A oto parę rozdziałów, które pokażą nam, co się dzieje w miejscach, w których Harry'ego nie ma. Poświęćmy im chwilę, skoro wreszcie udało nam się dotrzeć do momentu wytchnienia w jego linii fabularnej.

Rozdział ósmy: Oko burzy

Rufus stał przed drzwiami celi, obracając bezmyślnie różdżkę w palcach. Stojąca za nim Mallory, jego jedyna ochrona w tamtej chwili, nic nie powiedziała. Drzwi przed nim nic nie powiedziały. Ściany po obu jego stronach nic nie powiedziały.

Oczywiście, że nie, pomyślał Rufus. Jakby to powiedziała babcia Leonora, nikt nie może cię uratować przed robieniem z siebie głupca poza tobą samym.

Pokręcił głową i otworzył drzwi. Nałożone na nie osłony już wcześniej ucichły do nieznacznego brzęczenia, które po prostu zatrzymałoby w miejscu więźnia, jeśli ten spróbowałby w takim momencie uciec z celi, a on sam już wcześniej otworzył prosty zamek. Nie miał już żadnych wymówek przed nie wejściem do środka, może poza swoją własną niechęcią do zobaczenia więźnia.

Drzwi otworzyły się, ukazując za sobą niewielką celę, jeszcze oszczędniej umeblowaną niż zazwyczaj. To był sposób Rufusa na kompromis: kiedy jeszcze pracował jako auror, wypracował w sobie instynkty, które żądały od niego gorszych warunków od tego, ale połączyły się one teraz z nowymi, równie silnymi, które wykłócały się, że ci kryminaliści powinni zostać tak samo potraktowani jak wszyscy inni.

Nawet, jeśli ci konkretni znęcali się nad dzieckiem.

Lily Evans Potter zebrała się w sobie i wstała, żeby ich powitać, kiedy weszli do pokoju. Jej twarz była spięta, a jeśli straciła trochę snu w przeciągu ostatnich dwóch tygodni, to Rufus nie mógł jej za to szczególnie winić. Jej włosy były nieuczesane i wisiały mizernie wokół jej ramion, a jej zielone oczy, takie same, jakie ostatnim razem widział na twarzy jej syna, były przeszklone.

Rufus zacisnął zęby. Chciał, żeby rozprawa Potterów odbyła się tak szybko, jak to było możliwe, ale i tak udało mu się ustalić jej datę dopiero na połowę listopada. Zbyt wielu ludzi chciało się przyjrzeć dowodom, albo znalazło sobie jakiś powód przedłużenia czasu więzienia czy odwleczenia chwili egzekucji Potterów po to, żeby pogapić się na nich jeszcze trochę. Nawet znalezienie kogoś z Wizengamotu, kto byłby w stanie przeprowadzić dochodzenie w czasie rozprawy, kogoś, kto nie miałby żadnego powiązania z Harrym Potterem i Dumbledore'em, zajęło całe wieki.

Lily Potter zasługiwała przynajmniej na wyjaśnienie, co się z nią stanie. Przypomniał sobie, że jak już powie tutaj swoje, to nigdy więcej nie będzie musiał jej zobaczyć na oczy.

Nie podarowała swojemu synowi słodyczy, na które nawet najbiedniejsze dziecko może sobie pozwolić. Nie dała mu miłości. Powiedziała mu, że jego istnienie nie ma znaczenia jeśli nie będzie mieczem, którym jego brat mógłby bezwiednie władać.

Wszystko to było prawdą, ale Rufus miał prosty cel dla tej wizyty w swoim umyśle. Kiedy był aurorem, to nie było aż takie trudne. Czemu nagle miałoby się to zmienić akurat teraz, kiedy stał się ministrem?

Bo znasz Harry'ego. Jesteś przez to stronniczy. W dodatku już od lat nie zapoznałeś się ze sprawą znęcania się nad dzieckiem, która zostałaby ci tak dokładnie opisana i dotyczyłaby tak wielu aspektów.

Rufus wyostrzył swój umysł do małego, ostrego punktu światła, dokładnie tak, jak go nauczyła babcia Leonora, po czym zaczął mówić, głosem ostrożnie pozbawionym emocji.

