Rozdział 11

Zejście do piwnicy wyglądało co najmniej jak wejście do krypty. Ciemno, szaro i nieprzyjemnie. Do tego wiało od niego chłodem i stęchlizną. Schody i ciągnący się za nimi korytarz wyglądały jednak całkiem solidnie. Nie było na nich ani śladu upływu czasu. Zupełnie jakby ktoś dopiero co je zbudował i wyłożył płytkami. Jedynym rzeczą świadczącą o tym, że budowla nie jest nowa była całkiem gruba warstwa kurzu.

Kurzu, w którym wyraźnie odciskały się odciski obutych w wojskowe buciory stóp. Znaczyło to, że całkiem niedawno jakiś stalker wybrał się w to miejsce na małą przechadzkę. Fakt, że ciągnęły się tylko w jedną stronę mógł świadczyć o tym, że nigdy nie wrócił.

Bimor nie przejmował się tym za bardzo. Przymocował jedną latarkę pod lufę SCAR-a, a drugą do zaczepu na piersi. Nieco łatwiej byłoby mieć światło na głowie, ale brakowało mu chwilowo sprzętu, który był zresztą cholernie niewygodny. Wciąż jednak mógł bez problemu oświetlać sobie drogę. Kierując lufę karabinu ruszył w dół uwalonych kurzem schodów zostawiając za sobą prawie identyczne ślady co jego poprzednik.

Korytarz okazał się znacznie dłuższy i znacznie ciemniejszy niż można było ocenić z górnej części schodów. Co kilka metrów, po jego prawej stronie straszyły ciemnością pomieszczenia biurowe, których drzwi poprzedni ciekawski pozostawił pouchylane. Stalker nie miał zamiaru do nich zaglądać. Nawet nie łudził się, że znalazłby tam cokolwiek ciekawego, czy wartościowego. W takich miejscach zwykle można było natrafić na zgniłe papierzyska, rdzę, grzyby w kącie, kurz i okazjonalnie na jakąś anomalię, która w tak ciasnej przestrzeni zazwyczaj robiła z intruzem różne nieprzyjemne rzeczy.

Stalker ruszył prosto przed siebie. Maszerował korytarzem dopóki nie dotarł do całkiem sporych i całkiem wytrzymałych drzwi, które niegdyś były chronione kilkoma zamkami i zamknięte na głucho przez większość czasu. Niegdyś, bo teraz stały otworem, a osmalona i uszkodzona część przy zamku świadczyła o tym, że poprzedni ciekawski się nie cackał. Za zbrojonym przejściem czekała klatka schodowa, która zagłębiała się jakieś dwa piętra w ziemię. W podziemiach zrobiło się nieprzyjemnie zimno, a w powietrzu czuć było wilgoć. Korzystały z niej rosnące na ścianach grzyby. Szaro-brązowe plamy pokrywały całkiem spore powierzchnie i nieco niepokoiły stalkera.

Korytarz, w którym się znalazł był całkiem podobny do tego poprzedniego. Główną różnicę stanowił rozkład odchodzących od niego pomieszczeń. Drzwi rozstawione były nieco rzadziej, ale za to znajdowały się po obydwu stronach. Tylko kilka z nich było otwartych. Bimor nie zamierzał do nich zaglądać.

Zamiast tego ruszył do najbliższego zamkniętego przejścia. Mniej więcej w połowie drogi coś chrupnęło pod jego butem. Cofnął stopę i oświetlił fragment podłogi, po którym właśnie przeszedł. Plama brązowo-zielonkawego grzyba coś przykrywała. Po bliższych oględzinach owe coś okazało się szkieletem szczura. Zwierzę zapewne zdechło tu jakiś czas temu i zostało skonsumowane przez lokatora podłogi.

