Rozdział 11

Głośne bębnienie deszczu o ściany i okna zagłuszało wszystkie ciche dźwięki jakie zwykle wydawał z siebie dom. Tykanie zegarów, naturalne ruchy konstrukcji budynku, czy jakiekolwiek bzyczenie ewentualnych latających owadów było prawie niemożliwe do usłyszenia. Nie było też słychać szelestu jaki musiała z siebie wydawać rozłożona na kanapie warstwa aluminiowej folii pod naciskiem płomiennej istoty.

- "Czyli jesteśmy w grze komputerowej?" - zapytała Phoebe po wysłuchaniu całkiem długich wyjaśnień.

- "Nie do końca…" - podrapała się po głowie różowowłosa, stworzona z gumy dziewczyna siedząca po turecku na kanapie. Miała na sobie świeże ciuchy. Jej poprzednie ubranie nieco się upaćkało podczas ostatniej przygody i zawartego w niej tarzania się w błocku - "Jesteśmy w świecie gry, ale jednocześnie w świecie realnym. Pomijając już fakt, że świat, w którym się aktualnie znajdujemy jest z naszej perspektywy jak najbardziej realny. Prawdopodobnie nasz świat i świat gry w jakiś jeszcze nie znany mi sposób połączyły się powodując przy okazji całkiem spory chaos."

- "Co?" - płomiennowłosa uniosła brew. Pogubiła się już w pierwszej połowie wypowiedzi.

- "Świat gry zderzył się z naszym i wszystko się pomieszało" - powiedziała krótko zlatująca powoli w dół schodów Marcelina. Miała na sobie świeże jeansy i koszulkę z krótkim rękawem. Stopy miała bose.

Podleciała do kanapy i złapała za nią tuż przy miejscu, o które opierała się Bonnibel. Następnie położyła się w powietrzu i rozejrzała po jak zwykle pełnych optymizmu twarzach braci, którzy siedzieli na podłodze przed sofą. Finn wydawał się nawet trochę bardziej radosny niż zwykle. Taki nastrój utrzymywał się od momentu, w którym napotkali na Phoebe w środku ciemnego, błotnistego lasu.

- "Okej…" - żywiołak pokiwał powoli głową - "A macie może jakiś pomysł jak się stąd wydostać? W sensie… Wrócić do normalnej wersji naszego świata…"

- "Dostaliśmy zadanie, które musimy wykonać, żeby wrócić" - odparł Finn. Bonniebel podniosła leżącą tuż obok niej kartkę i pokazała ją ognistej istocie.

- "Dostaliśmy animowany list z dokładnym opisem zadania" - cofnęła kawałek papieru gdy żywiołak wyciągnął po niego dłoń - "Uważaj."

- "Racja…" - dziewczyna cofnęła rękę. Cały ten ogień przeszkadzał coraz bardziej z minuty na minutę. Zwłaszcza w kontaktach międzyludzkich. Powodował nieprzyjemnie dużo niezręcznych sytuacji.

- "Tak swoją drogą…" - odezwał się Jake - "Coś się zmieniło na tej kartce?"

- "Hmm…" - mruknęła niewyraźnie różowa przyglądając się kartce - "Gratulacje. Pokonaliście pierwszy cel. Co prawda powinniście go byli zabić, ale to co zrobiliście jest zadowalające" - przeczytała na głos tekst, który pojawił się na papierze - "Nie zabiliśmy go?" - zdziwiła się.

- "Przecież go rozciąłem na pół" - Finn zmarszczył brwi.

- "Według notki miał mieć jakieś boskie moce" - przypomniał Jake - "Może się zregenerował, czy coś…"

- "Czy to ważne?" - wzruszyła ramionami Marcelina - "Sprawa załatwiona. Nie ma się już czymś przejmować. Możemy po prostu przejść do następnego zadania?"

- "Właściwie…" - mruknęła Bonnibel spoglądając z powrotem na kartkę. Tekst, który się na niej znajdował powoli wyblakł, a w jego miejscu wkrótce pojawił się nowy - "Za wykonanie pierwszego zadania chciałbym was wynagrodzić. Otrzymacie zaraz jeden przedmiot, który przyda się któremuś z was w przyszłości" - przeczytała na głos.

Gdy wypowiedziała ostatnie słowo, w powietrzu nad środkiem pomieszczenia coś zaczęło się materializować. Najpierw w przestrzeni unosił się szczegółowy szkic miecza, który po chwili wypełnił się kolorem. Sekundę później pojawiło się również cieniowanie, a następnie wszystko to zostało zastąpione kilkoma szarymi klockami materii. Bloczki szybko straciły swój kształt. W ich miejscu pojawił się uproszczony, kanciasty model narysowanej przed sekundą broni. Struktura w mgnieniu oka wygładziła się, a większość zawartych w niej kątów zamieniła się w łuki i krągłości. Krawędzie ostrza zaostrzyły się, a na jego końcu pojawił się szpic. Gdy kształt miecza był identyczny jak ten wcześniej naszkicowany, na szarej materii zaczęły się pojawiać kolory. Najpierw całość zrobiła się perłowo-biała. Następnie znajdująca się nad rękojeścią kula zrobiła się ciemno niebieska. Na koniec na to wszystko zostały nałożone odpowiednie tekstury - białe części zalśniły wypolerowanym na wysoki połysk metalem, a osadzone nad uchwytem "oko" zaczęło wyglądać jakby zostało zrobione ze szkła.

