Zastrzeżenie: Nie jest to moja praca, tylko tłumaczenie angielskiego oryginału należącego do JamesRamsey. Prawa do sagi, bohaterów należą do Stephenie Meyer.
Rozdział 10
Stanąłem na ganku i spojrzałem na stojącą w drzwiach dziewczynę. Wychodziłem na spotkanie Rosalie i Emmetta, którzy w tym momencie prowadzili pięciotonową ciężarówkę wzdłuż prowadzącej do naszego domu drogi. Nie było żadnej opcji, aby w ten sposób dotarli do celu, więc zamierzaliśmy użyć furgonetki i zrobić parę rund w tą i z powrotem. Oznaczało to, że Bella będzie musiała pozostać w rezydencji – nie mogliśmy zaryzykować wyczucia przez nią zapachu człowieka. Denerwowała się zbliżającą rozłąką, a mnie zabijała świadomość pozostawienia jej samej i zaniepokojonej. Musiałem wykonać tylko jeden kurs i wtedy ja lub Rose moglibyśmy jej towarzyszyć.
- Gdzie twój telefon? – wyciągnęła urządzenie z kieszeni. – Nie powinienem zniknąć na dłużej, niż kilka godzin. Masz mój numer, jeżeli chciałabyś ze mną porozmawiać.
- Wiem, Jasper, będzie dobrze. Obiecuję, że nie opuszczę dziedzińca. Popracuję nad wyglądem ogrodów, żeby były gotowe do chwili przyjazdu Esme – obdarowała mnie załzawionym uśmiechem. Wiedziałem, że próbowała być odważna i o ile wspaniale radziła sobie z uczeniem się nowego życia jako wampir, o tyle w dalszym ciągu miała problem z poradzeniem sobie ze strachem i instynktami, które nakazywały jej ucieczkę.
Odkryliśmy, że jest w stanie telepatycznie wysyłać wiadomości w promieniu dwóch mil, zaś odbierać je do odległości półtorej mili.
- Będę rozmawiał z tobą tak długo, jak tylko będę mógł, okej? Może twój zasięg dzisiaj się polepszył? – usiłowałem ją zapewnić, jednak po odczytaniu jej uczuć zdałem sobie sprawę, że nie odnosiłem sukcesu.
- Jest okej, Jasper. W końcu muszę to zrobić, prawda? Idź. Masz spotkać Rosalie i Emmetta i każesz im czekać. Jasper, ze mną wszystko dobrze. Naprawdę. Idź! – szybko mnie uścisnęła i zanim zdążyłem ją przytulić zbiegła nad jezioro. Ostatnio często tam chodziła – sądzę, że ją uspokajało. Jej uczucia były niewyraźne przez odległość, ale wydawała się być jak na razie pod kontrolą.
Opowiedz mi, co dzisiaj porabiają ptaki.
Wysyłała mi obrazy poruszających się zwierząt, ptaków przez całe dwie mile jej zasięgu. W tym czasie dojechałem do głównej drogi. To będzie długich kolejnych osiem mil…
Naszą drogę dojazdową stanowiło dziesięć mil wyboistego, kamiennego terenu, który skutecznie zniechęcał ludzi do wędrowania tam, gdzie nie powinni. Niestety oznaczało to również, że musiałem poruszać się o wiele wolniej, niż sobie życzyłem. Mniejsze rzeczy mogłyby zostać przetransportowane wodnosamolotem prosto do naszego jeziora, ale wszystko inne potrzebowało transportu tym sposobem. Podróż powrotna z bagażami zajmie dwa razy więcej czasu – jeżeli mają dotrzeć do miejsca docelowego w jednym kawałku. Westchnąłem.
Rozmawiałem z Rose w dniu, w którym odbył się pogrzeb Belli. Już wtedy znajdowała się z Emmettem w Toronto i pospiesznie robili zakupy. Wampirzyca wprost nie mogła się doczekać spotkania z brunetką, a wieść o prześladującym Bellę strachu tylko tę potrzebę wzmocniła. Wiedziałem też, że nasza nowonarodzona poczuje się lepiej, kiedy zobaczy się z równie stęsknionym za nią dużym złym bratem.
Bella miała również obawy przed spotkaniem z Rose i Emmettem. Jakaś jej część dalej myślała, że winią ją za to, co się wydarzyło. Owszem, rozmawiała codziennie z Esme i Alice, co pomogło jej upewnić się o prawdziwości panujących między nami relacji, ponadto rodzice uczynili ją Cullenem, ale przez pośpiech związany z zakupami nie miała jeszcze prawdziwej szansy na konwersację z Rosalie, która, swoją drogą, rozmawiała wstępnie ze swoim partnerem i postanowiła zabrać brunetkę na polowanie na niedźwiedzie.
Głos Belli ucichł. Schowałem komórkę do kieszeni w koszuli, aby w razie czego móc go bez problemu odebrać. Wróciłem myślami do dnia, kiedy opowiedziałem dziewczynie o swojej przeszłości. Zaszokowała mnie jej szybka akceptacja i duma. Byłem wręcz pewny, że mnie nie zrozumiała. Moja własna rodzina przeszła przez ciężki czas, próbując poradzić sobie z moimi burzliwymi dziejami. Nawet Alice przez jakiś czas zachowywała się inaczej po usłyszeniu historii. Wszyscy traktowali mnie z dystansem – niczym ogromnego tygrysa, który wkroczył do salonu i nie mieli pojęcia, czy jest najedzony. Albo pacjenta z zakładu psychiatrycznego, który może być albo i nie na swoich lekach. Uważali mnie za potencjalnie niebezpiecznego. To przez to nosiłem ubrania, które zakrywały jak największe powierzchnie mojego ciała. Moje blizny były drażniącym przypomnieniem o mojej odmienności.
Oczywiście przez lata, w miarę przekonywania się o mojej stałości i przywiązania do ich stylu życia zmieniało się ich podejście, a gdy po jednym z wypadków na własne oczy ujrzeli moje wyrzuty sumienia było już tylko lepiej. Wspierali mnie, kochali i w końcu stałem się jednym z nich. Ale Bella – ona usłyszała moją opowieść i w mgnieniu oka mnie zaakceptowała. Była ze mnie dumna i aktualnie do mnie podeszła zamiast odepchnięcia, jak uczynili to pozostali. Tylko z Peterem i w mniejszym stopniu z Charlotte czułem się równie komfortowo – oni jednak nie rozumieli mojej potrzeby abstynencji od ludzkiej krwi.
Bella była inna. Widziała moje serce, nie blizny. Poszedłbym za nią na koniec świata. Potrzebowałem jej. Miałem nadzieję, że było jej dobrze w domu. Czułem napięcie, zmartwienie i w najgorszych momentach wielką chęć powrotu. Jeszcze nigdy wcześniej nie czułem do kogoś takiego przyciągania. Zastanawiałem się, czy właśnie taką więź odczuwał Carlisle do wszystkich zmienionych przez niego osób. Nigdy wcześniej nikogo nie przemieniłem, więc nie byłem pewny, czy to przez płynącą w jej żyłach moją truciznę, czy może dlatego, że się w niej zakochałem.
Parę mil później zadzwonił telefon. Odebrałem po pierwszym sygnale.
- Bella?
Napotkał mnie dudniący śmiech Emmetta.
- Aż taki spięty?
- Cholera, Emmett, czego chcesz? – powiedziałem na wydechu.
- Jeezu, człowieku, wyluzuj. Jesteśmy na drodze i czekamy na ciebie. Czemu masz mrówki w gaciach? – przestał się śmiać.
- Bella naprawdę nie jest jeszcze gotowa, aby przebywać sama. Powiedziałem jej, aby dzwoniła, gdyby emocje ją przerosły. Zajmujesz linię, Em. Zobaczymy się w ciągu kilku minut – rozłączyłem się z wyrzutami sumienia, że na niego naskoczyłem, ale poważnie martwiłem się o Bellę.
