Ile czasu siedziała przy Zoey? A raczej przy ciele Zoey? Minęło kilka minut, czy kilka godzin? Dlaczego nikt ich jeszcze nie zauważył? A może to i lepiej?

Ginny powoli wstała. Miała tak miękkie kolana, że musiała przytrzymać się ściany, by nie upaść na podłogę. Wzięła głęboki oddech i spojrzała na martwą przyjaciółkę. Poczuła, jak w jej gardle tworzy się wielka gula. Klatka piersiowa, która się nie unosi, blade ciało pokryte krwią i duże, niebieskie oczy wpatrzone w sufit. Dziwnie puste i mętne, jakby z nich również uleciało życie.

Musi kogoś powiadomić, musi stąd odejść... Nie może w nieskończoność patrzeć na martwe ciało Zoey z głupią nadzieją, że ona nagle ożyje, albo wstanie i z uśmiechem na ustach powie, że to zwykły żart...

Szybko skierowała się do pokoju wspólnego i wpadła przez drzwi niczym burza. Kiedy tylko znalazła się w środku, całe pomieszczenie zamilkło nagle, wlepiając w nią ciężkie do zinterpretowania spojrzenia. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że jest cała umazana krwią.

- Coś ty zrobiła? - Wypowiedź Pansy miała być zapewne jadowita, ale strach w jej głosie był zbyt słyszalny. Ginny zignorowała ją, szukając wzrokiem kogoś, kto mógłby jej pomoc. Podświadomie chyba wiedziała nawet, kto mógłby to być.

W końcu go odnalazła - siedział na kanapie wraz z Zabinim i patrzył na nią, podobnie jak wszyscy, z mieszaniną strachu i zaciekawienia. Wydawał się być jedynie trochę bardziej opanowany w tym wszystkim.

- Chodź - szepnęła do Notta niemal błagalnie, wyciągając do niego umazaną krwią rękę.

Nie dał się długo przekonywać. Bez słowa chwycił jej dłoń, po czym wyszli z pokoju wspólnego.

- Chodzi o Zoey - wyjaśniła drżącym głosem, prowadząc go korytarzem. Skinął głową spokojnie.

Zoey znajdowała się dokładnie tam, gdzie poprzednio. Wciąż tak samo nieruchoma, wciąż zimna i nieżywa. Ginny widziała wszystkie oznaki, świadczące o tym, że jej przyjaciółka nie żyje, jednak wciąż nie była w stanie przyjąć tego do wiadomości.

Ciężko było odczytać cokolwiek z wyrazu twarzy Notta. Kiedy patrzył na martwe ciało Zoey miał zupełnie kamienną twarz. Jedynie, gdy wziął ciężki, głęboki oddech, widać było, że widok ten jest dlań naprawdę ciężki.

- Nie żyje - powiedziała Ginny cicho i ledwie słyszalnie. Wydawało jej się, że te słowa same wydostały się z jej ust. - Ona umarła. Widziałam to, Nott. Byłam przy tym.

Miała wrażenie, że to ktoś obcy wypowiedział te zdania. Zdania, które uderzyły ją z mocą tysiąca tłuczków, uświadamiając, że to wszystko nie jest snem.

Pchana jakimś nieznanym impulsem, mocno przytuliła się do Notta, pozwalając sobie na kilka łez. Zawsze mówiła sobie, że trzeba być twardym w każdej sytuacji, albo przynajmniej starać się nie załamywać. Jednak to, co się stało, ją przerosło. Wszystko działo się tak szybko, nieoczekiwanie i nagle...

Nott przycisnął ją mocno do siebie.

- Słuchaj uważnie - szepnął jej do ucha. - Pójdziesz teraz do dormitorium, weźmiesz prysznic, żeby zmyć tę krew, a później położysz się spać. Rozumiesz, Weasley? Ja pójdę po kogoś... A ty nikomu nie mów o tym, co się stało. Odpocznij po prostu, a cała reszta dowie się w swoim czasie.

Ginny odsunęła się od niego i pokiwała gorliwie głową, po czym bez słowa wróciła do pokoju wspólnego.

Kilka osób zaczepiło ją w drodze do dormitorium. Nie była jednak w stanie zarejestrować kto to był, czy co do niej mówili. Miała wrażenie, jakby oddzielona była od nich niewidzialną mgłą, która nie przepuszcza żadnych dźwięków i rozmywa obraz.

