11.

- Może to i dobrze…- pomyślał z wahaniem Jack, kiedy usłyszeli głos Daniela.

Ta rozmowa pomiędzy nim, a Carter, stawała się coraz trudniejsza i pułkownik nie chciał, by ich stosunki się ucierpiały na jej skutek. Może to i dobrze, że niektóre rzeczy pozostały niewypowiedziane, zwłaszcza, że do pewnego stopnia już przekroczyli niewidzianą linię, jaką wojsko wytyczyło pomiędzy nimi. Nie powinien był jej całować, wiedział o tym. Nie powinien, nawet, jeśli coś sprawiało, że nie pragnął niczego innego. Powinien był walczyć z tą pokusą, ale prawda była taka, że zdradziło go własne serce. Złamał zasady, bo miał już dość okłamywania siebie i jej. Nadal ją kochał. Nic nie zmieniło się od tamtego testu na Zatar'c. Jeśli miał być ze sobą szczery, te uczucia tylko się pogłębiły, uczucia i pragnienia, jakie im towarzyszyły, a to miejsce, to dziwne, tajemnicze miejsce, stało się dla niego kroplą, która przepełniła czarę.

Na dodatek, ta pasja, z którą Sam odpowiedziała na jego pieszczotę…To było tak, jakby oboje chcieli wchłonąć siebie nawzajem, nie tylko ustami, ale każdą porą skóry. Nigdy wcześniej nie czuł niczego podobnego i zważywszy na okoliczności, mógł się założyć, że nie poczuje się tak nigdy więcej. Jak mógł być tego pewien? To proste. On i Carter byli żołnierzami. Istniały reguły. Skoro tylko ona potrafiła rozpalić w nim taki ogień, a wiedział, że nie mogą być razem, że nie będą razem, był przekonany, że żadna inna kobieta nigdy nie posiądzie tej właściwości. Nie, żeby myślał o zastępstwie. Dawno temu nauczył się, że każda inna, byłaby tylko marną namiastką tej, która od lat władała jego sercem. Przez 100 dni na Edorze (no może nie przez całe sto, ale prawie), oszukiwał się, że Laira może wypełnić tę pustkę w jego sercu, jaka powstała, gdy myślał, że nigdy więcej nie zobaczy Sam. Myślał, że może ją pokochać, stworzyć z nią dom. Kiedy Carter dokonała niemożliwego, był zupełnie zaszokowany i szczerze mówiąc, zawstydzony, jak nigdy wcześniej. Poddał się, kiedy ona nie straciła nadziei, praktycznie pokonując prawa fizyki, by sprowadzić go do domu. Jedno spojrzenie w jej rozczarowane zdradą oczy (o yeah… zdradził ją, choć formalnie nawet nie byli parą) i ogarnął go taki wstyd, że nie mógł na nią patrzeć już więcej tamtego dnia. Nie miał odwagi. W dodatku, wiedziony lojalnością wobec Lairy, o której podejrzewał, że mogła być z nim w ciąży, zaproponował, by ta towarzyszyła mu na Ziemię. Nigdy nie zapomniał bólu w oczach Samanthy, gdy to usłyszała… Nieważne, że Laira odmówiła, że później okazało się, iż to był fałszywy alarm. Szkoda została wyrządzona, rana została zadana i choć z czasem się zabliźniła, zastanawiał się, jakim cudem Sam mu wybaczyła? Wiedział, że tak było. Czuł to, tak jak czuł, że na to nie zasługiwał. W tamtym czasie zrozumiał, że nikt nie zastąpi jej w jego sercu. Ono na zawsze należało tylko do Samanthy Carter.

Teraz, gdy pośpiesznie wychodzili z wody, modlił się, aby nikt inny nie zauważył, jak bardzo jej pragnął. Przez te kilka chwil, gdy szybko się ubierali, nie padło między nimi ani jedno słowo. Były tylko spojrzenia, ukradkowe, pełne konfuzji pomieszanej z pożądaniem, miłością i rozczarowaniem.

