urlopu od tego wszystkiego. Potrzebne mu stare dobre RO.

- RO? Obawiam się, że za panem nie nadążam.

- Relaks i Odpoczynek. Wyślijmy go na parę dni gdzieś daleko od szkoły i tej wojny. Jego grupę dowodzenia również. Jeśli nie pomożemy im upuścić trochę pary, to zaczną się rozpadać od tego ciśnienia. Harry już zaczyna się widzieć jako broń, tak jak pan go kiedyś postrzegał, a nie jako osobę – wyjaśnił Jack.

Dumbledore oparł się, uniósł palce do oczu i westchnął ciężko.

- Z całym szacunkiem, ale panu chyba tez przydałoby się trochę RO – powiedział Jack.

Dumbledore uśmiechnął się do niego kwaśno, po czym ruszył do Fiuu, by skontaktować się z kilkoma osobami.

Po kilku minutach przybyli McGonagall, Remus i Snape'owie.

- Profesorze Parsons, czy mógłby pan powtórzyć moim gościom to, co przed chwilą powiedział pan mi? – poprosił Dumbledore.

Jack powtórzył i dodał obszerne wyjaśnienia na temat stresu, którego doświadcza Harry i jego grupa oraz na temat reakcji Harry'ego na przeżywany stres. Potem wytłumaczył, dlaczego Harry potrzebuje odpoczynku od Hogwartu i wojny, nawet jeśli tylko na kilka dni. Usiadł i czekał na nieunikniony wybuch.

Serena zaczęła chodzić po gabinecie, odciągając na moment uwagę od Jacka.

- To by wyjaśniało jego fatalne oceny ostatnimi czasy – stwierdziła. – Wiem, że nie sypia za dobrze. Rozmawiałam z Ginny o jakimś eliksirze, który pomógłby mu się odprężyć, jakiejś mocniejszej wersji eliksiru uspokajającego, ale wszystkie tego typu substancje są silnie uzależniające – zatrzymała się i spojrzała na Albusa. – Myślę, że profesor Parsons ma rację. Kilka dni z dala od szkoły zrobi Harry'emu dużo dobrego. Mogę zaproponować miejsce, jeśli wszyscy zgadzają się, że przerwa jest niezbędna.

Minerva McGonagall łyknęła z namysłem herbaty.

- Normalnie nie zgodziłabym się z oceną sytuacji profesora Parsonsa. Ale nie mówimy tu o normalnej szkolnej nauce. Pomimo lżejszego planu lekcji, Harry pracuje ciężej niż którykolwiek z uczniów. Wiem, że Poppy była niezwykle niezadowolona, gdy wyszedł przedwcześnie ze szpitala po ataku dementorów. O ilu uczniach mówimy?

- Dajemy wolne Brygadzie, co oznacza, że możemy odwołać kilka dni treningów, w tym zajęcia z Zaawansowanej obrony. Taka przerwa wystarczy większości. Ja martwię się głównie o grupę dowodzenia, czyli Harry'ego, Ginny, Rona, Hermionę, Neville'a, Lunę, Blaise'a i Susan – powiedział Jack.

Dumbledore nachylił się do przodu.

- Nie wiedziałem, że panna Bones jest częścią grupy dowodzenia. Kiedy to się stało? – spytał.

- Blaise szkoli ją na swoją zastępczynię w kwestiach bezpieczeństwa. Uważa, że wprowadzenie w to kogoś poza ex-Ślizgonami będzie dla wszystkich ważne – zerknął na Severusa. – Przepraszam, nie chcę obrażać pana starego domu. W każdym razie odkąd Harry i jego przyjaciele pojmali Śmierciożercę w Hogsmeade, Susan szkoli się w tych zadaniach i jest w tym naprawdę dobra.

Dumbledore skinął głową, ale zmrużył podejrzliwie oczy.

- A nie ma to nic wspólnego z faktem, że pan Zabini chodzi obecnie z panną Bones? – spytał.

Jack zachichotał.

- Nie ma sensu panu ściemniać. Ale tak, jeśli mamy ich wysłać, by się relaksowali, będzie lepiej, jeśli pojadą sparowani. Założę się o dziesięć dolców, że wysłanie Zabiniego samego spowoduje, że będzie stresował się bardziej, a nie mniej.

Dumbledore uniósł brew, ale skinął głową.

- Severusie, czekamy jeszcze na twoją opinię – powiedział.