Dojechałem do drogi. Emmett zaparkował ciężarówkę tuż przy zjeździe, obok ogromnej metalowej bramy. Kiedy zajechałem, Rose chodziła w tą i z powrotem, podczas gdy Emmett siedział na zderzaku i wyglądał na zażenowanego. Tu nie trzeba było naukowca, aby wpaść na to, że mój brat znowu narozrabiał, ponownie rozwścieczając swoją żonę. Zachichotałem i wysiadłem z furgonetki.
- Hej, siostra! Co ta niedorajda teraz zrobiła?
Podbiegła do mnie i obdarowała mnie niedźwiedzim uściskiem.
- Znasz go - musiał udowodnić, że jest kolejnym kandydatem do wyścigów NASCAR! Ten palant minął wjazd i cisnął po hamulcach – zwróciła się do niego. – Lepiej, żeby na żadnym z mebli nie znalazła się jakakolwiek rysa, w przeciwnym razie przez miesiąc będziesz mieszkał na przeciwległym końcu domu!
- No eeejj, bejbe… - zaczął jęczeć, ale zamknęła go jednym wymownym spojrzeniem.
Ponownie na mnie spojrzała.
- Jak się ma?
- Więc… jest coraz lepiej, nie dzwoniła do mnie, ale naprawdę nie chcę zostawiać jej dłużej, niż jest to konieczne. Jej instynkty dalej jej mówią, że Edward przyjdzie, aby ją zabić – podrapałem tył szyi. Bella wiedziała, że Edward jest w Alasce, nawet dzwoniłem do Eleazara i to potwierdziłem, ale niestety była nowonarodzoną, więc nie potrafiła jeszcze całkowicie zignorować instynktów. – Chodź, zapakujemy rzeczy do furgonetki. Poczuję się lepiej, kiedy do niej wrócę – Rose uważnie mi się przyjrzała, ale tego nie skomentowała.
Akurat byliśmy w połowie pakowania, kiedy zadzwoniła moja komórka. Gdy tylko ujrzałem na wyświetlaczu imię Alice, zostałem uderzony falą strachu, która sprowadziła mnie na kolana. Zakryłem uszy dłońmi. Słowo „JASPER!" rozchodziło się po mojej głowie. Bella!
Już byłem w biegu, kiedy znajdująca się za mną Rose odebrała połączenie. Wiedziałem, że dzieje się coś złego. Krzyczałem ciągle w głowie:
Idę! Bella, idę!
Nigdy nie otrzymałem odpowiedzi, czułem tylko panikę i czasami słyszałem cichy płacz. Narzuciłem sobie tempo, jakim jeszcze nigdy się nie poruszałem i przeklinałem, bo nie było to wystarczające.
Nie minęło kilka minut, a moim oczom ukazał się nasz dom. Mogłem usłyszeć czyjś krzyk, a moja Bella szlochała.
- Nikt nie zamierza cię uratować, zostawili cię! Mają cię gdzieś, jesteś tylko uciążliwym wypadkiem. Wpuść mnie, ty suko! – to, co ujrzałem, uwolniło potwora, którego tak długo próbowałem powstrzymywać.
Laurent znajdował się kilka stóp od Belli, która klęczała na ziemi, zasłaniając głowę rękoma. Wokół niej błyszczała migocząca na jasnoniebiesko tarcza. Wampir usiłował wedrzeć się do środka. Każde uderzenie pięścią skutkowało zakwileniem dziewczyny, a osłona emitowała niebieskie światło. Ledwo rejestrowałem dźwięki znajdujących się niedaleko ode mnie Rose i Emmetta. Z niskim warkotem rzuciłem się na oprawcę. Nie był przygotowany na mój atak. Chwyciłem go za gardło.
- CO TY TU KURWA ROBISZ? Dlaczego tu jesteś? – mogłem poczuć wypływający z moich ust jad. Czułem jego strach i zaskoczenie. Nie spodziewał się mnie. Kiedy Emmett znalazł się za mną zauważyłem, jak wzrok Laurenta kieruje się na wschód. Podążyłem za nim. W odległym wejściu do lasu mignęła mi czerwień.
Rzuciłem wampirem do Emmetta.
- Trzymaj go! – i już mnie nie było. Ścigałem jej trop przez dziesięć minut do momentu, gdy straciłem zapach u wejścia do rzeki.
- Victoria! – wywarczałem. Ta suka mogła popłynąć równie dobrze w górę, jak i w dół rzeki. Odwróciłem się i ruszyłem w drogę powrotną. Musiałem znaleźć się przy Belli.
Kiedy dotarłem na miejsce, Rose kucała przy tarczy Belli i próbowała do niej dotrzeć. Chciałem do niej dołączyć, ale najpierw musiałem wyciągnąć odpowiedzi od Laurenta. Będzie bezpieczna z moją siostrą. Spojrzałem na pewnie trzymanego przez Emmetta wampira.
- Co wasza dwójka chciała od Belli?
Czułem jego strach związany z byciem skonfrontowanym przez trójkę przedstawicieli jego gatunku.
- Victoria. Jest wściekła za Jamesa. Uważa wasz klan za odpowiedzialny za jego śmierć i pragnie zemsty. Sądzi, że przez skrzywdzenie dziewczyny poczujecie choć trochę jej bólu. Miał być partner za partnera, ale teraz nie jest z Edwardem. Poza tym Victoria odkryła, że to nie on zabił Jamesa, tylko ty. Teraz tylko chce zabić dziewczynę w ramach zemsty – był zbyt wystraszony, aby kłamać, poza tym jego wypowiedź miała sens.
KURWA! Mówiłem Edwardowi po akcji w Phoenix, że musimy ścigać wampirzycę! Pierdolony złoty chłopiec odrzekł, że nic nie zrobi i teraz patrzcie, co się dzieje! Kocham Carlisle'a, ale co on, u licha, sobie myśli wierząc niedoświadczonemu chłopcu zamiast mi, który ma sto lat doświadczenia w boju!
- Gdzie podąża? Gdzie możemy ją znaleźć? – kiedy wywrzeszczałem te słowa, trochę mojej trucizny wylądowało na jego twarzy.
Skulił się w ramionach Emmetta.
- Nie wiem! Przyszedłem z nią tylko dlatego, że wisiałem jej przysługę. Przebywałem z klanem Denali, więc spotkałem się z Edwardem a on mi powiedział, gdzie jesteście. Nie skrzywdziłbym jej!
Jego obłuda mnie wkurwiła.
- Waliłeś w jej tarczę! Zamierzałeś wręczyć ją Victorii! – poczułem dłoń na ramieniu i obróciłem się, napotykając Rosalie.
- Jasper, musisz iść do Belli. Nie pozwoli mi wejść i nic się nie poprawia. Nawet nie wiem, czy mnie słyszy – jej głos był smutny. – Emmett i ja zajmiemy się śmieciem od razu po tym, jak zamienimy z nim parę słów – zimne spojrzenie i sztywny ton głosu upewnił mnie, że w rzeczy samej zajmie się Laurentem, a wydobywanie z niego informacji sprawi jej ogromną frajdę. Słyszałem, co zrobiła mężczyznom, którzy przyczynili się do jej ludzkiej śmierci i prawie zacząłem współczuć pijącemu ludzką krew wampirowi. W końcu nasze ciała były w stanie przeżyć z o wiele większymi obrażeniami niż ciało człowieka.
Próbowałem powstrzymać mojego potwora, kiedy słyszałem, jak odciągają go do lasu. Gdybym teraz znalazł się Belli jeszcze bardziej bym ją przeraził. Zwróciłem się w kierunku miejsca, gdzie była uwięziona.
