Nigdy nie rozumiałem tych ceregieli - kwitka papieru, przez którego ludzie robili przyjęcie, szli do kościoła, a potem z niego wychodzili tylko po to, żeby się najeść i napić do nieprzytomności. Jednak jako drużba Johna nie mogłem uciec z całego tego zbiorowiska ludzi i zostać na przyjęciu ( za jakie grzechy? ). Przemówienie jakoś wypowiedziałem, zostałem wyściskany przez Johna i usiadłem w najdalszym kącie pomieszczenia. Z oddali widziałem Johna i Mary lawirujących po parkiecie, jednak w którymś momencie kroki przy drzwiach zwróciły moją uwagę.
Przestraszyłem się i spojrałem w tamtą stronę, nie myliłem się - mignęła mi drobna postura i jasne włosy. Przepchnąłem się przez tłum i złapałem Johna za ramię. Spojrzał na mnie zaskoczony, otwierając szeroko oczy.
- Możemy pogadać? - spytałem oglądając się za siebie, nie chciałem z nią rozmawiać. Jeszcze za szybko, jeszcze nie teraz.
- J-jasne - zdziwiony szedł za mną do wyjścia, złapałem płaszcz z wieszaków.
- O co chodzi? - spytał kiedy już wyszliśmy na zewnątrz.
- Pytasz się o co chodzi - warknąłem - Co ona tu robi?
Patrzył na mnie nic nie rozumiejąc, Boże, jakie to było ludzkie.
- Podpowiem ci 12 sierpnia 1998 roku, mówi ci to coś? - stanąłem tak blisko niego, że się cofnął.
- Sherlock jesteście dorośli, to było osiem lat temu. Powinniście sobie wybaczyć, ty jej, ona tobie. To wszystko da się naprawić. Jest moją kolezanką i ją zaprosiłem, miała się spóźnić, bo musiała skończyć jedną sprawę. Dziwisz się jej, przecież wiesz czym się zajmuje.
- Wiem doskonale - odpowiedział Sherlock. Chwilę spoglądał na salę, a potem spojrzał na drogę prowadzącą do jego domu. - Ja jej nie miałem czego wybaczać, a ona... - zawachałem się - Ona nigdy mi nie wybaczy.
- Spróbujcie pogadać to naprawdę wam pomoże - powiedział John z nutką współczucia i wrócił na salę.
Sherlock stał jeszcze parę chwil na podeście przed drzwiami, wyciągnął kartkę z kieszeni z długopisem i napisał parę słów na niej. Zostawił ją pod latarnią tak, aby została zauważona i wyruszył w drogę. Czekała go zawiła sprawa zabójstwa Julie Smith i musiało mu to wystarczyć.

***

Kiedy parę godzin później John Watson wyszedł na ganek zegar wybił dokładnie trzecią w nocy, większość gości spała w swoich pokojach. Zawiedziony, że Sherlock nie dotrzymał mu towarzystwa chciał wrócić do pokoju, lecz coś go powstrzymało - jedna kartka. Podniósł ją i przeczytał słowa napisane znajomym pisemem: Bądź szczęśliwy, John Watson. Spojrzał w dal, gdzie widać było szczyty wieżowców Londyńskich, jego przyjaciel zapewne już miał jakąś ciekawą sprawę i już biegał po jego uliczkach.
- John? - zza drzwi wyłoniła się Mary
- Już idę - odpowiedział chowając świstek kartki do kieszeni
- Właściwie chciałam spytać, czemu Sherlock wyszedł jak dostrzegł tę dziewczynę? - spytała Mary
- Parę lat temu się pokłócili i od tamtej pory nie rozmawiają. Do tej pory nie wiem o co, ale to jakaś poważna sprawa

I mam dla was zagadkę: Kim jest osoba z którą Sherlock boi się mówić?