Severus zawahał się na moment.

- Dyrektorze, ściśle współpracuję ze wszystkimi z grupy Harry'ego. Doszło między nimi do pewnych… incydentów…

- Incydentów? – przerwał Dumbledore. – Czy panna Weasley…

- Nie, nie ona – zapewnił Severus. - Właściwie gdyby nie to, że jest tak skupiona na Harrym, powiedziałbym, że dotyka ją to najsłabiej ze wszystkich. Ale są pewne tarcia. Wszyscy martwią się o szkołę i o to, co muszą zrobić. Naprawdę ich to przeraża. A do tego martwię się o Harry'ego, co tylko dolewa oliwy do ognia. Harry sypia maksymalnie cztery godziny na dobę, a co gorsza zaczął opuszczać posiłki. Kilka razy pojawił się w klasie wyraźnie wyczerpany.

Jack popatrzył po zgromadzonych, po czym odezwał się do dyrektora:

- Wydaje mi się, że mamy konsensus. Pytanie brzmi, gdzie ich posłać?

- Znam miejsce daleko od Anglii i od wojny – wtrąciła się Serena. – Ale jak przekonamy Harry'ego, by się tam udał? Poza tym żadne z dzieciaków nie będzie miało odpowiednich dla tego miejsca strojów.

- Pokryję wszystkie koszty – zaoferował Remus.

Jack roześmiał się.

- Nie pytajcie Harry'ego. Po prostu powiedzcie mu, że jest potrzebny na konferencji i porwijcie go.

Dumbledore uniósł brwi.

- Dość dosadnie pan to ujął, ale to może mieć sens. Sereno, zajmiesz się z Remusem wszystkimi niezbędnymi przygotowaniami?

Oboje skinęli głowami.


Anglia, nieznana lokalizacja

Voldemort siedział w swojej komnacie spoglądając na tych członków swojego wewnętrznego kręgu, którzy wciąż pozostawali przy życiu. Przez ostatnie półtora miesiąca ich liczba stale się zmniejszała.

- Wezwać Glizdogona! – warknął nagle.

Po kilku chwilach Glizdogon wpadł do pomieszczenia i runął na kolana przed Lordem Voldemortem.

- Mój Pan mnie wzywał?

- Glizdogonie… jestem zadowolony z twoich ostatnich działań, a teraz… mam dla ciebie nowe zadanie, które będzie wymagało użycia twoich specjalnych umiejętności. Chcę wiedzieć, co się dzieje w szkole. Twoja forma animagiczna świetnie się do tego nadaje.

- Co tylko mój pan rozkaże – zajęczał Glizdogon.

- Jestem z ciebie zadowolony, Glizdogonie. Muszę pomyśleć nad adekwatną nagrodą, którą otrzymasz zaraz po powrocie – zapewnił Voldemort tonem, od którego Glizdogona przeszedł dreszcz. – W przeciwieństwie do tego tam, który… mnie zawiódł – kontynuował Voldemort, wskazując na innego mężczyznę. Uniósł różdżkę swoją kościstą dłonią. – Crucio – powiedział, powodując że Śmierciożerca runął na ziemię w agonii.

Glizdogon zaczął wychodzić z komnaty, ale Voldemort go powstrzymał.

- Glizdogonie, masz tylko kilka dni, by wypełnić misję. Już niedługo uruchamiamy nasze plany. Oczekuję, że wkrótce się zameldujesz – powiedział Voldemort, mimochodem torturując Śmierciożercę.

Glizdogon zgiął się w ukłonie i wyszedł.

Znudzony Czarny Pan zakończył wreszcie działanie zaklęcia. Spojrzał na swoją ofiarę, która leżała skulona na podłodze. Z uszu i nosa mężczyzny ciekła krew.

- Może pewien czas spędzony pod czułą opieką braci i sióstr będzie dla niego odpowiednią lekcją – rzucił Voldemort w stronę pozostałych zgromadzonych. – Nie zabijajcie go – ostrzegł zbliżający się z ochotą tłum. – Niezależnie od tego jak okazał się na razie bezużyteczny, wciąż ma dla mnie pewną wartość. Jeśli zdoła przyprowadzić do mnie tę szlamę, mogę mu nawet wybaczyć.

