A/N1: W komentarzu Seshi zapytała, jak silnego mam zamiar zrobić Naruto. Prawda jest taka, że nie da się tego tak łatwo określić - siła fizyczna w świecie, który kreuję na podstawie mangi Kishimoto to tylko część arsenału, jakim dysponują shinobi. Fizyczna część tego biznesu nigdy nie wystarczy, żeby mieć pewność wygranej. Nie planuję iść też w przesadną epikę, jeżeli o umiejętności bohaterów idzie. Jasne, ze względu na inne wychowanie bohaterowie będą zachowywać się inaczej i umieć inne rzeczy, ale nigdy nie napiszę o dwunastolatku rozwalającym armie.
A/N2: Jak widać, tekst rośnie do potężnych rozmiarów w krótkim czasie - prawda jest taka, że drugie tyle wisi mi na dysku i czeka na redakcję, a trzecie tyle jest w notatkach i/lub napisane częściowo. Tempo jednak wróci do żółwiego. Od jakiegoś czasu od pisania "44" odpoczywałam i teraz będę w stanie ogarnąć całość pod kątem błędów i takich tam (bo już nie pamiętam, co napisałam X3). Jeżeli ktoś coś złapie - prosiłabym o komentarz lub PM, ułatwi mi pracę.
44 #10
Temari stanęła przed lustrem ze stanowczą miną na twarzy i przyjrzała się sobie krytycznie.
Była wysoka, miała ładną, jasną cerę, która robiła wrażenie w takim miejscu, jak to. Czas poświecony na wcieranie w skórę pielęgnacyjnych olejków i kremów zdecydowanie się opłacił.
Poza tym powoli zaczynała nabierać interesujących kształtów tu i ówdzie. Każdego dnia tak dla pewności sprawdzała postępy, uważając na to, żeby nie przyłapał jej młodszy brat.
Nabijałby się straszliwie, bo jego usposobienie można było określić tylko i wyłącznie jako złośliwe.
Sytuacji wcale nie poprawiał fakt, że znajdowała się z nim w jednym zespole.
Westchnęła ciężko. Niedawno oficjalnie zostali uznani za prawdziwych ninja, dostali opaski, po których można było określić, czy ktoś już jest Geninem, czy jeszcze nie.
I teraz dziewczyna miała straszliwy dylemat, gdzie nosić swoją.
Teoretycznie rzecz biorąc hitai-ate służyło do noszenia na czole, ale to wydawało się zbyt oczywiste i zdecydowanie za mało oryginalne.
Wszyscy potężni ninja mieli charakterystyczny styl nie tylko walki, ale i ubioru. Mogło to brzmieć trochę głupio, bo shinobi teoretycznie mieli walczyć niezauważeni, ale w praktyce taki podpis sprawiał, że wszyscy wiedzieli, z kim nie zadzierać.
Mimo wszystko, przymierzyła opaskę najpierw na czole, po czym skrzywiła się. W połączeniu z ciągle dziecięco zaokrągloną twarzą i tymi nieznośnymi włosami, które sterczały w każdym możliwym kierunku, wyglądało to naprawdę źle.
Zastanowiła się rzez chwilę, czy nie zawiesić jej na szyi, ale po krótkiej przebieżce nosząc hitai-ate w ten sposób okazało się to szalenie niewygodne. Blaszka podskakiwała przy każdym ruchu i rytmicznie uderzała w jej obojczyki.
Westchnęła niezadowolona i po prostu przewiązała ją w pasie, uznając, że pokombinuje kiedy indziej.
jako pasek przynajmniej nie zawadzała i podkreślała jej talię.
- Chwilowo może być – uznała. Po czym, dla pewności obróciła się jeszcze kilka razy, tak dla pewności. Uznała, że wygląda wystarczająco godnie, chociaż musi jeszcze popracować nad pewnym siebie wyrazem twarzy. Z drugiej strony, nie każdego dnia człowiek budził się z przekonaniem, że to właśnie dzisiaj zażąda od ojca odpowiedniego zadania. A przynajmniej nie ten człowiek, którego ojcem był Kazekage.
Przygryzła wargę. Naprawdę chciała zrobić coś szczególnego, bohaterskiego i wystarczająco godnego, żeby wyrobić sobie dobre imię i nie przynieść wstydu rodzinie i plemieniu. Potrafiła sporo, a jej techniki opierające się na żywiole powietrza stale rosły w siłę.
Zasługiwała na szansę i na to, żeby w końcu przestać ją traktować jak dziecko!
Przywołując na twarz bojową minę poprawiła dumnie sterczące kitki i ruszyła na spotkanie przeznaczenia.
- Co jest, księżniczko? - zapytał ojciec, nie odrywając wzroku od wypełnianych dokumentów.
Dziewczyna fuknęła gniewnie.
Nie znosiła tego przezwiska, a im bardziej to okazywała, tym częściej ją w ten sposób nazywał. W żyłach wszystkich członków jej rodziny płynęła czysta, skondensowana złośliwość.
- Wiesz, skoro jestem już oficjalnie shinobi... - zaczęła powoli.