Znalazłszy się w dormitorium, od razu poszła pod prysznic, tak, jak kazał jej Nott. Mimo tego, że woda była gorąca, jej ciało było w całości pokryte ciarkami, kiedy oglądała jak krew wraz z wodą znikają w spływie.

Zasnęła szybko, budząc się jednak kilkukrotnie co jakiś czas. Przy każdym obudzeniu rozglądała się nieprzytomnie po pokoju, jednak za każdym razem była w nim sama.

- Hej - szepnęła cicho Daphne, kiedy Ginny po raz kolejny się zbudziła.

Daphne leżała na swoim łóżku. Z twarzą zastygłą i pozbawioną emocji wpatrywała się w pustą przestrzeń przed sobą. Na jej policzkach widniały czarne rzeki rozmytego tuszu.

- Która godzina? - Ginny podniosła się z łóżka i przetarła oczy.

- Nie wiem. Coś koło dwudziestej.

- Długo spałam... - Spojrzała na Daphne uważnie. Już wie o Zoey przeszło jej przez myśl. - Gdzie byłaś cały ten czas?

Daphne nie odpowiedziała od razu.

- U... Pewnej osoby.

Następne dwa dni były niekończącą się gehenną. Ginny musiała znosić współczujące spojrzenia, denerwujące szepty i ciągłe pytania. Okazało się bowiem, że cała szkoła prędko dowiedziała się o tym, że to właśnie ona towarzyszyła Zoey w ostatnich chwilach życia. I jak na złość, nagle znakomita większość z nich chciała wiedzieć ze szczegółami, jak to wyglądało.

Starała się unikać wszelkich kontaktów z innymi. Dostała od dyrektora taryfę ulgową, która pozwalała jej opuścić lekcje aż do pogrzebu Zoey, biorąc pod uwagę, że była świadkiem jej śmierci.

Całodzienne siedzenie w dormitorium jednak niewiele pomogło. Ciągle nawiedzały ją wspomnienia. Przypominała sobie błyszczące kamienie na kreacjach, które przymierzały wraz z Zoey w Hogsmeade. Przywołała w pamięci zapach płynu do mycia, w którym moczyły gąbki, by wyczyścić ławki w klasie Snape'a. Oczami wyobraźni widziała delikatny uśmieszek Zoey, ten prawdziwy i szczery... Tak rzadko spotykany na jej twarzy.

Ginny nie wiedziała, co było gorsze: samotność, czy niewiedza.

Dormitorium od dwóch dni było ciche, zdecydowanie zbyt ciche. I puste. Daphne znikała gdzieś na całe dnie, sprawiając, że Ginny musiała samotnie uporać się z przygnębiającymi myślami. Łóżko Zoey wciąż było niepościelone. Nikt nie ułożył jej pościeli, nikt nie ruszył jej rzeczy, które walały się po podłodze. Jedynie fakt, że kołdra i poduszka były nieprzyjemnie zimne, informował o tym, że w tej pościeli nikt nie spał od dwóch nocy.

Nikt nie poinformował jej również, co dokładnie było powodem śmierci jej przyjaciółki. Ta niewiedza potęgowała jedynie ból i dokładała kolejnych gorzkich przemyśleń.

Dzień pogrzebu paradoksalnie przyniósł Ginny największą ulgę. W sobotni poranek stawiła się na błoniach wraz z innymi uczniami, którzy pragnęli pożegnać Zoey. Nie było ich zbyt wielu, ale może to i dobrze? Znając Zoey, z pewnością nie chciałaby ona, by na jej pogrzebie pojawił się tłum nieznanych jej za życia ludzi.

Świstoklik zabrał ich wszystkich w miejsce, w którym Ginny nigdy wcześniej nie była. Wydawało się, że jest to cmentarz, jednak po dokładniejszym przypatrzeniu się, Ginny doszła do wniosku, że cmentarz stanowi jedynie niewielką część terenu. Był tu również park, polana i niewielki drewniany dom z tarasem. To miejsce wyglądało na spokojne i zrównoważone - idealne, by pochować zmarłe dusze.

