DominiXa, Stane'a chyba nikt nie lubi xd A jeśli chodzi o symbolikę, to, cóż, kto wie… ;)
Niecierpliwa, cieszę się, że pochłonęłaś opowiadanie w dwa dni. Ja zazwyczaj w dwa dni potrafię wyrobić maksimum cztery strony rozdziału w Wordzie, tak więc widzisz, górujesz nade mną w kwestii szybkości i to znacząco ;) Tłumaczenie jak najbardziej nie jest porzucone (brrrr, na samą myśl dreszcz mnie przechodzi), ale rozdziały będą dodawane w takim tempie, jakie dam radę wyrobić. Trzymaj się ciepło i miłego czytania (gdybyś chciała, mogę Ci podlinkować tłumaczenia w innych językach).
…
Zamek Zlodowaciałego Serca
Tony nie pamiętał, kiedy dokładnie posadził tyłek na fotelu ani ile czasu przyglądał się jabłku, ale czekał bardzo, bardzo długo w lodowatych ciemnościach, zanim Loki powrócił. Tak długo, że – prawdę mówiąc – nawet nie zauważył, że zaczyna przysypiać, aż jakiś cień nie padł na niego i poświatę jabłka.
– Stark? – Opuszki palców dotknęły jego ramienia, ale granica między snem i rzeczywistością była wciąż zbyt odległa; nie mógł potwierdzić, że usłyszał. Dopiero co zaczęło mu być naprawdę ciepło, cholera by to. – Zbudź się.
Tony wiedział, że to Loki nad nim stoi, poznał go po ochrypłym tonie głosu i podmuchu powietrza na policzku, po zapachu śniegu, który dopiero co spadł, i futer; wysuszonej zwierzęcej skóry i zimnych nocy. Powoli ten zapach stawał mu się coraz bardziej znany. Kiedy zaszeleścił materiał i chłodna ręka nacisnęła na wewnętrzną stronę jego nadgarstka, obudził się na tyle, że wspomnienia ostatnich godzin zaczęły do niego wracać. Natasza i cela. Loki poszedł, żeby ją wypuścić, a potem…
– Hej – westchnął Tony, tłumiąc ziewnięcie. Niemal nie rozpoznał swojego zaspanego głosu. – Która jest godzina? – Mrugając, bo blask jabłka męczył jego oczy, niemal nie zauważył, że Loki ukląkł przy nim, przez co znaleźli się w pozycji będącej lustrzanym odbiciem tej z ich poprzedniej rozmowy. Nie wyglądał na rannego. Ewidentnie nawet ślepej kurze trafiało się ziarno.
– Późna. – Usta Lokiego drgnęły, a jego palce przesunęły się po nadgarstku Tony'ego, zaciskając się lekko. W tym chłodnym uścisku Tony czuł uderzenia swojego tętna; ciepły, unoszący się i opadający jak uderzenia w bęben rytm. Był pewien, że Loki też to czuje. – Spodziewałem się, że powrócisz na noc do swoich komnat, a nie zaśniesz w moich.
– Przepraszam. Po prostu… – Tony szukał gorączkowo wyjaśnienia, które nie zabrzmiałoby głupio ani nie wymagało użycia słów pokrewnych do „martwić się". Nie znalazł żadnego. – Cóż, chyba po prostu byłem zmęczony nie robieniem niczego.
Tymi słowami najwyraźniej zasłużył sobie na skrzywienie się. Ramiona Lokiego nieco się napięły, a palce trzymające go za nadgarstek puściły i wycofały się.
– A już myślałem, że jesteś mistrzem w znajdowaniu sobie rozrywek. – Loki odsunął się, wstał i rozejrzał po pokoju. – Czy znalazłeś coś, co przyciągnęłoby twoją uwagę podczas mojej nieobecności? – Coś było nie tak ze sposobem, w jaki zadał to pytanie. Brzmiało jak pułapka, a Tony aż poczuł, że siada przez to prościej.
– Nie szperałem w twoich rzeczach, jeśli to cię martwi – powiedział ostrożnie. – Pomijając oczywistą obrazę mojego majestatu, jaką sugerujesz, połamane meble i topiące się kawałki lodu nie stanowią dla mnie zbyt wielkiej tajemnicy. Odpłynąłem, czekając, aż wrócisz. – Zawahał się. – Ej, a w ogóle to jak ci poszło z Nataszą?
– Czuje się dobrze – odparł Loki krótko. Tony uniósł brwi.
– Skoro tak mówisz. – Miał tylko nadzieję, że Natasza nie siedziała dalej w tej celi na górze. Bo gdyby tak było, zasłużyłby sobie na przynajmniej kilka połamanych kości. Loki chyba zdał sobie sprawę, że zabrzmiał opryskliwie, bo ustąpił.
– Mówiliśmy długo. Była nietypowo rozmowna na temat swojego uwięzienia. Powiedziałeś, że istnieją pomiędzy nami pewne podobieństwa charakteru. – Jego spojrzenie wyglądało na pozbawione wyrazu. – Prawdopodobnie się nie myliłeś.
Wstając, Tony zerknął na balkon. Zdecydowanie pora dnia wyglądała na wczesne godziny poranne. Czy przez cały ten czas Loki i Natasza rozmawiali? Ciężko było sobie nawet wyobrazić, jak mogliby mieć odpowiednio dużo wspólnych tematów, żeby zajęło im to tyle czasu, nie mówiąc już o chęci przebywania w swoim otoczeniu tak długo. A teraz Loki wrócił, patrząc na niego jak na cierpiącego na niedobór snu intruza, a nie… kogokolwiek, kim dla niego był. Przyjaciel nie wydawał się najlepszym określeniem. Ale patrząc na to teraz, Tony nawet nie wiedział, czemu kłopotał się czekaniem.
– To… wspaniale. Czyli misja zakończona sukcesem, nie?
Loki przytaknął sztywno, rozglądając się dyskretnie po pokoju. Szukał czegoś, co wyglądałoby nie tak? Nie do wiary.
– W porządku – powiedział nagle Tony, odwracając wzrok. Pełna urazy wściekłość paliła go w piersi jak rozżarzone piętno. – Czyli pewnie zobaczymy się kiedyś w przyszłości. – Ale nie w zachodnim skrzydle. Pomyłki terytorialne nie zdarzą się już w przyszłości, to było pewne. Choćby i tylko dlatego, żeby nie musiał się więcej czuć jak niechciana część zapasowa maszyny, którą dopiero co naprawił.
Tony doszedł do drzwi, zanim ostatnia myśl pojawiła mu się w głowie.
– Światło jabłka staje się jaśniejsze o jakieś dwadzieścia procent, gdy jest w ludzkich rękach, w porównaniu do tego, jak się zachowuje pod szklanym kloszem – rzucił Lokiemu przez ramię. – Wyliczyłem średnią z pięciominutowych kontaktów w dziewięćdziesięciominutowych odstępach. Ale to pewnie tylko bezużyteczne dane. – Zamknął za sobą drzwi z pełnym decyzji kliknięciem.
Jakim cudem można było zrobić dobry uczynek i czuć się tak gównianie z tego powodu? Cóż, ewidentnie przytrafiało się to, jeśli zostało się oskarżonym o szperanie w czyichś klamotach, rzecz jasna. Jego własna idiotyczna wina, skoro zasnął tam, zamiast od razu sobie pójść. Rozbieżności w świetle emitowanym przez jabłko nie były aż tak istotne.
Zmierzając z powrotem do swojego pokoju, Tony potarł nadgarstek i zaczął się zastanawiać, dlaczego miał wrażenie, że coś właśnie się zjebało. Co by to nie było, w ostateczności i tak będą musieli się z tym jakoś pogodzić.
Przecież czego jak czego, ale czasu im akurat nigdy nie zabraknie.