Gotowa broń powoli obróciła się w powietrzu, prezentując się wszystkim dookoła, po czym spadła i wbiła się czubkiem ostrza w wyłożoną panelami podłogę. Bonnibel zmarszczyła brwi na ten widok.

Finn podniósł się ze swojego miejsca na podłodze i powoli podszedł do ostrza. Od początku wpatrywał się w nie z zachwytem, ale teraz wyglądał jak zahipnotyzowany. Złapał za wykonaną z białego metalu rękojeść, która okazała się być idealnie dopasowana do jego dłoni, po czym bez trudu podniósł broń. Machnął nią kilka razy na próbę, po czym wycofał się i usiadł z powrotem na podłogę. Zaczął się dokładnie przyglądać perłowej powierzchni układając co chwilę usta w nieme "wow".

- "Czy właśnie widzieliśmy proces projektowania przedmiotu do gry?" - uniosła brew Marcelina.

- "Tak to wyglądało…" - mruknęła Bonnibel. Następnie znów zerknęła na kartkę, która zdążyła się tymczasem nieco zmienić - "Chyba mamy kolejny cel" - powiedziała - "Hunson Abadeer" - przeczytała imię, które pojawiło się na papierze - "Ale kompas nie działa. Wskazówka kręci się dookoła…"

- "Hunson kto?" - czarnowłosa zmarszczyła nosek i przesunęła się tuż za różowowłosą próbując zajrzeć jej przez ramię.

- "Abadeer. Kojarzysz coś?" - zapytała różowa.

- "Ja kojarzę" - wtrącił się Jake - "Lore gry wspomina o nim. Władca Nocosfery. Czyli coś w rodzaju diabła… I przy okazji jeden z twórców."

- "Cóż… JA też go kojarzę" - wampirzyca posłała magicznemu psu wściekłe spojrzenie - "Bo tak się składa, że moje nazwisko brzmi właśnie Abadeer, a Hunson Abadeer jest moim ojcem. Słabym swoją drogą…" - dodała na tyle cicho, że usłyszała ją tylko Bonnibel - "Stąd tak swoją drogą miałam dostęp do bety. Później wygrałam jeszcze konkurs, ale nawet bez niego miałabym dostęp do gry" - kontynuowała - "Nie wiedziałam nawet, że on gra w tą grę… Albo grał… Nie wiem jak to teraz określić..."

- "A dlaczego właściwie ten rysowany kompas zachowuje się jak… jak się zachowuje?" - skrzywiła się Bonnibel.

- "Może dlatego, że Hunson Abadeer siedzi w Nocosferze?" - zaproponował Jake wzruszając ramionami.

- "Jak zamierzacie się tam dostać?" - zapytała Phoebe. Sama nie zamierzała się nigdzie wybierać.

- "Przez portal" - czarnowłosa oraz pies odpowiedzieli praktycznie w tym samym momencie.


Nie było większego sensu rozchodzić się na noc do własnych domów. Z jednej strony dlatego, że powrót do Candy Kingdom zająłby trochę czasu, a z drugiej, że zwykłe miejsca zamieszkania przyjaciół były dość… obce. Całe szczęście w pomieszczeniach, w których normalnie mieszkała Bonnibel było wystarczająco łóżek oraz mebli, na których dało się w miarę wygodnie wyspać.

Znajdującą się w salonie sofę zajęła Phoebe. Z uwagi na jej ognistą fizjonomię, mebel trzeba było owinąć co najmniej trzema warstwami folii aluminiowej. Takie ilości owego materiału udało się jakimś cudem uzyskać w pałacowej kuchni.

Finn i Jake pożyczyli sobie łóżko, z którego zwykle korzystała Marcelina. Bracia już po kilku minutach spania poplątali i porozrzucali całą pościel. Jedna z poduszek w jakiś tajemniczy sposób zdołała dotrzeć aż pod drzwi do pokoju.

Bonnie oraz czarnowłosa zajęły ostatnie wolne łóżko. Położyły się plecami do siebie na różowym meblu stającym wewnątrz różowego pomieszczenia, przykryły się różową kołdrą i zapadły w sen. A przynajmniej spróbowały to zrobić. Wampirzyca miała problem z zaśnięciem z jakiś nieokreślonych powodów. Możliwe, że chodziło o spanie w tym samym łóżku co jej przyjaciółka. Nowe otoczenie oraz wydarzenia z minionego dnia również mogły się do tego przyczynić.