Stalker tylko skrzywił się, po czym przekroczył resztki i w końcu dotarł do drzwi. Nie zdziwił się ani trochę, gdy po złapaniu za klamkę okazało się, że są zamknięte. Stwierdzając, że zamek nie wygląda na specjalnie solidny, cofnął się o krok i z całych sił kopnął celując w jego okolice. Nie można powiedzieć, że trafił. Obuta w kamasza noga zetknęła się z osłabioną przez wilgoć powierzchnią zbyt daleko od miejsca, w którym znajdowało się zamknięcie, żeby udało się je uszkodzić. Stopa za to przebiła drewno na wylot sprawiając, że stalker prawie stracił równowagę.

Westchnął ciężko opierając głowę tuż obok zatartego napisu, który niegdyś informował o tym co się znajdowało po drugiej stronie. Kilkoma ruchami oswobodził nogę z niezwykle kruchych drzwi. Przy okazji wyrwał kolejny kawałek miękkiego drewna. Mrucząc coś pod nosem ponownie cofnął się o kilka kroków, po czym z rozbiegu wbił się barkiem w przeszkodę. Przejście odpuściło. Drewniana płyta puściła się pokrytych rdzą zawiasów i zamku, po czym poleciała jakieś dwa metry do przodu i z głośnym hukiem wylądowała na podłodze.

Gdy stalker zobaczył wnętrze pomieszczenia, do którego właśnie wpadła, natychmiast sięgnął po maskę przeciwgazową.


Czarnowłosa dziewczyna skuliła się za drzewem starając się wydawać z siebie najmniej dźwięków jak się tylko dało. Do piersi przytuliła gotowego do strzału kałacha i nawet nie myślała o wychodzeniu z kryjówki.

Zaczęła się za to zastanawiać jakie wiatry przywiały ją znów w to przeklęte miejsce. Ledwo co wydobrzała po ostatnim spotkaniu z juchociągiem, a teraz siedziała pod gniazdem tych stworów. Zdążyła zobaczyć jakieś pięć sztuk wchodzących i wychodzących ze starych ruin zanim kilka metrów przed krzaczkiem, w którym się skryła przemknęło coś niewidzialnego. Teraz siedziała pod jakimś przerośniętym drzewem powstrzymując ciężki oddech i marząc o tym, by znaleźć się jak najdalej stąd.

Serce podskoczyło jej do gardła gdy usłyszała, że coś zaczęło buszować w krzakach, w których leżała jeszcze jakąś minutę temu. Przycisnęła karabin do siebie jeszcze mocniej i przestała się ruszać. Przestała nawet oddychać. Tylko serducho pompowało jej w żyły krew wymieszaną z dużą porcją adrenaliny.

Po krótkiej chwili, która wydawała się dziewczynie kilkoma długimi godzinami, szelest liści ucichł. Zastąpiło go oddalające się powoli człapanie. Dźwięk jaki musiały z siebie wydawać wielkie łapy ciężkiego, niewidzialnego monstrum. Czarnowłosa nabrała pełne płuca powietrza. Jeszcze chwila i straciłaby przytomność, a wtedy już na sto procent zostałaby znaleziona i przemieniona w smutny, wysuszony zewłok. A była to rzecz, której naprawdę nie chciała w tym momencie. Zwłaszcza, że ktoś mocno by się zasmucił gdyby nie wróciła.

Podniosła się z ziemi i stawiając kroki najciszej jak się dało zaczęła uciekać. Skrzywiła się lekko gdy rozpoczęta przed momentem myśl rozpędziła się i zmieniła w nieprzyjemnie kłujące poczucie winy. I wcale nie chodziło o bezmyślne zbliżanie się do gniazda jednych z najniebezpieczniejszych mutantów w Zonie. Tutaj mowa była o tym, że stalker nie powinien być do niczego przywiązany. Nie powinien mieć niczego czym Zona mogła go zniszczyć. Nie ważne, że dzięki ukochanej osobie ktoś będzie bardziej na siebie uważał. Śmierć tej osoby wykończy go psychicznie. Zresztą to okrutne miejsce nie dbało o to kogo krzywdzi. Jeżeli miała się nadarzyć okazja sprawienia bólu dwóm osobom za jednym zamachem Gospodarze Zony nie ruszali nawet palcem by w jakikolwiek sposób im pomóc.

