Rozdział 11

EDWARD

Tak! Wreszcie! Ile można? Nareszcie ujrzę mojego Anioła!

Cullen, popadasz w obsesję!

Obsesja, paranoja… jak zwał tak zwał, możecie mnie nawet zamknąć w pokoju bez klamek, ale to i tak nic nie da!

Muszę ją zobaczyć, bo inaczej zwariuję. Nie widziałem jej ponad tydzień i… Kurde, to naprawdę zaczyna się robić dziwne. Ale trudno. Po tylu latach samotności chyba mogę wreszcie zaznać trochę szczęścia. I dodam, że pozwolił mi na to Aro – Władca Wampirzego Świata. Zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Od rozmowy z nim dużo myślałem na ten temat i doszedłem do wniosku, że warto spróbować. Co mi szkodzi? Moje serce i tak jest martwe. I jeśli Bella nie powie mi wprost „Cullen, spierdalaj!", no może nie koniecznie takim sformułowaniem, będę o nią walczył, choćbym miał skończyć swoje istnienie. Warto!

Gdy dojechałem do szkoły wraz z moim rodzeństwem jej gruchot już stał, lecz po niej nie było śladu. Cóż, najwyraźniej poczekam do lunchu.

Lekcje dłużyły się strasznie i gdybym mógł, to pogrążyłbym się we śnie. Nauczyciele przynudzali, ale w końcu taka ich rola. Jednak znalazłem sobie zajęcie. Obserwowałem Bellę w myślach innych. Od niektórych wolałem trzymać się z daleka, gdyż były to dosyć jednoznaczne myśli, a takich wolałem unikać, tym bardziej, że dotyczyły Belli.

Wyglądała na zmartwioną i ewidentnie coś ją trapiło. A tak bardzo marzę od tygodnia, by zobaczyć jej cudowny uśmiech i usłyszeć dźwięczny śmiech. Ech, może się dzisiaj go doczekam.

Usiadłem na lunchu wraz z moim rodzeństwem i czekałem, aż wreszcie drzwi stołówki otworzyły się i do pomieszczenia wkroczyła Bella. Stanęła w kolejce po jedzenie, a potem było tylko ciekawiej. To było do przewidzenia, że konfrontacja Bella – Lauren tak się potoczy, tym bardziej, że to ja byłem tematem ich rozmowy. I tak oto powstała kolejna plotka. Taa… Podobno jestem zajebisty w łóżku.

Gdy moje rodzeństwo to usłyszało, spojrzeli na mnie dziwnie, ale szybko przestali, by oglądać dalszy bieg wydarzeń. Kiedy Bella powiedziała Lauren prosto w twarz za kogo ta uchodzi w tej szkole, wściekła dziewczyna spoliczkowała ją. Chociaż nie, spoliczkowała to za dużo powiedziane. Lauren sama sobie zrobiła krzywdę i zaczęła drzeć się na pół szkoły, a właściwie piszczeć. To było naprawdę zabawne.

A potem była biologia. Bells weszła spóźniona do klasy z miną mówiącą „Dajcie mi wszyscy święty spokój", ale ja to zignorowałem. Rozmawialiśmy chwilę, aż przerwał nam pan Banner wzywając do odpowiedzi. Powlekliśmy się na środek znudzeni. O siebie się nie martwiłem, ale Bella… Nie chciałem, żeby oberwała, tym bardziej, że to ja zacząłem rozmowę, jednak ona na luzie odpowiadała na każde, nawet najtrudniejsze pytanie. Czy ona studiowała biologię?

Szliśmy razem na kolejną lekcję, gdy dopadła nas Alice i tym oto sposobem spodziewam się dziecka. Taa… Dzieworództwo. Ech, ciekawe co będzie dalej?

Siedziałem z moim rodzeństwem i Esme w salonie i oglądaliśmy telewizję, gdy do domu wrócił z pracy Carlisle.

– Cześć wszystkim!

– Hej! – powiedzieliśmy chórkiem, a on dosiadł się do nas.

– Lauren Mallory trafiła dzisiaj do szpital z pękniętą dłonią – powiedział, a nasza piątka zaczęła się śmiać

– To było do przewidzenia. Nawet ja usłyszałem chrupnięcie – powiedział rozbawiony Emmett.

– Ale nie o to mi chodzi – sprostował. – Po południu odwiedziły ją koleżanki i przez przypadek usłyszałem jak szeptały między sobą, że dr Cullen jest za młody na dziadka. Możecie mi to wyjaśnić? – poprosił lekko rozbawiony. – Czy ja o czymś nie wiem?