– Lily Evans Potter, jak dobrze pani wie, została pani oskarżona o znęcanie się nad dzieckiem. Jestem tu, żeby pani powiedzieć, że pani rozprawa odbędzie się szesnastego listopada. Będzie pani sądzona razem ze swoim mężem, Jamesem Potterem. Rozprawa Albusa Dumbledore'a będzie miała miejsce jakiś czas później. Pozostanie pani w tej celi aż do czasu swojej rozprawy. Będzie tu pani traktowana z szacunkiem, otrzyma wystarczającą ilość jedzenia i troski...

W tym momencie musiał przerwać, mimo, że to nie był koniec oficjalnej przemowy, którą sobie zaplanował. Zadławiła go myśl, że Lily otrzyma tutaj takie warunki, o których Harry nawet nie miał szans pomarzyć.

Jego przerwa w tym momencie okazała się jednak niefortunna, ponieważ podarowała Lily możliwość wtrącenia się.

– Proszę zrozumieć – szepnęła, jej oczy lśniły od łez, które spływały po jej twarzy. Ze sposobu, w jaki się skrzywiła, kiedy je ocierała, to wyraźnie nie był pierwszy raz tego dnia, kiedy musiała to zrobić i jej skóra została w tym miejscu podrażniona. – To, co zrobiłam, zrobiłam dla dobra całego świata. Naprawdę wydawało mi się, że to Connor jest Chłopcem, Który Przeżył. Wydawało mi się, że magia Harry'ego jest nienaturalna. Musieliśmy zrobić, co tylko było w naszej mocy, żeby świat zyskał drugą szansę.

Rufus przymrużył oczy. Naprawdę wydawało jej się, że to Connor Potter był Chłopcem, Który Przeżył? Co zmieniło jej zdanie na ten temat? Utrzymał jednak swój głos zdystansowanym i uprzejmym, tak jak robił to w przypadku wszystkich więźniów, nawet tych, którzy nie dręczyli swoich dzieci.

– Podczas swojej rozprawy będzie pani miała okazję wyjaśnić wszystko, co się pani wydawało i w co pani wierzyła, pani Potter. Wizengamot panią przepyta i otrzyma pani szansę na wezwanie świadka na swoją obronę. Czy przychodzi pani do głowy ktoś, kogo chciałaby pani wezwać?

– Tak – powiedziała Lily, a jej warga zadrżała. – Wiem, że mojemu synowi nie spodobałoby się to, co mi robicie. Chcę go wezwać.

– Którego syna, proszę pani? – zapytał Rufus, mając nadzieję, że nie chodziło jej o...

– Harry'ego. – Lily tupnęła rozkazująco nogą. – Chcę, żeby został wezwany na świadka obrony. Zna dobrze wszystkie powody, dla których został wychowany w taki, a nie inny sposób. Wyjaśni je wam lepiej ode mnie. Jak śmiecie nas o cokolwiek oskarżać, zanim wysłuchacie jego wyjaśnień? – Potrząsnęła głową i część jej włosów opadła przez jedno z jej ramion, a jej oczy błyszczały znowu od nadziei. – Wiem, że was przekona.

Rufus utrzymał swój głos beznamiętnym. Dzięki Merlinowi, że mamy już prawa, które tego zabraniają, inaczej nabrałbym ochoty do wrzasku.

– Zwykle podczas rozprawy takiej jak pani nie pokłada się wiele wiary w słowa dzieci, nad którymi się znęcano. Albo mają tendencję do wyolbrzymiania tego, co je spotkało, albo spróbują chronić tych, którzy się nad nimi znęcali i zminimalizują wszystko. – To Harry w pigułce. – Pani syn faktycznie będzie przemawiał podczas rozprawy, ale jako osoba, dla dobra której do tej rozprawy w ogóle doszło. Będzie zajmował pozycję neutralną, ani po stronie oskarżenia, ani obrony, tylko ofiary. Zezna też tak wiele i w takiej formie, w jakiej będzie sobie życzył.

– Pozwólcie mi z nim porozmawiać – naciskała Lily. – Wiem, że zdołam przekonać go do zmiany zdania pod tym względem.