Marcelina otrząsnęła się z negatywnych myśli. Nie wolno było mieć takich w tym miejscu. Nie można było w siebie wątpić, ale jednocześnie zakazana była pewność siebie. Trzeba było po prostu być gotowym na każde zagrożenie, które Zona mogła postawić na twojej drodze. Nie ważne jak bardzo zabójcze, straszne, czy obrzydliwe. Nie podołałeś? Niech ci zona lekką będzie. Przeżyłeś? Zachowaj ten uśmiech na później, kiedy nie będziesz odsłonięty na nadlatujące kopniaki.

Czarnowłosa odetchnęła z ulgą gdy w końcu oddaliła się od gniazda pijawek. Obiecała sobie, że nigdy więcej już nie zawędruje w te okolice, po czym uważnie rozejrzała się po otoczeniu. Paręset metrów od niej powietrze dziwnie falowało. Nie zamierzała iść w tamtą stronę. Postanowiła nie zmieniać swojego rehabilitacyjnego wymarszu w zwiedzanie najniebezpieczniejszych miejsc okolicy.

Gdyby jeszcze tylko wiedziała jakiej…

Nigdy w życiu nie widziała tego miejsca. Wiedziała tylko, w którą mniej więcej stronę znajduje się gniazdo mutantów. Widocznie pogrążyła się w głupich rozmyślaniach na zbyt długo, przez co nieco zabłądziła.

Nagle, gdzieś pomiędzy drzewami zauważyła coś interesującego. To nie do końca dokonane odkrycie poprzedzało decyzję dotyczącą kierunku dalszej wędrówki. Bez wahania ruszyła w stronę nienaturalnych kształtów widocznych zza ciemnych pni.

Kilka minut marszu później okazało się, że miała nosa. To co zobaczyła dobrze wydało się jej nienaturalne. W środku doliny stał bowiem niewielki, ogrodzony siatką kompleks budynków o trudnym do określenia przeznaczeniu.

Czarnowłosa ostrożnie zbliżyła się do ogrodzenia. Było ono zwieńczone drutem kolczastym, więc o przeprawie górą nie było mowy. Metalowa siatka była za to mocno zardzewiała i nie przymocowana do niczego od dołu, więc łatwo można było zrobić sobie prowizoryczne przejście. Dziewczyna ukucnęła tuż przy płocie i zdjęła plecak. Wydobyła z niego kawałek jakiegoś materiału, który zapakowała jako uniwersalną szmatę. Chwyciła przez niego siatkę, podniosła się i zaczęła ciągnąć. Okazało się to trudniejszym zadaniem niż podejrzewała. Po jakieś minucie odpuściła i mrucząc pod nosem przekleństwa dobyła bagnetu, który znalazła przy jakimś trupie. Miał on ciekawą funkcję. Można było połączyć ostrze z pochwą i użyć powstałej kombinacji jako obcęgów.

Po kolejnej minucie roboty, Marcelina wycięła sobie wygodne przejście. Uśmiechnęła się lekko gdy skojarzyło się jej ono z klapką umożliwiającą przechodzenie psom, czy kotom przez drzwi. Szybko się spakowała, po czym przepchnęła plecak i karabin przez prowizoryczną "furtkę". Następnie przecisnęła się przez nią sama.

Stanęła na popękanym asfalcie. Ze szczelin wyrastała dzika trawa i najróżniejsze chwasty. Ściany budynków, których było w sumie cztery również miały swe najlepsze lata dawno za sobą. Pokrywały je siatki pęknięć, odchodził z nich tynk, a na poziomie ziemi wyrósł sobie podejrzany mech.