…
– Wszystko popsułeś. – Clint piorunował wzrokiem ścianę, wypuszczając strzałę za strzałą w szybkiej jak piorun sekwencji, która pokryła środek celu zbitką zachodzącego na siebie niemal bez przerwy ostrego metalu. – Zrobiłeś z nich przyjaciół. Wiesz, jak głupie to było?
– Myślałem, że w ten sposób naprostuję rzeczy.
– Musisz dać sobie spokój z takim myśleniem – odparł Clint z irytacją. – Mówiłem ci, żebyś dał sobie spokój. Czemu nikt mnie nigdy nie słucha? Czy jak otwieram usta, to wydaję z siebie odgłosy oceanu? Czy to jest to, co wszyscy słyszą? – Kolejne trzy strzały poszybowały w stronę celu jedna po drugiej.
– Uspokój się, zanim coś zepsujesz. – Siedząc na trzecim stopniu wielkich schodów, Tony przesunął wolną ręką po lotkach strzał. Drugą trzymał czystego burbona, którego tak naprawdę wcale nie chciał pić, ale wydawało mu się, że pasuje do tego rodzaju popołudnia. Miał przerąbane jak wszyscy diabli, potoki gówna, kompletne fiasko i piekło jego własnymi dobrymi chęciami wybrukowane.
Okazało się, że Loki i Natasza nadają na tych samych falach, bo ostatecznie ciągnie swój do swego czy coś. Tony nie był do końca pewien, jakie powiedzenie pasuje najlepiej do mało prawdopodobnych przyjaciół, którzy nagle zaczęli spędzać ze sobą całe dnie i generalnie cieszyć się irytującą przyjaźnią tego typu, co przychodziła ze specjalnym sekretnym uściskiem dłoni na powitanie. Co z kolei przypominało Tony'emu czasy, kiedy miał czternaście lat i był całkiem sam na MIT.
Tydzień po tym, jak Loki wypuścił Nataszę z celi, niemal nie szło znaleźć któregokolwiek z nich osobno. Loki wyciągał Nataszę na spacery po pokrytych śniegiem granicach błoni. Nawet jedli razem kolacje, jeśli ich wspólne pojawianie się przy Kucharzu miało coś sugerować. Ani Tony, ani Clint nie odezwali się do nich słowem przez cały ten czas, nie licząc niezręcznego „cześć" raz na jakiś czas.
W kilka godzin przeszli z bycia zgorzkniałymi samotnikami do etapu syjamskich bliźniaków, nie pozostawiając miejsca ani dla niego, ani dla łucznika z maniakalnym błyskiem w oku, który wyładowywał swoją frustrację na ścianie.
– Lubi ją – burknął Clint. Na jego czole zaczęły się zbierać krople potu. – Zawsze ją lubił. Dlatego właśnie nie mógł się tak pogodzić z tym, że pokazała mu środkowy palec i chciała zwiać. Moglibyśmy sobie teraz leżeć w śniegu, wilki by nas zjadły, a oni pewnie nawet nie spojrzeliby w naszym kierunku, tak są zajęci gapieniem się na siebie. Facet, spierdoliłeś tak bardzo, że nawet pozbyłeś się swojego tytułu.
– Jakiego tytułu?
– Ulubieńca szefa, ciemniaku. Teraz jesteś taki jak ja.
Ałć.
– Nie użalaj się tak nad sobą. Upijmy się jak prawdziwi męczennicy i wznieśmy toast za ich szczęście.
– Pierdolę taki plan. Zepchnijmy ich ze schodów, ale tym razem oboje.
Pomimo swojego obecnego nastroju Tony parsknął śmiechem, czym sam siebie zaskoczył. Clint zdecydowanie znosił codzienną nieobecność zrzędliwej rudej o wiele gorzej od niego. Loki i Natasza nie kręcili się wokół niego aż tak bardzo, a po ostatniej rozmowie z Lokim Tony był pewien, że nie chciał z nim więcej gadać bez jakiejś sugestii przeprosin. Myślenie życzeniowe. Może pustka, którą teraz czuł, była po prostu czymś, co przydarzało się ludziom, kiedy przestawali gonić za Lokim w poszukiwaniu tajemnic i odpowiedzi. Może Loki miał teraz od tego Nataszę.
Clint usiadł obok Tony'ego, dysząc lekko. Przedramię miał owinięte postrzępionymi bandażami, spod których miejscami wyglądała zaczerwieniona skóra. Tony złapał go za ramię, ignorując wszelkie protesty, zdjął opatrunek i przyjrzał się kontuzji. Skóra była czerwona i wyglądała na obtartą, a obtarcie układało się w poziomą pręgę. Prawdopodobnie powstało na skutek cięciwy ocierającej się o ramię.
– Cholera jasna. Czemu nic nie powiedziałeś?
Clint wybuchł śmiechem.
– Bo to dobry ból. Naprawdę dobry. Ostatnio mnie tak bolało, jak Trickshot powiedział, że nie mogę nosić naramiennika, póki nie trafię idealnie w sam środek celu. – Clint ściągnął bandaże do końca i przyjrzał się zaczerwienieniu na wewnętrznej części przedramienia, po czym wzruszył ramionami. – Znowu jestem łucznikiem. Przyzwyczaję się do łuku. A zanim to nastąpi, kto, u licha, przejmuje się odrobinką bólu?
– Zdrowi na umyśle ludzie. Ci ludzie się przejmują. – Przysuwając się do Clinta i porównując ich przedramiona, Tony wykonał w pamięci kilka obliczeń i zaczął planować zrobienie sznurowanego skórzanego ochraniacza na ramię. Skórzane sznurki oznaczały, że będzie musiał pociąć część swoich zapasów, ale i tak ich nie używał. A gdyby nie użyć do tego metalu, całość dałoby się dopasować już po zrobieniu i to z niemal idealną dokładnością.
Tony został brutalnie wyrwany ze swoich rozmyślań, kiedy Clint popchnął go ramieniem.
– Popatrz no na nich – wyszeptał, przesuwając zniszczonym paznokciem po brzegu grotu strzały. Po drugiej stronie wielkiego holu wejściowego Natasza i Loki strząsali śnieg z ramion. Kolejny spacer na dworze? Ciasna i żałosna gula gdzieś wewnątrz Tony'ego zacisnęła się niemal boleśnie na ten widok. Dźgnięcie całej tej sytuacji ciekawskim palcem niemal zdawało się mieć sens.
– Hej, czy to nie szpieg, który wyłonił się z zimna? – krzyknął Tony z agresywną radosnością. Siedzący obok Clint cały się napiął i ukłuł się w kciuk. – Już nie jesteś obrażona o zeszły tydzień, nie? Nie chcę się obudzić, wisząc na palcach u stóp z powodu tamtego.
Natasza obróciła się w ich stronę, unosząc spódnicę mokrą na brzegach od chodzenia po śniegu. Kiedy podeszła bliżej, Tony zobaczył w jej oczach tę samą zmęczoną jednostajność, która nie dawała mu spokoju wcześniej. Dlaczego nie wyglądała lepiej? Loki wybaczył jej po trzech latach.
– Wisisz mi nową butelkę ginu – powiedziała sucho. Tony był zirytowany przez jakieś dwie sekundy, po czym rozłożyła ramiona i pochyliła się, żeby go przytulić, wbijając mu przy okazji paznokcie w plecy.
– Ał. – Clint bez słowa wyciągnął rękę i siłą wsunął palce pod rękę Nataszy, odsuwając jej pazury. Natasza w odpowiedzi na to tylko przysunęła usta bliżej ucha Tony'ego, a słowa, które w nie wyszeptała, były zwięzłe i pełne emocji.
– Dla swojego własnego dobra zrób pierwszy ruch szybko, Geniuszu, zanim ja zacznę się w tobie podkochiwać.