I wtedy moje rodzeństwo spojrzało na mnie. No zajebiście Cullen, włącz myślenie!

– Bracie, mówiłem ci, zabezpieczaj się! – palnął Em.

– Ale to nie ja, tylko Alice!

– Alice! Skarbie, jesteś z nim w ciąży? – Jazz zaczął nabijać się z całej sytuacji.

– Jasper, to nie ja spodziewam się dziecka, tylko Edward!

– Ale dzięki komu? Dzięki tobie! – powiedziałem i już nie wytrzymałem, tylko zacząłem się śmiać. To jest po prostu komedia.

– Ej, dzieciaki! Wszystko od początku, bo się pogubiłem! – powiedział Carlisle, nie kryjąc uśmiechu na twarzy.

Powoli zacząłem im wszystko tłumaczyć, wydarzenie po wydarzeniu. Cały salon pękał ze śmiechu, nawet Rosalie. A jak opowiadałem, że Alice podejrzewała Bellę o ciążę, trochę czasu zajęło wszystkim, aż się uspokoili.

Ech, szkoda, że to niemożliwe – usłyszałem myśli Rosalie, a po chwili na nią spojrzałem.

– Podoba mi się ta dziewczyna… – zaczęła mówić Rosalie, lecz przerwał jej Emmett

– Kochanie! Jak możesz? Myślałem, że mnie kochasz! – Boże, z kim ja żyję na tym świecie?

– Nie o to mi chodzi Em, tylko o to, że podziwiam ją, że jest taka odważna i pewna siebie, jak na osobę, która mieszka tutaj od niedawna. Twardo stąpa po ziemi i nie boi się powiedzieć czegoś prosto w twarz. Choćby dzisiejsza akcja z Lauren. Powiedzieć Mallory, że jest dziwką i nic sobie z tego nie zrobić. Mieć gdzieś wszystkich i to co o tobie myślą. Nie każdy jest w stanie mieć takie podejście do życia.

– No właśnie. Tym bardziej, po stracie obojga rodziców i tak krótkie jak dotąd życie. – dodałem i wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni.

– Skąd wiesz, że straciła rodziców? – zapytała jak zawsze opiekuńcza Esme.

– Powiedziała mi. Teraz opiekuje się nią ojczym, ale nic więcej nie wiem.

– Biedna dziewczyna – podsumowała i na tym jak na razie rozmowa się skończyła.

ҖҖҖ

Leżałem na kanapie u siebie w pokoju. W tle leciała cicho muzyka, a ja czytałem jakąś książkę. Chociaż nie, czytałem to za wiele powiedziane. Trzymałem otwartą książkę w rękach, a moje myśli były skierowane na coś zupełnie innego.

Rosalie mnie dzisiaj zaskoczyła i to bardzo. Jak na pustą i zapatrzoną w siebie dziewczynę, dostrzegła parę rzeczy, które mi gdzieś po drodze umknęły. Ale Rose ma rację. Nie spodziewałem się nawet, że będzie zwracać na nią jakąkolwiek uwagę.

I na dodatek to całe „moje" dziecko. Wiem, że chce dziecka, ale nie sądziłem, że cieszyłaby się z mojego. Lecz czy ktoś kiedykolwiek zrozumiał kobiecą psychikę? Raczej nie i nawet ja jej nie pojmuję, choć znam kobiece myśli.

Chyba jednak wrócę do czytania. Wypadałoby zacząć od tytułu, nieprawdaż. Zacząłem czytać, a do mojego pokoju po chwili wpadła Alice. No to poczytałem.

– Cześć braciszku!

– Cześć Chochliku! Co cię do mnie sprowadza?

– Oh, cieszę się, że pytasz. No bo widzisz, w sobotę wybieram się na zakupy…

– NIE! – Błagam, tylko nie to!

– Ale nawet nie wiesz o co chodzi.

– I nie muszę. Zakupom mówię stanowcze NIE!

– Ale Edward!

– Nie!

– Jadę z Bellą w sobotę za zakupy i chciałam tylko pożyczyć samochód.

Czy ona powiedziała, że wybiera się w sobotę na zakupy z Bellą?

– Co?

– Chciałam pożyczyć samochód, ale skoro się nie zgadzasz, to trudno.

– Nie o to mi chodzi. Jedziesz z Bellą?

– Tak, chcę jechać do Seatle i potrzebuję samochodu, no chyba, że chcesz być naszym szoferem. – powiedziała szeroko się uśmiechając.

Czemu ten Chochlik przewiduje przyszłość?

– Dziękuję! – Uwiesił mi się na szyi. – I obiecuję, że postaram się nie wariować.