Ciekawsza rzecz stała na środku wyasfaltowanego placu. Potężna, wojskowa ciężarówka przystosowana do przewozu piechoty. Nie była w najlepszym stanie. Całą karoserię pokrywała rdza, okna pokryte były warstwą brudu, a otwarta maska i rozsypane dookoła resztki narzędzi świadczyły o tym, że pojazd zepsuł się już jakiś czas temu, a mechanik nie był z jakiegoś powodu w stanie dokończyć roboty.

Marcelina obeszła wrak dookoła zaglądając z ciekawością we wszystkie jego zakamarki. Nieco się zawiodła nie odnalazłszy nic interesującego. Nigdzie nie było nawet najmniejszej skrzyneczki z wojskowymi dobrami, które pewnie byłyby całkiem nieźle zakonserwowane w jakimś tłuszczu. Szoferka również została już uprzednio ogołocona z wszelkich ciekawych śmieci.

Wciąż zawiedziona, czarnowłosa ruszyła w kierunku najbliższego budynku. Znajdujące się tuż pod dachem, malutkie okienka były uwalone jeszcze bardziej niż te przy ciężarówce, więc nie było najmniejszych szans na zaglądnięcie do wnętrza. Drzwi za to okazały się być w na tyle dobrym stanie, że otworzyły się bez większego problemu. Zawiasy skrzypiały przeraźliwie, ale mimo to się ruszały. Zamek również nie zespawał się z futryną i jakimś cudem ktoś dawno temu pozostawił go otwartego.

Wnętrze niewielkiego budynku było niewielkie. Ten konkretny służył zapewne za magazyn. Miał tylko jedno pomieszczenie, które częściowo wypełnione było popękanymi, drewnianymi skrzynkami pełnymi gnijącego siana. Cokolwiek w nich jeszcze się znajdowało, było w stanie nie nadającym się do jakiegokolwiek użytku.

Zdecydowanie dziwną rzeczą był zapach wypełniający pomieszczenie. Coraz wyraźniej było czuć jakiś owocowy aromat. Coś jak truskawki, ale nie do końca. Woń stawała się coraz silniejsza z sekundy na sekundę. Po chwili Marcelina poczuła się słabo. Nie zdążyła dojść do drzwi. Potknęła się i wylądowała w rozpadających się skrzyniach.


Kolejna kropla oleju wylądowała we wnętrznościach pracującego bez przerwy generatora prądu. Płyn szybko zniknął pomiędzy obracającymi się częściami. Różowowłosa podniosła się z klęczek, odłożyła plastikową buteleczkę wypełnioną do połowy olejem i otrzepała spodnie, których kolana nieco się zakurzyły podczas wykonywania obowiązkowych czynności konserwacyjnych. Kobieta rozejrzała się po niewielkim zapleczu zastanawiając się co właściwie miała jeszcze zrobić. Widok stojącej na metalowym regale szklanej butelki z bezbarwną zawartością i startą etykietą odświeżył jej obecną sytuację. Finn pił od dwóch dni. Siedział przy barze i tankował butelkę za butelką aż do momentu, w którym był zbyt pijany, żeby usiedzieć na krześle. Wtedy Bonnibel stawiała go na nogi, zmuszała do wypicia szklanki wody i prowadziła do łóżka. Kiedy się obudził namawiała go, żeby przeszedł się do Zony, albo porobił coś, co zajmie go na dłuższy czas, ale chłopak nie chciał. Zachowywał się tak od momentu, w którym oczywistym było, że Phoebe już nie wróci. Od jej wyjścia minęło bowiem ponad dwa tygodnie, a obiecała, że wyjdzie na góra dwa dni.

Tej nocy było to samo - blondyn siedział przed barem i topił smutki w kolejnych kieliszkach wódki. Właścicielka westchnęła smutno i zabrała butelkę ze sobą, po czym wróciła za bar. Tak bardzo chciała, żeby Marcelina była tu z nią. Spędzanie dni sam na sam z emocjonalnym wrakiem jakim stał się ni stąd ni zowąd zwykle optymistyczny Finn było ciężkie do zniesienia.