– Co? – zapytał Tony ze zdumieniem.
– Co? – powtórzył Clint ze zmartwieniem.
Natasza pocałowała Tony'ego w policzek, przeciągając swoimi długimi paznokciami po włosach Clinta i mierzwiąc je, po czym cofnęła się o krok i obeszła ich, schodząc, żeby się znowu schować. Loki zdążył do tego czasu zniknąć, nie zostało po nim nic poza błyskiem zielonego płaszcza na zakręcie korytarza.
Tony gapił się na ciemne drzwi wejściowe przez naprawdę długi czas. Clint tylko upuścił strzałę z cichym brzdękiem, biorąc burbon i pochłaniając zawartość szklanki jednym łykiem.
– Więc ty… i szef? – wykrztusił, ocierając usta wierzchem dłoni. – Jak to jest?
– Nic między nami nie ma, Barton. Zupełnie nic, bo to tylko Natasza wbiła sobie do głowy ten głupi pomysł. – Tony podniósł porzuconą strzałę i przyjrzał się jej czubkowi. – Przezwyciężył swoją wielką fobię dotyku, nic więcej. – Wzruszył ramionami, obracając strzałę pomiędzy palcami. – Najwyraźniej nie chce mieć ze mną więcej do czynienia.
Clint przez chwilę milczał, po czym położył pełną wsparcia rękę na ramieniu Tony'ego.
– Wiesz co… – zaczął i umilkł. Chwilę później westchnął cicho z rezygnacją. – Jeśli potrzebujesz się z kimś przespać z litości, chyba jestem tu dla ciebie. Tylko musisz obiecać, że odwzajemnisz przysługę.
Tony parsknął śmiechem.
– Jesteś dupkiem najwyższej klasy, zdajesz sobie z tego sprawę. – Wstał jednym niezbyt sprawnym ruchem i otrzepał się z kurzu. – Wracaj do swoich cholernych strzał. Ja idę się przejść.
– Aha, jasne. Jak zobaczę szefa, to mu przypierdolę strzałą, żebyś mógł się nim zaopiekować, aż wyzdro… ał, kurwa. Dobra, spierdalaj.
Tony zostawił Clinta, żeby ten mógł sobie w spokoju rozetrzeć bolącą głowę i pogratulować bycia gigantycznym dupkiem, i poszedł w stronę głównych drzwi wejściowych. Potrzebował czegoś, co odwróciłoby jego uwagę od tego, co właśnie się wydarzyło, a był pewien, że nie znajdzie tego w zbrojowni. Jakimś cudem miał wrażenie, że nie należy już do niego, nieważne, czy miał klucz, czy nie.
Więc jak każdy inny człowiek o skłonnościach autodestrukcyjnych, który miał się serdecznie dosyć, Tony wyszedł na zewnątrz, wprost w delikatne objęcia padającego śniegu, zamykając za sobą drzwi z odbijającym się echem trzaśnięciem.
Na zewnątrz wszystko emanowało spokojem, niemal zupełną ciszą, jeśli nie liczyć lekkiego wiaterku, który łaskotał go w uszy. Stojąc przed wielkim kamiennym wejściem, niedaleko mostu zwodzonego i żelaznych wrót, łatwo było przesiąknąć poczuciem natychmiastowego odosobnienia. W powietrzu dało się wyczuć zapach mokrych liści i gnijącego drewna; dziwnie przyjemna, organiczna woń, która wypełniła jego płuca na równi z mroźnym powietrzem.
Na zewnątrz było samotnie. Tony wiedział, że powinien być w środku, powinien pracowicie pocić się w zbrojowni nad najnowszym projektem. Stworzył nawet łyżwy dla Nataszy jako żart, zanim wszystko się spierdoliło. Wciąż nie miał pewności, co zrobił nie tak, niezależne od tego, pod jakim kątem by nie spojrzał na kilka ostatnich dni, a był zbyt dumny, żeby spytać Nataszy, o czym ona i szef rozmawiali tamtej nocy. Cokolwiek się wtedy wydarzyło, wydawało się oznaczać, że nie będzie więcej wymieniania beztroskich docinków w zbrojowni. Nie będzie więcej przypadkowych dotyków, zero sugestii cieplejszych stosunków czy dzielenia się sekretami. Nie będzie nic więcej, jeśli zeszły tydzień stanowił jakąś wskazówkę.
– Chryste, użalam się nad sobą – oznajmił Tony zaspom śniegu. – Jestem zazdrosny, użalam się nad sobą i wolę siedzieć na mrozie niż w mojej pracowni. Serio oszalałem.
Nad jego głową znikąd pojawił się znajomy czarny kształt, który machnął kilka razy skrzydłami i usiadł na podwójnych drzwiach za nim. Przekręcił głowę, a błyszczące na złoto oko obserwowało go z zainteresowaniem drapieżnika.
– Zabierz dziób z mojego serca – zacytował Tony krukowi, prychając. Jedyna linijka z wiersza, którą dobrze pamiętał. Wbił ręce w kieszenie spodni, bo było mu cholernie zimno, i zagapił się w stronę mostu zwodzonego. – Tylko na mnie nie narób i zostań sobie na tych drzwiach.
Kruk zakrakał głucho. Tony go zignorował.
Zakończone łukiem wrota stawały się większe z każdym krokiem, a wygięte w zawijasy czarne żelazo wznosiło się dwadzieścia stóp nad ziemią. Nie były zamknięte, dokładnie tak samo, jak kiedy po raz pierwszy przez nie przeszedł. Prowokowały, żeby znowu opuścił zamek. Jego naznaczona bliznami łydka, która prawie zdążyła wrócić do stanu względnego zdrowia, zapulsowała ze sprzeciwem. Tak jakby miał jeszcze raz popełnić ten błąd.
Doleciało do niego echo krakania kruka. Potężne skrzydła uderzyły w powietrze. Po drugiej stronie wrót zobaczył dziki blask wilczych oczu, które wpatrywały się w niego z ukrycia w zaroślach na brzegu lasu. Wilki wróciły. A może nigdy nie odeszły za daleko? Tony zastanawiał się nad tym, gdy zwierzęta podkradały się bliżej wrót, a ich cierpliwe, pozbawione uczuć ślepia obserwowały go, czekając, aż zrobi coś głupiego.
Basior stał dokładnie przed nim, nie dalej niż dziesięć stóp. Ten sam, który zaniechał atakowania Lokiego, bo Tony podszedł do niego mimo krwawiącej nogi i powiedział mu, żeby przestał. A może to była zasługa kruka. Czy zabicie jego złamałoby zaklęcie? Czy to kruk kontrolował wilki?
– Podejdź bliżej – powiedział Tony do wilka, ku własnej konsternacji. Zwierzę stało z wyprostowanym grzbietem i z pewnością sięgało mu do pasa, a jego okrągłe oczy niemal świeciły własnym blaskiem. W ich spojrzeniu nie było niczego. Żadnej agresji, żadnego głodu.
Wilk podszedł o kilka kroków do przodu i dotknął pyskiem wrót.
Tony przełknął ślinę ze zdumieniem i przerażeniem jednocześnie. Okej. Więc zwierzę go rozumiało. Istotne dane. Bardzo istotne. Jezu. Tak długo, jak znajdował się po odpowiedniej stronie niewidzialnej granicy, nie było w nim instynktu, żeby go skrzywdzić – czy tak właśnie mówiły zasady? Zerknął w górę, na najwyższy łuk zdobiący wrota, i na dół, na ziemię pod nimi. Gdzie znajdowało się zaklęcie ograniczające? Czy otwarcie wrót dałoby wilkom pozwolenie na wejście do środka?
A jeśli mogłyby to zrobić, czy by to rzeczywiście zrobiły?