Gdy ją ujrzałem, cała moja złość odpłynęła i skupiłem się tylko i wyłącznie na niej. Była fizycznie bezpieczna pod tym, co uznałem za tarczę, ale jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego. To ona musiała ją generować. Zaniepokojeni nowonarodzeni mieli tendencje do powrotu do najbardziej podstawowych instynktów. W jej wypadku ucieczka nie zaskutkowała, ujawnił się kolejny talent i instynkt został zepchnięty na boczny tor. Martwiłem się o ilość energii, jaką zużywała na utrzymywanie sprawnej ochrony.
Powoli do niej podszedłem.
- Bella, maleńka, to ja – Jasper. Aniołku, proszę, pozwól mi wejść – zatrzymałem się, przykucnięty tuż obok bańki, w dalszym ciągu znajdując się w odległości dwóch stóp od kruchej kobiety, która mnie potrzebowała. Próbowałem posłać jej trochę spokoju, ale nie mogłem być pewny, że przejdzie przez tarczę.
- Bella, proszę – delikatnie przejechałem palcami po solidnej kopule i obserwowałem, jak drga. Próbowałem posyłać jej ciche prośby w nadziei, że się nie wyłączyła.
Bello, aniele, jego już nie ma. Przepraszam, że cię zostawiłem. Proszę, pozwól mi wejść. Proszę, maleńka, pozwól mi wziąć cię w ramiona, jest już okej.
Poczułem odpowiedź. Jej emocje trochę się zmieniły. Dalej się bała, ale mogłem stwierdzić, że mnie słyszała.
Bella. Bella, maleńka, jestem tutaj. Proszę, pozwól mi wejść. Muszę wiedzieć, że z tobą w porządku. Błagam, mała.
Kontynuowałem ciche wołanie.
Obserwowałem, jak jej głowa lekko unosi się do góry, aż w końcu napotkałem jej skryty za włosami wzrok.
Jasper?
Jej stłumiony głos był przepełniony strachem. Moje martwe serce skręciło się z żalu.
Uklęknąłem tak, abyśmy znaleźli się na tym samym poziomie.
Tak, aniele, to ja. Jego już nie ma, maleńka. Proszę, pozwól mi do siebie podejść.
Dzieląca nas, migocząca na niebiesko ściana opadła. Znalazła się w moich ramionach. Szlochała, podczas gdy ja trzymałem ją na kolanach i kołysałem, cicho nucąc. Skupiłem uwagę na ponownie uformowanej tarczy, która tym razem otaczała nas obydwoje. Czułem jej ulgę związaną z moją bliskością, ale w dalszym ciągu była zbyt wystraszona, aby pozbawić się ochrony. Nie byłem pewny, jak długo tu siedzieliśmy, ale nie dbałem o to.
Usłyszałem nadchodzących Rose i Emmetta, na co Bella ponownie się spięła.
- Wstrzymajcie się – zatrzymali się w miejscu. Na twarzy Rose widniał ból związany z widzeniem brunetki w takim stanie. Emmett usiadł na ziemi po turecku i schował głowę między rękami. Ich emocje były bardzo wyciszone pod wpływem tarczy. Spojrzałem na trzęsącą się postać Belli, która już nie płakała, za to uważnie słuchała. Zdałem sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie czuła zapachu Emmetta i Rose jako wampir, więc jej instynkty mówiły jej, że stanowią oni zagrożenie. Gdybym tu nie siedział i jej nie trzymał i gdyby nie darzyła mnie tak wielkim zaufaniem już dawno by stąd uciekła.
Delikatnie pocałowałem ją w czoło i pogłaskałem po głowie.
Bella, możesz na mnie spojrzeć, maleńka?
Powoli wykonała polecenie, dokładnie mi się przypatrując.
Pamiętasz, jak mówiłem ci, że przyjadą dzisiaj Rose oraz Emmett?
Zamrugała.
- Mała – wzdrygnęła się na dźwięk mojego głosu, więc powróciłem do projektowania myśli.
Oni tu są i bardzo się o ciebie martwią. Rozejrzyj się. Zobacz, jak bardzo obydwoje są zdruzgotani. Oni też muszą wiedzieć, że z tobą wszystko w porządku.
Wzmocniła uścisk, przyciskając policzek do mojej klatki piersiowej i spojrzała w kierunku pary wampirów. Rose obdarowała ją załzawionym uśmiechem, zaś Emmett tylko spojrzał na nią swoimi zrozpaczonymi oczami.
Tak bardzo smutni.
Jej głos był miękki i nieśmiały, ale przynajmniej się odezwała.
Czy możesz ich powąchać, Bello? Pachną jak dom, prawda?
Ludzkie wspomnienia są mocno związane z zapachami i miałem nadzieję, że część z nich wzięła ze sobą do swojego nowego życia.
Wzięła wdech.
Perfumy.
Tak, maleńka, masz rację. Perfumy Rosalie. Chcą cię zobaczyć. Możesz też ich wpuścić?
Rose nie używała perfum, ale jej naturalny zapach w rzeczy samej przypominał najdroższe ludzkie perfumy i najwyraźniej Bella go zapamiętała.
Smutek. Poczuj go.
Teraz byłem zaskoczony. Czułem go delikatnie spod tarczy, ale czy Bella? Również była empatą? Teraz nie na to czas. Czułem, jak jej strach powoli zanika, ale zdawałem sobie sprawę, że to i tak niewystarczająco, aby opuściła tarczę.
Postanowiłem ponownie użyć głosu.
- Bella – tym razem się nie wzdrygnęła. To dobry znak. – Bello, czy Emmett może podejść bliżej? Chce cię tylko zobaczyć – ścisnęła dłońmi moją koszulę, ale spojrzała na brata. – Nie może do ciebie przyjść przez tarczę, a ja nie pozwolę, aby cię skrzywdził. Nigdy by cię nie skrzywdził.
Jej emocje ponownie lekko się zmieniły. Rozpoznanie. Spojrzałem na Emmetta z ostrzeżeniem w oczach i raz skinąłem głową. Wiedział, że ma się poruszać bardzo powoli. Szedł bokiem, prawie się czołgając, wzrok wbity w podłogę. Jak na tak olbrzymiego mężczyznę w tym momencie wyglądał na niesamowicie niegroźnego.
Zatrzymał się w odległości stopy.
- Hej, mała siostrzyczko. Pomyślałem, że moglibyśmy pójść na polowanie na niedźwiedzie. Jestem naprawdę spragniony. Założę się, że moglibyśmy tu znaleźć kilka naprawdę pokaźnych sztuk.
Mogłem wyczuć, że słuchała. Poluźniła żelazny uścisk na mojej koszuli. Ponownie skinąłem do Emmetta. Kontynuował tym samym miękkim głosem, ale tym razem na nią spojrzał.
- Czy ty i Jasper znaleźliście mi może jakiegoś zbzikowanego osobnika? Wiesz, jak bardzo kocham się z nimi najpierw siłować.
- Em – był to ledwo szept, ale za to pierwszy słyszalny dźwięk, jaki z siebie wydała.
- Tak, mała siostrzyczko, to ja, twój niedźwiedzi brat. Przytuliłabyś się do mnie? – spojrzał na nią swoimi ogromnymi smutnymi oczami. Zadziałało. Tarcza opadła. Nie opuściła bezpiecznego miejsca, jakie stanowiły moje ramiona, ale nieśmiało wyciągnęła do niego rękę.
Pokonał ostrożnie resztę dzielącej nas drogi i wziął w swoje duże dłonie wyciągniętą do niego rękę, drugą zaś schował kosmyk włosów za jej ucho, ciągle się jej przypatrując.