Różowowłosa nie mogła zmrużyć oka z nieco innych powodów. Od rozmowy podczas czytania animowanego listu strasznie męczyła ją kwestia ojca Marceliny. Wyraźnie usłyszała jak dziewczyna szepnęła, że Hunson nie był zbyt dobrym rodzicem. Zaczęła wtedy rozmyślać na ten temat. Nie przypominała sobie jednak, żeby czarnowłosa kiedykolwiek powiedziała coś o jakimkolwiek członku swej rodziny innym niż Simon. Jeśli ten niedawno zmarły mężczyzna był w ogóle z nią spokrewniony.

- "Marcy?" - wyszeptała nie odwracając się w stronę wampirzycy.

- "Hm?"

- "Śpisz?" - zapytała stwierdzając, że to jedna z najgłupszych rzeczy, o którą można zapytać właśnie obudzoną osobę.

- "Nie…" - odparła dziewczyna. Również nie zmieniła pozycji. Wpatrywała się w jakiś punkt na ścianie lub drzwiach pokoju - "Co jest?"

- "Chciałam cię zapytać o jedną rzecz…"

- "Dawaj."

- "Wtedy kiedy mówiłaś o swoim ojcu…" - zawiesiła się na chwilę. Zastanawiała się, czy zacytować czarnowłosą, czy może po prostu spytać. W końcu zdecydowała się na to drugie - "Nigdy o nim nie wspominałaś…"

- "Bo nie chciałam wspominać" - odpowiedziała cicho - "To jest… umm… trudny temat…"

Bonnibel chciała się odezwać i powiedzieć jej, że nie musi mówić jeżeli nie chce, ale nie zdążyła nawet otworzyć ust.

- "Ale cóż się dziwić… Nie był dobrym ojcem…" - westchnęła Marcelina. Jej głos zatrząsł się lekko. Prawie niezauważalnie - "Niedługo po tym jak moja mama zmarła przekazał mnie pod opiekę swojego przyjaciela. Simona Petrikowa. W praktyce mnie porzucił. Nie widziałam go na żywo od tamtego czasu. Raz na jakiś czas wysyła e-mail, czy list… Ale to i tak więcej niż wcześniej… Przez dwa lata od śmierci mamy, kiedy się mną opiekował, widywałam go góra raz dziennie. Odprowadzał mnie do przedszkola, a przez cały dzień był zajęty najpierw swoją małą firmą, a potem tym studiem… Jeden z jego pracowników odbierał mnie z przedszkola" - zaśmiała się niezbyt wesoło.

Po tych słowach na kilka minut zapadła głucha cisza. Czarnowłosa wciąż wpatrywała się w jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni starając się upchnąć niemiłe wspomnienia z dzieciństwa na samym dnie mózgu. Gdzieś w okolicy dziury, w której zalegały wszystkie jej lęki.

Różowowłosa tym czasem tylko leżała i czuła się niekomfortowo. Wiedziała, że takie wyznania nie mogły być łatwe dla jej przyjaciółki i nie za bardzo miała pomysł na to jak ją pocieszyć. W końcu postanowiła zrobić najprostszą możliwą rzecz, którą mogła teraz zrobić. Odwróciła się w stronę czarnowłosej i powoli przesunęła się w jej stronę. Delikatnie wsunęła rękę pod wampirzycę i objęła ją na wysokości brzucha. Oparła podbródek na jej barku.

- "Właściwie to nawet dobrze, że mamy walczyć z moim ojcem…" - powiedziała cicho. Nie zaprotestowała czując oplatające ją ręce, co ucieszyło różową - "Będę miała okazję skopać mu tyłek…"


- "To jak właściwie otwiera się ten portal?" - zapytał Finn żując kawałek naleśnika, których Jake przygotował całkiem spory stos.

- "Potrzeba narysować taką śmieszną buźkę, oblać ja robaczym mlekiem, a potem wypowiedzieć odpowiednią formułkę" - odparła Marcelina przerywając na chwilę wysysanie koloru ze znalezionej gdzieś w koszu z owocami truskawki - "Nic trudnego" - wzruszyła ramionami.

- "Szkoda tylko, że nie mamy takiego mleka w lodówce" - powiedział magiczny pies zatrzaskując drzwi wspomnianego urządzenia.

- "W kuchni pałacowej też nie ma" - czarnowłosa ponownie wzruszyła ramionami - "Sprawdzałam rano."

- "To co? Pójdziemy po to do jakiegoś sklepu?" - zapytała Bonnibel unosząc brwi.

- "Tu w ogóle istnieją jakieś sklepy?" - zdziwiła się siedząca na wyłożonym folią aluminiową taborecie Phoebe.