– Zaraz zrobię coś głupiego – poinformował Tony wilka. – Ale muszę wiedzieć.
Wyciągnął rękę i złapał wrota tuż nad łbem wilka, po czym wziął głęboki oddech i otworzył je na oścież. Aż zakręciło mu się w głowie od strachu i adrenaliny i odruchowo zakrył rękoma brzuch i szyję, aby je chronić.
Przywódca stada tylko na niego spojrzał, łagodny i potulny jak owieczka. Żadnego ataku, żadnego wycia czy warczenia. Tony zdawał sobie sprawę, że flirtuje ze śmiercią, kiedy nie zamknął kopniakiem wrót, żeby wrócić do zamku biegiem. Ale to, co właśnie miało miejsce, zmieniało oblicze wszystkiego.
– Co… dobra, a co się stanie, jeśli spróbujesz wejść na teren zamku? – zapytał, dysząc mimo prób opanowania się. Po kręgosłupie spływał mu zimny pot. – Nie możesz skrzywdzić nikogo, kto nie uciekł. Twoja wataha to prawdziwi strażnicy Zlodowaciałego Serca.
Wilk przekrzywił głowę, po czym uniósł olbrzymią łapę, jakby zamierzał przejść przez bramę.
Kruk zaskrzeczał tak przeraźliwie, że dwa wilki z podkulonymi ogonami pobiegły z powrotem do lasu, piszcząc cicho w czasie odwrotu. Ale basior nie poszedł w ich ślady. W jego ślepiach błyszczało coś poza tym ślepym, pustym wyrazem, gdy zbliżał się w stronę błoni zamku.
Rozbłysk złota, który pojawił się chwilę później tuż przed Tonym, był tak skoncentrowany i oślepiający, że przed oczami zaczęły mu latać kolorowe kropki, a następnie chwilowo stracił wzrok, upadając na tyłek. Zapachniało błyskawicą i zwęglonym futrem.
Ściana, to była ściana ze złota, a wilk musiał zainicjować zaklęcie…
– O, cholera – wychrypiał Tony, mrugając, póki latające mu przed oczami plamki nie znikły, i podnosząc się na kolana, żeby przyjrzeć się wilkowi. – O Boże. Biedny draniu.
Wilk, leżąc na boku i wypuszczając ze świstem powietrze z płuc, wpatrywał się w niego ślepiami, z których powoli znikało światło. Jego łapa zupełnie znikła, a kikut krwawił obficie na śnieg. Na boku miał pręgę po poparzeniu, które przebiło się przez grubą sierść i uszkodziło skórę. Wzór wydawał się znajomy; coś starego, używanego teraz na nowo w biżuterii. Potrójny węzeł.
Ślepia wilka wciąż na niego patrzyły, kiedy znikło z nich zupełnie życie.
Tony zamknął wrota zdrętwiałymi palcami, z mózgiem całkowicie opanowanym przez chaos. Magiczne ściany, które pozwalały ludziom wyjść, ale tylko po to, żeby złapały je wilki. Ściany, które nie pozwalały wilkom wejść do środka. Ściany, które zabijały.
Naprawdę byli tu uwięzieni na zawsze.
Uderzenia skrzydeł uprzedziły go, że kruk zamierza wylądować na szczycie łuku bramy. Tony nie podniósł wzroku ze swoich zaciśniętych rąk, a do ust napływała mu kwaśna ślina, kiedy próbował złapać oddech.
– Nigdy więcej już – wyrzucił z siebie kruk i odleciał w stronę drzew.
Tony opadł na kolana i zwymiotował na śnieg.
Gdy wreszcie mógł się pozbierać, wrócił do zamku, mając wrażenie, że na gardle zaciska mu się pięść spiętrzonej paniki, dławiąc go. Widzialna sieć zabójczej magii, pomyślał słabo, wchodząc po schodach na górę aż do zachodniego skrzydła. Niemal przegapił ostatni schodek, tak był wciąż pochłonięty widokiem martwych oczu wilka. Potknął się lekko, złapał równowagę akurat na tyle szybko, żeby dostrzec, jak Loki chowa rękę, którą zamierzał go przytrzymać. Jego brwi były zmarszczone w pełnej irytacji konfuzji.
– Przepraszam – powiedział Tony automatycznie, nie będąc nawet pewnym, za co przeprasza. Wciąż czuł odór spalonego futra. – Nie daj mi przeszkodzić… w czymkolwiek, czego byś tam nie robił.
Zamierzał wyminąć Lokiego i wejść do zbrojowni, szukając klucza w kieszeniach. Usiąść i odetchnąć, tego właśnie potrzebował. Ale chłodne ręce zatrzymały go, łapiąc za ramiona i obracając tak, że musiał mu spojrzeć prosto w oczy.
– Czy coś jest nie w porządku? – zapytał władczo. – Co się stało? Czy pozostała dwójka…
– Wszystko w porządku – odparł Tony, wyrywając rękę. – Ale… – ja nie – stwierdziłem, że odwiedzę zbrojownię. – Znowu spróbował przejść obok Lokiego, ale szefowi najwyraźniej nadal coś się nie podobało, bo znowu złapał go za ramię. Loki otworzył usta, ale Tony pierwszy zaczął mówić, a słowa brzmiały, jakby ktoś wyrwał je z niego razem z korzeniami. – Puść mnie. – Ręce znikły tak szybko, że niemal się przewrócił. Loki się cofnął, a w jego szeroko otwartych oczach płonął wstyd. Mdłości ścisnęły żołądek Tony'ego w kulkę, ale udało mu się złapać równowagę, opierając się o ścianę. – Nie mogę. Nie mogę znieść tego miejsca. Te granice, śnieg, wilki, jabłko… to miejsce nie jest w porządku. Nic tu nie jest w porządku. – Złapał oddech, drżąc, a oczy go paliły. Zdecydowanie niedługo do reszty oszaleję, pomyślał Tony, z trudem kontrolując swoje emocje. – Myślę, że dopiero teraz zaczyna to do mnie docierać. Zajęło mi to kilka miesięcy dłużej, niż wcześniej sądziłem. Ale dam sobie z tym radę.
– Czy… – Loki wypowiedział to słowo z takim trudem, jakby próbował przełknąć tłuczone szkło. – Czy pragniesz domagać się swojej wolności?
– Nie. – Siedział już w tym za głęboko, żeby ta oferta miała go skusić. – Nie. Sam wykopałem pod sobą ten dołek. Muszę tylko… Muszę się w nim zagrzebać na jakiś czas. – Zamrugał, odganiając od siebie wspomnienie wilka, i po raz pierwszy od powrotu z dworu skoncentrował się na Lokim z czymś przypominającym prawdziwą uwagę. – Wszystko okej?
Loki wyglądał na kompletnie zdruzgotanego. Zmęczenie zebrało się w liniach dookoła jego oczu i ust, a do tego garbił się, czego Tony nigdy wcześniej nie zauważył. Być może dlatego że byli zbyt zajęci ignorowaniem się nawzajem na odległość. Czy Natasza i Loki nawzajem niszczyli sobie życie?
Ukłucie zmartwienia, które poczuł Tony, było wystarczająco silne, żeby odsunąć jego myśli od swojego własnego magicznego załamania nerwowego. Odkrył, że nieświadomie zrobił krok w stronę Lokiego, ale ten już się od niego odwracał. Tony się zatrzymał. Czyli wszystko w porządku.
– Hej, Loki? – zawołał za nim, czując się tak zmęczonym, na jakiego Loki wyglądał. – Odpocznij trochę. Nie będę… nie będę korzystał ze zbrojowni przez kilka najbliższych dni.