- Hej, mała, a co powiesz na Rosie? Czy ona też może iść z nami na polowanie? – delikatnie spytał. Wiedziałem, że go usłyszała, ponieważ jej wolna dłoń ponownie zacisnęła się na skrawku mojej koszuli. Przeniosła wzrok na Rosalie.
Wzięła jeszcze jeden ostrożny wdech, kosztując unoszącego się zapachu. Wiedziałem, że właśnie toczyła zawziętą walkę z własnymi instynktami oraz strachem. Fakt, że wypowiedziała tylko jedno słowo, a komunikacja telepatyczna została ograniczona do pojedynczych wyrazów tylko to potwierdzał. Nowonarodzeni, których trenowałem lata temu, byli całkowicie niezdolni do mowy w czasie walki i praktycznie wcale nie myśleli – kierowały nimi tylko i wyłącznie zwierzęce instynkty. To właśnie to sprawiało, że byli tak bardzo groźni i nieprzewidywalni. Zdawałem sobie sprawę, że to właśnie przez instynkty dziewczyna stała się tak bardzo ostrożna.
Rosalie?
- Tak maleńka, to Rosalie. Ona też chce Ci pomóc. Co o tym sądzisz, aniele? Czy chcesz tego? – patrzyła się na wampirzycę, mrugając. Jej racjonalny umysł próbował się przedrzeć przez barierę strachu. Skinęła raz głową. Rosalie zaczęła się bardzo powoli poruszać w naszym kierunku, a kiedy dotarła do Emmetta przykucnęła tuż obok niego.
- Hej Bella. Nie martw się, dzieciaku, skopałam za ciebie jego tyłek. Już więcej się do ciebie nie zbliży, okej? – przez chwilę myślałem, że popełniła błąd. Bella zamarła. Wtedy obawa przeszła w poczucie ulgi. Ostrożnie opuściła moje ramiona, by przejść obok Emmetta prosto w uścisk Rosalie. Mogłem usłyszeć, jak Rose cicho mruczała, kołysząc brunetkę.
Przeczesałem palcami włosy z frustracji. Jasna cholera! Obiecałem jej, że nic już jej nigdy nie skrzywdzi! Zawiodłem ją. I nie byłem jeszcze gotowy, aby wypuścić ją z ramion. Usłyszałem wibrację telefonu komórkowego. Bella podskoczyła i znalazła się w moich ramionach zanim zdążyłem mrugnąć.
Przytuliłem ją i obdarowałem Emmetta przepraszającym spojrzeniem. Powiedział bezgłośnie „Carlisle", po czym odszedł i odebrał połączenie.
Rosalie podeszła do mnie oraz Belli.
- Bello, może ty i Jasper pójdziecie zapolować, podczas gdy ja i Emmett rozładujemy furgonetkę? Kupiłam ci komputer, więc będziemy mogli podłączyć kamerkę internetową. Po powrocie będziesz mogła porozmawiać z Esme oraz Alice. Carlisle załatwił nam Internet satelitarny.
Rose może i tego nie pokazywała, ale miała wielkie serce. Spojrzałem na oczy Belli i zdałem sobie sprawę, że są czarne z głodu. Jej tarcza oraz strach sporo ją kosztowały. Głód tylko utrudniał sytuację z kontrolą instynktów i racjonalnym myśleniem.
Bella przeniosła na mnie wzrok.
Proszę.
Wstałem razem z nią, która dalej znajdowała się w moich ramionach, skinąłem raz Rosalie i wyruszyliśmy do lasu.
Wziąłem ją na północ, czyli tam, gdzie normalnie polowaliśmy i szybko wywęszyłem stado saren. Niezbyt je lubiła, ale w tej sytuacji byłem pewny, że nie stanowiło to dla niej żadnej różnicy. Kiedy znaleźliśmy się wystarczająco blisko, odpowiednio ją nakierowałem. Ruszyła, a ja zachowałem dość bezpieczny dystans. Nie chciałem, aby broniła swojego łupu, ale Victoria mogła być w okolicy.
Bella wróciła do siebie po trzech sarnach. Przeniosła wzrok na mnie. Czułem, jak jej emocje ustatkowują się.
- Dziękuję, Jasper.
Spojrzałem na nią smutno.
- Zawiodłem cię, aniele. Obiecałem, że nikt nigdy cię już nie skrzywdzi, a niecałe trzy dni później zostałaś zaatakowana – upadłem na kolana. – Tak bardzo mi przykro.
Poczułem dłoń na policzku. Kiedy podniosłem wzrok, ona zeszła do mojego poziomu i usadowiła się na swoim ulubionym miejscu na moich kolanach, z głową na ramieniu.
- Nie skrzywdzili mnie, Jasper. Owszem, piekielnie wystraszyli i pewnie by mnie zranili, ale uciekłam. Zagonili mnie w kozi róg i spanikowałam. Po tym ja naprawdę… ja myślę… - potrząsnęła głową. – Niezbyt dobrze to pamiętam, ale wiedziałam, że nie mogli mnie dorwać. Kobieta uciekła, a drugi napastnik mówił straszne rzeczy, ale – odchyliła się, by na mnie spojrzeć – mnie nie skrzywdzili, Jasper. Ocaliłeś mnie. Dotrzymałeś obietnicy.
- Muszę wiedzieć, Bello. Czy możesz mi pokazać, co się wydarzyło? – czułem jej wahanie, ale jeżeli miałem dojść do sedna tej sprawy i upolować tą czerwonowłosą dziwkę to musiałem się dowiedzieć. Nagle mój umysł został zalany obrazami obydwu wampirów i słów, które wypowiedzieli. W miarę wzrostu uczucia paniki Belli obrazy stawały się coraz bardziej chaotyczne, a kiedy Laurent zaatakował skończyły się. Uwięziony we mnie potwór warczał na rzeczy, które mi pokazała, ale emocje zepchnąłem na boczny tor, na później. Pociągnąłem dziewczynę i mocno do siebie przytuliłem – nic nie mogłem na ten odruch poradzić.
Trzęsła się, ale pozostała w miarę spokojna.
- Żadne z wypowiedzianych przez nich słów było prawdziwe. Jesteś naszą rodziną. Jesteś z nami, bo cię kochamy a nie dlatego, że czujemy się do tego zobowiązani – przytaknęła i poczułem jej akceptację. Miała rację. Fizycznie jej nie skrzywdzili. Nie zawiodłem jej całkowicie. Nagle wyczułem u niej poczucie winy. Spojrzałem na nią, zmieszany. – Aniele, dlaczego jest ci przykro? Co ci chodzi po głowie?
- Przepraszam, że nie jestem silniejsza. Uciekłam. Nic nie mogłam na to poradzić. Chciałam być członkiem rodziny – takim, który nie potrzebuje ciągłej ochrony. Myślałam, że od kiedy nie jestem człowiekiem, to będę w stanie się obronić. A co zrobiłam? Po prostu uciekłam – musiałem jej przerwać.
- Aniele, stój – ująłem jej twarz w dłonie i spojrzałem w oczy. – Cieszę się, że uciekłaś. Gdybyś tego nie zrobiła, zabiliby cię, a ja nie zdążyłbym dotrzeć do ciebie na czas. Czy wiesz, że projektowałaś do mnie oddalonego o dziesięć mil? To dlatego przybyłem. Zrobiłaś to, o co cię prosiłem i zawołałaś mnie. Noo… może miał to być telefon komórkowy – powiedziałem figlarnie.
Lekko się uśmiechnęła.
- Kobieta wytrąciła mi go z dłoni. Rozwalił się. Przepraszam, Jasper.
Potrząsnąłem głową.
- Kupię ci nowy. Świetnie sobie poradziłaś. Jestem z ciebie bardzo dumny. Masz tylko trzy dni, Bello – oczywiste jest to, że musisz być chroniona. Uczysz się szybciej niż jakikolwiek nowonarodzony, którego w życiu spotkałem, ale i tak przez jakiś czas będziesz potrzebowała ochrony. To dla mnie zaszczyt, że to właśnie mi przypadła ta rola.