- "W grze można było kupić od cholery różnych itemów w takim jednym supermarkecie" - przypomniał sobie pies - "Całkiem niedaleko stąd…"

Tym razem nie było tłumu słodyczan odprowadzających owacjami swoją królewnę i bohaterów. Udało im się zniknąć po cichu. Przekraść nieuczęszczanymi drogami, przeczołgać tajemnymi przejściami i wyjść za mur tylną bramą.

Dotarcie do "supermarketu" nie zajęło dużo czasu - droga była rzeczywiście niedługa. Wystarczyło przedreptać przez lekko podmokły od ostatniej ulewy las oraz całkiem sporą łąkę, na którą rzucały cień latające wyspy. Wiele z nich przemieściło się lub trafione błyskawicą spadło. Jeden taki skalny wrak minęli jakieś sto metrów od sklepu. Na jego szczycie znajdowały się nędzne resztki murowanej wierzy z drewnianym wiatrakiem. Całość kiedyś służyła zapędzaniu wiatru do mielenia mąki.

Cel przyjaciół - budynek w kiepskim stanie - stał zaraz na następnym wzgórzu. Znajdujące się od frontu szyby, które służyły zarówno jako okna jak i drzwi były potwornie upaskudzone kurzem i czymś tłustym. Szare smugi świadczyły o tym, że ktoś kiedyś próbował szkło umyć, ale poległ zanim zdrapał choćby kawałek brudu. Nad samym wejściem znajdował się neon reklamujący sklep. Był zakurzony i pełen martwych robali, które wleciały do środka przez liczne liczne pęknięcia w niegdyś kolorowych i pełnych gazów szlachetnych rurkach. Od strony wnętrza marketu, na szklanych drzwiach wisiała niewielka tabliczka z napisem "otwarte", który ledwo był widoczny przez warstwę brudu.

- "To kto idzie kupić mleko?" - zapytała unosząca się kilkanaście centymetrów nad porośniętą wysoką trawą i kwiatami ziemią Marcelina. Pozostali stali obok i wpatrywali się z niechęcią w niechlujny budynek.

- "Ja pójdę!" - odezwał się Finn. Zanim zaczął mówić przestudiował twarze przyjaciół, po czym wypiął pierś, żeby wywołać odpowiednią reakcję.

- "Okej. Ale nie licz, że ja tam z tobą pójdę" - powiedział Jake.

Blondyn nieco oklapł, ale było za późno, żeby się wycofywać. Upewnił się, że jego nowy miecz znajduje się tam gdzie powinien i daje się łatwo wyciągnąć, po czym ruszył prosto do wejścia.

Popchnięte drzwi otworzyły się z trudem i cichym skrzypieniem oraz dzwonieniem zawieszonego nad nimi dzwonka. Wnętrze było zalane zimnym światłem halogenów, które zastępowały odcięte brudem światło słoneczne. Całe wnętrze budynku wypełnione było półkami. Przy jednej ze ścian stała wielka lodówa z nabiałem i mrożonkami. Po lewej od wejścia znajdowała się kasa, za którą stał niewysoki typek. Miał na sobie fioletowy T-shirt z logiem sklepu i pokaźną kolekcją plam. Na głowie, poza zasłaniającą oczy, brązową czupryną, która nie widziała prysznica od miesięcy, nosił czapkę z daszkiem. Miała ten sam kolor co koszulka, a na jej przodzie znajdowały się resztki loga sklepu. Skóra kasjera miała dziwny odcień niebieskiego. Kolor przechodził miejscami w zieleń i nieco przypominał wymiociny. Obecne na ciele osobnika brodawki tylko potęgowały to wrażenie.

Finn grzecznie skinął głową w kierunku dziwacznego indywiduum i ruszył w stronę widocznej już od wejścia lodówki. Ze zdziwieniem zorientował się, że ułożone na półkach produkty nie są w najlepszym stanie. Zdecydowana większość przekroczyła termin ważności dobre kilka wieków temu i prawdopodobnie była zdolna do zabicia głodnego nieszczęśnika samym zapachem. Albo gradem pocisków wypuszczonych przez miniaturową cywilizację narodzoną w puszce z mielonką.

Po budynku walało się niezwykle dużo pajęczyn. Podłoga pokryta była najróżniejszymi śmieciami, kurzem i wydzielającą nieprzyjemny smrodek, cienką warstwą nieznanej masy, na której całkiem łatwo można było się poślizgnąć.

Sama lodówka oraz znajdujące się w niej żarcie również nie znajdowały się w najlepszym stanie. Urządzenie umarło już jakiś czas temu, a wszystko co się w nim kryło zostało rozmrożone. Pomiędzy różnymi rodzajami mleka Finn odnalazł pudełko, na którym znajdował się obrazek z robakami oraz stosowna nazwa. Kartonik był pokryty grubą warstwą kurzu. Chłopak zdmuchnął większość, po czym zaczął uważnie oglądać opakowanie w poszukiwaniu daty przydatności do spożycia. Zrobiło mu się zimno gdy ją w końcu znalazł. Nie miał jednak wielkiego wyboru, więc zabrał mleko ze sobą i odwrócił się w stronę kasy.