I pewnie byłaby w stanie. I nawet jeśli Rufus miał nadzieję, że z chłopcem było już lepiej niż tamtej nocy, kiedy spotkał się z Jamesem Potterem, to i tak wolałby nie zostawiać Harry'ego sam na sam z jednym z jego rodziców.

– Nie zrobię tego, proszę pani – powiedział.

– Nie możecie powstrzymywać matki przed rozmowy z własnym dzieckiem.

To okazało się już przesadą dla Mallory, której rosnącą furię Rufus obserwował kątem oka, ale przez cały ten czas miał nadzieję, że ta zdoła się powstrzymać przed zrobieniem czegokolwiek.

– Ty nie jesteś jego matką! – wypaliła. – Jesteś pozbawioną wartości kupą gówna, z której macicy udało mu się wypełznąć, która nakładała na niego jedną karę za drugą za przewinienia, których nigdy nie zrobił! Po prostu nie wierzę, że wybrałam dla ciebie tak łagodne zaklęcie jak tamto...

Lily kuliła się w sobie coraz bardziej, zasłaniając usta dłonią i wydając z siebie przerażone dźwięki. Rufus poczuł, jak przeszywa go szok, po czym odwrócił się i złapał aurorkę Mallory za ramię.

– Nie zrobiłaś tego – powiedział.

Mallory odchyliła głowę do tyłu i rzuciła mu pełną wyższości minę, uśmiechając się krzywo i marszcząc brwi.

Rufus był tak wściekły, że aż nim zatrzęsło. Resztę słów po prostu wycedził.

– Jeśli istnieje coś jeszcze, o co chciałaby pani mnie zapytać, pani Potter, proszę wysłać mi słowo przez jednego ze swoich strażników. Od teraz będzie się znajdował pośród nich auror Feverfew. – Otworzył drzwi do celi i wyszedł na korytarz. Mallory poszła za nim, nie miała wyjścia, ponieważ wciąż trzymał ją za ramię.

Rufus puścił ją w chwili, w której znaleźli się w holu, rzecz jasna. Naprawdę stracił nad sobą panowanie, a nie miał takiego zamiaru. Znacznie lepiej było się odwrócić, chowając swoją złość za maską rozczarowania.

– Czemu klątwa niekończących się koszmarów, Fiono? – zapytał. – Czemu musiałaś użyć na niej akurat tego?

– Kto powiedział, że cokolwiek zrobiłam? – Mallory przyjrzała się uważnie wierzchowi swojej dłoni.

– Rozpoznałem symptomy – powiedział Rufus. Być może, gdyby dalej przyglądał się czołu Mallory, to zdołałby się powstrzymać przed ponowną utratą kontroli. Ale wtedy podniosła głową i spojrzała mu w oczy, bez strachu i buntowniczo. Usłyszał, jak jego głos znowu zniża się do warkotu. – A ty sama powiedziałaś też, że użyłaś zaklęcia. Fiono, nie obchodzi mnie, jak strasznie nienawidzisz Potterów, albo jak bardzo przypominają ci oni o twoim ojcu. Przyjąłem cię do aurorów, ponieważ zapewniałaś mnie, że chciałaś pomóc dzieciom z patologicznych rodzin, chciałaś, żeby ich rodziców spotkała sprawiedliwość, nie zemsta. Rzucenie tej klątwy to nadwyrężenie mojego zaufania do ciebie.

– Zasłużyli sobie na to – powiedziała Mallory.

– Zasłużyli? – Rufus zamknął oczy, równie wściekły na swoją własną pomyłkę w ocenie tego, jak wiele Mallory była w stanie znieść, co na cokolwiek innego. Tylko dlatego, że stał się ministrem, przez co miał mniej do czynienia z aferami, z którymi na co dzień zmagali się aurorzy, nie oznaczało, że zapomniał o wszystkim, czego nauczył się o swoich ludziach. – Czyli użyłaś tego też na Jamesie Potterze? – Przynajmniej nie mogła zaatakować Dumbledore'a, ponieważ ten wciąż przebywał pod wpływem bezruchrząszcza.