- Nie, nie wyślę twojego zespołu na jakąś misję wysokiej rangi - powiedział automatycznie.
- Hej! - zaprotestowała. - Jak inaczej mam się nauczyć działań na polu walki?
- Z obserwacji - odparował.
- Tak się nie da! - jęknęła. - Serio, co ja będę w stanie zrobić bez jakiejkolwiek praktyki? Ładnie wyglądać?!
- Księżniczko - powiedział zniecierpliwiony, w końcu unosząc wzrok znad papierzysk. - Nie wysyłam na misje ludzi, jeżeli nie mam pewności, że sobie na nich poradzą. Mam zbyt nielicznych shinobi, żeby podejmować takie ryzyko.
- Kiedyś będziesz musiał - burknęła. - A wtedy będziesz dysponował bandą nieprzeszkolonych w warunkach bojowych Geninów...
- Fakt, to może być problem - zastanowił się przez moment. - Miło, że zauważyłaś problem.
- Więc dostaniemy jakieś prawdziwe zadanie?
- Nawet bardzo poważne - uśmiechnął się krzywo Kazekage. Dziewczyna przełknęła ślinę. Ten wyraz twarzy prawie na pewno oznaczał kłopoty.
- Tak? - zapytała w końcu. - Co mamy zrobić?
- Zorganizujesz walki pomiędzy zespołami Geninów - kontynuował - Łącznie z miejscem, czasem i zasadami, które mi nikogo szczególnie nie uszkodzą.
- Co? - jęknęła, otwierając szeroko oczy. - Ale przecież coś takiego...
- Zdecydowanie poprawi twoje zdolności organizacji grup ludzi i zmusi do planowania na dłuższą metę... - czyli wszystko to, czego potrzebujesz, plus praktyka w walce dla wszystkich.
- Ale ja nie mam pojęcia, jak się za to zabrać!
- Więc zdobądź te informacje, księżniczko. - przewrócił oczyma. - To też należy do umiejętności ninja.
Z nosem na kwintę opuściła pomieszczenie. Po czym otrząsnęła się i zaczęła kombinować.
Jeżeli chodziło o organizację miejsca, zdecydowanie powinna pociągnąć za język Bakiego, Jonina, który nadzorował ich zespół. Z całą pewnością dobrze orientował się w temacie. Jeżeli chodziło o zasady walki i zaplecze medyczne, bo to zawsze w trakcie takich imprez się przydawało, to chyba powinna porozmawiać z wujkiem Yashamaru.
I on i Baki mieli spore doświadczenie, więc z całą pewnością jej pomogą...
I to była przynajmniej jakaś misja. W końcu to jej rolą była organizacja tego wszystkiego, to jej imię zostanie przypisane do sukcesu szkolenia nowych oddziałów shinobi...
Uśmiechnęła się z dumą, a wyraz jej twarzy idealnie odzwierciedlał ten, który kilka chwil temu widziała na twarzy swojego ojca.
Tymczasem Ryoshi westchnął ciężko i roztarł sobie skronie.
Nie miał najmniejszego pojęcia, w jaki sposób to wszystko się rozegra, a do tej pory nie miał nikogo, kogo cały czas mógł poświęcić na nadzorowanie dzieciaków i organizację tego wszystkiego.
Temari była bystrą dziewczynką, wystarczająco bystrą i ambitną, żeby nie zachłysnąć się tak potężnym kęsem, po jaki sięgała.
Jeżeli pomysł wypali, a dziewczyna odniesie sukces, to Suna po raz kolejny będzie mogła się pochwalić zwiększeniem możliwości bojowych...
Patrząc z pewnego punktu to mogło być nawet niebezpieczne. Niewielu ludzi lubiło sytuacje, kiedy ich sąsiedzi rośli w siłę i potężnieli. Prewencyjnie próbowali się ich pozbyć, a Ryoshi doskonale rozumiał, dlaczego.
Temari westchnęła ciężko, ale udało jej się utrzymać tempo reszty grupy, w której się poruszała.
Ojciec, od chwili w której przypomniała mu o swoim istnienie domagając się jakiegoś porządnego zadania, godnego córki Kage, postanowił chyba zamienić jej życie w piekło.
Nie dość, że zwalił jej na kark zaplanowanie pełnego szkolenia Geninów i uczniów akademii w warunkach bojowych, to jeszcze zaczął wysyłać ją na każdy patrol, jaki miał miejsce stosunkowo niedaleko Suny.
Dlatego była zmęczona, jej włosy znajdowały się w koszmarnym nieładzie i błagały o odrobinę uwagi, a oczy miała podkrążone prawie tak mocno, jak Gaara.
No, może z tym ostatnim porównaniem przesadzała, ale czuła się, jakby nie zmrużyła oka od wieków. Nie miała najmniejszego pojecie, jak jej brat był w stanie znieść brak snu przez całe życie.