- Ostatnio byłem na pogrzebie wujka - zagadywał ją Stanley, kiedy stali we dwójkę w tłumie innych, nieznanych jej ludzi. Tony, Daphne, a nawet Nott gdzieś zniknęli. - I wiesz, na ścianie wisiała ramka ze zdjęciem sprzed paru lat, jakaś rodzinna uroczystość. No i ciotka mówi, że to całkiem zabawne, że trójka osób - babcia, ciocia i wujek - ustawiła się w kolejności umierania. Zapytałem dla żartu, kto jest następny... To była ona. - Zamilkł na chwilę, drapiąc się po głowie. - Chociaż tak w zasadzie, to nie jest śmieszne. Ja stałem obok niej...

- Och, Stanley... - Ginny pokręciła głową z dezaprobatą, choć w głębi duszy wdzięczna mu była za to, że nawet taką historią jest w stanie poprawić jej humor. Choć oczywiście, zważywszy na okoliczności, nie mogła tego przyznać.

- O, jest Daphne - powiedział nagle Stanley, wyrywając Ginny z lekkiego zamyślenia.

Spojrzała w stronę, w którą wskazywał i ku swemu zdziwieniu, zobaczyła, że Daphne idzie pod rękę wraz z Erniem MacMillanem.

- Wszystko okej? - wydukała Ginny, nie mogąc oderwać wzroku od ramienia Erniego, obejmującego Daphne.

- Ze mną tak... - mruknęła Daphne, wodząc wzrokiem gdzieś ponad głową Ginny. - Ale chyba do niego pódję. - To powiedziawszy, wyswobodziła ramię z uścisku zaskoczonego Erniego, a następnie bez słowa minęła Stanleya i ruszyła przed siebie.

Wszyscy odwrócili się w stronę, w którą zmierzała, a widok ten sprawił, że nieprzyjemne ciarki przeszły po całym jej ciele.

Tony siedział na niewielkich schodach, chowając twarz dłoniach. Podniósł głowę dopiero wtedy, kiedy Daphne usiadła obok, jednak nie odezwał się wówczas ani słowem, opierając się jedynie o ramię dziewczyny. Tak długo jak Ginny na nich patrzyła, żadne z nich nie odezwało się słowem. Z jakiegoś powodu ten prosty, smutny obrazek przywodził jej na myśl to, czym w Slytherinie jest przyjaźń.

- Ginny Weasley? - Ginny drgnęła, odrywając wzrok od Tony'ego i Daphne. Odwróciwszy się, dostrzegła dorosłego mężczyznę, o przystojnej, acz zdecydowanie zmęczonej twarzy.

Skinęła niepewnie głową, przypatrując się nieznajomemu uważnie. Zastanawiała się, kim ów mężczyzna może być, choć miała pewne podejrzenie.

- Lincoln Holt - odparł i podał jej rękę. - Zoey dużo o tobie opowiadała.

- Och. - Jedynie tyle zdołała wydukać Ginny. To jedno zdanie mocno ją zabolało.

Niebieskie oczy pana Holta uważnie jej się przypatrywały.

- Nie chcę zabierać ci za dużo czasu, sam zresztą muszę się czymś zająć, ale... Proszę. Chciałbym, żebyś to przeczytała...

Wyciągnął z kieszeni fioletową kopertę i bez słowa wręczył jej. Nim Ginny zdążyła powiedzieć cokolwiek, pan Holt już odszedł.

- Co to takiego? - zainteresował się Stanley, zaglądając jej przez ramię.

- Nic - odparła szybko, chowając kopertę do torebki i obiecując sobie, że przeczyta ją po powrocie do zamku.

Chwilę później odbyło się ostatnie pożegnanie Zoey, czyli część, której Ginny obawiała się najbardziej.

Nagle wszyscy jej znajomi Ślizgoni znaleźli się w jednym miejscu, nikogo ze starszych roczników nie brakowało. A kiedy trumnę z ciałem Zoey zaczęto przenosić pod ziemię, jedna ręka niepewnie uniosła się w górę.

Ginny ze zdziwieniem spojrzała na Zabiniego, który mocno chwytał swoją różdżkę. Nie musiała długo czekać, aż na podobny gest zdobędzie się Crystal. A zaraz za nią Mark. I Daphne. Później Nott, Liv, Pansy, nawet Malfoy. A na końcu dołączył Tony. I nagle w stronę nieba uniosło się piętnaście różdżek, które na znak solidarności wystrzeliły w niebo niewielkie, seledynowe promienie.

