11.

Ostatni miesiąc był dla niego męczarnią, chociaż miał wrażenie, że jest swoim katem i ofiarą jednocześnie. Długie godziny, spędzane ze Snape'em w jego laboratorium, były powolną torturą, przedłużającym się czekaniem i nadzieją, że mężczyzna wykona choć jeden mały krok, żeby się do niego zbliżyć. Harry drżał za każdym razem, kiedy mistrz eliksirów przechodził obok, a najlżejszy dotyk był jak porażenie prądem. Słuchanie niskiego głosu wprawiało go w trans. Wiedział, że jeszcze moment i postrada zmysły.

A Snape nie zrobił nic. Prócz jednej, cudownej chwili po pamiętnej rozmowie, kiedy czule pogłaskał go po karku i wymówił jego imię takim tonem, że chłopak poczuł, jak jego ciało rozsypuje się w drobny mak szczęśliwych atomów — był nieprzystępny i daleki jak zawsze. Potter widział, że pozwala mu na wiele więcej niż kiedykolwiek, że nie przegania go i odpowiada na niewygodne pytania, że między nimi jestinaczej, ale nieposłuszne ciało co noc śniło o wysokim cieniu, roztrącanych kolanach, długich palcach i gorących słowach wymawianych pośpiesznie, szeptem, rozpalających go do granicy bólu.

Harry bał się odrzucenia. Nawet jeśli podejrzewał, że nie jest mężczyźnie obojętny, to przedarcie się przez pancerz lęków, zasad i granic wydawało się zadaniem trudniejszym niż zabicie bazyliszka. Może dlatego, że tym razem chciał spojrzeć wężowi w oczy? Jednak pragnienie trawiło lęk, tak jak trawiło i jego samego, i Harry pomyślał, że jeśli nie zrobi nic, to nie zdobędzie Snape'a na pewno.

Za oknem było już jasno i zdecydował, że pora wstać. Myjąc zęby, patrzył na swoje odbicie w lustrze i zastanawiał się, kim jest i kim się staje.

Zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie żył i jaka jest w smaku sperma innego mężczyzny.

Zastanawiał się, czy wysysanie duszy boli.

Zastanawiał się, dlaczego to wszystko potoczyło się tak a nie inaczej, dlaczego stoi w małej, brudnej łazience w na pół zrujnowanym budynku na obrzeżach Manchesteru, marząc o znienawidzonym nauczycielu, rozważając swoją śmierć i lękając się reakcji organizmu.

Nie znalazł odpowiedzi.


— Czarny Pan najwyraźniej bardzo potrzebuje Glizdogona, Lupin nie wraca już czwartą noc — wymruczał Snape, wchodząc do kuchni. Przechylił filiżankę, by upić łyk kawy. Harry bezwiednie potarł czoło i przeczesał dłonią włosy. Poruszył nogami. — Skończyłem eliksir. — Ciemna głowa Wybrańca poderwała się.

— Co?... Kiedy?

— Dziś w nocy. Nie mogłem spać.

— Więc mogę już zacząć świętować swój pogrzeb? — Chłopak zaśmiał się nerwowo. Severus spojrzał na niego groźnie i skrzywił się. — Mogłeś mnie obudzić. — Spróbował zmienić temat, ale chyba to też nie był najlepszy pomysł.

— Co?

— No, skoro nie mogłeś spać... — Na twarzy Harry'ego malował się jednocześnie szelmowski uśmiech i wstydliwy rumieniec.
Fascynujące— pomyślał Snape i zapatrzył się na blade usta. Dopiero po chwili dotarł do niego sens jego słów.

— Skończ, Potter. Te niedojrzałe umizgi do niczego nie doprowadzą. — Miał nadzieję, że ostry ton zdoła utrzymać go na dystans.

Jednak w tym momencie właśnie dystansu między nimi zabrakło, bo Harry w jednej chwili wstał z krzesła i stanął przed nim. Severus jęknął w duchu i zamknął oczy.
Nie teraz, nie teraz, Harry — myślał — jestem zmęczony i zbyt mocno cię potrzebuję.