- Kim oni byli, Jasper? Czuję, że powinnam ich znać – na jej twarzy widniało sfrustrowanie. – Byłam taka wystraszona, kiedy zobaczyłam jej czerwone włosy…
- Pamiętasz podróż do Phoenix ze mną i z Alice w zeszłym roku? – mówiłem miękko.
- Tak – uciekaliśmy przed kimś – mówiła powoli, przeszukiwała swoje mgliste ludzkie wspomnienia. – To był mężczyzna. Chciał mnie skrzywdzić, chciał skrzywdzić was wszystkich – dzięki bogu nie wyczuwałem u niej strachu.
Nie chciałem mówić więcej, ale nie byłem Edwardem – nie będę jej mówił tylko niektórych rzeczy po to, aby trzymać ją pod kontrolą.
- Kobieta była jego partnerką, a towarzyszący jej mężczyzna należał do jej małego klanu. Wampir, który ścigał nas do Phoenix już dawno nie żyje, a kobieta jest wściekła, że go zabiliśmy – strach powrócił, ale panowała nad nim.
- Dlaczego ja? – tu powiedziałem jej całkowitą prawdę.
- Ponieważ skrzywdzenie ciebie skrzywdzi całą naszą rodzinę. Wszyscy będziemy cierpieć, jeżeli spotka cię coś złego, aniele. Jesteś sercem naszej rodziny, a uderzenie w ciebie jest najprostszym sposobem, abyśmy poczuli ból, jaki ona czuła, gdy straciła swojego partnera – strach został zastąpiony miłością, którą czuła do członków naszego klanu.
- Chodźmy do domu, Jasper. Chcę zobaczyć Rosalie i Emmetta i powinnam zadzwonić do naszych rodziców i Alice – z pewnością się martwią – opuściła moje ramiona i złapała mnie za rękę. Wstałem i spojrzałem na nią. – Na pewno już chcesz wrócić? Nie musimy jeszcze iść. Możemy zapolować, jeśli tego potrzebujesz – tak naprawdę nie byłem jeszcze gotowy, aby się nią dzielić.
- Już mi lepiej. Później będziemy mogli zapolować – uniosłem na nią brew wiedząc, że nie zawsze sygnalizowała mi swoją chęć na coś do zjedzenia. Narysowała literę X na swojej klatce piersiowej. – Obiecuję, że się odezwę! Poza tym jestem pewna, że Emmett będzie chciał zapolować na niedźwiedzie.
Zaoferowałem jej swoją dłoń i wróciliśmy truchtem do domu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, Rose i Emmett właśnie skończyli wypakowywać furgonetkę. Bella zwolniła i lekko się za mną schowała – wróciło podenerwowanie. Zatrzymałem się i spojrzałem jej w oczy, jej obydwie dłonie w moich.
- Co jest? Nie mogę ci pomóc, jeżeli mi nie powiesz, co takiego myślisz, że wyzwala u ciebie takie, czy inne uczucia.
Wyglądała niepewnie.
- Nie wiem. Moje instynkty mówią mi, że powinnam być ostrożna. Wiem, kim są i wiem, że mnie nie skrzywdzą. Po prostu czuję się lepiej za tobą, Jasper i nienawidzę tego. Nienawidzę bycia przestraszoną przez cały czas. Nie chcę się bać mojej rodziny – przytuliłem ją, posyłając uspokajające fale.
- Aniele, zostałaś zaatakowana przez dwójkę innych wampirów. Mężczyznę i kobietę. Zostałaś zaatakowana na terenie tej posiadłości. Twoje instynkty mówią ci, abyś była ostrożna w czasie powrotu na niebezpieczne terytorium – ująłem jej podbródek i spojrzałem w oczy. – Byłaś człowiekiem, kiedy znałaś Emmetta. Jeszcze nigdy tak naprawdę nie rozmawiałaś z Rosalie. Kiedy tylko ponownie ich spotkasz, będąc wampirem i w stanie racjonalnego myślenia, twoje instynkty się uspokoją.
Zamrugała parę razy – urocza ludzka cecha, która tylko ułatwi jej wtopienie się w otoczenie, kiedy znowu zaczniemy żyć pośród ludzi.
- Naprawdę?
Przytuliłem ją.
- Naprawdę. Prawdopodobnie nie pamiętasz tego, kiedy nomadzi przerwali naszą grę w baseball. Wszyscy z nas stali się bardzo ostrożni i stworzyliśmy grupę. To podstawowy stadny instynkt, kiedy jeden drapieżca spotyka drugiego. Twoje instynkty każą ci stać za mną, ponieważ to ja jestem tym bardziej doświadczonym. I w tym wypadku jestem szczęśliwy, że się ich słuchasz. Mówiłem ci – to zaszczyt cię ochraniać.
Stanęła na palcach i pocałowała mnie w policzek.
- Dzięki, Jasper. Jest mi łatwiej, kiedy wiem, co skłania mnie do takich, czy innych reakcji.
- Gotowa? – uniosłem brwi i czekałem.
Wzięła głęboki wdech.
- Tak sądzę – spojrzała na nasze złączone dłonie. – Nie puścisz mnie? – odwzajemniła spojrzenie, upokorzona.
Uniosłem jej dłoń do ust i pocałowałem.
- Nie puszczę – nigdy, jeśli tylko zdołam – sam sobie dokończyłem. Schowałem ją za sobą i powoli poprowadziłem do domu. Rose i Emmett cierpliwie czekali przy ganku.
Widzisz, maleńka? Nawet Rose schowała się za Emmettem. Wampirze zachowanie – rozdział numer 101.
Usłyszałem jej mentalny śmiech.
Emmett szeroko się uśmiechał i nie musiałem być empatą by wiedzieć, że ulżyło mu na widok lepiej mającej się Belli.
- Hej, mała siostrzyczko, nie sczapiłaś beze mnie żadnych niedźwiedzi, prawda?
Brunetka wychyliła się zza mojego ramienia.
- Nie dzisiaj, Em. Tylko sarny, ale za to trzy – wypowiedziała to z małym optymistycznym uśmiechem i nie mogłem nic poradzić, tylko się do niej uśmiechnąć.
Emmett i Rosalie zrobili to samo. Bella ostrożnie podeszła do mojego boku, dalej trzymając mnie za rękę, ale zdecydowanie lżej. Czułem, jak jej niepokój odpływa. Czuła się lepiej. Emmett otworzył ramiona i tym razem bez wahania do niego podeszła, a on zatoczył z nią kółko w uścisku.
Postawił ją przed Rosalie. Dziewczyna nieśmiało się do niej uśmiechnęła, na co także została wyściskana.
- Więc, mała siostro, ty i ja z pewnością zrobimy niemały zamęt, kiedy powrócimy do cywilizacji. Jesteś piękna, Bello.
Twarz Belli, gdyby tylko mogła, już dawno mieniłaby się wszystkimi odcieniami różu.
- Dzięki, Rosalie.
- Zamontowałam w twoim pokoju komputer, także Internet jest już sprawny. Nie wiedziałam, jak porozstawiać pozostałe rzeczy – spojrzała niepewnie na Bellę. – Jeżeli pokażesz Emmettowi , gdzie chcesz swoje tymczasowe biurko – jej głos stał się ostry – on w podskokach wszystko ci zrobi.
- Awww, bejbe – Emmett z błaganiem zwrócił się do swojej żony – to był wypadek.
Rose skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
- Nie, Emmett, nie był. Powiedziałam ci, co się stanie, jeżeli zarysujesz nasze meble. Nie tylko to zrobiłeś, ale zniszczyłeś także jeden z nowych telewizorów!