– Mam nadzieję.

Na co ja się zgodziłem?

ҖҖҖ

Dni do weekendu powoli mijały, ale co za tym idzie sobota z Alice w centrum handlowym prędzej czy później nadejdzie. Na szczęście będzie Bella. Liczę na to, że w razie czego uratuje mnie z rąk tej zakupoholiczki, no chyba że ona też się nią okaże, a wtedy to mogę pożegnać się z życiem.

Wreszcie nadeszła jakże wyczekiwana i upragniona przeze mnie sobota. Jechałem z Alice do centrum miasteczka, bo tam byliśmy umówieni z Bellą. Nie mam pojęcia czemu, bo przecież bez problemu mogliśmy podjechać po nią do domu, ale tak ustaliły i ja nie miałem nic do gadania. Zresztą Bella chyba nawet nie wie, że jadę z nimi.

Zajechałem na miejsce, a mój Anioł już czekał. Ze słuchawkami w uszach i tańczył. Po chwili nas dostrzegła i zaczęła iść w naszą stronę. I mój słodki, kurwa, Boże! Jak ona wyglądała. Czy mi się zdaje Cullen, czy wreszcie jak na nastolatka przystało zaczęły szaleć w tobie hormony? Granatowe trampki w kratę, obcisłe jeansy lekko opuszczona na biodrach, męska ciemna koszulka, skóra i ostry makijaż. Czy ja kiedykolwiek widziałem ją wymalowaną? Nie! Ale efekt…Mimo, że nie jest kobieco ubrana, wygląda zajebiście. Zresztą jej można dać do założenia worek pokutny, a i tak będzie piękna. Cullen, skończ już! Podeszła do nas lustrując mnie wzrokiem. O co chodzi do cholery? Coś nie tak?

– Jesteś tu dobrowolnie? – zapytała zszokowana. No tak, jak normalna osoba jedzie z Alice na zakupy dobrowolnie?

– Nie, zmusiła mnie. – Niewinne kłamstewko nie zrobi różnicy, prawda?

– Halo, ja też tu jestem! – upomniał się Chochlik

– Cześć Alice, sorry, ale tak jakoś wyszło.

– Wybaczam. To co, gotowa na podbój sklepów?

– A mam inne wyjście? – zapytała zrezygnowana. Te zakupy chyba nie są jej na rękę.

– To co, jedziemy drogie panie, bo nie zamierzam tu sterczeć pół dnia.

– Jasne.

Bella usiadła obok mnie na miejscu pasażera, a Alice została wyrzucona do tyłu. Mam tylko nadzieję, że przebywanie z Isabellą w jednym samochodzie – tak małej przestrzeni, nie spowoduje, że znów poczuję pragnienie, bo będzie kiepsko. Nie, kiepsko to za mało powiedziane, będzie tragicznie.

– Świetnie wyglądasz – pochwaliła jej wygląd Alice

– Dzięki.

– Tylko czemu tak nie kobieco? – Dalej Alice, za chwilę obudzisz nastoletniego Edwarda!

Bella spojrzała na nią i po chwili odpowiedziała.

– Alice, naprawdę chcesz zobaczyć mnie w wersji kobiecej, bardzo kobiecej?

Niebiosa, zlitujcie się nade mną!

– No pewnie! – zapiszczał uradowany Chochlik

Bella wyciągnęła telefon, a potem podała go Alice. Moja siostra spojrzała na urządzenie i wytrzeszczyła oczy otwierając szeroko buzię.

– WOW! To na serio ty? – zapytała gdy się już otrząsnęła.

Nie zaglądaj do jej myśli! Nie zaglądaj do jej myśli! – powtarzałem sobie w głowie.

– A niby kto?

– Masz jeszcze inne zdjęcia?

– Tak, możesz sobie poprzeglądać – powiedziała i zapadła cisza.

Patrzyłem na drogę, chociaż rzadko to robiłem prowadząc. Te wampirze cechy. Ale teraz wolałem skupić się na jeździe, bo ta cudowna dziewczyna obok, mogła doprowadzić do tego, że spowoduję wypadek. Czułem na sobie jej wzrok, ale nie spojrzałem na nią, chociaż bardzo mnie korciło. Dam radę.

Jechaliśmy w ciszy, kiedy w pewnym momencie samochód wypełniła jakaś dziwna, nieznana mi melodia.

– Alice, czy tam naprawdę jest napisane. „Uzależniony od seksu"? – zapytała z niedowierzaniem, patrząc na moją siostrę, która w dalszym ciągu miała jej iPhona.