Chłopak wyjął mu filiżankę z dłoni, jakby zdejmował tarczę z ramienia.

Dotknął jego twarzy, jakby uchylał przyłbicy.

— Severusie — zawołał i Snape wiedział, że przegrał.

Gdyby to był ktoś inny, ktoś inny niż Harry — oparłby się. Ale twarz chłopaka była tak blisko, że wydawała się mieć własną grawitację, jak słońce, przyciągając mężczyznę wbrew jego woli. Usta jeszcze się otwierały i coś mówiły, zapewne jego imię, ale wszystkie słowa zagłuszył szaleńczy rytm serca. Jak zahipnotyzowany schylał głowę tylko po to, żeby być bliżej… I nagle poczuł na swoim karku ciepłe dłonie, które silnie przyciągnęły go do tych cudownych warg.

Pocałunek nie byłby ani tak słodki, ani druzgoczący, gdyby to nie był Harry. Pieczołowicie stawiane mury rozsypały się w pył, dokładnie wyznaczone granice zatarły jak zmazany na tablicy wykaz ingrediencji, napisany starannie, własnoręcznie.

Był bezsilny i szczęśliwy, wściekły na siebie i upojony słodyczą, którą się teraz karmił, którą spijał chciwie, jakby była czymś nowym i jednocześnie dawno straconym. Z obu gardeł wyrwał się głęboki jęk, gdy języki w końcu się spotkały.

Nie możesz, nie możesz, to syn Lily— myślał gorączkowo, ale jego ręce same mocno objęły trochę mniejsze, zwarte ciało.

Był całowany wiele razy w swoim życiu — umiejętnie, niezdarnie i namiętnie, jednak żaden z pocałunków nie sprawił, że jego kolana zaczynały uginać się, jakby niezdolne unieść bieg wydarzeń, serce chciało pęknąć, a dłonie, prowadzone własną wolą, dotykały twarzy, włosów, szyi, pragnąc nauczyć się faktury skóry — szorstkiej, gładkiej, mokrej od łez.

— Nienawidziłeś mnie — wyszeptał w jego usta, ostatkiem sił próbując ratować resztki zdrowego rozsądku Złotego Chłopca (jeśli ten kiedykolwiek go posiadał).

— To było dawno, nie znałem cię.

Severus tonął, tonął w zielonej otchłani i cieple.

— Powinieneś być z kimś innym — powiedział, dotykając wargami obu brwi i czoła. Harry jedną ręką już walczył z upartymi guzikami wysoko zapiętej szaty.

— Powinienem mieć też rodziców — wydyszał, bardziej skupiając się na zadaniu niż na tym, co mówi. — Wymykać się wieczorami z Ronem na piwo; nie powinien mnie prześladować szaleniec, który chce mnie zabić. Powinienem ożenić się z Ginny i mieć trójkę wspaniałych dzieci. Ale czy wówczas byłbym sobą? — Przyciągnął go raz jeszcze do swoich miękkich ust. — Severusie. Chcę tego. Pragnę cię jak nikogo na świecie.

— Jestem stary, brzydki, złośliwy, nieprzystępny… Jestem ponurym, niezsocjalizowanym mrukiem — przypominał mu, zdejmując z niego koszulkę.

— Tak, wiem. A ja jestem bezczelnym, głupim… — nie skończył, bo mistrz eliksirów chwycił płatek jego ucha między zęby.

— Nie masz pojęcia, o czym mówisz — prychnął czule, puszczając zaczerwienioną skórę.

— Wiem, że jak na mruka jesteś bardzo gadatliwy. — Zęby Harry'ego chwyciły białą skórę na szyi i chłopak zamruczał szczęśliwy. Jego niespokojne dłonie błądziły po plecach jakby w strachu, że zaraz ciepłe ciało zniknie niczym zbyt szybko przerwany czar.