Blondyn nawet na nią nie spojrzał. Siedział z głową podpartą łokciem i smętnie wpatrywał się w pusty, metalowy kubek. Obok niego stałą opróżniona do połowy butelka z taką samą, startą etykietą jaką miała ta, którą przyniosła i właśnie chowała pod ladę Bonnibel. Różowowłosa nieco się zdziwiła, że chłopak jeszcze nie prosi o dolewkę, ani praktycznie nie rusza się z miejsca.

- "Wychodzę w Zonę" - odezwał się w pewnym momencie pewnym głosem. Brzmiał jakby cały wlany w niego alkohol jakimś cudem wyparował, a młody stalker był całkiem trzeźwy.

- "Jesteś pewien? Może najpierw wytrzeźwiejesz?" - zaproponowała ostrożnie Bonnibel.

- "Jestem trzeźwy" - powiedział z pewnością w głosie, po czym bez słowa więcej poderwał się z taboretu i ruszył po swój sprzęt. Jakieś trzy-cztery minuty później pojawił się z powrotem. Trzęsącą się nieco ręką nabazgrał na tablicy swoje imię, po czym zniknął za drzwiami.

Właścicielka stalkerskiego schroniska westchnęła ciężko, po czym wydobyła z zaplecza metalowy kubek i częściowo napełniła go wódką. Alkohol smakował podle.


Powietrze było aż gęste od drobniutkiego, szarawego pyłu, który wzniecił z podłogi upadek drzwi. Były to prawdopodobnie zarodniki grzybów porastających właściwie każdy zakamarek. Najwięcej było ich chyba we wnętrzach pojemników z grubego szkła, które znajdowały się na środku pomieszczenia. Porastały też ściany, podłogę, meble i sufit. Gdzieniegdzie widać było nawet długie nóżki i duże, płaskie kapelusze. Gdzie indziej można było zaobserwować zbite, masywne formacje podobne do purchawek.

Niebieskowłosy stalker wycofał się z pomieszczenia natychmiast po założeniu namordnika. Nie chciał, żeby grzyby zaczęły wyrastać mu z zakamarków ubrania i wyposażenia, co zapewne stałoby się gdyby nałapał odpowiednio dużo zarodników.

Poczekał aż sytuacja wewnątrz nieco się uspokoiła, po czym wlazł do środka. Stąpał powoli i ostrożnie, żeby nie wzniecać więcej zarodnikowych burz. Ominął napęczniałe purchawki i zbliżył się do szklanych pojemników. Grzybnia wyraźnie była tutaj intruzem. Świadczyły o tym liczne pęknięcia na grubym szkle oraz resztki poprzedniej zawartości. Do ścianki przystawiona była bowiem dłoń. Albo raczej jej szczątki, bo jedynym co pozostało były kości.

Bimor wzdrygnął się gdy po jego plecach przebiegły nieprzyjemne ciarki. Dłoń na pewno nie była ludzka. Nie zgadzał się układ kości i proporcje. Ale, żeby to wiedzieć trzeba było się przyjrzeć. Na pierwszy rzut oka obdarta z ciała kończyna była nie do odróżnienie od ludzkiej. Zresztą nie ważne co to było - stworzenia w szklanych tubach nigdy nie były przyjemnym widokiem.

Odsunął się od szkła i zerknął na biurka oraz półki, które wyglądały niczym wyjęte z jakieś grzybowej farmy. Pokręcił z niezadowoleniem głową wiedząc, że niczego się stąd nie dowie, po czym wycofał się z pomieszczenia i ruszył dalej korytarzem. Plamy grzybów pojawiały się coraz gęściej i były często wypukłe. Wyrastało z nich całkiem sporo owocników. Niektóre były w kształcie najróżniejszych kapeluszy, ale bardzo często można było trafić na purchawki, które stalker cierpliwie omijał.