Pierwszą rzeczą którą zobaczył był szkielet wciśnięty w półkę. Blondyn nachylił się nad nim, żeby się przyjrzeć. Każda kość była wręcz wylizana do czysta z jakiejkolwiek materii organicznej. Kończyny były połamane, a na nogach wisiały resztki jeansowych spodni. Z fragmentu, który był niegdyś paskiem zwisał identyfikator pracownika z logiem sklepu i zdjęciem jakiegoś śmiesznego człowieczka. Szczegółów nie dało się odczytać przez warstwę kurzu, a Finnowi nie za bardzo się chciało obmacywać trupa i jego dobytku. Wyprostował się i zwrócił z powrotem w kierunku kasy, gdzie niestety czekała go kolejna niespodzianka.

Wielkie coś o skórze w kolorze rzyguśnym zasłaniało mu widok na wyjście. Na czubku stwora zatknięte były fioletowe ciuchy i skalp z włosami poprzedniego kasjera. Dolna część potworka składała się głównie z grubych, pokrytych brodawkami macek, które rozlewały się po kilku alejkach.

- "Eeem… Dzień dobry?" - odezwał się niepewnie Finn zastanawiając się jakim cudem olbrzymie monstrum zmieściło się wcześniej za kasą.

Potwór gwałtownym ruchem rozerwał przebranie kasjera. Następnie rozłożył górne macki, które się pod nim kryły na wzór olbrzymiego kwiatu. Wewnątrz znajdował się pulsujący zwój jasno-różowych wici, który powoli rozwinął się ujawniając pozbawioną jakichkolwiek zębów paszczę. Głośny ryk jaki się z niej dobył sprawił, że brudne szyby zatrzęsły się w oknach.

Finn nawet nie sięgnął po miecz. Wiedział, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo w tak ograniczonej przestrzeni. Wystarczyło, żeby monstrum machnęło mackami, a cały syf zgromadzony na pokrytych kurzem półkach zacząłby latać i prędzej czy później jakaś zagubiona puszka z przegniłą mielonką, czy fragment jakiegoś mebla zmieniłby głowę chłopaka w woreczek pełen krwawego gluta z kostną wkładką.

Blondyn nie tracił czasu. Ściskając karton z mlekiem w ręce puścił się biegiem wzdłuż lodówki, po czym skręcił w pierwszą alejkę, która była wolna od oślizgłych macek. Przyśpieszył czując, że monstrum się rozpędza i zaraz rozpocznie się śmieciowa burza. Ostatnie kilka metrów pokonał długimi susami, a drzwi prawie wyłamał z zawiasów po tym jak otworzył je kopniakiem.

Wyskoczył na otaczającą sklep łąkę i pognał w stronę przyjaciół, którzy słysząc hałas odwrócili się w stronę budynku i zaczęli śledzić Finna zdziwionymi spojrzeniami. Na wyjaśnienie sytuacji nie musieli czekać długo. Ledwie kilka sekund po blondynie, z supermarketu wylazło monstrum. Albo raczej wytoczyło się. Przy okazji rozbijając wszystkie szyby i krusząc kawałek dachu.

- "Co to do cholery jest?" - wrzasnęła Marcelina ściągając z pleców topór.

- "Nie mam pojęcia!" - wykrzyknął Finn lądując na trawie pomiędzy przyjaciółmi. Kilkoma szybkimi ruchami upchnął karton z mlekiem w plecaku i dobył nowiutki miecz.

- "Wygląda na to, że nie możemy się obejść bez kłopotów…" - westchnęła Bonnibel łapiąc za karabin i odbiegając na jakąś bezpieczniejszą pozycję.

Phoebe zrobiła to samo, tyle że z drugiej strony bestii, a Jake uformował łapy w maczugi i dołączył do brata. Monstrum zatrzymało się tuż przed nimi, po czym zaczęło młócić powietrze swoimi długimi mackami. Pies praktycznie natychmiast został odrzucony daleko w tył. Chłopak zdołał odciąć jedną z macek, ale zaraz również został posłany w powietrze. Okazało się, że kończyny stwora są niezwykle wytrzymałe. Ich struktura poważnie utrudniała cięcie i prawdopodobnie ułatwiała potworowi miażdżenie kości.

Wampirzyca zanurkowała w stronę monstrum i zręcznym machnięciem toporem rozcięła jego grzbiet. Szybko musiała się jednak ewakuować. Bestia spróbowała bowiem się do niej dobrać, a robienie uników z parasolką w ręce było nieco skomplikowane.

Gdy czarnowłosa usunęła się z pola bitwy, zaczęła się odzywać strzelecka część zespołu. Jedna strona potwora została zmieniona w krwawiące czarną, gęstą mazią sito, a drugą potężnie przysmażyły ogniste kule, którymi ciskała płomiennowłosa. Bestia zawyła z bólu i szeroko rozłożyła górne macki odsłaniając swój obślizgły pysk i stwarzając doskonałą okazję na skuteczny atak.