— Ktoś może wejść w każdej chwili. — Severus naprawdę starał się myśleć trzeźwo.

— To wyjdzie. Nie obchodzi mnie to. Zdejmij to, proszę — wydyszał pośpiesznie, znów zmagając się z szatą. Jego koszulka już wylądowała w kącie, całkiem zapomniana. Severus chwycił go mocno i pociągnął w stronę stołu.

Prostym zaklęciem usunął szpaler guzików i ściągnął ubranie. Ręce Harry'ego natychmiast zawędrowały pod białą koszulę, którą miał pod spodem, by po chwili sięgnąć do paska. Starszy czarodziej patrzył na mniejsze dłonie, jakby nie wierząc w to, co się dzieje. Potter usiadł na stole i przyciągnął go do siebie, między rozchylone nogi.

— Muszę cię dotknąć, przepraszam, muszę.

Nie, żeby Severus miał coś przeciwko.

— To twój pierwszy raz?

— Ymm. Tak.

— To nie powinno tak wyglądać, Harry. Poczekajmy… — Każdy nerw w jego ciele krzyczał w proteście.

— Przestań. Już ci mówiłem, to nie ta bajka. Rozbierz mnie w końcu. — Ciemne spodnie Snape'a opadły, a między ciepłą dłonią a jego erekcją została już tylko cienka warstwa bielizny. Severus wciągnął głęboko powietrze, jakby nagle zabrakło mu tlenu. Pchnął lekko Harry'ego i jednym płynnym ruchem zdjął z niego spodnie i bokserki. Para tenisówek głucho uderzyła o drewnianą podłogę. Severus spojrzał w niemym zachwycie na ciało wyciągnięte przed nim na stole.

Żaden z nich nie był piękny, ale w tej chwili należeli do siebie i to wystarczyło za wszystkie komplementy świata.

Przytulił usta do wystającej kostki i zaczął całować chudą, owłosioną łydkę. Harry zaśmiał się krótko i coś zabrzmiało w jego śmiechu — coś, czego Snape nigdy nie słyszał. Nie śmiał się tak nawet, gdy był z przyjaciółmi — z prostotą i niczym niezmąconą radością. Severus poczuł się nagle najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Sentymentalny głupiec— podpowiedział mu jakiś głos, ale czarodziej był już pokonany, więc pozostało mu tylko wzruszyć ramionami.

Jedna ręka owinęła się silnie wokół założonej na ramię kostki, a druga sięgnęła do aksamitnej skóry na ciężkim członku leżącym na brzuchu Harry'ego. Śmiech w jednym momencie zamienił się w długi, cichy jęk. Severus uśmiechnął się, zadowolony, a zaraz do ręki dołączyły usta i wilgotny, utalentowany język. Chłopak wczepił się w jego włosy i mocno przyciągnął jego głowę do siebie, cały czas skamląc. Severus omiótł językiem samą główkę i porzucił doskonale rozpoczętą pieszczotę, by wrócić wyznaczoną pocałunkami drogą do bladych, teraz ciągle rozchylonych ust. Nie czekając na pozwolenie, głęboko zanurzył w nich język i został nagrodzony zadowolonym sapnięciem i dotykiem drugiego, równie stęsknionego języka.

Przerwał pocałunek, gdy dłoń Harry'ego objęła delikatnie jego penisa i zaczęła go głaskać, niezdarnie, ale gorliwie ucząc się drugiego ciała.

— Harry — wyszeptał gardłowo, głaszcząc jego policzek i przymykając oczy, kiedy ręka zacisnęła się mocniej i przyśpieszyła.

— Zrób to — zielone oczy lśniły podnieceniem i nadzieją — wejdź we mnie.

Severus poruszał się rytmicznie, tylko siłą woli powstrzymując od jęków.

— Możemy to zrobić na tysiąc różnych sposobów, Harry. To chyba nie jest…

— Wiem. I zrobimy to na tysiąc różnych sposobów. Ale teraz chcę, żebyś we mnie był. Chcę… więcej. A sam nie potrafię. Proszę. — Wplótł dłoń w ciemne włosy i przyciągnął Severusa do pocałunku.

