Rozdział jedenasty: Na własną rękę


Charlotte i Ned wrócili do Nassau dopiero po kilku godzinach. Dziewczyna specjalnie znalazła mały zajazd ulokowany przy granicy miasta i wynajęła im tam jeden mały pokój. Nie chciała przyciągać zbytniej uwagi swoją osobą, tym bardziej, że jeśli Vane przeżył spotkanie z nimi, to z pewnością zacznie ich szukać. Jego ludzie też nie będą milczeć czy stać bezczynnie – oni też widzieli mały pokaz jej mocy.

Musimy się stąd wynieść, i to jak najszybciej. – pomyślała, siedząc na brzegu łóżka i tupiąc przy tym nerwowo jedną nogą o nierówną, drewnianą podłogę.

Neda nie było tu z nią. Dziewczyna pozwoliła mu udać się piętro niżej, do baru, aby tam trochę ochłonąć. Charlotte wiedziała jednak, że niedługo będzie musiała tam do niego zejść – ten człowiek potrafił być skrajnie nieprzewidywalny. Wystarczy jedna rzecz, która mu się nie spodoba, i będzie on w stanie zatłuc kogoś gołymi rękami.

Charlotte wykorzystała chwilę samotności i ułożyła się na niezbyt wygodnym łóżku. Zamknęła powieki i wzięła kilka głębokich wdechów. Chciała chociaż odrobinę zregenerować swoje siły, nim nie ruszą dalej. Musiała też w końcu obmyślić jakiś plan ucieczki stąd – bo w Nassau już nie mieli czego szukać.

Hałas z dołu sprawił, że dziewczyna otworzyła oczy i westchnęła głośno z irytacją.

Znowu coś odczynia. Jak zwykle.

Charlotte wstała z łóżka i skierowała się na dół, do tawerny. Nie musiała nawet szukać Neda – od razu go zlokalizowała. Wystarczyło tylko znaleźć wzrokiem bijatykę, jaka miała tu miejsce.

Ned, jak Charlotte podejrzewała, wciąż kipiał gniewem i furią. Nikt i nic nie było w stanie go uspokoić. Człowiek, z którym teraz się bił, niczym mu pewnie nie zawadził. Zapewne go tylko zaczepił lub niechcący na niego wpadł.

Usiadła więc możliwie jak najbliżej baru i zdecydowała się cierpliwie poczekać, aż ta walka nie dobiegnie końca.

Mężczyzna, z którym bił się Low, był od niego wyższy o ponad głowę, i o wiele lepiej zbudowany. Nedowi to jednak nie przeszkodziło w tym, żeby powalić go na ziemię i okładać go z furią pięściami. Charlotte skrzywiła się mimowolnie, gdy przy kolejnym uderzeniu coś nieprzyjemnie zgrzytnęło. Siedziała w milczeniu jeszcze kilka minut, podczas których mężczyzna, którego okładał Ned, przestał się już w ogóle poruszać. Zdecydowała się wstać i podejść do niego dopiero wtedy, gdy już się uspokoił i zamarł, oddychając ciężko i nierówno.

- Idziemy. – powiedziała do niego, łapiąc go za ramię. Zignorowała wystraszone westchnienia ludzi zebranych dookoła. Domyśliła się, że pewnie sądzą oni, że zaraz stanie się ona kolejną ofiarą „tego szaleńca". – Na dzisiaj masz już dosyć. Nie możemy się tak wychylać. Vane z pewnością będzie nas szukał. Musimy przestać się rzucać w oczy i na spokojnie wymyślić, jak się z tego wykaraskać.

Ned w milczeniu wysłuchał jej, nie odzywając się nawet słowem.

- Niech ci będzie. – burknął, wyraźnie niezadowolony. – Już idę.

Razem wrócili do pokoju, jaki wynajęli. Ned już chciał paść na łóżko, ale Charlotte złapała go w porę i przerzuciła na drugą stronę pokoju, w stronę krzesła i stołu, jakie stały w rogu pomieszczenia.

- Mamy tylko jedno wyrko. – przypomniała mu, patrząc się na niego z wyrzutem. – Lepszego pokoju nie było. Z dwojga nas to ja potrzebuję więcej odpoczynku. Muszę zregenerować się chociaż trochę, jeśli chcesz, żebym dalej używała swoich mocy.

- Tutaj z pewnością już ich nie poużywasz. – odparł Ned. Był z tego faktu wyraźnie niezadowolony. – Vane na pewno już rozgadał wszystkim, że trzymam się z jakąś czarownicą czy coś w tym rodzaju.