Okazję, którą Finn z ochotą wykorzystał. Chłopak dobył miecz z białego metalu i wyskoczył w stronę potwora. Wylądował na miękkiej stronie jego górnych macek i zaczął rąbać. Wszędzie dookoła latały różowe wicie i czarna krew, a po chwili odpadło nawet kilka grubych, oślizgłych kończyn. Monstrum zdążyło się w końcu otrząsnąć i zamaszystym machnięciem zrzuciło z siebie młodego bohatera. Nie na długo jednak powstrzymało przeciwników przed atakami. Wrócił bowiem Jake i przyprowadził ze sobą powiększoną najmocniej jak się dało pięść. Potężne uderzenie wkomponowało obrzydliwe stworzenie w trawnik.

Sytuację wykorzystała Phoebe. Stanęła przed otwartą paszczą i wypuściła z dłoni strumień ognia, który dostał się prosto do wnętrza stwora. Bestia usmażyła się od wewnątrz na skwarkę. Kopcące się cielsko szybko zaczęło wydzielać okropny odór, który sprawił, że przyjaciele odsunęli się aż pod sklep.

- "Eeem… Co to?" - odezwała się nagle Marcelina. Wskazywała w kierunku dalszej części łąki, która ciągnęła się za sklepem.

- "Hm?" - zapytała Bonnibel spoglądając we wskazywanym kierunku. Podobnie, tyle że już w ciszy, zrobili pozostali.

W porośniętej trawą i kwiatami ziemi ziała olbrzymia dziura. I to nie taka zwykła, o nie. Otwór był wypełniony całkowitą nicością. Nie miał ścian, ani zapewne dna. Coś jak błąd modeli i tekstury kawałka terenu w grze.

- "Ciekawe co się stanie jak tam wlecę…" - zastanowiła się czarnowłosa.

- "O nie! Nigdzie nie wlecisz!" - powiedziała zdecydowanym tonem różowa jednocześnie łapiąc wampirzycę za ramię.

- "Pewnie, że nie wlecę" - zaśmiała się Marcelina. Poczochrała gumowe włosy królewny.

- "To może coś tam chociaż wrzućmy" - zaproponował Jake.

Jego młodszy brat nie czekał aż ktoś oceni ten pomysł. Na chwilę zniknął za rogiem budynku, po czym wrócił z kawałkiem skruszonego dachu. Zrobił mały rozbieg, po czym cisnął kamień w stronę nicości. Kawał gruzu bez problemu wleciał w dziurę. Zaraz jednak zaczął zmieniać kolory i tracić kształt. Po sekundzie po prostu zniknął.

- "Cóż… Po prostu się do tego nie zbliżajmy, okej?" - odezwała się Bonnibel - "I zacznijmy całą tą zabawę z portalem."

- "Się robi" - powiedziała Marcelina chwytając za plecak Finna, który wciąż znajdował się na plecach chłopaka. Wyciągnęła z niego kawałek kredy oraz nieco zdeformowany kartonik z robaczym mlekiem, po czym zbliżyła się do ściany. Na szaro-brązowym, chropowatym tynku narysowała duży okrąg, a w jego wnętrzu parę ukrytych za okularami oczu oraz wykrzywione w dziwacznym uśmiechu usta. Na koniec oblała rysunek potwornie śmierdzącym mlekiem i marszcząc lekko nos wypowiedziała zaklęcie - "Maloso vobiscum et cum spiritum!"

- "Łacina?" - zdziwiła się nieco Bonnible.

Nikt jednak nie zwrócił uwagi na jej słowa. Przyjaciele byli zbyt zajęci wgapianiem się w to co się działo ze ścianą. Przez jej środek przechodziło bowiem rozszerzające się z sekundy na sekundę pęknięcie podświetlone jakimś dziwnym, pomarańczowym blaskiem. Nagle ze szczeliny wystrzeliły płomienie, a po okolicy rozeszła się fala gorąca. Mur otworzył się niczym kurtyna odsłaniając okrągłe przejście. Wewnątrz szalał ogień i słychać było krzyki i pełne bólu jęki.

- "Eemm… Mamy tam wejść?" - Jake uniósł brew.

- "Nie ma potrzeby" - z portalu dobiegł niepokojący śmiech. Nagle w ogniu pojawiły się wyglądające na ludzkie organy wewnętrzne. W ułamku sekundy zostały obklejone kolejno kośćmi, mięśniami, niebieskawo-szarą skórą oraz czarnym garniturem - "Doszły mnie słuchy, że ktoś mnie szuka."

Przyjaciele cofnęli się o kilka kroków szykując jednocześnie broń. Marcelina zmierzyła demona pełnym wściekłości spojrzeniem.