W zasadzie, niewiele pamiętał z chwili, gdy Daniel przedstawiał im swojego nowego kumpla. Jego głowa, serce, jego całe ciało, nadal próbowało sobie poradzić z tymi uczuciami, które ogarnęły ich w jeziorze. W myślach wciąż od nowa odtwarzał tą magiczną chwilę, kiedy ich wargi się zetknęły, kiedy ciało Sam znalazło się w jego ramionach, tak doskonale dopasowane do jego kształtów. Nadal czuł ją całym sobą…

Z trudem wziął się w garść, zmuszając żołnierza w sobie, dowódcę, by ów zrobił, co trzeba. Gdy to się wreszcie udało, ostatecznie zgodził się na zaproszenie do wioski Aulusa, ale dodał, że najpierw muszą zadzwonić do domu i poinformować generała Hammonda, że planeta jednak była zamieszkana i że miejscowi zaproponowali im to zaproszenie. Wszyscy się zgodzili i już niedługo grupa stała przy Wrotach.

- Carter, wybierz numer do domu. Czas porozmawiać z tatusiem i spytać, czy pozwoli nam iść na imprezkę.- próbował zażartować, by rozluźnić atmosferę.

Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że jakoś mu się to udało. Danny jak zwykle przewrócił oczami, Teal'c uniósł wysoko brew (tylko ci, co go znali, wiedzieli, że zrobił to z rozbawienia), a Sam zachichotała lekko.

- Tak jest, sir!- powiedziała, przyciskając kolejne symbole na DHD i po chwili uzyskując stabilny tunel czasoprzestrzenny.

Rozmowa była krótka i rzeczowa. „Tatuś", choć zdziwiony wieściami, wyraził zgodzę na ich uczestnictwo w bankiecie, ustalając czas kolejnej komunikacji z SGC za następne dwanaście godzin. W końcu, było wiele do omówienia z mieszkańcami Bellos. Mieli rozmawiać nie tylko o wymianie kulturalnej, ale także zapytać, czy byłoby możliwe korzystanie z tutejszych złóż trinium i naquadah, co, jak wiadomo, było dla nich misją priorytetową.

W drodze do wioski zwanej Hestria, napięcie między nim, a Sam powróciło, szczególnie w chwili, gdy idąc niemal ramię w ramię, ich dłonie przypadkowo się zetknęły.

Jack znów poczuł znajome gorąco i sądząc po rumieńcach na policzkach Carter, która robiła wszystko, by pozostały niezauważone (nie to, by się jej to szczególnie dobrze udawało, bo dostrzegł je nie tylko pułkownik, ale też spostrzegawczy Jaffa, podczas gdy Danny mamrotał radośnie, wymieniając poglądy ze starszym wioski, niepomny niczego, co działo się wokół), ona również czuła się podobnie. Kiedy wierzchy ich dłoni otarły się o siebie, oboje przeszył przyjemny dreszcz i Jack zdawał sobie sprawę, że cokolwiek zaczęło się tam, w wodzie, nadal było tu, z nimi, pomiędzy nimi.

- Jak sobie z tym poradzić? Jak zapanować nad tą potężną chęcią wzięcia jej w objęcia i udowodnienia, że moje uczucia się nie zmieniły?- myślał, desperacko próbując pozostać profesjonalistą, za jakiego zwykle się uważał.

Gdyby wiedział, jak bardzo jego rozterki podobne są do tych, które z siłą huraganu przetaczały się przez głowę jego zastępczyni…

Lata zakazanych fantazji, marzeń i snów, dotąd blokowanych przez jej logiczny umysł, dziś stały się rzeczywistością po jednym tylko pocałunku i major nie była pewna, czy jest na tyle silna, by walczyć z tym, co obudziły w niej miękkie usta jej dowódcy. Powinna być żołnierzem, skupionym na swojej misji, a jednak coś powodowało, że ukryta w niej na co dzień kobieta, prawie szaleńczo próbowała wydostać się na powierzchnię i choć raz zrobić to, czego ona chciała, a nie to, czego od niej oczekiwano. Sam wiedziała, że jeśli jej kobieca strona wygra tę walkę, nie będzie odwrotu, a to mogło się skończyć tylko w jeden sposób i to tragiczny nie tylko dla niej, ale też dla pułkownika O'Neilla.

- Och na litość boską! Życie jest do bani…- pomyślała z sarkazmem tak charakterystycznym dla Jacka, po czym uśmiechnęła się sama do siebie. Chyba jednak spędzała zbyt wiele czasu jego towarzystwie, bo prawdę mówiąc, powoli zaczynała brzmieć jak on. Z drugiej strony, czy to faktycznie takie złe?

TBC