— Nie mamy tu nic…

— Ślina wystarczy.

— Może cię boleć.

Harry uśmiechnął się.

— To i tak boli. — Oplótł szczupłe biodra nogami i wyginając ciało w łuk, otarł się o niego mocno. Snape spojrzał zaniepokojony, ale chłopak roześmiał się znów. — Nie szkodzi, może trochę boleć. Już i tak jest kurewsko przyjemnie. — Ciemne brwi zmarszczyły się groźnie, jakby chciał odjąć punkty za język. Ale ręka Pottera znów wróciła na jego erekcję, odbierając mu umiejętność artykulacji.

Z wysiłkiem odsunął się od Harry'ego, aby jeden wilgotny palec mógł znaleźć się blisko pomarszczonego wejścia i zacząć je lekko masować. Po chwili wsunął się do środka, delikatnie, ale pewnie, i natychmiast znalazł…

— Ożesz… — Harry usiadł i wczepił się w chude ramiona mężczyzny, zaciskając na nich palce jak szpony, tracąc oddech. Severus trącił prostatę raz jeszcze i chłopak znów się położył, tym razem jęcząc głośno i ponaglając go do gwałtowniejszych ruchów. Do pierwszego palca dołączył drugi i młodzieniec zakwilił cicho, nie przestając jednak szarpać biodrami. Severus wiedział, że gdyby teraz zaczął go pieścić, doszedłby w ciągu kilku sekund. Sam był podniecony i niespokojny, walcząc z pożądaniem i błagając bogów, by go nie skrzywdzić.

Harry podniósł się znów i pocałował go gwałtownie, przygryzając niewidoczne usta, ssąc kąśliwy język. Potem przyłożył obie ręce do ust, a Severus zdusił przekleństwo, kiedy wilgotne dłonie pewnie objęły jego członek, nawilżając śliną.

— Teraz — wyszeptał Potter w jego pogryzione wargi, błyskając zaszklonymi podnieceniem oczami. Ugiął nogi, by ułatwić do siebie dostęp.

Wszystko, co działo się potem, było kakofonią jęków, oddechów, okrzyków i szeptów, nakładających się na siebie, przechodzących jedne w drugie i zespalających oba ciała mocniej niż magia. A może właśnie to była prawdziwa magia? Fale gorąca uderzały w nich obu wraz z każdym ruchem, a niepohamowana siła niszczyła wszelkie granice, mury, odbierała kontrolę i nie pozwalała uciec z wiru namiętności, topiąc ich w rozkoszy, w świetle i nieskończonym skwarze.

Tuż przed końcem Harry ostatni raz przygarnął Severusa do siebie, a jego zakleszczony między dwoma spoconymi ciałami członek zaczął pulsować i fala orgazmu przetoczyła się przez niego, pozostawiając za sobą pustą, szczęśliwą ziemię ciała. Zacisnął mocniej nogi na biodrach Severusa, wpychając go w siebie głębiej, i przywarł do kochanka, czując, jak ten szczytuje.

Z pewnych względów to było jeszcze piękniejsze niż sam orgazm. Mężczyzna tulił go do siebie mocno, łagodnie kołysząc w ramionach, gładząc skronie i delikatnie całując szyję, obojczyki; wszystko, co znalazło się w zasięgu ust.

Harry pomyślał, że mógłby tak trwać jeszcze wiele lat i nadal nie miałby dość. Jednak po chwili musieli wyplątać się ze swoich ramion i powrócić do rzeczywistości, porzuconej na ten moment jak zbędne ubranie.

— Niech to szlag. — Snape, zapinając koszulę, syknął z bólu i złapał się za lewe ramię. — To Voldemort, muszę iść. — Dokończył w pośpiechu garderobę. — Mam złe przeczucia. Weź to — butelka z fioletowym płynem zamigotała w słońcu — i dobrze schowaj. Nie ruszaj się z domu. Nie rób nic głupiego, dobrze? Obiecaj mi. — Chwycił mocno w obie dłonie złotą twarz i pocałował krótko.