- Wszystko w porządku? zainteresował się Jonin dowodzący zespołem, patrząc na nią z pewnym niepokojem. Miał ciemne włosy ścięte tuż przy skórze i pociągłą twarz. I nie potrafiła zapamiętać jego imienia, niezależnie od tego, jak bardzo nie próbowała. A teraz było jej zbyt głupio pytać o powtórzenie tego raz jeszcze.
- Jasne - odparła, zmuszając się do uśmiechu.
- Jeżeli coś będzie nie tak, to to zgłoś - mruknął, nie wierząc jej za bardzo. Nieszczególnie mu się dziwiła. Była najmłodszym i najniższym stopniem członkiem trzyosobowego oddziału, w dodatku na pierwszej poważnej misji. A przynajmniej poważnej dla świeżo upieczonego Genina. Nie miał więc większego pojęcia o jej możliwościach i zachowaniu w stresujących sytuacjach. A to zawsze było bardzo niebezpieczne.
- O ile wiem, to ojciec wysyła na misje tylko tych, którzy są w stanie je ukończyć - powiedziała pospiesznie. - Więc nie masz się czym przejmować, nie zawiodę.
- O ile po drodze nie padniesz na twarz - przewrócił oczyma. - Udawanie twardszego niż się jest w niczym nie pomoże.
- Nie udaję - burknęła, marszcząc nos. - Jestem shinobi i chcę udowodnić, że jestem na tyle dobra, żeby wystartować w tym nieszczęsnym egzaminie na Chunina, do którego nie chce nas dopuścić.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, jak wygląda polityka klanowa - wzruszył ramionami. - Każde z dwunastu ramion ma prawo do wyboru jednej grupy kandydatów. Nigdy nawet nie trafiło się, żeby zrobili to wszyscy.
- to mógłby w końcu wybrać nas - burknęła. - Jest Kazekage, nie powinien być nadopiekuńczy.
- Nadopiekuńczy? - uniósł lekko brew.
- Wiesz, to pewnie żadna tajemnica, bo zauważyłby każdy, kto ma oczy... kilka lat temu, niedługo po tym jak przygarnął naszego najmłodszego brata ojciec zaczął zachowywać się inaczej. Do tej pory był surowy i nawet nie zwracał na nas uwagi, chyba że chodziło o wypomnienie jakichś potknięć, czy wyjaśnienie, czego od nas wymaga... a potem, z dnia na dzień, zrobił się cholernie towarzyski. To było całkiem miłe, chociaż przyzwyczaiłam się do tego, że jest oschły i głupio się czułam, kiedy zupełnie nagle zebrało mu się na przytulanie każdego z naszej czwórki, które mógł dorwać.
- Dosyć urocza historyjka - uśmiechnął się krzywo. - mogę spytać, kto najczęściej padał ofiarą tych zapędów rodzicielskich?
- Najmłodsza dwójka - odwzajemniła uśmiech. - Gaara nigdy szczególnie nie lubił biegać, więc nie uciekał za daleko, a Naruto to jedna wielka przylepa nawet teraz.
- nawet nie przypominaj - przewrócił oczyma. - Nie mam pojęcia, skąd on go wyciągnął, ale smarkacz potrafił zwęszyć obecność ANBU z odległości, której nie powstydziłaby się elita wioski.
- Mam wrażenie, że najbardziej ze wszystkich obrywało się Bakiemu.
- Ta - mruknął. - Podziwiam jego cierpliwość. Nie mam najmniejszego pojęcia, ile razy łaził po mieście obwieszony twoim rodzeństwem.
Temari zachichotała.
Naruto i Gaara, nawet Kankuro, w wieku szczenięcym byli przeuroczymi, wielkookimi berbeciami, które potrafiły naciągnąć ludzi praktycznie na cokolwiek.
Naturalnie, początkowo bała się Gaary, jak każdy inny dzieciak w Sunie, ale skoro ojciec stwierdził, że zakaz zbliżania się do nosiciela demona przestał ją obowiązywać...
Po prostu poczuła się zobowiązana, żeby wypełnić swoją rolę. Była jedyną kobietą w rodzinie, więc powinna chłopcom robić i za starszą siostrę i za matkę.
W życiu są takie chwile, kiedy należy podjąć decyzję. Nie wiadomo na samym początku, która jest dobra, a która zła, a nie można przez cały czas czekać, aż sytuacja nie rozwiąże się sama.
Niektóre rzeczy mogły się wydać ryzykowne, jak chociażby wędrówka nieczęsto uczęszczanym traktem bez wynajęcia shinobi. Z drugiej jednak strony, wynajęcie ninja na dłuższy czas stanowiło naprawdę kosztowną sprawę, więc zyski ze sprzedaży transportowanych dóbr kurczyły się w przerażającym tempie.
Dlatego też wielu, naprawdę wielu kupców decydowało się podjąć ryzyko i skorzystać z pomocy zwykłych zawadiaków i najemników.
Zdarzali się też tacy, którzy decydowali się na transportowanie wozów z towarem w samotności. Szczególnie ci, którzy dostarczali swoje dobra do Wiosek Shinobi. W końcu kto ośmieliłby się wyciągnąć rękę po to, co należało do najemnych zabójców?