Szarpnięciem podniesiono mężczyznę na nogi. Syknął z bólu, gdy ktoś brutalnie odgiął jego głowę, by spojrzał w twarz Czarnego Pana. Wiktor Krum wzdrygnął się, gdy ujrzał nieludzką przyjemność w tych gorejących, czerwonych ślepiach.


Wielka Sala, pora kolacji, drugi tydzień lutego

Harry siedział przy swoim stoliku z Ginny i resztą przyjaciół. Nos schował w jednej ze starych książek podsuniętych mu przez Jacka Parsonsa. Odsunął od siebie talerz, choć ledwo skubnął jedzenia. Łypnął spode łba na Ginny, która wyjęła mu książkę z ręki i podsunęła z powrotem talerz.

- Harry, musisz jeść – zganiła go delikatnie. – Książka może zaczekać.

Otworzył usta, gotowy na jadowitą ripostę, ale przerwała mu profesor McGonagall.

- Profesorze Potter, dyrektor chciałby widzieć pana, pannę Weasley, pana Weasleya, pannę Granger, pana Longbottoma, panią Lovegood, pana Zabiniego i pannę Bones w swoim biurze. Proponuje, żebyście najpierw zostawili w dormitoriach swoje książki i tym podobne rzeczy. Zostaliście poproszeni o wzięcie udziału w wieczornym spotkaniu w Ministerstwie zwołanym w trybie nadzwyczajnym.

Zaskoczony Harry spojrzał na nauczycielkę. Widział się wcześniej z Jackiem Parsonsem i Hestią Jones, ale żadne nie wspomniało nic o żadnym spotkaniu. Zaskoczony mógł tylko skinąć głową. Wicedyrektorka obrzuciła go jeszcze jednym surowym spojrzeniem i odeszła.

Harry zmarszczył brwi.

- Nadzwyczajne spotkanie? Widziałem się niedawno z Jackiem i nic nie wspominał o żadnym spotkaniu. Może pójdę lepiej do biura Dumbledore'a i dowiem się o co tu chodzi – powiedział.

Harry zaczął wstawać, ale Ron złapał go za rękaw i pociągnął z powrotem na siedzenie.

- Stary, to ci nie ucieknie. Najpierw skończ kolację. Słyszałeś McGonagall: po kolacji.

Harry rozejrzał się po przyjaciołach. Wszyscy patrzyli na niego z przyganą.

- Dlaczego mam wrażenie, że wszyscy chcielibyście mi coś powiedzieć? – spytał ze złością.

- Martwimy się o ciebie, Harry. Za mało jesz… - zaczęła Hermiona, ale przerwała jej Ginny, która złapała Harry'ego za twarz i zmusiła, by ten na nią spojrzał.

- Kochanie, w rodzinie trzeba o siebie nawzajem dbać. I właśnie to robimy. A teraz skończ proszę kolację – rzekła delikatnie.

Harry spojrzał głęboko w jej brązowe oczy, w końcu przyciągnął do siebie talerz. Przełknął pierwszy kęs i usiłował wyjąkać jakieś przeprosiny. Ginny położyła mu rękę na udzie, podczas gdy on posilał się pod czujnym spojrzeniem przyjaciół.

Po kolacji udali się całą grupą do gabinetu Dumbledore'a. Ku zaskoczeniu Harry'ego zastali tam już Serenę i Severusa. Ich szerokie uśmiechy natychmiast pobudziły jego podejrzliwość.

Dumbledore wstał i podał wszystkim kawałek liny. Harry rozejrzał się i zorientował, że dyrektor jest jedyną osobą, która nie złapała liny. Gdy Albus uniósł różdżkę, by rozpocząć ich podróż, Harry odezwał się:

- Dyrektorze, nie idzie pan…

Dumbledore machnął różdżką i aktywował świstoklik.

Podróż świstoklikiem z reguły zajmowała zaledwie kilka sekund. Ale jak dla Harry'ego ta konkretna trwała zdecydowanie za długo. Gdy doszedł do wniosku, że trwa już ponad minutę, zaczął wpadać w panikę. Żadna podróż z Hogwartu do Ministerstwa nie mogła trwać tak długo! Coś poszło nie tak!

Po kilku sekundach świstoklik zatrzymał się w lobby dziwnego budynku. Niestety Harry nie utrzymał równowagi i wpadł na Rona, obalając ich obu. Jego okulary spadły mu z nosa i poleciały dobre dziesięć metrów dalej.

