Rozdział 11 - Jawa czy sen
- Wiesz, ile razy bym ci dziękował, nigdy nie będzie to wystarczająca ilość. Zrobiłeś... Kurcze, Snape, gdyby nie ty... Gdyby cię wtedy nie było... - potrząsnął głową i ukrył twarz w dłoniach.
Snape westchnął i za jednym zamachem opróżnił całą szklankę whiskey. Wieczór będzie męczący, był tego pewien. Musiał spróbować go przetrwać, w końcu nie byłoby to na miejscu, gdyby uciekł, Snape nie ucieka. Starał się wyłączyć, jednak pewien fragment przykuł jego uwagę:
- Czułem się jak kompletny idiota. A to wszystko przez ludzi, którzy przez lata wpierali mi, że jestem kimś wyjątkowym. Niepokonanym i wartościowym! A tak naprawdę jestem nikim. Jestem zwykłym człowiekiem, który nie może obronić się przed mugolem! Jestem uległy i żałosny! Robił ze mną co chciał, a ja nic nie mogłem zrobić. Kurwa, nawet nie próbowałem! Gdzie się podziała moja wola walki? Moja siła i wyjątkowość? - wychrypiał trzęsąc się gwałtownie. Sięgnął po whiskey i wziął kilka dużych łyków. Kilka kropel wyleciało ze szklanki opadając na dywan.
Usłyszał śmiech. Pełen goryczy. Prawdziwy. Snape oparł łokcie na kolanach i trzymając trunek w obu dłoniach, oberwując jak bursztynowy płyn faluje pod wpływem delikatnych ruchów, zaczął:
"Kiedy zostałem śmierciożercą, byłem pewien, że robię coś dobrego. Nikt mi wówczas nie wmówiłby, że to, co czynię to największa pomyłka w moim życiu. Chciałem pokazać ludziom, że mnie - zwykłego szkolnego frajera, stać na coś więcej niż wysokie oceny i sarkazm. Choć trudno było mi się to tego przyznać... pragnąłem uwagi. I wtedy pojawił się Lucjusz Malfoy. Był potężnym czarodziejem i przystojnym mężczyzną. W dodatku jego charyzma... Potrafił oczarować niejedną kobietę. Nienawidziłem go za to. Miał coś, czego ja nie miałem. Władzę. Nad ludzkimi umysłami, ciałami i przede wszystkim... nad ich oczyma. Czarował gestami, głębokim spojrzeniem, nieziemskim uśmiechem.
Lśnił.
Pan Perfekcyjny. Człowiek ideał. Męska wersja Afrodyty. Zadziwiający był też fakt, że nikomu to nie przeszkadzało. Byłem jedyną osobą, która nie chciała się z nim zadawać. Nie miałem z kim dzielić swoich poglądów na jego temat.
Na balu, urządzonym przez Voldemorta, podszedł do mnie, odziany w drogie, luksusowe szaty, i powiedział:
- Nie za długo stoisz sam?
Oczywiście zrozumiałem jego aluzję. Nie dotyczyła wcale balu. Chodziło o te wszystkie lata izolowania się od ludzi. Kontaktu z nimi. A przede wszystkim chodziło mu o niego.
- Wystarczająco długo by do tego przywyknąć - odparłem. Zaśmiał się. Och, jak strasznie chciałem zniszczyć ten uśmiech z jego twarzy. Jednak moja twarz pozostawała beznamiętna. Potrafiłem już kontrolować swoje emocje. Dlatego tak bardzo go denerwowałem. Nie wygrałby ze mną... Jednak...
- Może czas zerwać z rutyną? - Powiedział to tak zwyczajnie. Jakby proponował kolejnego drinka. Podszedł bliżej i dotknął mojego ramienia. Wzdrygnąłem się. Nie byłem przyzwyczajony do takiego kontaktu. Jego ręka zaczęła się delikatnie poruszać, ściskać moje mięśnie... Złapał mnie. Byłem w potrzasku. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. Przyciągał mnie i bawił się mną, pozwalał mi się poniżać. Wszyscy to widzieli, prócz mnie. Myślałem, że to taka nasza tajemnica, w końcu zaręczył się z Narcyzą Black. Byłem z siebie dumny, że mam coś, czego inni pragną. Mam Lucjusza Malfoya! Ale... To on miał mnie. Przez te wszystkie lata... to była tylko kpina. Gdy zostałem szpiegiem wciąż mnie nękał. Wiedział, że mu nie odmówię. A ja nie miałem już żadnego celu w życiu. Podczas naszych "spotkań" nie raz zdarzyło mi się wypaplać coś draniowi. A jemu tylko na tym zależało. Byłem zbyt dumny by to dostrzec. Chroniłem się przed porażką, choć tak naprawdę za każdym razem ją ponosiłem."