Jedynie szaleńcy.
Tacy też się zdarzali.
Dlatego też, kiedy jeden z drobniejszych handlarzy wędrował wraz z rodziną po traktach Kraju Wiatru, podążały za nim cienie.
- Jesteś pewien, że to był dobry pomysł? - zapytała ciemnowłosa kobieta, oglądając się nerwowo raz za razem, usiłując dojrzeć to, co mogło znajdować się za krytym wozem, którym powoził siedzący obok niej mężczyzna.
- Daj spokój - mruknął zniecierpliwiony i przesunął dłonią po trzydniowym zaroście, jaki pokrywał jego twarz. Również był zdenerwowany, ale za wszelką cenę nie chciał dać po sobie tego poznać. Ten transport naprawdę był ich ostatnią szansą. Nie mieli pieniędzy na wynajem jakiejkolwiek ochrony, liczył więc na to, że nikt nie będzie się czaił wśród rozpalonych słońcem, zakurzonych skał, które rzucały odrobinę cienia na trakt, którym zdążali.
- Nie dam - upierała się kobieta. - Ryzykujemy i to zbyt wiele!
- Myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy? - warknął. - Co innego miałem zrobić?
- Nie wiem - pokręciła głową i gwałtownym ruchem otarła ręką oczy, bo zaczynały gromadzić się w nich łzy. - Nie mam najmniejszego pojęcia! Ale nie to, mam złe przeczucia...!
- To zachowaj je dla siebie - warknął. - Staram się utrzymać nas przy życiu!
- Powinniśmy byli zostawić chociaż Matsuri - wymamrotała. - Jeżeli coś się stanie, to także i ona...
- Niby gdzie mieliśmy ją zostawić? - prychnął mężczyzna. - I z kim? To ośmioletnie dziecko, sama nie da sobie rady.
Nie odpowiedziała, bo miał rację.
W mieście, z którego pochodzili nie mieli żadnych krewnych, a nikt z przyjaciół nie zgodziłby się przygarnąć kolejnych ust do wykarmienia. Susza, która wystąpiła w tym roku sprawiła, że wiele osób znajdowało się w równie desperackiej sytuacji, jak oni. A omgli przecież nie wrócić... dlatego też nawet nie próbowali prosić o tak wielką przysługę. Nie zdołaliby się odwdzięczyć w podobny sposób.
- To i tak najbezpieczniejsza droga - mężczyzna zaczął mówić, najwyraźniej chcąc uspokoić samego siebie bardziej niż żonę. - Nikt zdrowy na umyśle nie czaiłby się w takim miejscu. Nie z dala od źródeł wody i w pełnym słońcu. A źródła i oazy znajdowały się pod kontrolą plemion, które strzegły ich znacznie pilniej niż jakichkolwiek kosztowności.
- Być może- wymamrotała, uciekając wzrokiem gdzieś w kurz drogi.
Nie czuła się przekonana. Coś w głębi jej serca podpowiadało, że znajdowali się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
A kiedy słońce schyliło się ku zachodowi, a powietrze zamiast żaru zaczął wypełniać upiorny chłód, jej przeczucia sprawdziły się.
- Coś się dzieje - stwierdził Jonin, sztywniejąc nagle, a jego oczy zwęziły się, jakby czegoś wypatrywał.
- Co takiego? - Temari podniosła się błyskawicznie.
- Nie mam pojęcia - pokręcił powoli głową. - Ale powietrze pachnie spalenizną i krwią.
- Powinniśmy to sprawdzić... - wymamrotała dziewczyna, czując dreszcz, jaki przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa. nie była pewna, cy to z podniecenia nadciągającą walką, czy ze strachu przed nią.
Mężczyzna spojrzał na nią z góry. Naburmuszyła się. Jeszcze tego brakowało, żeby traktował córkę Kage jak dziecko, które nie potrafi sobie samo poradzić.
- Jeżeli sytuacja będzie nieciekawa, zalecałbym wstrzymanie się od brawury - stwierdził w końcu.
Skinęła głową.
Moment później byli w drodze.
Przemieszczanie się przy wzmacnianiu każdego skoku pewna ilością chakry, poprzez używanie najprostszego z możliwych jutsu sprawiało, że shinobi preferowali przemieszczanie się pieszo zamiast wykorzystywać zwierzęta. Ich prędkość przeważnie była niewiele mniejsza, a jeżeli ktoś postanowił się wysilić, bądź też specjalizował się w taijutsu kładącym nacisk na prędkość, to osiągał szybkość, jakiej mogły mu pozazdrościć i rumaki wyścigowe.
Oni co prawda nie pędzili w oszałamiającym tempie, ale nadal poruszali się dosyć szybko.
Wkrótce też mogli zobaczyć odcinające się wyraźnie na tle mroczniejącego nieba. Powietrze wypełniał swąd ciemnego dymu, unoszącego się nisko na ziemi, kotłując się niczym chmury burzowe nad skalistym podłożem.
- Nie podoba mi się to - wymamrotała pod nosem Temari.