- "Muszę wam podziękować za ściągnięcie mnie tutaj" - mężczyzna wyszczerzył się - "Zastanowię się nad nie pożeraniem waszych dusz."

- "Do ataku!" - wrzasnął Finn biorąc zamach i ruszając w kierunku szaroskórego.

Na Hunsonie Abadeerze nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Machnął rękami, które w trakcie ruchu zmieniły się w czarne macki i odrzucił atakującego i jego towarzyszy daleko w tył. Tylko Marcelina zdążyła zrobić unik. Podleciała w górę i ściskając parasolkę w jednej, a topór w drugiej dłoni zanurkowała w stronę władcy demonów. Machnęła bronią, ale mężczyzna zrobił błyskawiczny unik i znalazł się obok niej.

- "Marcelino! Nie poznałem cię z początku…" - zaśmiał się serdecznie - "Nie spodziewałem się ciebie tu spotkać…"

Dziewczyna tylko warknęła wściekle, po czym po raz kolejny spróbowała skrócić demona o głowę. Czarnowłosy mężczyzna uchylił się, a następnie szybkim ruchem wytrącił jej broń z dłoni. Drugą ręką złapał ją za gardło i przytrzymał w miejscu. Wampirzyca odruchowo upuściła parasol i spróbowała oderwać szare paluchy od swojej szyi. Nie trzeba było długo czekać na efekt wpływu światła słonecznego na wampirzą skórę. Na normalnie gładkiej i dość chłodnej powierzchni pojawiły się dymiące lekko plamy poparzeń. Marcelina zaczęła charczeć i szarpać się. Chciała jak najszybciej odpełznąć w cień.

- "Niegrzecznie jest próbować zabić własnego ojca" - pokręcił głową nie spuszczając wzroku z wijącej się z bólu dziewczyny. W końcu cisnął ją na bok i otrzepał garnitur z niewidzialnego kurzu. Czarnowłosa podniosła się na rękach i podpełzła pod porzucony gdzieś w trawie parasol. Skuliła się w cieniu - "Chyba zmienię zdanie na temat pożerania dusz twoich przyjaciół, Marcelino" - rzucił, po czym spojrzał w kierunku, w którym polecieli napastnicy sprzed kilku chwil.

Zanim zdążył zrobić cokolwiek innego, w jego głowie pojawiła się dymiąca dziura wielkości dwóch pięści. Kawałki kości i czerwonej, mielonej materii organicznej zniknęły z sykiem we wciąż otwartym portalu.

Nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Znaczy się… normalnie też by nie zrobiło. Normalnie padłby po prostu na ziemię bez życia. Nie tak łatwo jednak zabić władcę świata demonów. Dziura zarosła w kilka sekund. Wściekłe spojrzenie demona spoczęło na strzelcu, który odważył się zrobić coś takiego. W mgnieniu oka mężczyzna zrobił się większy o jakieś dwa metry. Jego głowa zrobiła się wielka i jasnozielona. Usta stały się pionowe i pełne ostrych zębów. Na górze olbrzymiego łba wyrosła para rogów, a na dole masa czarnych macek i dziwnych, zielonkawych woreczków.

Bonnibel czym prędzej zarzuciła karabin na plecy i rzuciła się do ucieczki. Na niewiele się to zdało. Została złapana macką za nogę i przyciągnięta w pobliże gigantycznej paszczy. Demon wyssał jej duszę bez trudu, po czym cisnął jej ciało niczym szmacianą lalkę. Oczy dziewczyny zrobiły się całkowicie białe, a twarz przestała wyrażać cokolwiek.

Pozostali zdążyli się już pozbierać i obserwowali z przerażeniem to co działo się z ich przyjaciółką. Pierwsza otrząsnęła się i postanowiła zaatakować Phoebe. Wystrzeliła w powietrze i zrzuciła na potwora deszcz ognistych kul. Niewzruszony władca demonów poczekał aż dym i płomienie nieco ustąpią, po czym po prostu złapał żywiołaka nienaturalnie wielką ręką. Płomiennowłosa wrzasnęła z bólu, ale jej krzyk szybko się urwał. Ucichła natychmiast po tym jak demon pożarł jej duszę. Ulepione z ognia ciało uderzyło w trawę i natychmiast wywołało niewielki pożar.

Wielkogłowa kreatura rozejrzała się po okolicy, po czym zaśmiała się i zaczęła maszerować w niesprecyzowanym kierunku.

- "Musimy go zatrzymać stary" - powiedział Finn ściskając miecz. Razem z Jake'iem siedzieli w krzakach, w które posłał ich pierwszy cios Hunsona.

- "Ciekawe jak…" - pokręcił głową pies - "Widziałeś co on przed chwilą zrobił?"

- "Jeśli go nie pokonamy, to pożre więcej dusz" - odparł chłopak - "A PB i Phoebe zostaną takie..." - wskazał leżące w trawie dziewczyny - "...na zawsze."