Klnąc pod nosem przyjął pomoc we wstawaniu, a Hermiona wręczyła mu okulary. Nałożył je i rozejrzał się wokół. To nie było Ministerstwo! Potem dostrzegł Jacka Parsonsa i Hestię Jones, którzy zmierzali w ich kierunku z kilkorgiem skrzatów domowych. Ubranie Jacka należało do najdziwniejszych, jakie kiedykolwiek widział.


Hogwart

Profesor McGonagall przekazała wieści dowódcom drużyn w Brygadzie Feniksa. Zaawansowana Obrona w najbliższych dniach została odwołana, także popołudniowe spotkania nie będą się odbywały przez kolejnych pięć dni. Wyjaśniono, że Harry i jego grupa dowodzenia musieli wyjechać.

Wieczorem w Pokoju Wspólnym zaczęła się zaimprowizowana impreza. Bawili się niemal wszyscy uczniowie, choć większość nie znała przyczyny. Dołączyła nawet część nauczycieli.

Nikt z nich nie dostrzegł małego zwierzęcia czającego się w kącie.


Witamy na Bahamach

Harry gapił się na Jacka i Hestię. Jack miał na sobie hawajską koszulę, która wręcz eksplodowała kolorami, ucięte nad kolanami jeansy i na domiar złego najbardziej fikuśny słomkowy kapelusz.

Jack zatrzymał się przed Harrym i jego przyjaciółmi.

- Dobra ludziska, słuchajcie. Jak już się pewnie połapaliście, to nie jest Ministerstwo, nie ma też żadnego nadzwyczajnego spotkania – zaczął Jack. Harry od razu się nachmurzył. – Jesteśmy tu, by wziąć udział w uświęconej tradycji RO. Normalnie w tym celu zalecałbym kilka naparzanek w barze i parę dziw… - urwał na moment i zrezygnował z kontynuowania. – W każdym razie chodzi o Relaks i Odpoczynek, ludziska. Przez następne cztery dni macie zapomnieć o wojnie. Macie zapomnieć o mugolach, czystej krwi i całych tych elektronicznych bierkach pod wodą.

Większość grupy zaczęła się nieśmiało uśmiechać. Wyjątkami byli Harry i Hermiona.

Hermiona zaczęła panikować. Cztery dni? Żadnych książek? Jack znowu zaczął mówić, więc ponownie skupiła się na jego słowach.

- Skrzaty zabiorą was do waszych domków. Znajdziecie tam przeznaczone dla was cichy, za które potem grzecznie podziękujecie wujkowi Remusowi. Jutro Serena nauczy was nowych zaklęć, które musicie mieć opanowane, by tu przebywać. Tak więc spotykamy się tu wszyscy jutro rano na śniadaniu i krótkiej lekcji. Uwierzcie mi, jeśli nie nauczycie się zaklęcia przeciwsłonecznego, to pożałujecie. Tak samo zaklęcia antyowadziego. A teraz za skrzatami marsz, do waszych domków – polecił Jack.

Harry podążył za drobnymi istotami do wyjścia z lobby. Nagle stanął jak wryty, przez co kilka osób wpadło mu na plecy. Jack obrócił się i spojrzał na niego z ciekawości.

- Co jest, Harry? – spytał.

- Czy to ocean? – odpowiedział pytaniem Harry, głosem pełnym zachwytu. Ginny mocniej złapała go za rękę. – Nigdy nie widziałem oceanu poza zdjęciami – wyszeptał.

Każda para została zaprowadzona do domku, który zawierał dwie sypialnie. Jack wygłosił każdej parze kazanie na temat właściwego zachowania, które mogłoby nawet poskutkować, gdyby nie jego miny i mrugnięcia.

Harry nie wiedział czy ma być wkurzony czy nie. Miał tyle roboty w Hogwarcie, a zamiast tego siedział na jakiejś tropikalnej wyspie. Z drugiej strony ocean go przywoływał. Ginny weszła do sypialni, by zobaczyć jakie ubrania ma do dyspozycji. Harry szybko przebrał się w krótkie spodenki i koszulkę i wyszedł na zewnątrz.

Zszedł z werandy na piasek i dotarł do przyboju. W świetle księżyca plaża subtelnie lśniła, a fale delikatnie obmywały jego stopy. Woda była ciepła i zachęcająca.

Byłoby miło po prostu sobie usiąść i poobserwować ocean, pomyślał. NIE! Tak nie może być! Powinienem być w szkole i trenować, albo pracować nad mieczem. Nie tutaj!