Postanowił już nie wchodzić do żadnego z mijanych pomieszczeń. A mijał ich całkiem dużo. Prowadzące do nich drzwi, czy to otwarte, czy zamknięte, nie różniły się za bardzo od siebie. Wszystkie pomalowane były łuszczącą się farbą w nudnym kolorze. Na każdych znajdowały się czarne, zatarte litery cyrylicy, które niegdyś informowały o zawartości kolejnych laboratoriów.

Po jakiś dziesięciu minutach ostrożnego marszu przez wypełnioną wyglądającymi obco grzybami ciemność, stalker w końcu dotarł na kraniec korytarza. Stanęły przed nim całkiem interesujące drzwi. Były takie głównie dlatego, że opierał się o nie trup. Stalker sądząc po ekwipunku. Zapewne ten sam, który odwiedził to miejsce przed Bimor. Jego ciało nie zdążyło się jeszcze rozłożyć więc dało się z łatwością rozpoznać rysy twarzy. Był to facet w okolicach czterdziestki. Miał podłużną, chudą facjatę. Jego policzki porastała krótka szczecina, a głowę ścięte na jeża, brązowe włosy. Było szeroko uśmiechnięty, a z jego nosa i oczu wyrastały grzyby. Owocnikami pokryte było zresztą prawie całe jego ubranie.

Bimor cofnął się o krok i złapał trupa za kostki, po czym odciągnął go od drzwi. Górna połowa ciała opadła na podłogę z nieprzyjemnym dla ucha plaśnięciem. Droga była wolna. Stalker obszedł zwłoki starając się na nie nie nadepnąć, a następnie chwycił za klamkę. Zawiasy ustąpiły bez najcichszego dźwięku.

Niebieskowłosy przez chwilę dźgał gęstą ciemność latarką. Następnie zgasił światło. Każde. To na karabinie i to na piersi. Zamknął drzwi, odwrócił się na pięcie i odszedł korytarzem. Jego kroki nie wydawały żadnych dźwięków.

Świadomość odzyskał na zewnątrz. A właściwie to gdzieś dalej. Stał na środku nie znanej mu polany i wpatrywał się w pokryte szarymi chmurami niebo. Nadchodził zmierzch.


Gdy czarnowłosa odzyskała przytomność słońce zaczynało już powoli zachodzić. W magazynie robiło się coraz mroczniej, a wypełniający go zapach nie miał już nic wspólnego z owocami. Dziewczyna podniosła się z resztek skrzyń, na które upadła kilka godzin wcześniej. Otrzepała ubranie z kurzu i gnijącej słomy, po czym upewniła się, że nikt niczego jej nie zabrał. Wszystko zdawało się być na miejscu. Podobnie było z jej ciałem - nie znalazła żadnych uszkodzeń.

Wyszła z magazynu i rozejrzała się dookoła. Widok, który zastała na wyasfaltowanym placu sprawił, że po jej plecach popłynął zimny pot.

Wszędzie dookoła łaziły zombie. Nieszczęśnicy, których mózgi zostały wyprane do czysta przez emisję. Niegdyś byli żołnierzami. Mieli na sobie podarte mundury i pokryte rdzą hełmy. W dłoniach trzymali sfatygowane karabiny, które pewnie rozleciałyby się po wystrzeleniu choćby jednego pocisku. Wciąż jednak mogły wystrzelić ten jeden, który mógł wbić się czarnowłosej w plecy i posłać ją do piachu.

Ciała umarlaków rozkładały się już od jakiegoś czasu. U wielu brakowało fragmentów ciała, czy nawet całych kończyn. Smrodek, którym emanowały nie był czymś co dziewczyna chciała kiedykolwiek w życiu wąchać.

Oparła się o ścianę opuszczonego przed chwilą budynku starając się wykonywać jak najmniej ruchów i zaczęła analizować sytuację. A nie była ona dobra… Czarnowłosa nie miała zielonego pojęcia jak poradzić sobie z tak pokaźną grupą zombiaków. Wcześniej trafiała na pojedyncze sztuki i zwykle je omijała nie chcąc marnować amunicji, czy mieć jakiegokolwiek kontaktu z wszelkim syfem, który się w nich wylęgał.