Moment później powietrze wypełnił głośny, przeraźliwy krzyk.
- Och, nie tylko tobie - skomentował półgębkiem jeden z Joninów. Cała grupa wymieniła spojrzenia, po czym rozdzieliła się.
Temari zmarszczyła brwi, okrążając od zachodniej strony potencjalnych przeciwników.
Jednocześnie przypominała sobie podstawy działań terenowych tego typu, żeby nie ulec podnieceniu i nie wpaść prosto w pułapkę.
Po pierwsze, zidentyfikować zagrożenie. I ocenić, czy opłacało się podejmować ryzyko, czy też należało poczekać na wsparcie. Następnie należało ocenić teren, znaleźć potencjalne kryjówki, miejsca przydatne do zastawienia pułapek i miejsca, w których najprawdopodobniej zostały zastawione.
Nikt, kto ma choć odrobinę zdrowego rozsądku nie szarżuje, nie znając najpierw dokładnie swojego położenia i tego, co może na niego czekać na miejscu.
Nawet jej bracia zdołali opanować tę lekcję.
Ukrycie się przed bandą rzezimieszków, którzy postanowili dorobić sobie rabując przejezdnych. Byli tak głośni, że nawet nie musiała się szczególnie starać podczas skradania się wśród skał. Byli też na tyle głupi, że pozwolili się sobie całkowicie pochłonąć wyrzucaniu ładunku z wozu. wszystko, co im się nie podobało, zrzucali byle jak na ziemię, w byle jak usypaną stertę, którąś ktoś podpalił. Ogień sięgał zaskakująco wysoko i to ściana płomieni była tym, co przyciągnęło tutaj oddział shinobi.
Zmrużyła oczy.
W świetle rzucanym przez ognisko byli doskonale widoczni, podczas gdy ktokolwiek, kto chciałby ich otoczyć stawał się praktycznie nie do zauważenia. Za to powstawała masa nieregularnych, ruszających się gwałtownie cieni. Sprawiały, że ciężko było ocenić, co się tam właściwie dzieje. Oprócz rabunku, ale to było najbardziej oczywiste.
Zmieniła nieco pozycję, usiłując dostrzec kogoś poza bandytami.
Skądś musiał w końcu pochodzić wrzask, ktoś musiał transportować to wszystko, zanim miał pecha.
W okolicy wozu na ziemi leżał ciemny kształt, wielkości człowieka. Z daleka nie mogła wiele dostrzec. Tylko to, że leżąca osoba musiała mieć długie włosy i długą aż do kostek spódnicę. Materiał sprawiał, że leżąc wyglądała niczym nakryta jakimś kocem, po prostu w trakcie drzemki.
Czyli jedną osobę zlokalizowała i jej raczej nie mogła pomóc.
Skierowała wzrok dalej, za wóz, gdzie tuż przy skale znajdowało się dwóch, czy trzech, którzy oddzielili się od grupy.
Jeden właśnie strząsał z broni coś bezwładnego , dużego...
Temari skrzywiła się.
Kolejny z nieszczęśników znaleziony i martwy.
Była tylko dwójka, czy ktoś jeszcze...?
Wóz nie wyglądał na specjalnie duży, w transport więc raczej nie inwestowała zbyt duża grupa osób.
Miała rację, w momencie, w którym ciało upadło na ziemię, przez śmiechy i pokrzykiwania bandy, przez trzask płomieni przebił się wysoki, pełen przerażenia krzyk.
Temari zaklęła pod nosem i rzuciła się do przodu, pod wpływem czystego instynktu, nie przejmując się więcej strategią.
Kilku ją zauważyło, w tym ten, który strząsnął zwłoki ze swojego miecza. Uniósł broń do następnego ciosu, mierząc w drobniejszą ciemną plamę znajdującą się przy skale.
Temari zgrzytnęła zębami. Nie zdąży dobiec na czas.
Pozostało wiec tylko jedno.
Wzięła solidny zamach i rzuciła swoim potężnym wachlarzem. Broń rozpięła się w powietrzu na pełną szerokość i zakręciła się z wizgiem, który sprawił, że kilka zdumionych spojrzeń poderwało się w górę.
Z Kukiem uderzył w ziemię, wbijając się głęboko w skałę tuż przed skuloną sylwetką, a moment później rozległ się głośny, metaliczny zgrzyt, kiedy miecz zbira napotkał na niespodziewaną przeszkodę.
- Ha! - uśmiechnęła się krzywo.
- Ty mała...! - ktoś krzyknął.
Praktycznie w tej samej chwili rozpętał się chaos. Bandyci rzucili się w jej kierunku. Ze skalistych szczytów spadł deszcz lśniących metalicznie igieł.
Temari nie czekała, ani nie zatrzymała się, żeby obserwować reakcję.
Pognała do przodu, w stronę swojego wachlarza, zanim którykolwiek z zaskoczonych mężczyzn nie będzie miał głupiego pomysłu i nie ponowi próby zabicia... kogokolwiek uratowała.
Kilka chwil później było już po wszystkim.