Harry napiął się i był bliski zmienienia się w Skrzydło i teleportacji do Hogwartu, gdy poczuł rękę na ramieniu. Obrócił się i ujrzał Jacka.

- Mały, posłuchaj staruszka. Potrzebujesz przerwy. Lecisz na rezerwie i to widać. To szkodzi nie tylko tobie, ale przede wszystkim twoim przyjaciołom. Jeśli sam nie chcesz się odprężyć, zrób to dla nich – powiedział spokojnie.

- Pierwsza zasada dowodzenia: dbaj o swoich ludzi… - mruknął Harry. Jack uśmiechnął się szeroko. Harry westchnął i skinął głową.

- Nie martw się Harry - uspokajał go Jack. – Kiedy już ze wszystkim skończymy, przypomnij mi, żebym opowiedział ci, jak to kiedyś kumple wyciągnęli mnie na miasto i obudziłem się następnego dnia z dwiema dziwkami w łóżku… a zresztą nieważne – Jack zaczerwienił się po uszy, gdy ujrzał zmierzającą w ich stronę Hestię.

Harry patrzył z rozbawieniem jak Jack i Hestia odchodzą, zostawiając go sam na sam z myślami. Przeszedł się kilka metrów po plaży i usiadł, ponownie wpatrując się w ocean. W oddali dojrzał oświetlony kontur oceanicznego liniowca. Ginny podeszła do niego i usiadła za nim, tak żeby móc pomasować sztywne mięśnie na jego ramionach. Oparł się o nią…

Nagle drgnął i rozbudził się. Wszyscy jego przyjaciele siedzieli wokół i rozmawiali przyciszonymi głosami. Ginny poczuła, jak sztywnieje i przytuliła go mocniej do siebie. Odprężył się i przysłuchiwał się rozmowie przyjaciół. Głównym tematem były plany na kilka najbliższych dni. Hermiona wydawała się mocno zdenerwowana faktem, że nie miała ani jednej książki do czytania. Jej zdaniem nic nie mogło się równać z odpoczynkiem na plaży przy dobrej książce.

Rozmawiali prawie do północy, a potem rozeszli się do swoich domków. Ginny spodziewała się, że Harry szybko zapadnie w sen, ale ku jej zaskoczeniu zaczął ją całować, delikatnie, ale z żarem. Wcześniej ich namiętność zawsze rozpalała się szybko i gorzała wielkim płomieniem. Tej nocy było inaczej. Kochał się z nią powoli, doprowadzając ją na szczyt raz za razem, nim wreszcie znalazł rozkosz we własnym orgazmie.

Zmęczony przewrócił się na bok, przyciągnął ją do siebie i momentalnie zasnął. Ginny uśmiechnęła się, wtuliła w niego i podążyła za jego przykładem.

Następnego ranka Harry obudził się, gdy słońce stało już wysoko na niebie. Ubrał się, wyszedł na werandę i zamrugał, oślepiony jasnym światłem dnia.

- Harry, widzę, że wreszcie wstałeś. Ginny prosiła, żeby cię nie budzić, bo nie spałeś za dobrze od wielu miesięcy. Wydaje mi się, że dobrze ci zrobił ten sen – Serena uśmiechnęła się do niego i weszła na werandę.

Harry zarumienił się. Była niemal trzecia w nocy nim wreszcie zasnął.

Więc miałam rację, pomyślała Serena z uśmiechem.

- Przy twojej permanentnej opaleniźnie raczej nie będziesz potrzebował zaklęcia przeciwsłonecznego, ale i tak cię go nauczę. Uważaj na Ginny. Przy jej jasnej cerze łatwo nabawić się poparzeń słonecznych. To samo tyczy Rona. Dlatego nauczę cię dodatkowego zaklęcia, którego nauczyłam też Hermionę, a które służy do leczenia poparzeń słonecznych.

Wieczorem, po całym dniu spędzonym na zabawie i pływaniu, Jack z pomocą Hestii rozpalił wielkie ognisko, wokół którego wszyscy mogli usiąść. Jack usmażył hamburgery, które nazwał „tradycyjnym amerykańskim jedzeniem". Podał im też coś, co nazwał Brzuchowypalaczem Teksańskim z Chili. Harry'emu przypominało to niektóre z najbardziej paskudnych eliksirów, jakie musiał wypić w życiu.