- I dlatego właśnie musimy stąd jak najszybciej odejść. – przypomniała mu Charlotte. – Nie mamy ani czasu, ani możliwości na rozprawianie się teraz z Charlesem i jego psycholami.

- Kiedy nie mogę się powstrzymać. – wycedził Ned przez zaciśnięte zęby. Uniósł przy tym zaciśniętą w pięść dłoń i potrząsnął nią, dając tym wyraz tego, jak bardzo był zdenerwowany i rozeźlony. – To, co on zrobił…

- Było ohydne, chamskie i skrajnie głupie. – dokończyła za niego Charlotte. – Tak, wiem. Ale teraz nie tym powinieneś się przejmować. Tłumaczyłam ci to już przecież.

- Łatwo ci powiedzieć. – burknął Ned. Charlotte syknęła głośno z irytacją. Naprawdę już miała tej sytuacji gorąco dosyć.

Muszę zrobić coś, co jednocześnie pomoże mojej sprawie i uspokoi tego gagatka. Musi z pewnością być coś, co mogę…

Charlotte poderwała się nagle do pozycji siedzącej. Właśnie wpadła na idealny plan. Już wiedziała, co musi zrobić.

- Czy jak załatwię ci nowy statek, to poczujesz się trochę lepiej? – spytała się mężczyzny. Ned spojrzał się na nią z dezorientacją, nie do końca pewny, czy aby dobrze ją zrozumiał.

- A skąd zdobędziesz pieniądze na to potrzebne? – odpowiedział jej pytaniem na pytanie. Charlotte tylko się uśmiechnęła tajemniczo, po czym machnęła nieznacznie dłonią. Zaraz potem znikąd pojawiła się przed nią średniej wielkości sakiewka wypełniona złotymi monetami.

- To nie stanowi akurat dla mnie żadnego problemu. – powiedziała, wciąż się uśmiechając. – Pytanie tylko, czy jeśli załatwię ten statek, to choć trochę się uspokoisz? Tak czy siak będę musiała jakiś nam skołować, ale tak przynajmniej będę wiedziała, że przy okazji trochę ci się humor poprawił.

- Możliwe. – przyznał niechętnie Ned. – Chociaż o wiele bardziej wolałbym najpierw odbić swój własny statek i własnoręcznie urwać łeb Charlesowi Vane'owi.

No i tyle, cholera, by było z jego entuzjazmu. Uśmiech dziewczyny momentalnie znikł, i zastąpił go grymas irytacji.

- Gratuluję ci entuzjazmu. – zakpiła sarkastycznie. – Ale pragnę ci przypomnieć, że nie jestem pierdzielonym bogiem. Moje moce też mają swój limit. A wolałabym ich użyć na swoim bracie i jego pokręconej żonce. Spytam się więc jeszcze raz: czy mam zacząć szukać jakiejś małej łajby, żebyśmy mogli stąd już odpłynąć?

Mężczyzna nie odpowiedział jej od razu. Przyglądał jej się spod byka przez jakiś czas, aż w końcu nie kiwnął nieznacznie głową, dając jej tym samym swoją odpowiedź.

- Masz świadomość tego, że gdybym tylko chciał, to mógłbym cię zabić, prawda? – spytał się jej nagle, gdy Charlotte już wstawała, aby skierować się do wyjścia i zająć znalezieniem i kupieniem owego statku.

Dziewczyna po usłyszeniu tego na moment zamarła. Odwróciła się następnie w stronę Lowa i, ku jego dezorientacji, uśmiechnęła się do niego uroczo.

- Wiem o tym aż za dobrze. – odpowiedziała mu. – Ale wiem też, że tego nie zrobisz. Tak samo jak ja jeszcze cię nie utłukłam, bo wiem, że za bardzo siebie nawzajem potrzebujemy.

Charlotte nie czekała na jego odpowiedź. Wyszła z pokoju i zeszła na dół, po czym zwinnie wyminęła właścicieli przybytku. Nie zamierzała im się teraz tłumaczyć z tego, co nieco wcześniej Low odczynił w tawernie. Teraz musiała znaleźć im jakiś statek. To było teraz najważniejsze.