– Yhy, i wyświetla się boski, męski kaloryfer. – wypowiedziała, a Bella prawie wyrwała jej urządzenie z rąk.

– Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Tak rzadko słyszę. We fuck you - Electric Red, że po prostu nie wierzę! – powiedziała uradowana do słuchawki, a z drugiej strony było słychach śmiech.

To uwierz skarbie, bo to naprawdę się dzieje. Ale co ja mam powiedzieć. Ja nigdy jeszcze nie usłyszałem w swoim telefonie tego cudnego Alleluja, które ustawiłem sobie gdy dzwonisz.

– I wiesz dobrze dlaczego. – powiedziała ze śmiechem.

Taa…. Ale co poradzić, może kiedyś się doczekam.

– Marzenie ściętej głowy.

Wiesz, marzenia to ja mam inne.

– A ja niestety wiem jakie. Ja nawet znam twoje myśli.

Tak, to o czym myślę w tej chwili? – zapytał ten ktoś ze śmiechem.

– O bzykaniu, ruchaniu, posuwaniu, pieprzeniu, rżnięciu, ewentualnie o robieniu loda, ale i tak wszystko sprowadza się do seksu. – czy ona to naprawdę powiedziała?

O mój Boże! Kto cię tego nauczył?

– Hmmm…Pomyślmy… taki jeden, który wyemigrował do Azji, tylko po to, żeby sprawdzić jakie są Azjatki.

Oh, straszne. Lepiej powiedz co u ciebie? Są jacyś kandydaci na…

– Zamknij się, dobrze! – wysyczała do telefonu, a mi prawie ciarki przeszły po plecach. Z kim ona do cholery rozmawia?

Oj, kochanie, ja chcę tylko wiedzieć.

– Wiesz dobrze, że chętnych jest wielu. Tylko aktualnie ktoś podciął mi skrzydła.

Co?

– Domyśl się!

Ale, że w takim razie jest…

– Uwierz mi, jeszcze słowo, a źle się to dla ciebie skończy.

Kochanie…

– Ga… – „warknęła" do telefonu.

Okej. Już się zamykam. Odezwę się za jakiś czas. Tęsknię. Kocham etc. Pa!

– Ja też. Pa! – I rozmowa się zakończyła.

Moje dłonie zacisnęły się mocno na kierownicy. Nie mam pojęcia co się ze mną działo, ale czułem wściekłość do tego osobnika, który przed chwilą rozmawiał z moim Aniołem.

– Chłopak? – zapytała ciekawa Alice.

– Alice, błagam. Gdybym miała z nim stworzyć związek, to on nie przetrwałby nawet godziny. Mamy różne podejście do życia.

– Aha. A ten kaloryfer, co się wyświetlił jak dzwonił, to jego?

– Tak – powiedziała rozbawiona Bella.

– Wow!

– A co na to Jazz?

– Jazz się nie dowie.

– Okej. – powiedziała, a potem zwróciła się do mnie. – Edward, z jaką prędkością jedziesz?

Spojrzałem na prędkościomierz. 110 km/h Jeśli każe mi zwolnić to tego nie zrobię. Nie będę się jeszcze bardziej wlec.

– 110, a co?

– I w tym tempie chcesz dojechać do Seatle, to życzę powodzenia. Wleczemy się jak ślimaki.

– Mam przyspieszyć? – zapytałem zaskoczony.

– Nie rozumiesz porównania? – zapytała patrząc na mnie ze śmiechem.

– Rozumiem.

– To dobrze.

Nie pojmuję jej rozumowania. Po prostu nie nadążam za jej tokiem myślenia. I nie mam pojęcia, czy to się kiedykolwiek zmieni.

ҖҖҖ

Seatle i największe centrum handlowe w tym mieście. Tak szczerze powiedziawszy to na sam jego widok chciałem stąd zwiać. Ale się nie udało. Alice siłą wyciągnęła mnie z samochodu, z czego Bella miała niezły ubaw. W końcu się poddałem i teraz idziemy w trójkę przez ten ogromny kompleks handlowy.

– To gdzie najpierw? – zapytała moja siostra

– Gdziekolwiek. Może tu? – powiedziała Bella i wskazała na jakiś sklep młodzieżowy. Chochlik kiwnął twierdząco głową, a ja powlokłem się za nimi. To będzie naprawdę długi dzień.

Weszliśmy do sklepu i jedna poszła na prawo, a druga na lewo. A co ze mną? Dobra, skoro już tu jestem, to może rozejrzę się za czymś dla siebie, bo jak proszę o to Alice, to później niczego normalnego nie mogę znaleźć w szafie.