Harry siedział obok Ginny i trzymał ją za rękę. Zerknął na Lunę i Neville'a. Luna miała na twarzy typowy rozmarzony uśmiech. Co ciekawe Neville miał bardzo podobną minę.

- Luna, Neville, kompletnie zapomniałem. Pracowaliście coś nad waszymi formami animagicznymi? – spytał do wtóru trzaskającego wesoło ognia.

Rozmowy wokół ogniska zamarły. Wszyscy spojrzeli na parę, oczekując odpowiedzi. Harry uśmiechnął się. Najwyraźniej nie tylko on był zainteresowany.

Luna uśmiechnęła się lekko i zmieniła w sową płomykówkę, umaszczoną jak kolor jej włosów. Harry poczuł jak opada mu szczęka, gdy ptak zrobił kilka kółek nad ogniskiem. Nie jemu jednemu zresztą. W końcu sowa wylądowała obok Neville'a i wróciła do ludzkiej postaci.

- To było zajebiaszcze, Luna! – zawołał Ron.

Harry zmarszczył brwi, a potem sfrustrowany przeciągnął dłonią po włosach.

- Harry, co jest? – spytała z troską Ginny.

- Luna potrzebuje ksywki – odparł, wskazując w stronę blondwłosej dziewczyny. – Jest jasną sową płomykówką, więc jak mamy ją nazywać? Napaluna?* Wyobrażasz sobie przedstawianie Huncwotów? Lunatyk, Niezgrabka*, Skrzydło, Kropka i, a tak w ogóle to poznałeś już Napalunę?

Cała grupa wybuchnęła śmiechem, a Ron krzyknął do Neville'a:

- Ej, stary, jest taka?

Neville zarumienił się i zaczął się jąkać, ale Luna uśmiechnęła się spokojnie do Rona.

- A po co ci to wiedzieć, Ron? – spytała.

Hermiona huknęła Rona otwartą dłonią w tył głowy.

- Właśnie, Ron, po co ci to wiedzieć? – spytała lodowatym tonem.

Luna z powrotem przeniosła spojrzenie na Harry'ego.

- Nie mam nic przeciwko byciu Napaluną – kolejny wybuch śmiechu, tym razem nawet Luna lekko się zarumieniła – ale wydaje mi się, że Łowca, albo Szpon byłoby lepsze. Co do Napaluny, zachowam to dla mojego Misia-Nevisia* – zakończyła rozmarzonym tonem.

Ron aż zawył ze śmiechu, pokładając się po piasku.

- MIŚ-NEVIŚ! – zawył z radością.

- Myślę, że starczy już twoich popisów na dziś, Ronuś! – przerwała mu ostro Hermiona.

Ron zbladł, a Ginny zaczęła chichotać.

Harry ponownie zwrócił się do Luny:

- Łowca. To mi się podoba, Luna. A co u ciebie, Neville? Jakieś sukcesy? – spytał.

Neville potrząsnął przecząco głową.

- Obawiam się, że nie. Chyba znam moją formę, ale nie jestem w stanie jej uwolnić.

Harry spojrzał na Rona i Hermionę, ale oboje jedynie potrząsnęli przecząco głowami. Harry zamyślił się na chwilę.

- No dobra, może wam pomogę? Ale będę musiał najpierw przetestować osłony waszego umysłu – ostrzegł.

Neville i Ron wyraźnie nie mieli nic przeciwko, ale Hermiona wyglądała na zaniepokojoną. Severus i Serena Snape patrzyli z zainteresowaniem.

- Mionko, co jest? – spytał łagodnie Harry. Brunetka spoglądała w piasek wyraźnie poruszona. Wstał szybko, podszedł do niej i klęknął u jej boku na piasku.

- Mionko, coś nie ta? – spytał, kładąc jej rękę na ramieniu.

- Nie… nie… nie mogę znaleźć mojej formy. Przepraszam, tak bardzo nie chciałam cię rozczarować – odpowiedziała, nie unosząc oczu.

- Mionko, jesteś moją siostrą. Nigdy mnie nie rozczarowałaś i, jak sądzę, nigdy nie rozczarujesz – zapewnił, przytulając ją i całując delikatnie w czoło. Jeśli chcesz kontynuować naukę, porozmawiam z profesor McGonagall, gdy wrócimy do kraju. Może ona pomoże ci jakoś znaleźć twoją formę. Ale nie musisz tego robić tylko dlatego, że my wszyscy to robimy.

