Ze szpitala wypisano mnie po tygodniu obserwacji i stosach zabiegów, których przeznaczenia tak naprawdę kompletnie nie znałam, i które poznałam dopiero podczas ich wykonywania.
Carol była przez cały ten czas przy mnie, i opiekowała się mną niczym wzorowa matka. Scott i Bud tymczasem uważnie śledzili każde, nawet najmniejsze poczynania Emmetta, chcąc dowiedzieć się za wszelką cenę, kim on tak naprawdę jest, i co przed nami ukrywa.
Ja tymczasem wróciłam w końcu do domu rodziców Carol, gdzie nareszcie mogłam odpocząć po całym tym wariactwie.
- Jacka nadal ani widu, ani słychu. – powiedział Curtis, wchodząc do salonu. Od kiedy Scott zajął się śledzeniem Emmetta, cała robota związana z zajmowaniem się mną spadła na matkę niespełna rocznego Buddy'ego, Carol. Curtis był tu głównie po to, aby wspierać Carol, z racji że Sylvia i Bud cały czas chodzili jeszcze do pracy, i w przeciwnym razie nie miałby się kto mną zająć. – Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię.
- Zapewne Mara więzi go gdzieś, żeby nie mógł nam pomóc odczynić jej klątwy. – powiedziałam, wzdychając ciężko. Chciałam, żeby wszystko z Emmettem już się wyjaśniło, żeby Mara w końcu przegrała tą batalię, i żebym nareszcie mogła być z Jackiem.
- Mikołaj nadal też nie odkrył, kim jest ten cały Emmett Gabriels. Chłopaka niezwykle trudno namierzyć. – zmarszczyłam lekko brwi, słysząc to.
- To na pewno musi być tajniak Mary. – odparłam, momentalnie czując, jak wszystko we mnie buzuje ze złości. – Idę o zakład, że nasłała go tutaj, żebym zaczęła mieć wątpliwości co do moich uczuć do Jacka. Dodatkowo pewnie zdawał jej na bieżąco relacje, tak żeby wiedziała, kiedy zaatakować.
- Tego nie możemy być pewni. – Carol, jak zwykle, starała się być optymistką. – Ten chłopak naprawdę mógł gdzieś podłapać twoje prawdziwe imię. Mogło się nam wypsnąć, nawet gdy nie byliśmy tego świadomi.
- Jakoś szczerze w to wątpię. – odparłam, naburmuszona jak nigdy wcześniej. – Znam Marę lepiej od was wszystkich razem wziętych. To doskonale pasuje do jej sposobu działania. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby okazało się, że Jack jest więziony głęboko pod ziemią, i dlatego nadal go tu nie ma. – Carol nie zdołała mi odpowiedzieć, bo nagle wewnątrz domu zawiało, i na środku salonu pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha Mara we własnej osobie.
Widząc ją, Curtis poleciał gwałtownie do tyłu z krzykiem na ustach. Carol wydała z siebie zduszony okrzyk, ale nim się zdołałam zorientować, kobieta pociągnęła mnie do góry, i schowała za swoją osobą.
- Naprawdę sądzisz, Pani Mikołajowo, że dasz radę ją obronić? – zakpiła z niej Mara, robiąc krok w naszą stronę. Carol momentalnie odsunęła się ze mną o podobną odległość. – Eirabella jest teraz zwykłą śmiertelniczką. Tak szczerze to dziwię się, że ona jeszcze żyje po tym, jak ją potrąciłam. Jestem pewna, że walnęłam w nią wystarczająco mocno, aby ją zabić na miejscu. Jak jednak widzę, ostro się przeliczyłam. – nie mogłyśmy teraz liczyć na nikogo poza sobą. Ja i Carol musiałyśmy stanąć same do walki z Marą, tym bardziej, że Curtis nadal chował się zawzięcie za półścianką w kuchni, i bał się nawet spojrzeć na Marę, a co dopiero się z nią skonfrontować.
- Nigdy nie uda ci się mnie pokonać. – stwierdziłam oschłym tonem głosu, wychodząc przed Carol. Kobieta chciała mnie przed tym powstrzymać, ale na tym etapie jak najbardziej czułam się na siłach, aby wbić trochę rozsądku do tego pustego łba Mary. – Nie zapominaj, że liczę sobie bite ponad dwanaście tysięcy lat. Nawet jako śmiertelniczka mogę cię teraz z łatwością pokonać. Twoje niecałe dwa tysiące lat może mnie ugryźć sama wiesz gdzie.
- Och, doprawdy? – Mara roześmiała się otwarcie. – A ty nie powinnaś zapominać, że jako śmiertelniczka jesteś pozbawiona wszelkich nadprzyrodzonych mocy.