Zakasłałem, aby ukryć swoje rozbawienie. Emmett zniszczył telewizor i jeżeli miałbym zgadywać, to był właśnie ten wybrany przez Rose do pokoju Belli. Jeszcze nie zapominajmy o fakcie, że Rose rozpętałaby piekło tylko po to, aby brunetka czuła się komfortowo – reasumując, jej gniew tym razem nie ominie Emmetta.
Biedna Bella patrzyła to na siostrę, to na brata próbując rozgryźć, co się działo.
- Jest okej, Rosalie. Mogę to zrobić. Emmett nie musi – Rose jej przerwała.
- Bello, wszystko w porządku. Emmett postanowił zagrać w wyścigi NASCAR – Edycja Live i zniszczył to i owo. Zadzwoniłam do Esme – Emmett zajęczał. Na to na twarzy wampirzycy pojawił się grymas, ale kontynuowała – zadzwoniłam do Esme i jest wściekła. Uwierz mi, montowanie sprzętu to najmniej, co on może zrobić. Kiedy nasza mama go dorwie będzie żałował, że nic więcej nie zdziałał, aby jej to wynagrodzić – Emmett miał teraz głowę w rękach, a Rose jeszcze nie skończyła – i jestem też pewna, że także i Alice coś właśnie dla niego planuje.
Bella aktualnie się zaśmiała, kiedy Emmett podbiegł do furgonetki i odjechał – kolejny załadunek leżał tylko i wyłącznie na jego głowie. Chwilę później zawtórowała jej Rose.
- Jasper, idę użyć komputera, aby zadzwonić do mamy, dobrze? – w wypowiedzianym przez nią zdaniu słyszalna była tylko pytająca nuta. – Będziesz tu? – wrócił niepokój.
- Oczywiście, maleńka – zadzwoń lub pomyśl i się zjawię. Idź, Esme chce wiedzieć, czy z tobą wszystko w porządku – obdarowałem ją upewniającym uśmiechem. Udała się do domu.
Chwilę później zatrzymała się i odwróciła.
- Rosalie, czy komputer jest w moim pokoju?
Wampirzyca się zaśmiała.
- Tak! Otrzymałam dokładne instrukcje od Alice – komputer miał być ustawiony przed wszystkim innym. Pomyślałam, że chciałabyś mieć tę iluzję prywatności i umieściłam go właśnie w twoim pokoju.
Brunetka zachichotała.
- Dzięki, Rosalie.
- Bella – zatrzymała się, kiedy siostra ponownie ją zawołała. – Rodzina mówi na mnie Rose.
Bella poczuła się kochana i akceptowana. Uśmiechnęła się, przytuliła Rose i skierowała kroki do wcześniej obranego celu.
Obserwowałem jej odejście z niepewnością. Wiedziałem, że jej rozmowa z rodzicami była ważna dla uspokojenia ich nerwów. Wiedziałem, że była bezpieczna, ale moje instynkty nakazywały mi trzymać ją blisko siebie.
- Będzie z nią dobrze, Jasper. I poczuje się lepiej, gdy porozmawia z Esme i Carlisle, już nie wspominając o rozszalałej Alice przy telefonie – Rose miała rację, ale to i tak nie ukoiło moich emocji. – Skąd wiedziałeś, że jest w tarapatach?
Usiadłem na schodach, po czym odpowiedziałem.
- Usłyszałem jej krzyk w mojej głowie. Tylko imię, ale od razu wiedziałem, że coś jest naprawdę nie tak – mogłem usłyszeć, jak Bella rozmawia na piętrze z naszą rodziną. To była jedyny powód, dlaczego jeszcze do niej nie pobiegłem. – Nigdy nie powinienem był zostawiać jej tutaj samej.
Poczułem dłoń na ramieniu. Oprócz Alice to z Rose byłem najbliżej.
- Nie mogłeś wiedzieć, że będzie zaatakowana. Przybyłeś na czas – jej głos był miękki, kiedy uniosła mój podbródek, aby mogła spojrzeć mi w oczy. Wiedziałem, że widać było moją udrękę. – Jest bezpieczna, Jasper - wypuściłem powietrze, kiedy mnie uścisnęła. – Lepiej? – spytała, kiedy mnie puściła.
Skinąłem głową, na co się uśmiechnęła. Jej emocje były odświeżająco stabilne w porównaniu do Belli – duma i miłość. Nic innego.
Wziąłem niepotrzebny wdech.
- Co się dowiedziałaś od Laurenta? – moje emocje i instynkty z powrotem znalazły się pod kontrolą.
Jej spojrzenie stężało, a głos stwardniał.
- Powiedział, że jego jedyną intencją było nastraszenie Belli. Przyznał, że Victoria pragnęła czegoś bardziej dzikiego.
Przekląłem. Tak chciałbym złapać tę sukę. Rosalie kontynuowała.
- Nie wiedzieli, kto z rodziny tu będzie. To tylko pech, że zastali Bellę samą.
- To się już nigdy nie zdarzy – zawarczałem, a wampirzyca skinęła głową w zgodzie.
- Spędził tylko około dnia z Edwardem. Wystarczająco długo, aby wiedzieć, gdzie się udaliśmy i jak unikać wizji Alice.
Głośno zakląłem. Edward kontynuował swoją zdradę.
- Jasper, bądźmy szczerzy. Nie sądzę, aby Edward wiedział, że przez rozmowę z Laurentem będzie narażał naszą rodzinę na niebezpieczeństwo. Myślał, że Laurent trzyma teraz z klanem Denali. Był blisko z Iriną. Wątpię, aby Edward gadał tak otwarcie, gdyby miał do czynienia z kimś innym – miałem nadzieję, że się nie myliła, ale to nie było ryzyko, które zamierzałem podjąć. Od teraz będę widział Edwarda jako potencjalne zagrożenie.
- Muszę zadzwonić do Carlisle'a. Musi wiedzieć wszystko, by zadzwonił do Eleazara i poczynił kroki w sprawie Edwarda – wsunąłem głowę za framugę. Konwersacja Belli zmierzała ku końcowi.
- Powiem Emmettowi, aby wziął Bellę na polowanie tak, abyśmy z nim porozmawiali – Rose zniżyła głos tak, aby nie było nas słychać w domu.
Weszliśmy do domu. Usłyszałem, jak Bella schodzi na dół. Napotkaliśmy swój wzrok, a ja wyciągnąłem do niej rękę. Musiałem jej dotknąć, mieć pewność, że jest bezpieczna. Jej emocje wróciły do stabilności, a jak tylko jej dłoń znalazła się w mojej ciągle obecny strach zniknął.
Lepiej się czujesz?
Skinięciem głowy odpowiedziała na moje ciche pytanie.
Rose tego nie skomentowała. Usłyszeliśmy silnik furgonetki. Obróciliśmy się, a Bella mocniej ścisnęła moją dłoń.
- To tylko mój głupkowaty mąż – wyszła na jego spotkanie oraz by nadzorować rozładunek.
Zwróciłem się do brunetki.
- Czy długo ci zajęło przekonywanie ich, że z tobą wszystko okej?
Na jej twarzy pojawił się figlarny uśmieszek.
- Mniej czasu, niż zajmie mi przekonywanie ciebie.
Uścisnąłem jej dłonie.
- Daj mi czas na złapanie powietrza.
Uniosła brew.
- Nie oddychamy, pamiętasz?
Dalej się śmiałem, gdy Rose i Emmett weszli do domu. Przez następne godziny nadrabialiśmy zaległości i nawet się nie obejrzeliśmy, aż się ściemniło. Para wampirów przeprosiła nas, po czym poszła ogarniać swój apartament. Wybrała ten największy, jedyny pozostały w tym skrzydle domu. To oznaczało, że Alice oraz Esme i Carlisle zajmą drugie skrzydło, pozostawiając jeden pokój wolny.