Hermiona uniosła wzrok i spojrzała na niego badawczo, starając się dojść czy oferowana jej pociecha jest szczera. Potem skinęła głową i posłała mu słaby uśmiech. Harry wstał i zerknął na Rona.

Rudzielec nawet na niego nie spojrzał. Zamiast tego przysunął się do Hermiony, przytulił ją i zaczął szeptać jej na ucho coś uspokajającego. Potem uniósł wzrok na Harry'ego i powiedział:

- Poczekam, aż ona będzie gotowa, jeśli nie masz nic przeciwko. Chciałbym, żebyśmy zrobili to razem.

Harry potaknął z aprobatą.

- Hermiono, jeśli profesor McGonagall nie zdoła ci pomóc, może ja będę mogła – wtrąciła cicho Serena.

Severus zamrugał zdumiony.

- Serena? – spytał.

Uśmiechnęła się do niego i zmieniła w rybołowa. Westchnął zdumiony, a ptak rozpostarł skrzydła i krzyknął przeszywająco.

- Jak to możliwe, że nigdy mi nie powiedziałaś? – spytał zdumiony Severus.

Serena zmieniła się z powrotem w człowieka i wzruszyła ramionami.

- W Ameryce animagowie nie muszą się rejestrować. Potrafię się przemienić, ale nie używam tego za często. Na pewno nie na tyle, by bawić się w rejestrację. Ale mogę pomóc Hermionie, jeśli Minerva nie będzie w stanie.

- Byłabym wdzięczna, pani profesor – odpowiedziała z uśmiechem Hermiona.

Widząc, ze problem został rozwiązany, Harry ponownie zwrócił się do Neville'a.

- To jak Nev? Chcesz, żebym ci pomógł?

Neville z entuzjazmem pokiwał głową, więc Harry pokazał mu, by do niego podszedł. Cała reszta przyglądała się dwójce młodych mężczyzn.

- Dobra Nev, na początku muszę sprawdzić twoje osłony. Pozwól mi popracować nad tym przez moment, to będziemy wiedzieli na czy stoimy.

Severus potrząsnął głową, gdy Harry zaczął sprawdzać osłony Neville'a. Młody człowiek nie użył ani różdżki, ani żadnej werbalnej inkantacji.

Po chwili Harry odchylił się i uśmiechnął.

- Tam wszystko w porządku. Teraz musimy poćwiczyć przywoływanie twojej magii. Masz moc, po prostu jeszcze nie nauczyłeś się jej skupiać. Pamiętasz to zaklęcie, którego uczyliśmy się kilka tygodni temu, „et pulvis concido"?

Neville zrobił wielkie oczy. To było niezwykle potężne i groźne zaklęcie eksplozji. Skinął Harry'emu głową, ale widać było jego niepewność. Harry zaśmiał się lekko.

- Spokojnie, Nev, nie będziesz go dzisiaj rzucał. Chcę tylko, żebyś zaczął wyczuwać swoją magię, tak jakbyś miał zamiar je rzucić. Zamknij oczy i pozwól magii kumulować się w tobie. Poczuj ją, poczuj, jak moc zbiera się i wzrasta. Kiedy uznasz, że więcej już nie wytrzymasz, odepchnij tę moc tak mocno, byś przestał ją czuć.

Przez dłuższą chwilę Neville jedynie siedział z zamkniętymi oczami. Luna przysunęła się do niego, by wesprzeć swojego chłopaka psychicznie. Nagle otworzył oczy.

- Na Merlina! Harry, to było coś! Czułem jak szaleje we mnie magia, a bez zaklęcia nie miała ujścia! – ekscytował się.

- W porządku, Nev. Teraz zamknij oczy i spróbuj jeszcze raz. Ćwicz, aż będziesz w stanie przywołać i rozproszyć swoją magię w mgnieniu oka – polecił mu Harry.

Po kilku minutach Neville otworzył oczy i spojrzał na przyjaciół.

- To jest niesamowite, Harry. Czy tak się właśnie czujesz, gdy przywołujesz swoją magię?

Harry potrząsnął głową.