- "Wiem!" - krzyknął lekko spanikowany Jake - "Ale co zamierzasz zrobić?"

- "Mam pomysł…" - oznajmił po chwili rozmyślania blondyn.

Hunson zatrzymał się w połowie łąki i ponownie rozejrzał. Większość terenu, który widział była gęsto zalesiona, co utrudniłoby mu poruszanie się. Nie chciało mu się pomniejszać ani potykać o drzewa, więc postanowił cofnąć się i spróbować przejść w innym miejscu.

Po kilku długich krokach stanął przy ruinie sklepu, w którego ścianie jego córka i jej przyjaciele otworzyli portal. Na dachu budynku coś stało.

- "Ej ty! Oddawaj dusze naszych przyjaciół!" - wrzasnęła ludzka twarz wystająca z paszczy żółtego magicznego psa, który przybrał postać umięśnionego humanoida.

Gdyby nie ta cała demoniczna forma, Hunson zapewne uniósłby brew albo zrobił coś podobnego. Teraz tylko wystrzelił w stronę dziwnego tworu jedną z czarno-fioletowych macek. Ubrany w Jake'a Finn zrobił unik i pozwolił kończynie wbić się w rozsypującą się budowlę, a następnie złapał za nią i pociągnął w swoją stronę. Demon zachwiał się i zrobił krok do przodu, żeby zachować równowagę. Spróbował złapać przeciwnika ręką, ale ten wskoczył na jego ramię, odbił się i uderzył w zielonkawe, półprzejrzyste woreczki, które wisiały pod olbrzymią głową.

Władca Nocosfery ponownie się zachwiał i ponownie musiał postawić krok - tym razem w tył. Jednocześnie wykrztusił z siebie dwa białe dymki, które uleciały w niebo, zrobiły kilka pętli i zanurkowały w stronę leżących w trawie dziewczyn.

Finn i Jake wylądowali gdzieś za olbrzymem i szybko ocenili sytuację. Podnieśli rękę i rozciągnęli ją w kierunku olbrzymiej głowy. Pokryta żółtym futrem kończyna owinęła się kilka razy dookoła tego co normalnie powinno być szyją. Następnie zaczęli biec za supermarket. Przeciągnęli w ten sposób stawiającego opór demona o dobre dwadzieścia metrów. Gdy byli już pewni, że znajduje się w odpowiedniej pozycji, obiegli go tak, żeby znajdować się za nim i rozdzielili się. Pies związał łapą nogi przeciwnika, a następnie wyrzucił brata w stronę tyłu jego głowy. Chłopak wbił się nogami w jasno-zielone cielsko, po czym najmocniej jak potrafił wybił się z powrotem w stronę ziemi.

Demon ponownie się zachwiał, ale tym razem nie mógł zrobić nic, żeby złapać równowagę. Poleciał na twarz, ale zatrzymał się kilka metrów nad ziemią. Wzdrygnął się nienaturalnie, a przez jego ciało przeszła fala cyfrowych błędów grafiki. Po chwili jego pozbawione głowy cielsko padło na trawę i w kilka sekund rozsypało się w stosik pyłu.

- "Ej, PB" - Jake nachylił się nad różową, która powoli zbierała się z ziemi. Finn pomagał w tym czasie Phoebe - "Wszystko okej?"

- "Wszystko jest w porządku" - odparła dziewczyna podnosząc się gwałtownie. Zatoczyła się i zaczęła w panice rozglądać po otoczeniu. Jej wzrok spoczął na porzuconej niedaleko budynku parasolce i leżącym kilka metrów od niej charakterystycznym, czerwonym toporze - "Marcy!" - wrzasnęła i puściła się biegiem w tamtą stronę.

Gdy dobiegła do parasolki natychmiast padła na ziemię. Nie ze zmęczenia. Nie chciała tracić czasu na kucanie i nie mogła odsuwać parasola. Wczołgała się w cień metalowej, pokrytej czarną tkaniną konstrukcji. Znalazła tam skuloną czarnowłosą. Dziewczyna miała całe ciało pokryte śladami oparzeń i leżała w całkowitym bezruchu z oczami szczelnie zamkniętymi.

- "Marcy?" - Bonnibel wyciągnęła rękę i ostrożnie dotknęła policzka wampirzycy.

- "Bonnie?" - Marcelina otworzyła oczy i spojrzała prosto na różowowłosą - "Poszedł już sobie? Nic ci nie zrobił?"

- "Finn i Jake go załatwili" - powiedziała uśmiechając się i nie zdejmując dłoni z twarzy szaroskórej.

Przez tydzień nie mogłem skupić się na pisaniu... To było straszne :I

Ale w końcu udało mi się napisać ten rozdział. I przyzwyczajcie się... Nowe rozdziały będą pojawiały się rzadziej. Skończyły się wakacje.

No nic... Recenzujcie, pytajcie itp, itd... Mam nadzieję, że się podobało.

~MasterSkorpius