Loki zatrzymał się na chwilę przy swoich drzwiach z plecami zwróconymi do Tony'ego. Spojrzenie, jakie rzucił przez ramię, kryło w sobie pokłady smutku. Smutku i zmęczenia ponad miarę, ale nic nie odpowiedział, tylko wszedł do swojej komnaty i cicho zamknął za sobą drzwi.
Tony obrócił się, po czym usiadł u szczytu schodów i zapatrzył się na klucz w swojej ręce. Obracał go na palcu bezmyślnie, kiedy Natasza przeszła obok, po czym najwyraźniej zauważyła go kątem oka i zatrzymała się.
– Hej – szepnęła zaniepokojona. Zerknęła na korytarz za nim, a potem znowu na niego. – Zejdź stąd, zanim cię zauważy. Tony? – To, co zauważyła na jego twarzy, sprawiło, że wspięła się lekko po schodach, a w jej oczach błysnęła zawziętość.
– Wszystko w porządku – wymamrotał w odpowiedzi, kiedy przesuwała rękoma po jego głowie i dłoniach, sprawdzając puls i temperaturę. – Wszystko w porządku.
– Nie, wcale nie – odparła szeptem, siadając obok niego. – Prawdę mówiąc, możliwe, że masz symptomy łagodnego szoku. Co się stało?
– Nie powinno cię tutaj być, wiesz o tym. – Natasza zacisnęła usta po tej dobrej radzie.
– Czy on ci to zrobił? – W jej oczach błyszczała groźba rzeczy gorszych od jakichś tam olejowych pułapek. Jakimś cudem zobaczenie tego sprawiło, że usta Tony'ego rozciągnęły się w uśmiechu.
– Byłem na ciebie wkurwiony cały tydzień, Romanow. Nie próbuj mnie teraz przekabacić na swoją stronę i roztopić lodu skuwającego moje serduszko swoimi ślicznymi groźbami ciężkiego uszkodzenia ciała. – Wpychając klucz z powrotem do kieszeni, Tony zarzucił Nataszy rękę dookoła talii i przyciągnął ją do siebie. Żywienie urazy do innych było ciężkie.
– Wybacz, ale mieliśmy sporo do obgadania, ja i on. I nie były to tylko przyjemne tematy. Ale wiesz, że robiłam też rozpoznanie dla ciebie, nie? – odparła Natasza, opierając głowę na jego ramieniu. – Ja nie mogłam go odpowiednio podejść, ale ty? Ty patrzyłeś na niego, jakby wszystkie sekrety Wszechświata były uwięzione pod jego żebrami. – Pokręciła głową. – Nie, nie sekrety. Sens. Może twój. Po tym, jak mnie wypuścił w zeszłym tygodniu, miałam szansę zrozumieć dlaczego.
– Trudno się pozbyć starych nawyków, kiedy jest się tobą, co? – spytał Tony ze zmęczeniem. – Ale twój plan zbierania danych wywiadowczych nie wypalił. Wydaje mi się, że szef nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
Natasza prychnęła tak głośno, że aż poczuł to w swoim ramieniu.
– Po prostu rób dalej to, co robisz, Tony.
– Jasne. – I tak już się staczał po równi pochyłej, więc równie dobrze mógł wylądować w ładnym stylu i dostać od sędziów dziesięć punktów na dziesięć. – Chcesz dobrej rady? Spędź trochę czasu z Clintem, zanim zdecyduje się wprowadzić w życie swoje oferty zastrzelenia Lokiego i przespania się ze mną. – Tony zakrył Nataszy usta, kiedy wybuchła nieprzyzwoicie głośnym, złośliwym śmiechem, po czym rzucił okiem na korytarz. Zero reakcji, a przynajmniej jak na razie. Oderwał rękę z obrzydzeniem, kiedy Natasza go polizała.
– Czy istnieje w ogóle coś, co odciągnęłoby go od tego cholernego łuku i kołczanu? Klnę się na Boga, że jest dwa kroki od spróbowania przelecenia go. – Zmarszczyła brwi. – Da się masturbować łukiem?
Tony opuścił twarz na ręce.
– I pomyśleć, że potrzebowałem terapii, zanim ta rozmowa w ogóle miała miejsce. – Zastanowił się nad jej pierwotnym pytaniem. – Jeśli zaufam twojej superszpiegowskiej intuicji i coś zrobię, czy mogę liczyć, że mnie ochronisz, kiedy wszystko się spitoli?
– Możesz na mnie liczyć – powiedziała z przekonaniem, wpatrując się w jego oczy z większą intensywnością, niż oczekiwał. Zaczął się przez to zastanawiać, czy nie miała przypadkiem na myśli czegoś zupełnie innego. – Stanowimy zespół.
Tony obserwował w speszonym milczeniu, jak Natasza się podnosi, otrzepuje z kurzu i zbiega z powrotem po schodach. Dygnęła mu kpiarsko z bezpiecznego korytarza, po czym w sekundę zniknęła z zasięgu wzroku, plama błękitu, raz w jednym miejscu, raz nie.
Zespół, pomyślał, kiedy był już sam. Nawiedzony łucznik, krętacki były szpieg, handlarz żelastwem i zakuty w kajdany lodowy olbrzym. Jasne, czemu by nie? To słowo pasowało równie dobre jak każde inne, żeby określić ich źle dobrane poczucie koleżeństwa. A w każdym razie tak było wcześniej.
„Po prostu rób dalej to, co robisz" zdawało w jego przypadku egzamin aż do zeszłego tygodnia, stwierdził Tony, podnosząc się na nogi. Może gdyby znowu zaczęli ze sobą rozmawiać z Lokim, mógłby mu powiedzieć o tym, co zrobił. Co widział. Ale zanim cokolwiek takiego się wydarzy, będzie musiał wyciągnąć szefa z tej jego jaskini bez pomocy Nataszy, która wywabiłaby go swoimi szpiegowskimi feromonami.
Miał wobec tego kilka rzeczy do zrobienia.
…
Minęły dwa dni, zanim jego plan przybrał kształty czegoś, co mogłoby wypalić, a nawet odnieść sukces. Jeśli Tony miał być w zupełności szczery, to dokładnie trzy, ale jeden z nich spędził na najgorszych koszmarach całego swojego życia, wliczając w to Afganistan. Potrójne węzły i błyszczące w ciemnościach złote ślepia czekały na niego w tych krótkich momentach snu, jakie udało mu się dla siebie wyszarpać. Był zdesperowany, żeby znaleźć cokolwiek, co wymazałoby z jego pamięci wilka, którego ciągle widział kątem oka. Ale tak naprawdę nic nie działało.
Tony czuł się też niesamowicie winny za to, że pośrednio umieścił na twarzy Lokiego ten straszny wyraz w czasie rozmowy na klatce schodowej. Może jego mózg nie pracował wtedy na pełnych obrotach, może był trochę niestabilny, ale odgrodzenie się od Lokiego było absolutnie najgorszą rzeczą, jaką mógł zrobić. Nie miał też jak tego cofnąć. Nie w żaden sposób, który by cokolwiek znaczył. Trzeba było jakoś zrobić krok do przodu i stanowiło to najlepsze rozwiązanie, na jakie mógł obecnie wpaść. I tu włączał się do gry jego plan.
Clint zaczynał dostawać świra na punkcie średniowiecznej amunicji, pracując nad swoim łukiem z braku czegokolwiek innego, co by go zainteresowało. Natasza zazwyczaj obserwowała go z zakamuflowanym cierpieniem, kłując się czymś na oślep, kiedy jej oczy śledziły, jak jej przyjaciel radzi sobie ze stresem przez pełną powtarzalności pracę. Nigdy się do niego nie zbliżyła, a Clint też nigdy nie dał znać, że ją zauważa, a przynajmniej nie kiedy Tony był w pobliżu. Wiedział, że problemy Nataszy leżą głębiej niż tylko w ciszy, która pomiędzy nimi zapanowała. Zamiast się poprawić po oczyszczeniu atmosfery z Lokim, wyglądało na to, że jeszcze trochę jej się pogorszyło. A ich maszyna rozpadała się na części.