– Zasłużyli sobie na to – powtórzyła z uporem Mallory. – Naprawdę sobie zasłużyli, Rufusie. Przecież ty też widziałeś dowody, nie tylko to, co zostało opisane w gazetach. Pewnie sam chętnie byś ich wypatroszył i to jeszcze bardziej niż ja. Ale nie możesz ich wypatroszyć i ja też nie, więc to jest drugie najlepsze rozwiązanie. Wypatroszyć im umysły.

Rufus pokręcił głową, nie ufając sobie, że jest w stanie mówić. Minęło kilka długich chwil i głębokich oddechów, zanim zdołał się odezwać.

– Zasługują na sprawiedliwość, Fiono, jak każdy. I jeśli ma to oznaczać karę śmierci, to Wizengamot o tym zadecyduje. Ufam, że zasądzą najsroższy możliwy wyrok w tym przypadku. Tu nie tylko chodzi o to, że oni dręczyli dziecko, ale Harry Potter jest też bratem Chłopca, Który Przeżył, więc dowolne plotki są tak drogie dla gazet, że te zrobią wszystko co w ich mocy, żeby coś z nas wyciągnąć na ten temat. Jeśli ci więźniowie mają dożyć do rozprawy i otrzymać swoją sprawiedliwość, to muszę ufać moim aurorom, że ci będą w stanie zachować profesjonalny spokój. Ty mi właśnie udowodniłaś, że nie jesteś w stanie tego zrobić. Od tej chwili zwalniam cię z tej sprawy, Fiono.

Otworzył oczy i zobaczył, że Mallory się na niego gapi. Potrząsnęła głową i zaśmiała się lekko.

– Nie możesz tego zrobić – powiedziała.

– Owszem, w gruncie rzeczy mogę – powiedział powoli Rufus. Zdrada paliła go nim niczym rana, ale znalazł trochę ukojenia w chwili, w której zobaczył jak szok Mallory zmienia się w jej własne poczucie zdrady. – Kontrolujesz sprawy aurorów, Fiono, ale nic ponad to. Minister powinien zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje w jego własnej organizacji, a ja jestem twoim przełożonym. Mógłbym cię zwolnić za niekompetencję, ale nie zrobię tego, ponieważ wciąż wierzę, że potrafisz być sprawiedliwa, jeśli tylko trochę się do tego przyłożysz. Póki co po prostu odstąp kompletnie od tej sprawy. Nie miej kontaktu z dowolnymi dowodami dotyczącej niej. Nie przychodź tu, żeby stać na straży więźniów – czym szefowa biura aurorów i tak nie powinna się była zajmować. Nie dawaj wywiadów w gazetach.

– Na jak długo? – Mallory się trzęsła, jej dłonie były zaciśnięte w pięści.

– Aż do rozprawy Potterów – powiedział cicho Rufus. – Szesnastego listopada.

– I kto niby ma przejąć moje obowiązki pod tym względem w takim razie? – Wzrok Mallory zapłonął. – Przynajmniej połowa sów, które ostatnio dostajemy, dotyczy sprawy Potterów. Wczoraj otrzymaliśmy pierwsze fałszywe wezwanie dotyczące magicznego wypadku, którego jedynym zadaniem było wyciągnięcie moich ludzi z ministerstwa, bo komuś zachciało się pogadać z nimi o szczegółach tej sprawy.

Rufus ukrył uśmiech. Przynajmniej Mallory znowu myślała jak aurorka, skoro była zła o to, że ktoś marnuje bezmyślnie czas jej ludzi.

– Znam kogoś, kto już się zdążył przyzwyczaić do ogarniania nagłego napływu sów – powiedział. – Pomagał mi przy pracy ze śmierciożercami i odwalał za mnie niemal całą papierkową robotę za czasów, kiedy sam byłem szefem waszego działu.

Mallory wyglądała, jakby się jej zrobiło niedobrze.

– Mówisz o tym swoim cholernym Percym Weasleyu, prawda?

Rufus podniósł brew i zaczekał.

– To twój pies gończy, Rufusie – burknęła Mallory. – Wściubia nosa we wszystko i kwestionuje to pod kątem bardzo surowego zestawu standardów, którego go nauczyłeś. Jasne, wydaje mi się, że dobrze sobie poradzi ze sprawą Potterów, ale czy ktoś taki jak on naprawdę przypilnuje, żeby tego łajdaka i jego zdzirę spotkała sprawiedliwość?