Tym niewielkim gestem pożegnali członka swojej małej, ślizgońskiej rodziny.

Po skończonej ceremonii kilkoro Ślizgonów nie wzróciło od razu do zamku, a - za pozwoleniem nauczycieli - zatrzymało się w Hogsmeade, w "Trzech Miotłach".

Atomosfera była jednak zbyt ponura, by prowadzić jakąkolwiek rozmowę, więc Ginny zaproponowała wszystkim, że pójdzie po piwo kremowe.

- Pomogę ci - zaproponowała Crystal.

- To dziwne, jak czyjaś śmierć może zbliżyć ludzi - mruknęła posępnie Ginny, chwytając w rękę kilka piwnych kufli, kiedy stały przy barze.

Crystal westchnęła ciężko.

- To dziwne, jak potrafimy się nienawidzić i kochać jednocześnie - odparła, rzucając okiem na stolik Ślizgonów. - Ten dom jest popieprzony, mówię to z pełną świadomością. No i jak w każdym domu wariatów, zawsze szkoda, kiedy jakiś wariat nas opuści. - Uśmiechnęła się kwaśno. - Ciebie też się to tyczy, Weasley. Będzie mi smutno, kiedy odejdziesz.

- Dlatego... Zostaję.

Crystal spojrzała na nią zaskoczona, a kufel piwny omal nie wyleciał z jej rąk.

- Żartujesz? Dlaczego?

Ginny wzruszyła ramionami. Ostatnio tyle się wydarzyło, że nie miała czasu nawet przemyśleć sprawy powrotu do Gryffindoru, ale śmierć Zoey tylko uświadomiła ją, że to nie jest czas, by wracać do domu.

Wróciły do stolika, kładąc na stoliku przed każdym kufel kremowego piwa.

- Chciałem bez piany - sarknął Malfoy, krzywiąc się.

- Och, wybacz - mruknęła Ginny, po czym włożyła rękę do jego kufla i, wyciągnąwszy piankę, rozmarowała ją na czole Ślizgona.

W tym momencie cały stolik parsknął śmiechem, którego tak bardzo tam brakowało.

- No to co? Za Zoey - powiedział Mark, unosząc kufel na wysokość twarzy.

- Za Zoey - podchwyciła reszta.

Ginny weszła do dormitorium. Było zupełnie puste i spokojne, nieprzyjemnie ciche. Powoli zbliżyła się do łóżka Zoey i spokojnym ruchem pogładziła kołdrę. Łóżko było pościelone i zupełnie zimne.

Otworzyła szafę, która wydała z siebie skrzypnięcie. Normalnie dźwięk ten podrażniłby uszy Ginny, jednak teraz sprawił jej delikatną ulgę, że to pomieszczenie nie jest zupełnie opustoszałe. Z kolei szafa wyglądała wyjątkowo ubogo, gdy pozbawiono ją rzeczy Zoey. W toaletce wspólnej dla wszystkich dziewczyn również brakowało wielu rzeczy. Ginny poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Nie było już pudru w najjaśniejszym odcieniu, którego używała Zoey, a który zawsze jakimś sposobem lądował na dywanie, ku zdenerwowaniu pozostałych lokatorek. Teraz Ginny dałaby wszystko, by móc sprzątnąć ten nieszczęsny puder z podłogi...

Usiadła na łóżku, wzdychając ciężko. Czuła, że wszystko powoli ją przytłacza i męczy. Miała ochotę pozbyć się przykrych myśli, oczyścić umysł i jedynie czekać, aż to wszystko jakimś sposobem przeminie...

Nagle przypomniała sobie o purpurowej kopercie, która wciąż spoczywała w jej torebce. Wyciągnęła ją szybko, zastanawiając się, jak mogła o tym zapomnieć.

Ciekawa, co chciałby przekazać jej pan Holt, rozerwała papier. Wystarczyło jednak szybkie spojrzenie na list, by rozpoznać pismo Zoey.