Bella i ja przez parę godzin czytaliśmy. Biedna dziewczyna zyskała nowe doświadczenie związane z ignorowaniem ciągle dochodzących do nas dźwięków z pokoju Rosalie i Emmetta. I tyle wyszło z jego pozostania po drugiej stronie rezydencji przez miesiąc. Kiedy tylko ucichli, udaliśmy się do naszych pokojów na resztę nocy.
Nastał ranek. Zszedłem na dół, aby poobserwować z werandy wschód słońca. Jak zwykle Bella dołączyła do mnie kilka minut później. Siedzieliśmy na tyle blisko siebie, że nasze uda się dotykały.
- Mała siostrzyczko! – usłyszeliśmy głos Emmetta z towarzyszącą mu chwilę później podskakującą masą mięśni. – Umieram z głodu! Powiedz mi, gdzie mogę znaleźć jakiegoś zrzędliwego niedźwiedzia!
Bella zachichotała.
- Jestem pewna, że gdzieś takowego znajdziemy.
Oczekująco na mnie spojrzała. Wziąłem jej dłoń.
- Może tym razem pójdziesz z Emmettem? Powinienem zadzwonić i wymienić się wieściami z Carlisle.
Zaczęła się denerwować.
- Nie idziesz?
Emmett cicho się odezwał.
- No chodź, Bells. Ty i ja wrócimy zanim się obejrzysz. Zajmę się tobą, obiecuję.
Brunetka spojrzała to na mnie, to na brata, prawie boleśnie ściskając moją dłoń. Jej emocje szalały. Strach, ociąganie i niepewność. To ostatnie mną wstrząsnęło. Wziąłem jej drugą dłoń tak, by na mnie spojrzała.
Aniele, stop.
Boję się.
Jej mentalny głos był nieśmiały.
Owszem, ale także martwisz się, że nie będę chciał koło ciebie przebywać, skoro są tu Rosalie i Emmett, prawda?
Spojrzałem jej głęboko w oczy.
Nie jestem twoją powinnością.
Mocno ją przytuliłem. Nie, nie była moją powinnością, była moim życiem, a ja nawet nie mogłem jej o tym powiedzieć.
Maleńka, obserwowanie twojego odejścia z Emmettem mnie zabija. Moje instynkty chcą, abyś była blisko mnie, ale polowanie z kimś innym dobrze ci zrobi.
Oderwała się, by mnie dobrze widzieć, a ja kontynuowałem.
I muszę porozmawiać z Carlisle o tym, co się wydarzyło. Kiedy wrócisz posiedzimy razem nad jeziorem. Mówiłem ci, Bello – tylko ty i ja. To nie zmieniło się tylko dlatego, że już więcej nie jesteśmy sami w domu.
Uśmiechnęła się i przytaknęła, emocje znowu ustabilizowane.
Emmett westchnął.
- Wiecie, to jest serio, serio wkurzające.
Lekko zmrużył brwi.
- Jest okej, Bells. Mogę iść sam – nie chciał smucić swojej małej siostrzyczki przez zmuszanie jej do opuszczenia domu po wczorajszym wydarzeniu.
Bella stanęła u mojego boku i od razu odczułem różnicę. Stanęła przed Emmettem i spojrzała na niego.
- No chodź, duży bracie, musisz mi pokazać, jak siłować się z niedźwiedziem.
Na twarzy wampira pojawił się ogromny uśmiech.
- See ya, Rosie! – brunetka zdołała posłać mi szybki uśmiech, zanim odciągnął ją jej towarzysz.
Rosalie odezwała się z piętra.
- Komputer jest gotowy, Jasper.
Kiedy do niej dołączyłem, rozejrzałem się. Piękne wiśniowe biurko zostało ustawione przy jednym z okien i tworzyło swoistą małą powierzchnię biurową. W rogu z położonymi po obydwu stronach oknami znajdowało się miejsce do przesiadywania z ogromną kanapą wystarczającą, by pomieścić sylwetkę Emmetta, wyściełanym krzesłem z podnóżkiem i olbrzymim telewizorem plazmowym z ustawionymi tuż obok wszystkimi grami naszego dużego brata. Po drugiej stronie pokoju znajdowało się królewskie łoże, było tu również kilka kredensów i szafa, a wszystko to zbudowane z wiśniowego drewna pasującego do biurka oraz ramy łóżka.
Rose siedziała na krześle z założonymi rękami i intensywnie mi się przyglądała.
- Kiedy Alice powiedziała mi, że nie jesteście już ze sobą, byłam zaskoczona. Mogłeś mi powiedzieć, Jasper – czuła się zraniona.
- Moja relacja z Alice jest skomplikowana. Kocham ją. Była pierwszą osobą poza Peterem i Charlotte, której mogłem prawdziwie zaufać. Przez ostatnie dwa lata nie byliśmy niczym więcej, niż przyjaciółmi. Stało się to tak stopniowo, że nie było żadnego uczucia straty, separacji czy zranienia. Szczerze mówiąc nie jestem pewny, dlaczego w ogóle kiedykolwiek staliśmy się kimś więcej, niż przyjaciółmi – zatrzymałem się. – Nie jest moją partnerką, wiedzieliśmy to od samego początku.
Rose wyciągnęła rękę, aby mi przerwać.
- Nie oceniam cię, Jazz. Prawdę mówiąc teraz rozumiem – zmieszałem się. Wyczytała to z mojej twarzy. – Nigdy nie patrzyłeś na Alice w sposób, jaki patrzysz na Bellę – była cicha przez moment, gdy pozwoliła, aby dotarły do mnie te słowa. – W ten sam sposób Carlisle patrzy na Esme, a Emmett na mnie. Wasza dwójka grawituje do siebie, choć Bella jeszcze nie wie, dlaczego. Cieszę się z twojego szczęścia, bracie.
Usiadłem naprzeciwko niej na kanapie i spojrzałem na swoje kolana.
- Ona mnie potrzebuje, Rose. Jeszcze nikt nigdy mnie nie potrzebował. Powiedziałem jej wszystko, rzeczy z przeszłości, z których nie jestem dumny. Próbowałem sprawić, aby ujrzała we mnie potwora, a ona tylko mnie przytuliła i rzekła, że jest dumna z mężczyzny, którym jestem – spojrzałem na Rose. – Gdybym nie był empatą nigdy bym w to nie uwierzył. Była szczerze ze mnie dumna. Żadnego strachu, wstrętu, nawet nie nienawidziła mnie za polowania na ludzi. Jej serce jest tak czyste, zawsze emanuje czystą miłością. W tej chwili przez większość czasu dominuje strach, ale to uczucie zawsze gdzieś tam jest – westchnąłem. – Wiem, że teraz przez wiele przechodzi, musi się pogodzić ze zdradą Edwarda. Wszyscy wiedzą, że na nią nie zasługuję, ale jej nigdy nie opuszczę – chyba, że mi rozkaże.
Rosalie uśmiechnęła się do mnie.
- Zasługujesz na nią, Jazz. Niebawem stawi czoła tym wszystkim rzeczom. Cieszę się, że zdajesz sobie sprawę z tego, że potrzebuje czasu. Dobrze robisz. Po prostu dla niej bądź. Reszta sama się ułoży.
- Dzięki, Rose – wstała z krzesła. Uścisnęła moje ramię, po czym podeszła do komputera. Kilka minut później na ekranie pojawił się obraz Carlisle'a.
- Jak się macie Rosalie, Jasper? – jego troska była oczywista.
Spojrzałem na Rose i lekko się uśmiechnąłem.
- Wszystko dobrze, Carlisle. Emmett i Bella poszli zapolować na niedźwiedzie.