— Nic głupiego, obiecuję. — Harry był zbyt zmęczony, żeby się spierać o definicję „czegoś głupiego".
Nawet przez moment nie mogę się tym cieszyć— przemknęło mu przez myśl, gdy szedł za Severusem do salonu, a lęk o kochanka i przyjaciela znów skręcił mu żołądek. Obserwował, jak zielony proszek w jednym momencie wybucha, pochłaniając ciemną postać mistrza eliksirów.


Jego serce boleśnie kurczyło się, odmierzając czekanie.

Leżał na kanapie, bezczynnie i bezużytecznie, zamykając oczy i pozwalając, by nieznane mu dotąd ciepło płynęło w nim razem z krwią, rozgrzewając go innym niż zwykle żarem. Pod powiekami jeszcze błyskała mu, jak powidoki, biała skóra, upajał się wspomnieniem, rozcierał językiem na podniebieniu resztki smaku. Już prawie zmorzył go sen, gdy nagły trzask skutecznie przywrócił go do rzeczywistości.

Na środku pokoju stała Hermiona, kurczowo zaciskając palce na starej księdze. Jej włosy sterczały bardziej niż zwykle, jakby spała w jakieś dziwnej pozycji, koszulka była wymięta i poplamiona w rogu, zapewne herbatą. Orzechowe oczy błyszczały niezdrowo; popękane naczynka świadczyły o nieprzespanych nocach.

— Harry! — krzyknęła i w dwóch krokach była przy nim.

— Miona. — Chłopak wstał i mocno przytulił przyjaciółkę, ale ta wyplątała się z objęć i zaczęła mówić szybko, chaotycznie gestykulując:

— Znalazłam! McGonagall miała rację, ta książka to jest jakieś rozwiązanie. Wiesz, z początku nie wierzyłam, że znajdę w niej cokolwiek użytecznego, no i to nie jest podręcznik do ochrony przed czarną magią. Myślę, że wiem, co trzeba zrobić, żeby cię uchronić, choć to ci się nie spodoba i jest wstrętne, ale naprawdę, naprawdę nie mogę znaleźć nic innego. — Niepowstrzymany potok słów wypływał z jej ust. Otworzyła księgę i wskazała jeden fragment. Harry pochylił się nad tekstem.

[...]

Dwoje ludzi może dopełnić rytuału, który splecie ze sobą magiczną przędzę. Zakochani często decydują się na takie zespolenie, ciągle nienasyceni swoją bliskością, w trosce o drugiego. Adfinitas Animae* bowiem ma dar ochrony przed złem i rozpaczą, i wyrzeczeniem się siebie w zamian za podwójną duszę, wspólną energię i magię, dzielenie brzemienia smutków i radości drugiego.

Rytuał składa się z czterech części. Niezbędne jest dopełnienie wszystkich we właściwej kolejności, w obecności samych zainteresowanych lub przy świadku, Zaufanym, który świadczyć będzie o związku tych dwojga. Niezbędne jest przywiązanie i miłość, i wola obojga stron, gdyż Adfinitas Animae nie znosi kłamstwa czy przymusu.

[...]

— Chcesz, żebym przeprowadził ten rytuał? — Harry spojrzał przerażony na przyjaciółkę.

— Wiem, że to obrzydliwe, ale nie widzę innego wyjścia. To nawet jest logiczne, nie można wyssać duszy z dwóch ludzi naraz. Przeczytałam ją całą, Adifinitaschroni przed pocałunkiem dementora. W dawnych czasach tak czasem ratowano skazańców. W każdym razie twoja magia, magiczna przędza, będzie bezpieczna. To nie jest doskonałe rozwiązanie, bo ciało nadal będzie bezbronne, ale to już coś, to jakiś pomysł.

— To szalone, Miona. Nie wiem, jak miałbym to zrobić, z kim. Teraz? Tak nagle? Kto chciałby…?