Poszedłem na dział męski, a tam kogo widzę? Bellę, przebierającą w męskich koszulkach i bluzach.

– A ty co tu robisz? – zapytałem podchodząc do niej.

– Szukam czegoś dla siebie. A ty?

– Uciekam przed Alice – powiedziałem – A tak właściwie, to szukam czegoś normalnego, bo jak proszę Al o to, by wyposażyła moją szafę, to potem lepiej tam nie zaglądać.

– Noo… domyślam się. Co sądzisz o tych? – zapytała pokazując mi dwa podkoszulki.

– Fajne.

– Jaka twórcza odpowiedź.

– Bella, gdzie ty się podziewasz? Wszędzie cię szukam. Miałaś wybrać coś dla siebie, a nie dla Edwarda.

– No to właśnie to robię – odpowiedziała.

– Ale na dziale męskim? Dla kobiet jest przeznaczony dział damski. – powiedziała oburzona Alice.

– A ja doskonale o tym wiem, ale nie będziesz mi mówić w czym mam chodzić ubrana. – powiedziała spokojnie, a Alice zaczęła gotować się w środku.

– Okej. Jak chcesz – powiedziała i odeszła. Postawiła się Alice. Tego się nie spodziewałem.

– Nie powinnaś tego robić – powiedziałem ze śmiechem.

– Nic mi nie zrobi – powiedziała śmiejąc się. – Łap! – krzyknęła i w powietrzu coś poleciało. – Powinno pasować.

– Dla mnie?

– A widzisz tu kogoś innego?

Razem z Bellą śmialiśmy się i wygłupialiśmy nie zwracając uwagi na otoczenie. Co chwile coś przymierzaliśmy, a nasze stroje były dość hmm… ciekawe? Zresztą nie ważne. A Alice? Cóż, nie mam pojęcia gdzie się podziewała. Szczerze powiedziawszy nie interesowało mnie to. Lecz w końcu to ona nas znalazła. W rękach miała masę toreb z zakupami, a na twarzy wielkiego banana.

– Jak tam wasze zakupy? – zapytała

– Zajebiście! – odpowiedzieliśmy z Bellą w tym samym czasie i znowu zaczęliśmy się śmiać.

– Jacy zgodni. To co, kawiarnia? – zaproponowała. No tak, przecież Bella musi chwilę odpocząć, coś zjeść i takie tam. W końcu jest człowiekiem.

– Jasne, czemu nie. To co, idziemy?

– Okej.

Poszliśmy do jakiejś kawiarni, których tutaj jest mnóstwo i usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików.

– To co, Edward stawia. – Usłyszałem Chochlika.

Po chwili podeszła do naszego stolika kelnerka, a jej oczy były utkwione we mnie. Boże, za jakie grzechy! Bells z Alice prawie leżały pod stołem.

– Co podać? – zapytała, lecz było to skierowane do mnie.

– Dziewczyny?

– Hmm… Dla mnie latte i duże lody z bitą śmietaną – powiedziała Bella.

– A dla mnie cappuccino.

– A dla pana?

– Ja dziękuję.

– Gdyby pan zmienił zdanie, proszę mnie zawołać.

– Oczywiście. – odpowiedziałem nawet na nią nie spoglądając.

Gdy odeszła nasz stolik wypełniła kolejna salwa śmiechu.

– Bardzo śmieszne, wiecie – powiedziałem i czyjś telefon się rozdzwonił. Bella chwyciła swoją ogromną torbę i zaczęła w niej grzebać.

– Cholera jasna! Gdzie jest ten telefon? Pod koniec XIX wieku nikt nawet nie myślał o czymś takim jak komórka, ani telefon i było dobrze. Były listy, telegramy, a nie telefony! O jest! – Wyciągnęła uradowana i spojrzała na wyświetlacz, a z jej twarzy zniknął wszelki entuzjazm. – Niepotrzebnie go szukałam. – powiedziała rozłączając połączenie i kładąc telefon na stoliku, lecz znowu zaczął dzwonić.

– Może jednak odbierzesz? – zaproponowała Alice, gdy sytuacja jeszcze parę razy się powtórzyła. Westchnęła głęboko i wstała.

– Zaraz wracam.

Po niespełna dziesięciu minutach wróciła wściekła. Chwyciła torbę i wyciągnęła z niej papierosy.

– Palisz? – zapytała niedowierzaniem moja siostra.

– Czasami.

– Wszystko okej? – spytałem

– Tak. – odpowiedziała lekko zdenerwowana. – To gdzie to zamówienie?