Część truposzy poruszało się jakby czegoś szukały, a reszta zdawała się po prostu patrolować teren. Przeczesywały okolicę wzrokiem gnijących oczu stąpając niezdarnie po popękanym asfalcie.

Nagle coś głośno zaterkotało. To niewielki licznik Geigera przypięty do paska Marceliny oznajmił znaczny wzrost promieniowania spowodowany obecnością przechodzącego blisko zombie. Dziewczyna gwałtownie obejrzała się w stronę, z której dochodził cichy dźwięk spacerującego trupa i prawie wrzasnęła. Ledwie metr przed twarzą miała rozkładający się pysk umarlaka. Odruchowo złapała za karabin i wypuściła krótką serię prosto w nadchodzącego. Pociski trafiły w głowę, po której została tylko czerwona mgiełka. Pozbawione przegniłego centrum sterowania ciało padło bezwładnie na ziemię.

- "Staaalkierr…" - zajęczał któryś z trupów. Nie dokończył. Pewnie mu się coś w środku w końcu rozleciało i odebrało mu język w gębie.

Nie odebrało za to władzy w nogach. Tłum zombiaków zaczął powoli iść w stronę intruza powłócząc nogami. Marcelina była jednak żywa i zdrowa, a otoczenie było dość otwarte, więc ucieczka nie stanowiła najmniejszego problemu. Jednym susem przeskoczyła unieszkodliwionego trupa i w kilka sekund dopadła do dziury w płocie, którą wcześniej weszła. Szybko ściągnęła z pleców bagaż i rzuciła go przodem, po czym przeszła sama. Gdy była w połowie drogi do ściany drzew odezwały się za nią pierwsze strzały. Ściskane w rozkładających się dłoniach karabiny wystrzeliwały krótkie, niecelne serie. Część rozlatywała się, niektóre okazywały się puste, a jeszcze inne potrafiły nawet wybuchnąć i przy okazji powalić trzymającego na ziemię.

Kule świstały dziewczynie tuż koło głowy gdy pochylona biegła w kierunku drzew, a potem dalej, w kierunku schroniska.


Wychodzenie w Zonę po pijaku nie było zbyt dobrym pomysłem i Finn wiedział o tym doskonale. Nie żeby go to jakkolwiek obchodziło w tym momencie…

Po jaką w ogóle cholerę wychodził? Zapomniał jakieś pół godziny marszu temu. Powoli robiło się ciemno, ale nie chciało mu się wracać. Bo niby do czego miał wracać? Do pustego pokoiku w schronisku dla stalkerów? Do tych kilku przyjaciół, którzy mogą nie wrócić z wyprawy do Zony? Tak jak Jake… Tak jak Phoebe…

Rozejrzał się po okolicy i zorientował się, że trafił na równinę porośniętą wysokimi chwastami. Był już tu kilka razy. Jak pewnie wszyscy zresztą. Trudno było uniknąć przechodzenia przez to miejsce. Do tego z przemarszem nie było nigdy wielkiego problemu. Mutanty zapędzały się tu dość rzadko, a każda anomalia była widoczna dzięki swemu wpływowi na wysokie rośliny. Teraz na przykład wyraźnie było widać jakąś pułapkę grawitacyjną, która ściągała chwasty ku swemu wnętrzu. Wnętrzu, w którym swoją drogą coś lewitowało. Szkoda tylko, że Finn nie przyszedł tu po artefakty.

Blondyn odruchowo poprawił plecak, który nieprzyjemnie obciążał jego barki, po czym wszedł w sięgającą mu po pas, zdziczałą trawę. Zaczął spokojny marsz. Nawet nie rozglądał się dookoła. Wzrok wbijał w falującą pod nim niczym zielonkawy ocean roślinność i przestawał się przejmować czymkolwiek.