Według najlepszej wiedzy wszystkich pozostałych mieszkańców zamku Loki z powrotem wrócił do przebywania w swoim skrzydle. Tony nie pukał do niego ani nie krzyczał niczego na klatce schodowej; był zbyt zajęty pracą i niskim zadaniem bycia dupkiem bez choćby grama odwagi.
Jego plan zaczął się od łyżew. Składały się z kiepsko zszytych pasków brązowej skóry i sznurowadeł przymocowanych do ostrego jak brzytwa ostrza i spiczastych ząbków i były absolutnie najbrzydszą parą łyżew, jaka kiedykolwiek została stworzona. Zainspirowały Tony'ego na tyle, że zrobił drugą, w większym rozmiarze. Jak najbardziej nadadzą się do jego celów, ale nikt nie wygrałby w nich żadnego konkursu piękności.
Po zakończeniu pracy i wszystkich przygotowań Tony stanął przed drzwiami do komnaty Lokiego i zaczął zastanawiać się nad tym, co powiedzieć. Coś błyskotliwego albo coś, dzięki czemu uzyskałby wybaczenie tego, w jakim stanie znajdował się kilka dni temu. Ale nic nie przyszło mu do głowy.
Zamiast tego po prostu zapukał do drzwi i poczekał. Kiedy masz wątpliwości, rzucaj się do przodu na łeb, na szyję.
Coś w środku zaskrzypiało. Po chwili ciszy drzwi się otworzyły. Loki spojrzał na niego bez wyrazu. Jego oczy miały ten wyczerpany blask kogoś, kto poddał się i zaprzestał poszukiwania odpoczynku. Ciemne włosy, zazwyczaj spływające na plecy jak jakaś gruba zasłona, tym razem wpadały mu do oczu. Ramiona, które zawsze były wyprostowane pod futrem, wyglądały, jakby uginały się pod jakimś niewidocznym ciężarem. Atlas mógłby mu buty czyścić.
– Co takiego? – zapytał ochryple Loki, kiedy cisza zaczęła się przeciągać. Tony zmusił się do zaprzestania pełnego zmartwienia dumania. Najpierw trzeba załatwić interesy.
– Potrzebuję przysługi. I to dużej, a w każdym razie tak mi się wydaje. – Wskazał brodą klatkę schodową. – Przejdziesz się ze mną?
Po chwili wahania Loki zmarszczył brwi i wyszedł na z pokoju, chowając ręce w płaszczu. Jego wymowne spojrzenie w stronę korytarza w dole było jedyną zgodą, jaką Tony miał dostać. Prowadź, mówiło to spojrzenie. Nie marnuj mojego czasu.
Ich spacer nie był długi, ale minęli kilka zakrętów i rozwidleń, idąc utartą ścieżką schodów, refektarza, korytarza wejściowego, Kucharza. Sam Tony był tam, na dole zaledwie dwa razy. Raz, żeby odwalić za Clinta jego robotę, a drugi, żeby zabrać stamtąd swój sprzęt. Cholerne ryzykował, serio, rzucając tak monetą, kiedy Loki nie uważał już go za kogoś zaufanego. Usunięty ze swojej pozycji, zanim zorientował się, co zrobił nie tak.
Nie żeby to miało jakieś znaczenie, powiedział Tony sam do siebie. Miał wszystkie odpowiedzi, których potrzebował, żeby kontynuować odkrywanie tajemnic zamku na własną rękę. Kruk mu to uświadomił.
Wyraz twarzy Lokiego zmienił się odrobinę, kiedy zbliżyli się do ogromnych, drewnianych, niedających się pomylić z żadnymi innymi drzwi do sali balowej. Spojrzenie, które rzucił Tony'emu, było badawcze i pełne spekulacji, ale natychmiastowo zostało ignorowane, kiedy wrota się otworzyły, odsłaniając panującą w środku ciemność. Jeden jedyny zapalony lichtarzyk nie pomagał za bardzo w rozświetleniu cieni.
– No, dalej – powiedział Tony cicho. – Muszę wejść do środka, żeby puścić farbę – Kiedy Loki ostrożnie zrobił kilka kroków w ciemność, Tony zamknął za nimi drzwi, oddzielając ich od reszty zamku.
– Co czynisz? – Pytanie było zadane nieprzyjemnym tonem, co dało się z łatwością przewidzieć.
Tony go zignorował i zamiast udzielić odpowiedzi, podbiegł do ledwo widocznego w słabym świetle zarysu aksamitnej zasłony o długości piętnastu stóp. Niebieskiej, jeśli dobrze pamiętał. W bardzo głębokim odcieniu niebieskiego, co odkryli już po tym, jak Clint pozbył się kurzu z całej tkaniny. Zawieszone na sznurze i pręcie zasłony zakrywały wysokie okna, które zajmowały całą wygiętą półkoliście ścianę sali balowej.
Zbliżał się wczesny wieczór, ale bladoniebieskie światło, jakie się przebiło przez okna, kiedy Tony rozchylił zasłony, wystarczyło, żeby oświetlić zapomnianą salę balową Zlodowaciałego Serca. Była wyłożona błyszczącym białym marmurem, ze smukłymi filarami i ozdobnymi malunkami stworzonymi przez układające się w szachownice cienie rzucane przez wszystko w promieniu wzroku; niezły widok.
Wysoki sufit wyginał się do centralnego punktu, gdzie zwieszał się z niego na grubym, plecionym sznurze zamaszysty żyrandol z trzydziestoma świecami. Lichtarze znaczyły ściany w każdej przerwie między filarami, a ich grube białe świece aż prosiły się o zapalenie. Błyszczące mosiężne latarnie olejne zwieszały się z każdego filaru, a ich szklane ścianki wyczyszczone z sadzy aż iskrzyły się od czystości. Filary otaczały podłogę; wyglądały jak dwanaście białych ramion, sięgających na czterdzieści metrów w górę.
Stojący po drugiej stronie pokoju Loki rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby nigdy wcześniej tu nie był. Kiedy jego spojrzenie spoczęło na Tonym, w jego oczach błyszczało coś podobnego do zdumienia.
– Barton jest dobry w te klocki – powiedział Tony zamiast wyjaśnienia. – Zaraz zapalę pozostałe światła.
– Pomogę – odparł Loki, brzmiąc na rozproszonego. Wciąż wyciągał szyję, żeby wszystkiemu się przyjrzeć. Tony zapalił dwie świeczki od samotnego lichtarzyka i podał mu jedną, ostrożnie, żeby nie dotknąć jego skóry. Wyglądało na to, że naprawdę wrócili do starych, nie tak dobrych czasów.
Niezłą chwilę zajęło im rozpalenie wszystkiego. Przestrzeń w środku sali była rozległa, a to oznaczało świece i knoty praktycznie wszędzie. Razem zapalili wszystko w zasięgu wzroku, a Loki, jako że miał dłuższe ramiona, sięgał do wyżej wiszących latarni. Tony ogromnie niechętnie ograniczył się do lichtarzy, ale koniec końców to żyrandol okazał się prawdziwym wyzwaniem.
– Poluzuję linę – powiedział Loki. Tony zmarszczył brwi.
– Dlaczego nie ja?
– Osprzęt waży więcej niż ty. – Loki nie powiedział ani słowa więcej, tylko podszedł do zakotwiczającego zaczepu na jednej z dalszych ścian. Gruby sznur żyrandola był na nim zawiązany w supły, kształtem przypominające…
Nigdy więcej już.
Tony zamrugał z dezorientacją, starając się nie myśleć o zimnym dreszczu, który właśnie go przeszedł.