Na skalistym podłożu leżały już tylko trupy, przewrócony wóz leżał rozgrzebany, podpalone dobra żarzyły się jedynie, dogorywając, a niebo było ciemne tak bardzo, że trudność sprawiało dostrzeżenie czegokolwiek.
- Już w porządku - powiedziała Temari, starając się brzmieć na pewną siebie. Ale to, co działo się dookoła na niej również wywarło wrażenie. Życie shinobi powinno być heroiczne, pełne przygód, gdzie dzielny shinobi przybywa na ratunek udręczonym...
Tymczasem było zwyczajnie brudne.
Uratowana osoba nie odezwała się, więc dziewczyna, czując zaniepokojenie, odwróciła się.
Przy skale, skulona jak tylko się dało, siedziała mała dziewczynka, przerażona i zaryczana, z oczami wielkimi jak spodki.
- Hej, nic ci nie jest? - zapytała Temari, ale moment później dotarło do niej, jak głupio musiało brzmieć to pytanie akurat w tej sytuacji. Dzieciak prawie został zabity, był świadkiem zamordowania najpierw dwóch najprawdopodobniej bliskich osób, a następnie posłania do piachy całej bandy innych ludzi. Każdy normalny czułby się z tym nieszczególnie...
- Tobie nic nie mówi zwrot " czekać na rozkaz dowódcy"? - burknął Jonin. Zupełnie nagle znalazł się tuż obok, a Temari jedynie siłą woli powstrzymała dreszcz. Nie znosiła, kiedy ktoś ją zaskakiwał. Zostanie zaskoczonym oznaczało ból i siniaki. A w prawdziwym świecie, do którego tak się wyrywała jak cała reszta jej rodzeństwa, najczęściej oznaczało to śmierć.
- Śpieszyło mi się - odburknęła. - Przynajmniej mogłam kogoś uratować.
- Tłumaczyć się będziesz ojcu - prychnął mężczyzna.
Temari wzdrygnęła się. Łańcuch dowodzenia był czymś, na co jej ojciec raczej lubił zwracać uwagę. Cenił sobie karność i odpowiedzialność... i wierzył, że ona taka właśnie była, więc powierzył jej to zadanie i misję w samej sunie. Nie chciała zawieść tego zaufania.
- A skoro już tak ładnie bawiłaś się w bohatera, to możesz się zająć ocalałą - kontynuował Jonin.
Ponuro pokiwała głową.
Matsuri usiadła na łóżku i spojrzała przez małe, okrągłe okno, na żółte, pokryte złocistym kurzem ulice, nad którymi płonęło słońce na błękitem niebie i westchnęła cicho.
Nie potrafiła przypomnieć sobie, w jaki sposób w ogóle trafiła do Suny, mimo że minęły ponad dwa lata od tragicznego błędu jej ojca.
Pamiętała jedynie to, czego naprawdę nie chciała sobie przypominać. Koszmarne wspomnienia wracały do niej w środku nocy, raz za razem przywołując obraz rzezi.
Nie miała też pojęcia, w jaki sposób, ale jakoś została członkiem rodziny Kazekage. Może za sprawą wstawiennictwa Temari, a może tak po prostu. Nadal zdumiewało ją lekkie podejście tych ludzi do spraw takich, jak zajmowanie się dziećmi. Słyszała rozmowy swoich rodziców, wiedziała, że nie byli w stanie nikogo zobowiązać do opieki nad nią, bo nikt nie chciał opiekować się cudzymi dzieciakami, tymczasem w tym miejscu... świat był jakby postawiony na głowie.
Pewnie by im się spodobało, pomyślała.
Życie w nowej, zadziwiająco dużej rodzinie nie było takie złe. Temari, najstarsza spośród rodzeństwa była naprawdę miłą starszą siostrą, opiekuńczą, chociaż miała strasznie dużo obowiązków i nieczęsto starczało jej sił na cokolwiek po powrocie do domu późnym wieczorem, jeśli nie nocą. Kankuro, drugi w kolejności jeżeli chodziło o wiek był przede wszystkim złośliwy i wykorzystywał swoją manipulację kukłami do złośliwych dowcipów. Nie miała najmniejszego pojęcia, ile razy potykała się o kamień, który przeciągnęła nić z chakry, czy ile razy podwijała jej się sukienka, mimo że w powietrzu nie było najmniejszego wiaterku.
Byli jeszcze Naruto i Gaara, z którymi trzymała się najczęściej, głównie dlatego, że byli w podobnym wieku.
Poza tym, czuła się z nimi bezpiecznie, a jednocześnie nie miała wrażenia, że każdy jej krok jest oceniany.
Temari i Kankuro może nie zdawali sobie z tego sprawy, ale oni mieli to spojrzenie. Oceniające, zapamiętujące każdy drobny detal. Tak samo jak ich ojciec.
Matsuri nie oszukiwała się, wiedziała, że dla tego człowieka przede wszystkim liczyła się przydatność, umiejętności. Dlatego starała się spełnić oczekiwania i nauczyć się władać bronią, mimo że jej nienawidziła. Widziała, co z człowiekiem może zrobić ostrze miecza, widziała, jak przedmioty wbijają się w ciało, rozrywają je...