Po kilku minutach bezcelowego wałęsania się przez zarośniętą równinę jego uwagę przykuł znajomy dźwięk - szczekanie ślepych psów. Niewiele myśląc sięgnął po karabin i kierując się hałasem ruszył w ich stronę. Sfora mutantów przeprawiała się przez równinę. Co jakiś czas któryś z nich podskakiwał, żeby wyplątać się z wysokiej trawy. Nie potrzebowały widzieć dokąd idą - słuch wystarczył.

Młody stalker wycelował w miejsce, w którym roślinność poruszała się tak jakby coś w niej się ruszało. Pociągnął za spust, a jego karabin wypluł porcję gorącego ołowiu. Trafiony mutant zaskowyczał i padł. Niech cierpi. Niech cierpią dzieci Zony. Za to co zrobiła ich matka i bracia.

Sfora na śmierć towarzysza zareagowała natychmiast. Wściekłe ujadanie i warczenie dobiegło z wysokiej trawy. To stadko było równie mściwe co strzelec. Mutanty rzuciły się do ataku.

Stalker pociągnął dłuższą serię i skosił kilka z nadbiegających zwierzaków. Ślepe psiska padły na zimną ziemię i zaczęły jęczeć z bólu. Blondyn wrzasnął kiedy poczuł, że w jego łydkę wbijają się zęby. Próbował kopać, ale uparty mutant nie puszczał. Szczęka pozostała zaciśnięta nawet po odstrzeleniu głowy od tułowia.

Towarzysze odważnego kundla nie czekali na specjalne zaproszenia. Kolejne mutanty rzuciły się na samotnego człowieka. Jego krzyk utknął w gardle przebitym przez ostre kły. Ciało zostało przewrócone i przygniecione do ziemi ciężarem dwóch psich cielsk. Stalker chciał coś powiedzieć, choć dookoła nie było nikogo, kto mógł go wysłuchać. Żaden dźwięk nie wydobył się z jego ust - nie miał już na to sił.

Pojedynczy strzał ze SCAR-a zmiótł szarpiącego mięso ślepego psa z pokonanego stalkera. Kolejne nadlatujące z ciemności kule zmieniały kolejne mutancie łby w sieczkę, aż pozostałe zwierzaki podkuliły ogony i odbiegły w Zonę.

Niebieskowłosa postać wyszła z wysokiej trawy zarzucając ciężki karabin na plecy. Nachyliła się nad powalonym i oświetliła go przymocowaną do piersi latarką. Ciało było zakrwawione i pokryte licznymi ranami. Gardło zostało rozerwane na strzępy.

Stalker delikatnym ruchem dłoni zamknął oczy zmarłego przyjaciela.


Marcelina weszła do schroniska i od razu zmazała swoje imię z umieszczonej na ścianie przy wejściu tabliczki. Uśmiechnęła się nawet lekko widząc, że była ostatnią zapisaną tam osobą.

Jej humor uległ znacznemu pogorszeniu gdy odwróciła się w stronę baru.

Siedział przy nim Bimor. Nie widziała jego (jej?) twarzy, ale widziała, że popija wódkę. Było to dość dziwne. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby to robił. Stojąca za barem Bonnie była naprawdę smutna. Wyglądała jakby niewiele dzieliło ją od płaczu.

- "Co jest?" - zapytała ostrożnie. Zbliżyła się do przyjaciół.

Niebieskowłosy odwrócił się w jej stronę z ponurą miną. Nie zdążył jeszcze przebrać się w normalne ubrania, a jego (jej?) szpej cuchnął wilgocią i trupem.

- "Finn" - odpowiedział krótko - "Ślepe psy."

Dziewczyna spuściła wzrok. Po chwili Bonnibel wyszła zza baru i ją objęła. Przytuliła twarz do jej szyi i przestała powstrzymywać łzy.

Marcelina nie płakała. Zimny strach i nieprzyjemne poczucie winy wypełniały jej serce, a ponure myśli wróciły.

Mam wrażenie, że w tym rozdziale jest wyjątkowo mało dialogów...

Piszcie recenzje, pytajcie, itd.

~MasterSkorpius