- Wiem o tym. – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Nadal jednak jestem Królową Śniegu. Urodziłam się nią, i nadal nią pozostaję, dopóki żyję. Nieważne, w jakiej jestem teraz postaci. Śnieg i mróz zawsze będą mi posłuszne. – wraz z moimi słowami lodówka w kuchni Newmanów otworzyła się z hukiem, a Curtis wrzasnął głośno, upadł na podłogę, i wtoczył się pospiesznie pod stół. W tym czasie cały mróz, jaki wytworzyła zwykła, stworzona przez ludzi maszyna, otoczyła mnie, i utworzyła wokół mnie barierę ochronną. – Tak jak mówiłam, Mara; wciąż jestem Królową Śniegu. Nie zapominaj o tym. – Mara wreszcie przestała się uśmiechać. Z grymasem gniewu malującym się na jej twarzy rzuciła się na mnie, aktywując w tym czasie jedno ze swoich zaklęć – cała jej ręka rozjarzyła się na neonowy, zielony kolor.
Uskoczyłam w ostatniej chwili, wykrzywiając się lekko z bólu – kręgosłup nadal przypominał mi o tym, że niedawno miałam wypadek, i nadal powinnam leżeć, i się nie przemęczać. Musiałam jednak ochronić Carol przed Marą – kobieta ta nie posiadała ani jednej nadprzyrodzonej mocy, pomimo bycia, jakby nie patrzeć, mityczną istotą.
Uchyliłam się przed jej zaklęciem dosłownie w ostatniej chwili, łapiąc się kurczowo krawędzi stołu.
- Och, nawet nie wiesz, jaką satysfakcję daje mi nawet takie głupie ganianie ciebie. – powiedziała Mara, uśmiechając się do mnie mrocznie. – Gdy skończę z tobą, zajmę się tym twoim Frostem, a także rodziną Mikołaja, i zima raz na zawsze zniknie z powierzchni tej planety.
- Bo moim trupie. – warknęłam, wściekła jak nigdy wcześniej. Mara tylko głośno się roześmiała.
- Och, z przyjemnością. – powiedziała, po czym uniosła do góry dłoń, chcąc rzucić we mnie kolejne ze swoich zaklęć.
Nagle coś huknęło, coś błysnęło, i usłyszałam tylko donośny krzyk Mary, po czym jasny promień światła opanował cały salon. Aż przymknęłam powieki, tak silne to było światło. Dopiero gdy otworzyłam z powrotem oczy, okazało się, że to Scott zdołał wrócić na czas, i zainterweniować.
- Łał, Scott. – powiedziałam z przekąsem, uśmiechając się jednak przyjacielsko. – Nie za dużo filmów fantasy przypadkiem oglądasz? Bo jak dla mnie to zaczynasz się nam trochę w Gandalfa zmieniać. – Scott odwzajemnił mój uśmiech, po czym podszedł do mnie, i przytulił mnie mocno do siebie.
- Nic ci nie jest? – spytał się mnie Scott, dokładnie mi się przyglądając, i szukając jakichkolwiek zadrapań czy skaleczeń.
- Ze mną wszystko w porządku. – odparłam, zerkając nagle w stronę stołu. – Ale na twoim miejscu zmieniłabym sobie głównego elfa. Powiem szczerze, że Bernard był w te klocki o wiele lepszy.
- Wysłałem Bernarda na zasłużony urlop. – odpowiedział mi Scott, sam również zerkając na skulonego i zażenowanego do reszty Curtisa. – Curtis jest tu tylko na zastępstwo.
- To jak, dowiedziałeś się czegoś o tym chłopaku? – spytałam się, zmieniając temat. Nim jednak zdążyłam rozwinąć swoją myśl, w salonie obok nas pojawił się sam obiekt naszej rozmowy, Emmett.
- Cześć, Eira. – powiedział Emmett, a moje oczy o mało co nie wyleciały z orbit.
- Czyli on jest agentem Mary?! – niemalże wrzasnęłam. Scott roześmiał się lekko, i pokręcił przecząco głową.
- Nic z tych rzeczy, Eira. – powiedział Scott, prosząc gestem ręki Emmetta, aby podszedł do nas bliżej. – Widzisz, kiedy szukałem jakichś wskazówek dotyczących tego, czy Mara aby przypadkiem nie nasłała tu na ciebie swojego szpiega, sam Emmett do mnie podszedł, i o wszystkim mi powiedział. On nie jest żadnym szpiegiem, i nigdy by cię nie skrzywdził.
- To w takim razie kim on jest? – spytałam się, kierując swoje lazurowe spojrzenie prosto na Emmetta, który odpowiedział mi na nie swoim własnym, identycznym jak moje, lazurowym spojrzeniem.
Emmett po moim pytaniu wziął głęboki wdech, po czym odpowiedział za Scotta.
- Eira…jestem twoim młodszym bratem.