Odwrócił twarz w stronę zasłuchanego mężczyzny. Harry spoglądał na niego z troską, z czymś, czego Snape nigdy nie widział w oczach Lucjusza. Uśmiechnął się, niemal niezauważalnie, obserwując zaskoczoną minę Gryfona.
- Pewnie zastanawiasz się, czemu ci to mówię - zapytał i nie czekając na odpowiedź przeniusł wzrok na stary, mugolski obraz przedstawiający srebrnego węża wśród dużych, wysuszonych liści i dodał: - Bo tak naprawdę jesteś jedyną osobą, której na tyle ufam i szanuję, a jednocześnie nie jesteś mi na tyle bliski bym czuł się zawstydzony, by powiedzieć to, co siedzi w moim gardle od bardzo dawna.
Harry nie wiedział czy cieszyć się z tego wyznania czy wręcz przeciwnie. Gdzieś w środku miał nadzieję, że zbliżył się do Mistrza Eliskirów, jednak najwyraźniej Snape tego tak nie widział. Miał tylko nadzieję, że z czasem uda mu się przekonać mężczyznę do siebie. Sam nie wiedział skąd wzięła się w nim ta chęć, to pragnienie. Po prostu w towarzystwie Severusa czuł się normalnie. Tak, jak zawsze chciał się czuć.
~.~
Siedzieli przed kominkiem powoli opróżniając butelkę whiskey. Odprężeni, pogrążeni we własnych myślach. I cisza... Cudowna, błoga cisza. Harry otworzył delikatnie oczy i spojrzał na zrelaksowaną twarz Mistrza Eliksirów. Uśmiechnął się łagodnie i wyobraził sobie jak nachyla się nad mężczyzną i odgarnia kosmyk włosów, który właśnie opadł mu na powiekę. Potem pogładziłby zarumieniony od alkoholu policzek i dotknął tych wąskich ust... Jego oczy zamgliły się z pożądania. Tak dawno nie miał nikogo... Tak dawno nie czuł nagiego, spoconego ciała. Spomiędzy jego warg wyrwał się cichy jęk. Snape otworzył gwałtownie oczy, jakby ktos poraził go prądem.
- Coś nie tak, Potter?
Ach, no tak [i]Potter[/i].
- N...Nie - odparł, jednak zamiast jego normalnego, niskiego miał wysoki, piskliwy głos. Odchrząknął i odwrócił wzrok. - Myślę, że trochę przesadziłem z alkoholem.
- Doprawdy... - Czarna brew uniosła się. Snape nigdy by nie przyznał, że sam czuł się nieco... przytłumiony. Uznał, że to najodpowiedniejsza pora by opuścić kwatery młodego profesora.
Wstał, pomagając sobie oparciem fotela, jednak cały pokój zawirował, jakby jechał na karuzeli (nie żeby kiedykolwiek na takowej był...). Usiadł z powrotem i poczuł ogromne zażenowanie. [i]Co ja do cholery robię?[/i] - pomyślał błagając swój umysł aby zaczął [b]trzeźwo[/b] myśleć.
- Widzę, że nie tylko ja... - zaczął Gryfon, jednak srogie spojrzenie Severusa natychmiast go uciszyło.
- Ani. Słowa. Potter. - Odgarnął niewidzialny paproch z szat i warknął: - Myślę, że wystarczająco już czasu zmarnowałem.
Tym razem wstał i udało mu się pozostać w pionowej pozycji. Harry obserwował cicho jak Snape toczy się do drzwi. Westchnął i sam wstał chcąc mu pomóc. Dotknął jego ramienia i poczuł nagłą falę podniecenia. Dotykał Snape'a. W swoich kwaterach. Późnym wieczorem. Pijanego Snape'a. Zanim zdążył się powstrzymać obrócił mężczyznę i przycisnął go do ściany.