Droga Ginny!
Piszę już kolejny list, jednak za każdym razem mam ten sam problem. Mianowice, jak mam zacząć to wszystko. A chcę byś wiedziała, że ten list jest ostatni.
Wiele rzeczy zapewne wydaje Ci się teraz nielogiczne. Jako, że "nielogiczne" jest moim znienawidzonym słowem, postaram się krótko streścić Ci ostatnie miesiące mojego życia. Uważam, że zasługujesz na wyjaśnienia.
Pytałaś mnie, dlaczego chcę się zemścić na Malfoyu. Pytałaś, co jest mi winien. Pytałaś, dlaczego wykasowałam Zabiniemu pamięć po naszym pocałunku. To wszystko ma swoje odpowiedzi, swoją przyczynę.
Podczas tych wakacji zaprosiliśmy wraz z Tonym kilku Ślizgonów do naszego domku. Ten wieczór był początkiem mojego upadku na samo dno, największym koszmarem. Nagle zwaliło się na mnie tyle rzeczy w ciągu zaledwie kilku godzin.
Zawsze czułam coś więcej do Blaise'a. Zawsze. Jeszcze na początku piątej klasy zaczęliśmy się umawiać, jednak oboje byliśmy zbyt uparci i zbyt dumni, by mogło wyjść z tego coś więcej. Jednak miałam cichą nadzieję, że tego wieczoru to się zmieni. I owszem, wszystko szło zgodnie z moją myślą, odrodziły się we mnie długo skrywane uczucia i byłam pewna, że we wrześniu wrócę do szkoły jako dziewczyna Zabiniego. Zapewne Cię to dziwi, gdyż tego typu zachowanie w ogóle nie jest w moim stylu, ale co ja poradzę, że byłam zbyt zaślepiona?
Jednak ten dupek wolał całować się z Tracy Davies. Nie chcę pisać tu, jak bardzo zraniło to moje serce, ponieważ tego typu gadanie to nie moja działka. Cóż, domyślasz się jednak, co czułam (Sama przeżyłaś coś podobnego z Potterem). Byłam wściekła i gotowa do radykalnych posunięć, byle tylko zapomnieć o tym wszystkim. Jednak nie tak radykalnych...
To jest część historii, której nie opowiem Ci w całości. Kiedy człowiek wie, że może umrzeć nawet podczas kolacji z nosem w jajecznicy, takie rzeczy jak sprawy z przeszłości mają marginalne znaczenie. Jednak to wspomnienie budzi we mnie wstręt, podobnie jak osoba Goyle'a. I Malfoya też. A może zwłaszcza Malfoya? Mogłoby się wydawać, że Malfoy nie zrobił nic złego, po prostu nie zareagował... I chyba właśnie przez to znienawidziłam go najbardziej. Myślę, że w jakiś sposób to dotarło do tego bezdusznego człowieka i dzięki temu poszłaś z nim na bal. A może chodziło o coś więcej, o czym nie wiem?
Wracając do tego wieczoru. Czułam się jak wrak, jak śmieć. Jakby zgnieciono mnie wielkim butem, pozostawiając w zupełnej rozsypce. Ukojenia szukałam w pracowni ojca. Chciałam znaleźć eliksir uspokajający, jednak pomyliłam fiolki. Następnego dnia rano ojciec zawiózł mnie do Munga. Nie byli w stanie nic zrobić poza spowolnieniem działa trucizny. Od tej pory żyję z wiedzą, że umrę w przeciągu roku.
Ojciec nie mógł się z tym pogodzić, do tej pory zresztą nie może. Oskarża siebie o to, że nie zabezpieczył wtedy pracowni, że nie podpisał fiolki, że nie uprzedził mnie... Ja natomiast pogodziłam się z losem. Z początku było ciężko. Dużo myślałam o rodzicach, o Daphne, o Tonym. Nie wiedziałam, jak zniosą moją śmierć. Jednocześnie dużo myślałam o tym, jak to będzie wyglądać. Czy będzie bolało? Czy jest coś potem? Czy powinnam się obawiać?
Stałam się zupełnie apatyczna, jednak niedługo później kilka rzeczy rozjaśniło moje życie. Po pierwsze, zdecydowałam się powiedzieć jednej osobie, że właściwie jestem umierająca. Wybrałam Notta na powiernika. Wydawał mi się odpowiednią osobą i nie pomyliłam się. Nie litował się nade mną, nie rozpaczał. On naprawdę nie jest zły, Gin...
Zaprosiłam go na bal, ponieważ wiedziałam, że na swój nie pójdę. I właśnie na tym balu uświadomiłam sobie, że Twoje pojawienie się w Slytherinie mocno wpłynęło na to, że znowu zaczęłam się uśmiechać. A to jest dziwne, ponieważ nigdy Cię nie lubiłam i do czwartej klasy byłam przekonana, że masz na imię Jenna.
Oprócz ojca i Notta o wszystkim wiedział jeszcze Dumbledore. Powiedziałam mu o tym, kiedy Snape zaprowadził Cię do klasy po naszej nieudanej zemście na Malfoyu. Myślę, że gdybym wtedy nie dysponowała jedynie kilkoma miesiącami życia, to miałabym o wiele większe kłopoty za zdemolowanie tej klasy. Ale co mi zresztą szkodziło?
Nigdy nie sądziłam, że okażesz się dla mnie tak ważną osobą. Jesteś moją przyjaciółką i nie obchodzi mnie to, że czytasz to już po mojej śmierci. Piszę w czasie teraźniejszym, ponieważ teraz wiem, że wniosłaś do mojego życia naprawdę dużo i dziękuję Ci za to. Jak na Ślizgonkę przystało, raczej nie pozwalam sobie na sentymenty, ale naprawdę poczułam, że wraz z Daphne stworzyłyśmy małą paczkę. Powiem więcej - wydaje mi się, że i Ty odnalazłaś w Slytherinie to, czego szukałaś. Teraz tego nie przepaść, Ginny.
Cóż, teraz już wiesz, dlaczego wykasowałam Zabiniemu pamięć. Mogłam go pocałować ostatni raz, ale wyobrażasz sobie, co by było, gdyby to pamiętał? Wolę umrzeć, kiedy mnie nienawidzi i oszczędzić mu przykrości.
Wiesz, czasami ciągle się boję. Nie mówię o tym, staram się zachować spokój, ale myśli o śmierci wciąż mnie dręczą. Miewam momenty, w których dużo myślę o tym, że nigdy nie potrzymam na rękach mojego brata, który wkrótce się urodzi (Tony twierdzi, że będzie to siostra, ale nie wierz mu). Nigdy nie pójdę na kawę z Daphne, nie skończę szkoły, nie pójdę do pierwszej pracy.
Przed Tobą jednak wiele czasu. Wiesz, mam nadzieję, że mimo wszystko zostaniesz w Slytherinie jak najdłużej (Daphne planuje zabrać Cię na nasze ognisko już niedługo). Wydaje mi się, że tu jest Twoje miejsce. A może po prostu tak mówię to, bo naprawdę chcę, żebyś została? Nawet, kiedy mnie już nie będzie.
Pamiętaj o mnie!
Zoey