— Harry, ja się z tobą zwiążę, jeśli to będzie konieczne. — Coś błysnęło w jej oczach, coś jak ból czy rozpacz, ale opuściła szybko wzrok, by przyjaciel nic nie zauważył.

— Chyba żartujesz. Jesteś z Ronem!

— Rona nie ma. Jeśli to będzie jedyny sposób… zrobię to. — Zacisnęła pięści, próbując utwierdzić się w decyzji. Chłopak spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Jesteś cudowną przyjaciółką, ale nie mógłbym tego zrobić ani tobie, ani jemu. Zresztą tu jest napisane, że, no wiesz, trzeba być zakochanym, że nie może być przymusu.

— Nie będzie! Zrobimy to z wolnej woli. No i kocham cię, tylko… jak przyjaciela.

— Wiesz, jakie są konsekwencje takiego rytuału? Co oznacza splecenie ze sobą przędzy?

— Nie, nie piszą nic konkretnego. To nie jest podręcznik do obrony przed czarną magią, Harry. Autor nie zakłada, że można wykorzystać Adfinitas Animaew celach innych niż zespolenie zakochanych w sobie ludzi. Bezpieczeństwo jest raczej skutkiem ubocznym niż celem. Przeczytałam wszystko, co znalazłam o eliksirze Prządki i o magicznej przędzy. Nigdzie nie napisano, że rytuał jest remedium na eliksir, ale wszystko pasuje i się łączy. Nie widzę innej możliwości, Harry — powtórzyła jeszcze raz, dobitniej.

Chłopak usiadł ciężko na kanapie i podparł głowę na rękach.

— Wiesz… — Dziewczyna przygryzała jedną wargę, jakby nad czymś się zastanawiała. — Rytuał jest najnaturalniejszy i najsilniejszy dla ludzi o tym samym…

— ...patronusie — zgadując, dokończył za nią Harry. Zaczerwienił się mocno na wspomnienie ostatnich wydarzeń i czuł, że głupkowaty uśmiech, mimo całej tragicznej sytuacji, wpływa mu na twarz. To wszystko działo się zbyt szybko; żołądek podszedł mu do gardła. Sam jeszcze nie mógł połapać się w swoich uczuciach, a Snape z pewnością nie… Krople potu zalśniły na jego czole. Miał ochotę uderzyć głową w ścianę.

Kurwa, kurwa, kurwa— powtarzał w myślach, niezdolny, by sformułować jedno sensowne zdanie.

— Harry, czy ciebie coś łączy ze Snape'em? — zapytała ostrożnie czarownica.

Odpowiedział jej tylko jęk, który wydobył się zza przyciśniętych do twarzy rąk.

— To nie ma znaczenia, na pewno nie zrobię tego z nim.

— Harry.

— Hermiono, on już poświęcił więcej, niż powinien, poza tym… nie. Po prostu nie.

— Harry.

— Tak! — krzyknął chłopak, choć nie było żadnego pytania. — Tak, czuję do niego coś, coś bardzo silnego. Może nawet coś mnie z nim łączy. Może nawet on… ale… to jest bardzo świeże. Nie mogę tego zrobić, nie mogę mu tego zaproponować. To się obróci przeciwko nam, zniszczy wszystko — mówił szybko, patrząc w podłogę. — Nie chcę... Tak niewiele mam, Hermiono, nic nie mam dla siebie. Nie chcę go stracić. Nie chcę go… zyskać w taki sposób.

— Stracisz go i tak, Harry, jeśli umrzesz — powiedziała głucho dziewczyna, czując się podle, ale świadoma, że nie można tego przemilczeć.

— Musi być jakiś inny sposób.

— Jak długo będziesz go szukał?

— Daj mi tę cholerną księgę! — Prawie wyrwał wolumin z jej rąk i otworzył na zaznaczonym fragmencie.

[...]