– Ja tam jestem gotowy, daj znać, jak ty będziesz.
Po opuszczeniu żyrandolu rozpalenie umieszczonych na nim świec nie stanowiło zbyt poważnego problemu. Niebieskie ramiona Lokiego zadrżały lekko od podtrzymywania metalowego ciężaru nad podłogą, gdy obserwował Tony'ego z pewnej odległości swoim błyszczącym czerwonym spojrzeniem. Kiedy przed Tonym płonęło już coś, co przypominało piekielnie udany tort urodzinowy, odsunął się o krok, sygnalizując, że można już gładko pociągnąć linę do jej poprzedniej pozycji. Po wciągnięciu żyrandolu z powrotem na górę tylko chwilę zajęło Lokiemu zawiązanie liny na supeł na zaczepie nieobecnymi, zręcznymi ruchami.
Tony zdmuchnął trzymaną w ręce świeczkę i cofnął się o kilka kroków, żeby przyjrzeć się całości z lepszej perspektywy.
– Ciężko uwierzyć, że takie miejsce stało tu ukryte tak długo – powiedział, wpatrując się w biało-złotą poświatę promieniującą z każdego zakamarka sali. W zestawieniu z tym ciepłym blaskiem gasnące wieczorne światło muskające okna zdawało się zimne i szpetne. – Jaka twierdza więzienna ma w sobie taką salę? Znaczy, bo wiesz, mamy tutaj jakieś tysiąc dwieście stóp kwadratowych wypolerowanego marmuru?
Tony'ego tak pochłonęło mierzenie na oko powierzchni podłogi, że nie zauważył podchodzącego do niego Lokiego, póki odgłosy kroków nie zabrzmiały tuż obok niego.
– Nie zawsze było to więzienie. Kiedyś pełniło rolę bastionu; fortecy, w której moja rodzina mogłaby się schronić, gdyby kiedykolwiek doszło do najgorszego. – Wzrok Lokiego opadł na podłogę. – Nie zostało nigdy użyte w tym celu, ale kamienie tego zamku zaklęto tak, by dostarczały wszystkiego, co mogłoby być potrzebne w czasie oblężenia. Pożywienie, woda, ciepło, nawet obronne zachowania pogody, która przegoniłaby stąd nawet najpotężniejszego wroga jednym podmuchem lodu.
Tony'emu wyrwało się:
– Więc…
– Czary są podporządkowane kaprysom mojego ojca – przerwał mu Loki, wykrzywiając usta. – Tak jak większość rzeczy. Umieścił mnie tutaj i nakazał zaklęciom ochronnym nie sięgać po moją krew ani krew każdego, kto przekroczył próg zamku. – Jego ramiona drgnęły i naciągnął na nie mocniej futro, jakby coś mu się przypomniało.
– Czyli siedzimy zamknięci w azylu – powiedział Tony powoli, testując słowa. – A samonaprowadzający się celownik uznał nas za wrogów. – Nic dziwnego, że wilki ciągle trzymały się terenów wokół zamku. Jasne, tworzyły stado czworonożnych golemów, ale basior miał w głowie dostatecznie dużo mózgu czy czegoś tam, żeby posłuchać się rozkazu. I to od niego.
– Wyjaśniaj to sobie, jakkolwiek pragniesz. – Loki nie wyglądał na zainteresowanego dalszą rozmową na ten temat. Wskazał dłonią żyrandol. – Jeśli spełniłem już twoją prośbę, wyjdę stąd.
Tony wrócił myślami do pierwotnego planu, spinając się mimowolnie. No tak, jasne.
– Prawdę mówiąc, to było tylko zapalanie świateł dla gości. – Wskazał palcem na marmurową podłogę. – Musisz ją całą pokryć lodem. Takim grubym na jakieś trzy cale, tak, tyle powinno wystarczyć.
Loki zbladł. Powoli obrócił się, żeby spojrzeć na ogrom rozciągającego się przed nim marmuru. Dla niego musiało to wyglądać, jakby nigdy się nie kończył.
– Postradałeś zmysły.
Cóż, nie była to niespodziewana reakcja. Ale nie ta, na którą liczył.
– Potrzebuję lodowiska – odparł Tony ze wzruszeniem ramion. Kiedy jedynym, co dostał w odpowiedzi, było wściekłe spojrzenie, nie mógł się powstrzymać przed małym uśmieszkiem. – Daj spokój. Nie chcesz wiedzieć, na co cię stać?
– Nie posiadam tego poziomu mocy. – Loki zgarbił się bardziej pod futrem zarzuconym na ramiona. – I z pewnością leży to poza moją możliwością kontroli. Prosisz o zbyt wiele. – Wyraz jego twarzy spochmurniał trochę. – Jakie jest zastosowanie dla lodu wewnątrz?
Tony tylko wskazał dłonią na dwie pary łyżew opartych o ścianę przy drzwiach.
– Zamierzam wziąć szturmem rynek rozrywki. – Loki spojrzał na niego z nachmurzoną miną po tej nic niewyjaśniającej odpowiedzi. – Boże drogi, próbuję zrobić coś miłego dla Nataszy i Clinta. – I dla ciebie.
– Miłego. – Loki wypowiedział to słowo, jakby miało nieprzyjemny smak.
– Ta – odparł Tony, sam słysząc, jak burkliwie to zabrzmiało. – Miłego. To taki koncept, według którego ludzie nie zachowują się jak obrzydliwe cholerne dupki w stosunku do tych, którzy próbują im pomóc. Znajdź se słownik i sprawdź definicję. – W jego piersiach zaczęło narastać nieprzyjemne gorąco, połykając dyskomfort pochodzący od reaktora łukowego. – A nawet lepiej, zapytaj Nataszy. Wygląda na to, że wasza dwójka znalazła sobie ostatnio sporo tematów do rozmów.
Z sercem walącym jak młotem Tony obrócił się na pięcie i niemal skierował w stronę drzwi, stwierdzając, że chrzani cały ten głupi plan. Utrzymywanie profesjonalnego dystansu przez wzgląd na pozostałą dwójkę więźniów znajdowało się po prostu za daleko poza zasięgiem jego możliwości. Pieprzyć Lokiego i jego faworyzację, jego defetystyczne pitolenie i huśtawki nastrojów o sto osiemdziesiąt stopni. Po co, u licha ciężkiego, w ogóle próbował? Czemu starał się naprawić stosunki pomiędzy nimi?
Bo to właśnie zawsze robił, pomyślał Tony, zatrzymując się powoli. Nawet jeśli nie był za dobry w rozumieniu, o co ludziom chodzi. Przekręcał tryby i trybiki, póki coś się nie rozpadło. Rozpracowywał wszystko od wewnątrz. Wyciągał spalone przewody. Wymieniał części na nowe, lepsze. Prawdę mówiąc, wiedział, że po prostu znajduje sobie coś, czym mógłby się zająć, w najlepszy sposób, jaki znał. Trochę szkoda, że nic w ten sposób nie osiągnął.
– Odciąłem się od ciebie, ponieważ stanowisz dla mnie szczególne zagrożenie, Tony Starku – powiedział stojący za nim Loki. W jego głosie brzmiało dziwne napięcie, takie, które nie miało nic wspólnego ze złością. – Nie ma to związku z niczym, co zrobiłeś.
Sala balowa rozmazała się przed oczami Tony'ego w jasne kręgi świateł, kiedy ciśnienie podskoczyło mu gwałtownie w rekordowym czasie. Właśnie usłyszał przemowę „to nie ty, to ja" w wykonaniu Lokiego. No, ubraną w ładniejsze i dłuższe słowa, ale do tego właśnie sprowadzały się jego słowa. Co za żart.
Cała ta cholerna sprawa była żartem z niego.