Zaśmiał się.
- Emmett nie mógł się doczekać, prawda? – potrząsnąłem z rozbawieniem głową, zanim kontynuował. – A Bella? Powiedziała, że jest dobrze, ale ona nie chciałaby nas martwić.
Przemyślałem to.
- Dobrze sobie radzi. Pokazała mi, co się zdarzyło. Fizycznie jej nie skrzywdzili. Dalej się denerwuje i nie chciała pójść beze mnie polować, ale przedyskutowaliśmy to i z radością poszła w towarzystwie Ema. Nie oczekuję jednak, że zniknie na długo.
Rosalie i ja poinformowaliśmy go o wszystkich wydarzeniach z poprzedniego dnia. Bardzo zainteresował się wieścią o tarczy Belli i sposobie, w jaki działała.
- Okazuje się być bardzo utalentowanym wampirem. Musimy trzymać ją z dala od Volturi tak długo, jak to tylko możliwe. Aro lubi zbierać utalentowanych do swojej straży.
Kiedy powiedzieliśmy mu o możliwym uczestnictwie Edwarda w ostatnich zdarzeniach był wyraźnie zaniepokojony i od razu wiedziałem, że jego następnym połączeniem będzie Eleazar i miedzianowłosy. Zabicie przez nas Laurenta może wywołać trochę problemów biorąc pod uwagę fakt, że on i Irina odnaleźli w sobie partnerów, ale to my mieliśmy rację. Victoria i Laurent zaatakowali naszą rodzinę. Mieliśmy prawo się bronić. Wiedzieliśmy jednak, że Irina była w gorącej wodzie kąpana.
Im więcej czasu tak siedziałem, tym bardziej stawałem się zaniepokojony. W końcu nie powstrzymałem się i wstałem, by wyjrzeć przez okno. Rosalie rozmawiała z Carlisle, ale ja nie słuchałem. Czułem jej troskę wywołaną moim dziwnym zachowaniem, ale mój niepokój pochodził skądś indziej.
Opuściłem pokój i udałem się na tylny ganek. Skupiłem uwagę na Północy. Chwilę później dołączyła do mnie Rosalie.
- Co jest, Jasper?
- Bella. Jest przygnębiona. Wraca do domu – nie mogłem stwierdzić, skąd to wiedziałem, Bella była daleko poza linią naszego zasięgu i nic mi nie wysyłała.
- Ma kłopoty? – głos Rosalie był spokojny i pewny.
Sfrustrowałem się, próbując to rozgryźć.
- Nie, ale jest przygnębiona.
Dziesięć minut później ona i Em pojawili się w zasięgu naszego wzroku. Jej emocje w końcu stały się jaśniejsze. Nic takiego się nie wydarzyło, ale miała problem z naszą separacją. Otworzyłem ramiona, a ona ochoczo skorzystała z zaproszenia.
- Dobrze się bawiłaś z Emmettem? – poczułem, jak w środku się wzdryga, zaś Emmett emitował zażenowaniem, wstydem i minimalną złością.
Rosalie także wiedziała, że coś się stało. Położyła dłonie na biodrach.
Podszedł zbyt blisko.
Mentalny głos Belli był nieśmiały.
- Zgadnijmy, próbowałeś ją ochronić od niedźwiedzia? – wysapała Rosalie.
- Więc, ona… jestem przyzwyczajony do jej… chciałem tylko popatrzeć – skończył kulawo. Podczas gdy on się jąkał, Bella chichotała w moją klatkę piersiową.
- Powiedz, że na niego skoczyłaś, maleńka – oderwała się, wyglądając na zażenowaną, ale pod spodem czułem odrobinę zadowolenia z siebie.
- Zakradł się, a ja skoczyłam i go przyszpiliłam zanim zdałam sobie sprawę, co robię – sorki, Em – jej wytłumaczenie było nieskładne i zastanawiające, ale Rose i ja chwilę potem otrzymaliśmy obraz, który rozbawił nas do łez.
- Och, zapłaciłabym, aby zobaczyć to na żywo! Mój wielki niedźwiedziowaty mąż skopany przez swoją maleńką siostrzyczkę! – Rosalie chwytała się za boki.
- To się nie liczy! Miała farta! – nadąsany Emmett poszedł do swojego pokoju.
Poczułem od Belli troskę i poczucie winy.
- Jest na mnie wściekły?
- Nie, Bells. Pogra w swoje gry video przez parę godzin, a następnie zacznie kombinować, jak by się tu na tobie odegrać. Przygotuj się – będzie cię nękał swoimi wyzwaniami we wszystkich dyscyplinach – od zapasów po gry video. Nie spocznie, póki cię w czymś nie pokona – Rose puściła do niej oczko. – Więc… spadam pocieszyć go tak, jak tylko ja potrafię, ale dobra robota, siostro! Następnym razem daj popatrzeć.
Kiedy wyszła, brunetka zwróciła się do mnie.
- Naprawdę nie jest wściekły?
Zaśmiałem się.
- Nie, aniele. Przyzwyczaił się do bycia najsilniejszym w rodzinie. Dostał porządnego kopniaka w swoje ego. Kiedy tylko przypomni sobie, że twoja siła jest ograniczona limitem czasowym uzna to za wyzwanie i wróci po więcej – mogłem poczuć jej ulgę i szczęście. – Zdążyłaś się najeść?
Uśmiechnęła się.
- Tak! Zdobyłam łosia. Są bardzo smaczne, ale i tak niedźwiedź jest moim numerem jeden – prawie promieniała radością i zadowoleniem, pławiłem się w tym. Nie wyczuwałem żadnego strachu. Emocje innych były wyczerpujące, a uczucie takiego szczęścia było rozkoszą. I to była Bella. Kochałem widzieć ją w takim stanie. Już nigdy nie chciałem czuć jej strachu.
Poszliśmy na spacer wokół jeziora. Dopiero po kilku godzinach wróciliśmy do domu. Zwróciłem się do dziewczyny.
- Czy miałabyś coś przeciwko, gdybym poprosił Rosalie, aby ze mną szybko zapolowała? – nie chciałem, by myślała, że próbowałem jej się pozbyć.
Uśmiechnęła się, ale wróciło lekkie podenerwowanie.
- Nie, w tym czasie pogram z Emmettem w gry video. Oczywiście jeżeli będzie się do mnie odzywał.
- Nie zniknę na długo. Kiedy wrócę zaczniemy szukać mebli, które by ci się spodobały.
Mogłem wyczuć jej zadowolenie.
- To brzmi jak dobra zabawa, Panie Whitlock – minęło tak długo, odkąd ostatnio usłyszałem moje nazwisko, że zaskoczyło mnie to. Kochałem wychodzące z jej ust jego brzmienie.
- To randka, Panno Cullen – na to jej emocje zabuzowały. Obdarowała mnie szybkim uściskiem, po czym poszła na piętro zobaczyć, czy Emmett pozwoli jej zagrać. Wiedziałem, że pozwoli – miała go owiniętego wokół jej małego palca.
Rose szybko do mnie dołączyła i nasza dwójka wbiegła do ściemniającego się lasu. Na twarzy wampirzycy pojawił się figlarny uśmiech.
- Więc wasza dwójka ma randkę, huh?
Zajęczałem i udałem się na poszukiwania swojego posiłku, słysząc za sobą dźwięczny śmiech Rosalie.
Od tłumaczki: No, tego jeszcze nie było! Prawie 20 stron A4 w Wordzie… przegięłam :P Mam nadzieję, że rozdział był warty czekania. Jestem po maturze, czekam na wyniki, więc obecnie mam o wiele więcej wolnego czasu na tłumaczenia. Cieszycie się? Wszelkie zainteresowanie, komentarze jak zwykle przemile widziane! Sayonara!