- Nie muszę jej przywoływać tak jak ty. Ona zawsze czeka w gotowości. Ale to temat na inną rozmowę. Teraz wyobraź sobie swoją zwierzęcą formę. Tym razem wyobraź ją sobie w klatce, bo tak naprawdę tam właśnie się ona znajduje. Musisz przywołać swoją magię i użyć jej, by wyrwać swoje zwierzę z klatki. Pamiętaj, jeśli to ci się uda, przede wszystkim musisz opanować zwierzęcą jaźń!

Neville przełknął głośno ślinę i nerwowo pokiwał głową. Zamknął oczy. Sekundy mijały, a wszyscy wpatrywali się w niego w napięciu. Po jego czole zaczęły spływać krople potu. Potem jego ciało zaczęło się gwałtownie zmieniać. Rosło i zaczęło pokrywać się futrem.

Wszyscy wstrzymali oddech, gdy na miejscu Neville'a pojawił się potężny niedźwiedź grizzly.

- Miś-Neviś! – krzyknęła Luna i rzuciła się, by uściskać niedźwiedzia. Wszyscy gapili się na nią z niedowierzaniem. Wyglądało na to, że dziewczyna przekroczyła tę cienką granicę dzielącą ekscentryczność od szaleństwa. Po chwili Neville wrócił do ludzkiej postaci, dysząc ciężko z wysiłku. Luna potoczyła po przyjaciołach dumnym spojrzeniem.

- Mówiłam wam, że to mój Miś-Neviś! – powiedziała wesoło.

Harry rozejrzał się po przyjaciołach, potem wyszeptał coś Ginny na ucho. Ta pokiwała energicznie głową. Harry zerknął na Lunę, która uniosła brew, ale skinęła głową i wyszeptała coś Neville'owi, który wyszczerzył się od ucha do ucha.

- Chyba część z nas uda się na mały spacer. Niedługo wrócimy – powiedział oszołomionym przyjaciołom. Potem zmienił się w Skrzydło, Ginny w Kropkę, Luna w Łowcę, a Neville przybrał swoją niedźwiedzią formę i cała czwórka ruszyła w stronę tropikalnego lasu.

- NA MERLINA! – wydyszał Severus. – Widzieliście to? Jego metoda skróciła trening animagiczny o kilka lat!

- Nic im się nie stanie w lesie? – martwiła się Hermiona.

Ron wybuchnął śmiechem.

- Mionko, pomyśl chwilę. Hary to feniks, Ginny dziki kot, a Neville niedźwiedź! Pytanie brzmi, czy nic nie stanie się lasowi!


Słowniczek:

Krenel - występ w zwieńczeniu murów obronnych z prześwitem ułatwiającym strzelanie; blanka

Quantico to jedna z największych baz US Marines (piechoty morskiej), w której znajduje się też . Akademia FBI i główne laboratorium FBI

Napaluna – w oryginale Luna jest puszczykiem wirginijskim (Horned Owl), przez co nasuwa się imię „Horny", które znaczy dosłownie „napalona". Jak to zwykle w takich wypadkach bywa trudno dobrze oddać tę grę słów.

Niezgrabka – w oryginale „Trips" („trip" znaczy potykać się), huncwocka ksywka Tonks.

Miś-Neviś – w oryginale „Nevi-Bear" („Teddy-Bear" to po angielsku miś-przytulanka)


Od autorów: Niektórzy uważają za dziwne, że Dumbledore nie dowiedział się/nie odnalazł/nie spytał skrzatów o Serce Hogwartu. Hmm, zastanówmy się. Dumbledore nigdy jej nie odnalazł, ale słyszał legendy o dziele Slytherina. Dumbledore nie jest wszechmogący. Zwłaszcza w naszej historii! Dajcie gościowi już spokój. Jest stary i po uszy w cytrynowych dropsach.

Nie służyłem w Zatoce Perskiej. Pracowałem w wojsku, ale nie mogę Wam o tym mówić. To całe „Mogę ci powiedzieć, ale później musiałbym cię zabić" też się tu tyczy (cytat z filmu „Top Gun" – przyp. tłumacza).

I jeszcze jedno odnośnie Dumbledore'a. W naszej historii nie zwraca uwagi na mugolskie wiadomości. Ostatnio odnowił prenumeratę czarodziejskiego Playboya i ma eee… pełne ręce roboty.


W następnym rozdziale:

- wakacji na Bahamah ciąg dalszy

- zemsta Hermiony na bliźniakach

- Wiktor Krum przybywa do Hogsmeade

- i wiele więcej…