Wzdrygnęła się, odpędzając zbyt plastyczne wspomnienia.
kiedy, z wielkim trudem, przyznała się do swojego strachu, powiedział tylko, że to nie broń jest zła. Broń sama w sobie była jedynie przedmiotem, pozbawionym moralności i woli. To, czy wykorzysta się ją w dobrej, czy w złej sprawie zależało tylko od człowieka.
Naturalnie miał rację, ale nadal ciężko było jej przezwyciężyć wstręt. Jednak żyjąc w wiosce shinobi należało stać się shinobi. Przynajmniej po części, przynajmniej dla własnego dobra.
Szybko nadrobiła zaległości takie jak kontrolowanie chakry, czy manipulacja nią, to okazało się nawet proste (a Naruto łypał na nią zazdrośnie).
W pewnym momencie odkryła też pieczęci. Nie te, których używało się, kiedy stosowało się ninjutsu, ale te wymagające papieru i tuszu. Czasami innego podłoża i tuszu, a czasami krwi.
Pieczęci były skomplikowane, ale oferowały niesamowite możliwości. I zupełnie odrębną, czystą metodę walki. Nie musiała nikomu robić krzywdy, jeżeli zamknęłaby go w pieczęci. Nikt nie zdołałby zrobić jej krzywdy, gdyby położyła ręce na jakichś szczególnych pieczęciach ochronnych...
A Kazekage wydawał się zadowolony z jej zainteresowań. Przynajmniej to mogła wywnioskować, kiedy raz na jakiś czas, kiedy sie budziła, znajdowała na nocnym stoliku zwój z nową techniką lub podstawami teorii.
To było nawet miłe.
Chłopcy często opowiadali jej o swojej strasznej przygodzie na pustyni i o Żabim Pustelniku, który również był wtedy na miejscu. O jego osobę wypytywała kiedy tylko mogła. Słyszała opowieści o tym, że był mistrzem pieczęci, a pod wrażeniem jego zdolności był nawet Kazekage.
Ich historie znacznie różniły się z tym, co sobie wyobrażała. Powinien być mądrym, światłym mężczyzną, nieco przyciśniętym już wiekiem, tymczasem oni prezentowali jej obraz zaczepnego wagabundy, który wykorzystywał każdą sposobność na wymianę wyzwisk z ich ojcem. Nie brzmiało jak opis osoby szczególnie utalentowanej.
Pozory jednak lubiły mylić, szczególnie w świecie shinobi, który chyba w całości opierał się na podstępach i rzucaniu sobie nawzajem kłód pod nogi. Każdy udawał kogoś, kim tak naprawdę nie był, każdy nosił maskę niczym członkowie ANBU, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka nie można jej było dostrzec.
Wedle tego, co mówił Gaara, Żabi Pustelnik co jakiś czas wracał do Suny i spędzał tutaj trochę czasu, po czym ruszał w dalszą wędrówkę.
Zdecydowała, że wyrobi sobie na jego temat opinię sama, jeżeli kiedyś będzie miała okazję go spotkać. Albo chociaż poobserwować z daleka.
Nie spodziewała się jednak, że spotka go akurat dzisiaj. I że usłyszy, że razem z Naruto będą się od niego uczyć. W drodze.
- Wygląda na to, że tata postanowił pobawić się w wakacje - skomentował chłopak.
- Mógł chociaż zapytać, co o tym sądzimy... - mruknęła Matsuri, czując się nieco niepewnie. Albo jak pakunek przekazywany z rąk do rąk.
- Wydaje mi się, że raczej wakacje od nas sobie urządza – uśmiechnął się krzywo Naruto. - Nie to, żebym mu się specjalnie dziwił. A Jiraiya jest świetny, zobaczysz!
- Mam nadzieję - westchnęła. - Nie chcę zrobić złego wrażenia ani nic, ale... nie mam najmniejszego pojęcia, czego się po nim spodziewać.
- Nie stresuj się tak, będzie w porządku! Poza tym, skoro lubisz pieczęci i takie tam inne, a on jest specjalistą... możesz się sporo nauczyć, nie?
- Niby tak - mruknęła, ciągle nieprzekonana.
Prawdę mówiąc zwyczajnie się bała, niepewna tego, czy uda jej się spełnić oczekiwania Pustelnika. Może mędrzec uzna, że w ogóle nie jest godna, żeby się od niego uczyć? I co wtedy powie Kazekage?
Okazał jej łaskę i przygarnął, kiedy została osierocona. Ale co jeżeli okaże się nieprzydatna, jeżeli uzna, że jednak nie będzie wystarczająco dobra?
- No chodź już! - nalegał Naruto, radosny i promienny jak zawsze.
Westchnęła ciężko i, na drżących nogach, poszła za nim, ostrożnie stawiając każdy krok.
- Przybyłeś ponownie - stwierdził Kazekage.
- Ano, wróciło mi się - uśmiechnął się krzywo Jiraiya. - A co, stęskniłeś się?