Przed wejściem na teren głównego portu Charlotte użyła na sobie magii iluzji, aby zmienić swój wygląd. Nie chciała, aby któryś z ludzi Vane'a ją tu dostrzegł i narobił jej problemów. Humoru nie poprawił jej też ani trochę fakt, że Vane i jego ludzie najwyraźniej rozpoczęli już poszukiwania jej i Lowa – mijając kolejnych marynarzy usłyszała kilkakrotnie imię Neda, a także i swoje. Vane poszukiwał jej zawzięcie – według plotek, jakie rozsiewał, Ned Low „spiknął się z czarownicą". Zirytowało ją to mocno, ale zdecydowała się to zignorować – miała teraz ważniejsze zadanie do wykonania.

Od razu skierowała się w stronę kupców, po czym wypatrzyła pierwszego lepszego, który oferował do sprzedania swój statek.

- Jestem zainteresowana kupnem twojego statku. – powiedziała prosto z mostu, podchodząc do mężczyzny. Żeglarz po tych słowach przyjrzał się jej uważnie, nie do końca wierząc w to, że kobieta taka jak ona mogłaby być zainteresowana czymś takim. – Jest jakiś problem? – spytała się, dostrzegając ową niepewność u mężczyzny. Dodatkowo zabrzęczała lekko sakwą pełną złota. Trik podziałał natychmiast. Mężczyzna o wiele bardziej był zainteresowany szybkim zyskiem niż wybrzydzaniem w kwestii potencjalnego nabywcy jednej z jego łodzi.

- Ależ skąd, nie ma żadnego problemu. – zapewnił ją, szczerząc się z zadowolenia. Charlotte bardzo szybko dobiła z nim targu. Sprawdziła tylko wcześniej statek, aby upewnić się, czy aby nie kupowała jakiejś kompletnie zniszczonej łajby. Po dobiciu targu od razu zawróciła w stronę zajazdu, gdzie czekał na nią Low. Szczerze liczyła na to, że gdy mężczyzna dowie się o tym, że znalazła dla niego nowy statek, jego humor choć trochę się poprawi.

Gdy tylko dotarła na miejsce, wszelkie jej nadzieje jednak prysły. Ledwie weszła do pokoju, jaki wynajmowali, a od razu jasnym stało się dla niej, że pod jej nieobecność Low zamówił kolejnych kilka kolejek alkoholu i doszczętnie się upił. Był teraz ledwie przytomny – kołysał się wprzód i w tył i non stop mamrotał coś pod nosem. Gdy Charlotte podeszła nieco bliżej usłyszała w końcu, co też Ned wciąż powtarzał.

Wciąż chciał zabić Charlesa Vane'a. Wciąż chciał odzyskać swój statek. I wciąż powtarzał, jak wiele gotów jest zrobić, aby to wszystko osiągnąć.

No nie no, to już się po prostu robi żałosne. – pomyślała Charlotte, wzdychając przy tym ciężko. Spróbowała go podnieść i postawić na nogi, ale okazało się to o wiele trudniejsze, niż jej się wydawało. Ned zaczął się szamotać, po czym, gdy tylko dziewczyna go puściła, upadł z hukiem na podłogę. Charlotte przeczesała ze zdenerwowania dłońmi włosy, zastanawiając się nad tym, co jeszcze może teraz zrobić. Po chwili w końcu wpadła na jakiś pomysł.

Dziewczyna pstryknęła palcami tuż przed twarzą Neda. Mężczyzna zamknął nagle oczy i upadł bezwładnie na podłogę. Charlotte uśmiechnęła się z zadowoleniem, widząc to.

Proste zaklęcie usypiające. Teraz tylko muszę wykombinować, jak tego pijaka dotaszczyć na pokład naszego nowego statku.

Rozwiązanie przyszło wkrótce potem. Charlotte za resztę złota z sakiewki wynajęła wóz, na który z pomocą woźnicy wciągnęła nieprzytomnego Neda. Następnie zawiozła go prosto do portu, gdzie bez dalszego ociągania się wciągnęła go na pokład i odcumowała statek. Nie brała dużych zapasów ze sobą – wiedziała, że w razie potrzeby zdoła coś wyczarować dzięki swoim mocom. Na razie jednak tego nie planowała robić – była kompletnie wycieńczona przez tak częste używanie tych zdolności. Skupiła się na samodzielnym wyprowadzeniu statku na otwarte wody. Odetchnęła z ulgą, gdy jej się to udało bez większych problemów.

Mam nadzieję, że niedługo się obudzi. – pomyślała, zerkając bokiem w stronę Lowa, który leżał niedaleko niej na pokładzie, wciąż kompletnie nieprzydatny i nieprzytomny. – I obyśmy dotarli do celu bez żadnych dodatkowych przygód. Chcę mieć już to wszystko za sobą.