– Zużyłem już większość metalu – stwierdził nagle Tony, zanim zdążył pomyśleć. Wyciągnął klucz z kieszeni i rzucił nim w stronę Lokiego. Zobaczył, jak szef łapie go wyłącznie dzięki dobremu refleksowi, a następnie cały drętwieje po zrozumieniu, co trzyma. – Najwyraźniej to czas równie dobry jak każdy inny, aby przejść na emeryturę. – Obrócił się. Nie miał po co patrzeć za siebie.
Tony zrobił całe trzy kroki, zanim się pośliznął. Serce podskoczyło mu do gardła i ledwo dał radę złapać równowagę, po czym zauważył, że marmur pod jego stopami staje się dziwnie zamglony. Nie, nie zamglony, ale…
Okna zatrzeszczały w ramach. Połowa świec na południowej ścianie zgasła, okrywając kąt cieniem. Tony obrócił się gwałtownie z szeroko otwartymi oczami, czekając na nieuniknioną burzę śnieżną, która zaraz wfrunie do pokoju i znowu go pochłonie. Ale kiedy zatrzaski wyskoczyły z łopotem ze swoich rygli i okna otwarły się na oścież, to nie na Tonym skoncentrowała się pełna wściekłości zamieć.
Ręce Lokiego drżały, gdy opadał na kolana. Oczyma pełnymi grozy rzucił Tony'emu jedno przeszywające na wskroś spojrzenie, po czym oparł rozcapierzone dłonie na gładkim kamieniu.
Zamieć zawyła; wydała z siebie ryk na całe gardło, po czym zaatakowała, skupiając się na Lokim i załamując się jak fala przypływu, która natrafiła na brzeg. Pochłonęła marmur w każdym zakątku pokoju, rozbijając się o filary i otulając je miękkimi objęciami lodu. Na ścianach narosły sople lodu sterczące jak zęby i wygięte niczym ciernie, a nad nimi tańczyły wszystkie płomienie odważne na tyle, by wciąż się palić.
W jednej przerażającej chwili Loki wykorzystał siłę burzy śnieżnej, przekierował ją i pokrył całą salę balową lodem.
Tony był pełen podziwu. Transformacja pomieszczenia pochłonęła go tak bardzo, że kilka dobrych sekund po uspokojeniu się atmosfery zajęło mu zorientowanie się, że jego stopy zostały przykute do podłogi przez grubą na trzy cale warstwę lodu.
– Ech, moje buty. – Tony zadecydował, że zajmie się nimi później i wyciągnął z nich stopy. Chodzenie po lodzie w samych skarpetkach nie było wcale tak wygodne, ale przynajmniej lepsze niż stopy w butach zagrzebane w lodzie.
Loki oddychał tak ciężko, że niemal wzdychał z każdym oddechem. Podniósł się na nogi, po czym omal znowu się nie przewrócił. Cały się trząsł, jakby zamarzał na śmierć, ale Tony wiedział, że to nie to. To było coś o wiele gorszego.
– Loki – wyszeptał, biegnąc i na współ ślizgając się po lodzie do jego przygarbionej sylwetki. – Najlepszy napad złego humoru na świecie, mówię serio. Mój Boże, chodź no tutaj. No dalej, trzymam cię. Już przez to kiedyś razem przeszliśmy. – Chwilę zajęło Tony'emu znalezienie lodowatej ręki w zmiętym w nieład zielonym płaszczu, ale potem w błyskawicznym tempie ją wydostał i zarzucił sobie na ramię, gładko podnosząc Lokiego na nogi jednym pociągnięciem w górę. Biedny idiota jęknął z powodu takiego traktowania, głowa mu się kiwała i niemal uderzył Tony'ego rogiem.
Wymagało to nieco wyginania się i niezbyt małej ilości ślizgania, ale ostatecznie Loki pozbierał się do kupy i stanął w objęciach Tony'ego, oddychając jak nurek, który dopiero co wynurzył się na powierzchnię. Tony tylko położył dłoń na poznaczonej bliznami części szczęki. Przesuwał po zimnej skórze kciuk, jakby to było ciepłe wahadełko, i przestał dopiero wtedy, gdy Loki położył dłoń na jego. W jego oczach błyszczała udręka.
– Jesteś okrutny ponad wszelką miarę, Tony Starku. – Drżąca ręka wyciągnęła się w stronę jego ramienia, ciemne pazury szukały oparcia w czerwonym materiale jego koszuli. – Okrutny. Chciwy. – Przełknął ślinę i uciekł spojrzeniem. – Twoje oczy sprawiają, że staję się chciwy.
Brzmiało to jak wyznanie. Tony przesunął rękę w górę futra, zostawiając za sobą ślad w miękkich włosach. Palce przykrywające jego dłoń drgnęły. Coś sprawiało, że oczy Lokiego lśniły mocniej niż zwykle, i to coś wyglądało jak poczucie winy.
– Co takiego? – spytał Tony. W złotym świetle pokrytej lodem sali balowej wypowiedziane przez nich słowa pokonywały dzielącą ich przestrzeń, emitując ciepło. Wiedział, że stoi za blisko, oni obaj stoją za blisko, ale nie potrafił znaleźć w sobie siły, by się odsunąć.
– Zatrzymałbym cię dla siebie. Tu, przy mnie. – Loki zamknął oczy. – Tu, gdzie byś się zestarzał, gdzie uschnąłbyś, osłabł i ostatecznie umarł. A ja wciąż bym tu tkwił i moje więzienie stałoby się torturą przez utratę ciebie.
I Tony zrozumiał wszystko. Każdy najmniejszy szczegół. Tę nagłą izolację, ten chłód, zamiast wcześniejszego wszystkiego, czego Tony nie wiedział, że potrzebuje. Emocje stanowiły coś naprawdę dużego i trudnego do przetrawienia, jeśli było się samotnym tak długo jak Loki.
– Nie wydaje mi się… – Tony musiał odkaszlnąć, żeby móc mówić dalej. – Nie wydaje mi się, żeby to się liczyło jako zatrzymywanie mnie tutaj, skoro i tak zdecydowałem się zostać.
Kiedy tak tam stali i nie dzieliło ich nic więcej niż tylko kilka cali zimnego powietrza, łatwo przyszłoby Tony'emu wytłumaczyć się, że moment, w którym jego kciuk dotknął delikatnie kącika warg Lokiego, był tylko przypadkiem. Ale żaden z nich nie powiedział ani słowa, chociaż spojrzenie Lokiego powędrowało na sekundę do ust Tony'ego, po czym znowu opadło. Później łatwo było się przysunąć, a jeszcze łatwiej zacisnąć palce na szarym futrze i przyciągnąć Lokiego jeszcze odrobinę bliżej.
– Miej nade mną litość – wyszeptał ostatecznie Loki łamiącym się głosem. Błagał prosto w usta Tony'ego. – Poproś o swą wolność. Zwrócę ci ją.
To było to. Jedno proste pytanie, wystarczyłoby tylko powiedzieć kilka słów i mógłby wyjść stąd z tarczą. Ale Tony wiedział już, że podjął decyzję; zrobił to w tej samej chwili, w której dostrzegł cień samotnego smutku pod całą tą imponującą kontrolą.
– Nie chcę jej – powiedział Lokiemu i go pocałował.
Może obaj jesteśmy przegranymi przypadkami, pomyślał Tony, kiedy zimne wargi zadrżały pod jego i otworzyły się, a lodowate ręce owinęły się dookoła niego w poszukiwaniu niezbędnego do życia ciepła skóry. Może obaj zdążą tego pożałować, zanim to wszystko się skończy. Ale kiedy płomienie świec dygotały w zimowej nocy, a śnieg padał miękko wokół nich, łatwo było udawać, że wszystko będzie dobrze.
Przynajmniej przez chwilę.