- Kiedy ja zacznę za tobą tęsknić, to z całą pewnością nadejdzie koniec świata - prychnął Ryoshi.
- Niewdzięcznik - burknął żabi Pustelnik. - Nalej mi lepiej tego paskudztwa.
- Za ten ton, to powinieneś wylecieć za drzwi - skrzywił się Ryoshi.
życzenie jednak spełnił, bo Jiraiya nie należał do osób, z którymi był w stanie rozmawiać na trzeźwo. Przynajmniej nie przez dłuższy czas. Poza tym potrzebował od niego pewnej drobnej przysługi, a im bardziej pijany będzie Pustelnik, tym bardziej ugodowy się zrobi.
- Czy odkryłeś już, co knuje Orochimaru?
- Nie mam pojęcia - Jiraiya pokręcił głową. - Zaszył się gdzieś i udaje, że nie istnieje.
- To niepokojące - stwierdził Ryoshi marszcząc lekko brwi. Wszystko, co znikało z zasięgu wzroku miało nieprzyjemny zwyczaj powracania.
- Mnie to mówisz? - żachnął się Pustelnik. - Znam drania za dobrze, chowanie głowy w piasek to zly znak. On coś knuje i to coś dużego.
- A my nie mamy pojęcia co - stwierdził Kazekage, krzywiąc się wyraźnie i odstawiając swój kubek. - Pozostaje przygotować się na najgorsze.
- Jakbyśmy jeszcze wiedzieli, czym ma być to "najgorsze" - Jiraiya przewrócił oczyma. - A jak się mają dzieciaki?
- Robią postępy i juz nie szarżują bezmyślnie - stwierdził Ryoshi.
- To wyraźny postęp - prychnął Pustelnik.
- Na tyle duże, że mógłbyś zainteresować się trenowaniem Naruto, dla jego własnego bezpieczeństwa.
- Nie jest na to za młody?
- Nie wydaje ci się, że nie powinniśmy tracić czasu?
- A co z Gaarą?
- Nim mogę zająć się ja. Może i nie potrafię manipulować piaskiem, ale wystarczająco często widziałem poprzedniego Kazekage w walce, żeby pamiętać jego techniki.
- Metaliczny pył to nie do końca to samo, co piasek - stwierdził krytycznie Jiraiya.
- Ale wystarczająco blisko, żebyśmy mogli spróbować na podstawie jego ruchów opracować coś własnego - Ryoshi przewrócił oczyma. - Poza tym dzieciaki muszą nauczyć się pracować nie tylko w duecie.
- Też prawda - Pustelnik podrapał się po brodzie. - Chociaż wędrówka z dziesięciolatkiem może wpłynąć... nieszczególnie na mój wywiad.
- Kobiety w łaźniach odetchnął z ulgą - Ryoshi przewrócił oczyma. - Poza tym... nie jednym dziesięciolatkiem.
- Zaraz - Jiraiya uniósł brew. - Mówiłeś, że z Gaarą sobie poradzisz... chyba boję się pytać.
- Nazywa się Matsuri i ma rękę do pieczęci.
- Chcesz mi podrzucić pod opiekę dziewczynkę? Tobie doszczętnie odbiło? - Pustelnik wybałuszył oczy. - Nie wspominając o tym, że powinieneś znaleźć sobie inne hobby, przygarnianie każdego dzieciaka, jaki się nawinie, to nie do końca wspaniały pomysł!
- Jiraiya, kiedy ja mówię, że ktoś jest w czymś dobrym... - zaczął z westchnieniem Ryoshi.
- Tak, to musi być doskonały w swoim fachu, bo takiej zrzędy jak ty, to ja nigdy nie widziałem - mężczyzna wzruszył ramionami. - co nie zmienia faktu, że uważam to za głupi pomysł.
- Niby dlaczego? - Kazekage przechylił głowę. - Szybko przywiązała się do tej dwójki, a w połączeniu z mykiem do pieczęci...
- Chcesz, żeby ich pilnowała, kiedy mnie nie będzie w pobliżu?
- Utworzenie zespołu ze zgranej grupy to rozsądne posunięcie - Ryoshi wzruszył ramionami. - A w przypadku Naruto i Gaary... specjalista od pieczęci byłby dobrym uzupełnieniem drużyny. Przynajmniej byłaby szansa, żeby zapobiec niebezpieczeństwom.
- Szansa - mruknął ponuro Jiraiya.
- Dlatego właśnie chciałbym, żebyś to ty przeszkolił dziewczynę - powiedział poważnym tonem Ryoshi. - Przynajmniej będzie mogła spróbować coś zrobić, keidy zaszłaby potrzeba.
- Ryo, ty przygarnąłeś ją ze względu na umiejętności, czy też zdarzają ci się porywy dobrego serca? - zakpił mężczyzna.
- Znasz mnie - uśmiechnął się krzywo Ryoshi, w nieco teatralnym geście rozkładając ręce.
Jiraiya westchnął ciężko, po czym sięgnął po kubek i wypił zawartość za jednym zamachem.