Ginny patrzyła na ciąg liter, mając wrażenie, że wszystkie zlewają się w jedność.

Wiedziała. Zoey wiedziała, że umiera!

Czuła, że zaraz kłębiące się w niej emocje eksplodują niczym wulkan. Wyszła z dormitorium, by za chwilę wpaść do pokoju wspólnego.

- Gdzie jest Nott? - zapytała od razu, gdy zauważyła Malfoya i Zabiniego, którzy siedzieli na kanapie. Malfoy uśmiechnął się złośliwie.

- W dormitorium - odparł. - A co, chcesz do niego dołączyć?

- Numer pokoju, Malfoy - syknęła, oddychając ciężko. Czuła, że jej policzki przybierają ognisty odcień. Malfoy jednak ani śmiał odpowiedzieć i jedynie spojrzał na nią kpiąco, widocznie czerpiąc satysfakcję z jej wściekłej miny.

- Osiem, Weasley - rzucił Zabini.

Ginny nie odpowiedziała, tylko odwróciła się na pięcie. Chciała ruszyć przed siebie, jednak nim postawiła kolejny krok, zawahała się. Przypomniała sobie fragment listu, w którym Zoey pisała, jak znienawidziła Malfoya za jego bezczynność, gdy Zoey miała problem.

Zacisnęła jedną dłoń w pięść, jakby chciała zamknąć w niej ogrom negatywnych emocji, które rozsadzały ją od środka. Drugą rękę natomiast pozostawiła rozprostowaną, by przyłożyć nią w policzek Malfoya. Dopiero kiedy to uczyniła, ruszyła w kierunku drzwi prowadzących do dormitoriów. Głos Malfoya ciągnął się za nią nim zniknęła za drzwiami, jednak zupełnie go zignorowała.