Praeterita Relinquere jest pierwszym etapem w podróży do zespolenia dusz. Kochankowie, powtarzając zaklęcie, przygotowują się na przyjęcie nowej magii, robią miejsce wybranej osobie, odrzucając to, co w przeszłości stawało im na drodze, co ich dzieliło czy sprawiało ból. Wyrzekają się swoich dawnych, miłosnych zażyłości, nadając tej nowej wartość, stawiając ją przed innymi. Praeterita Relinquere, które można tłumaczyć jako „pozostawianie przeszłości", „odcinanie dawnych nici", jest też inkantacją zaklęcia. Nie wymaga różdżki, jak zresztą żaden krok w rytuale, ale trzeba pamiętać, że nieszczerość intencji może spowodować, że zaklęcie obróci się przeciwko rzucającym i trwale wymaże wiele wspomnień z ich doczesnego życia. Po raz kolejny należy więc przestrzec przed prędkim, nieprzemyślanym wyborem. […]

Possibilitates Perditas Tolerare odnosi się do przyszłości i jego inkantacja musi być melodyjna, z akcentem na odpowiednio trzecią i piątą sylabę. Jeśli Adfinitas Animae przyjmie kolejną obietnicę, wokół kochanków powinna zgromadzić się srebrzysta mgła z wyraźnymi pierwszymi smugami przędzy. Possibilitates Perditas Tolerare ma na celu uświadomienie, że rytuał splecie dusze na zawsze, odcinając możliwości związania się z inną osobą, trzeba więc odżałować pozostałe możliwe relacje, historie i scenariusze, wybrać jedyną z dróg, podążyć za miłością.

W Vitia Non Respectante - Accipere srebrne nici przędzy zaczną formować się w postacie patronusów i łączyć ze sobą, i zmieniać tak, by uzyskać wspólny kształt. Zaufany, jeśli jest obecny przy tym obrzędzie, ma szansę zobaczyć jeden z piękniejszych obrazów, jakie są dostępne człowiekowi. Ja osobiście, w całym swoim stupiędziesięcioletnim życiu, widziałem trzy takie obrzędy i moment splatania się magicznych zwierząt zawsze wprawiał mnie w głęboki, odbierający mowę zachwyt. To jak narodziny i śmierć jednocześnie, jak obserwowany na ciemnym niebie deszcz meteorytów, który żyje własnym, fascynującym życiem, zmieniając się, wirując i rysując opowieść o miłości, wierności i przywiązaniu. Jednak istotą tego etapu jest przyjęcie się nawzajem mimo wad i w prawdzie, otwierając oczy na drugiego człowieka, widząc go takim, jakim jest, by pokochać go mocniej i lepiej.

Ostatni krok w rytuale Adfinitas Animae wzbudza najwięcej emocji i wątpliwości, jest jednak niezbędny do ukończenia obrzędu. Ze względu na jego barbarzyński wydźwięk we współczesnych czasach coraz rzadziej słyszy się o tym, by pary decydowały się na odprawienie całego rytuału, Vitam Consecrare stanowi bowiem przysięgę poświęcenia życia. Niezbędne jest połączenie poprzez dotyk, krew i ślinę, gdyż na tym etapie jednoczy się i chroni ciała, nie tylko dusze. Szczegółowy opis i obrazy nacięć, kolejność i brzmienie inkantacji (na ten obrządek składa się ich kilkanaście) można znaleźć na stronie…

[…]

— Nie, Hermiono. Nie zrobię tego. Jesteś naprawdę wspaniała, że chcesz poświęcić się dla mnie do tego stopnia, ale to zbyt dużo. I nie zrobię tego z… z Severusem. — Harry, już spokojniejszy, zamknął księgę i odłożył ją na niski stolik. Hermiona stała ze skrzyżowanymi ramionami i wpatrywała się w niego intensywnie.

— Jeśli pokazałabym to profesorowi…

— Nie rób tego. Wiesz, jaki on jest.

— No jaki? — zapytała, a jeden kącik jej ust uniósł się nieznacznie.