- Nott! - Wpadła do pokoju, z wściekłością trzaskając drzwiami. Nott siedział w zupełnych ciemnościach, wyglądając przez okno. Kiedy Ginny stanęła na końcu pokoju z grymasem wściekłości na twarzy, on odwrócił się w jej stronę i westchnął ciężko.

- Nie mam teraz ochoty na twoje dramaty, Weasley - odparł beznamiętnie, jakby chciała mu ponarzekać o pogodzie.

- Wiedziałeś! - zawołała Ginny. - Wiedziałeś, że Zoey umiera!

Nott zmrużył wściekle oczy, po czym zbliżył się do niej.

- Owszem - wycedził. - I co z tego?

- Mogłeś komuś powiedzieć! Może dałoby się ją uratować!

Zaśmiał się gorzko i zarazem pogardliwie.

- Dumbledore też wiedział - odparł. - W Mungu wiedzieli. Myślisz, że gdybym powiedział na przykład tobie, to by coś zmieniło?

Ginny zacisnęła zęby, wpatrując się w niego gniewnie. Nic nie rozumiał!

- Nie, ale chciałabym wiedzieć! I Daphne na pewno też, a Tony zwłaszcza...

- Zoey nie chciała, by ktokolwiek wiedział - uciął. Ginny prychnęła niecierpliwie.

- No i? Myślisz, że Tony nie chciałby wiedzieć, że jego siostra umiera? Albo...

- Albo Daphne lub ty, tak? - przerwał jej po raz kolejny. - I co, teraz nagle Zoey stała się twoją przyjaciółką od serca?

- Pomyśl, że bliska ci osoba umrze lada dzień i zastanów się, czy aby na pewno nie chciałbyś o tym wiedzieć - syknęła, ignorując jego wcześniejszą uwagę. - Och, zapomniałam! Jaka bliska osoba, co nie, Nott? - dodała jadowicie.

Nott prychnął.

- No teraz to już mnie zraniłaś - odparł z ironią. Ginny zacisnęła pięści. Jeszcze nigdy nie czuła nań takiej złości, jak w tej chwili. Miała wrażenie, że nawet gdyby potraktowała jego twarz niczym worek treningowy, to nie uszłaby z niej cała furia.

- Chyba jednak pominęłam jedną osobę! Zupełnie zapomniałam o twojej Livy! - Słowa te wypłynęły z ust Ginny zanim zdążyła je przemyśleć. Zdecydowanie nie powinna o tym mówić w takiej chwili. Po pierwsze, bo co to właściwie miało wspólnego ze śmiercią Zoey, a po drugie Nott z pewnością zorientuje się, że Ginny tylko czekała na moment, by wypomnieć mu tę sprawę. Skoro jednak nie zdążyła zapanować na emocjami, postanowiła ciągnąć to dalej. - Może umówisz się z nią, a wasi tatusiowie z grona Śmierciożerców dadzą wam błogosławieństwo? Co ja tu w ogóle jeszcze robię - prychnęła i już miała skierować się do drzwi, kiedy Nott szybko chwycił jej ramiona i pchnął lekko na ścianę.

- Uważaj na słowa, Weasley - wycedził chłodno. Jego ciemne oczy wpatrywały się w nią z taką intensywnością, że przez krótką chwilę poczuła lekki strach. Na jego miejsce jednak szybko wstąpiła złość.

- Puść mnie - syknęła.

- A co? Boisz się? - Mimo tego, że wyraźnie się z nią bawił, to na jego twarzy pojawił się cień strachu, jakby rzeczywiście nie chciał, aby się go bała. Nieco rozluźnił uścisk, jednak wciąż była przyparta do ściany i niezdolna na ruchu.

- Przestań zadawać mi to pytanie! - warknęła, wierzgając się lekko. - Nie boję się ciebie. Jedyne uczucie, jakie do ciebie mam, to nienawiść.

To była prawda. Od czasu, gdy zobaczyła go z Liv, czuła względem niego głęboką niechęć. Teraz jednak to uczucie rozrosło się do rozmiarów szczerej nienawiści.

- Kłamiesz - stwierdził Nott, na powrót mocno zaciskając ręce na jej ramionach. Zbliżył się na tyle, że ciężko było jej oddychać.

- Nie! Nienawidzę cię tak, że...

W tym momencie pocałował ją, uznając najwyraźniej, że to jedyny sposób, by zamknąć im usta.