— Poświęci się dla mnie. Całe życie to robił.

— Poświęci się, bo cię kocha?

— Nie! — krzyknął. — To znaczy, nie wiem — dodał spokojniej. — Poświęci się, bo taki jest, po prostu.

— I dla mnie też by się tak poświęcił? — drążyła.

— Miona, błagam cię. Przestań. Nie chcę o tym myśleć. To zły pomysł. Trzeba szukać innego sposobu.

Czarownica już otwierała usta, by dyskutować dalej, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Było to tak niespodziewane i w tym miejscu niespotykane, że obydwoje zamarli, nasłuchując. Spojrzeli na siebie przerażeni i prawie jednocześnie wyciągnęli różdżki. Ktoś zapukał po raz kolejny. Hermiona milcząco kazała zostać Harry'emu w salonie i podkradła się do drzwi. Harry zacisnął dłoń na fioletowym flakonie ukrytym głęboko w kieszeni.

Invisibilis!— wyszeptała czar, lekko uderzając różdżką w drzwi. Głuchy jęk wyrwał się z jej ust, a ciałem wstrząsnął nagły szloch. Zagryzła pięść, by zatrzymać w sobie krzyk. Po drugiej stronie drzwi, wychudzony, zakrwawiony, z rozciętą brwią i trzymając się za spuchniętą dłoń, stał Ron Weasley.

— Hermiono, błagam, wpuść mnie — wyjęczał najciszej, jak się dało. — Nie mogę tu stać.

Harry chwycił drżące ciało przyjaciółki za ramiona i odsunął delikatnie w głąb korytarza. Zbierając się na odwagę i mgliście zastanawiając, czy robi właśnie „coś głupiego", otworzył drzwi i krzyknął:

Drętwota!— Złapał ciężkie, długie ciało, zanim upadło na ziemię, i szybko wciągnął do środka.


Kilka czarów diagnozujących upewniło ich, że na pewno mają do czynienia z Weasleyem. Hermiona rzuciła Finite Incantatemi Ron zaczął wracać do siebie. Wyjąkał coś niezrozumiałego i chwycił się za rękę, sycząc z bólu. Dziewczyna rzuciła mu się na szyję i przytuliła mocno, najmocniej jak się dało, i zaczęła szlochać cicho, kryjąc twarz w jego brudnej koszulce. Ręce rudzielca automatycznie objęły szczupłe ciało. W pewnym momencie drobna ręka czarownicy zwinęła się w pięść i uderzyła chłopaka najpierw w plecy, potem w ramię, a potem już w pierś.

— Nienawidzę cię, paskudny idioto, nienawidzę cię. Jak mogłeś być tak głupi! — Szloch mieszał się z krzykiem; ujęła piegowatą twarz w dłonie i zaczęła ją całować, przecząc tym samym swoim słowom. — Gdzie byłeś?

— Voldemort — zdołał powiedzieć Ron, przytulając swoją dziewczynę i bezskutecznie próbując zapomnieć o tym wszystkim, co się wydarzyło.

— Voldemort cię złapał? — wyszeptał przerażony Harry. Ron pokiwał głową. — Co wie? — Padło natychmiast kolejne pytanie.

— Nic, nic nie wie. Próbował użyć na mnie legilimencji, ale Lupin mu przeszkodził. Torturowali mnie, ale nic nie wiedzą. Snape mnie uratował. Wypuścił rano i powiedział, że mam się ukrywać przez kilka godzin, a potem wrócić tutaj.

Harry poczuł, że jego serce staje, a przez ciało przechodzi potworny ból.

— Jak to? Snape był tutaj rano, nie mógł cię wypuścić!

Ron otworzył usta, żeby zaprotestować, ale głos uwiązł mu w gardle, kiedy dotarło do niego potworne przypuszczenie.

— Więc… kto to zrobił?

_
* przepraszam wszystkich filologów klasycznych za jakość tłumaczenia — walczyłam z nazwami łacińskimi mając do dyspozycji wyłącznie internet.