– I ty znowu z tym, Fiono – powiedział Rufus. – Możesz polegać na tym, że Wizengamot przypilnuje, żeby ich spotkała sprawiedliwość. Możesz polegać na Percym, że ten upewni się, żeby dotarli do swojej rozprawy żywi.

Na policzkach Mallory pojawił się słaby rumieniec.

– Przecież bym ich nie zabiła. Klątwa niekończących się koszmarów nie zabija, wiesz o tym. Chcę zobaczyć, jak słyszą wyrok za to, co zrobili, równie mocno co ty.

– Czy ty kiedykolwiek przeczytałaś o szczegółach dotyczących klątwy niekończących się koszmarów, Fiono? – nacisnął na nią Rufus. – Czy wiesz, co ona robi swoim ofiarom? Patroszy ich umysły, powiedziałaś. Masz pod tym względem sporo racji. Ale ona nie robi im tego tylko wtedy, kiedy śpią. Cierpią przez nią nawet wtedy, kiedy się obudzą. Sam widok ciebie sprawił Lily Potter ból. Ludzie potrafili przez nią oszaleć. Zakłóć spokój ich umysłów, Fiono, to trafią stąd prosto do świętego Munga, przez co nie doczekają się żadnej rozprawy. – Nie tego chciał użyć, apelując do niej o zdrowy rozsądek – samo odwołanie się do jej poczucia sprawiedliwości powinno było zadziałać – ale skoro tak miała wyglądać broń, której musiałby użyć, żeby się upewnić, że Lily i James Potterowie dotrwają do swojej rozprawy względnie nietknięci, i żeby jego aurorka nie zrobiła z siebie gorszej kryminalistki od tej, którą już była, to tego właśnie użyje.

Mallory odwróciła wzrok i coś wymamrotała.

– Przepraszam, co? – zażądał Rufus, pochylając się bliżej.

– Powiedziałam, nie wiedziałam o tym! – wypaliła Mallory, odwracając się z powrotem i łypiąc na niego groźnie. Jej twarz wyglądała, jakby ktoś ją postawił w płomieniach, a powietrze wokół niej buzowało od magii. – Powiedziałam ci już, naprawdę chcę, żeby dotrwali do swojej rozprawy i musieli wyznać swoje błędy na oczach całego świata.

Rufus utrzymał jej spojrzenie. Jest zakłopotana. Dobrze. Wygląda na to, że mam większe szanse na przebicie się do niej, niż mi się wydawało.

– Wiem, co musiałaś przejść, Fiono – powiedział cicho. – Wiem o tym lepiej od większości ludzi. – Czerwień ponownie zalała policzki Mallory. Niewątpliwie przypominała sobie o tej nocy, kiedy spiła się w trupa i opowiedziała mu większość swojej historii. – I wiem, że nie chciałabyś tego użyć jako wymówki. To twój powód, ale nigdy nie pozwól, żeby stał się wymówką. Wiem, że zostałaś aurorką dlatego, że kochasz i cenisz sobie sprawiedliwość i to nie tylko względem dzieci, nad którymi się znęcano. Nie pozwól, żeby twoje pragnienie ukarania tej dwójki ograniczyło twoją zdolność do pomocy innym.

Mallory pochyliła głowę, po czym kiwnęła nią. Jej magia ponownie wycofała się do jej ciała.

– Wiem – szepnęła. – Zapomniałam, Rufusie. I naprawdę nie wiedziałam o efektach ubocznych, jakie ta klątwa mogła mieć.

– Trzymaj się z dala od więźniów, Fiono – powiedział Rufus z żelazną łagodnością. – Skontaktuję się ze świętym Mungiem i wezwę jednego z magomedyków, żeby usunął klątwę. Jeszcze nie trwała na tyle długo, żeby wyrządzić permanentne szkody.

Mallory kiwnęła szybko głową, po czym odmaszerowała w ciszy korytarzem. Chwilę później Feverfew wynurzył się z cienia, patrząc na niego ze zrozumieniem i z zaciśniętymi znacząco ustami, po czym zajął swoją pozycję przed drzwiami Lily Potter.

Rufus zawrócił i ruszył w kierunku Jamesa Pottera, zastanawiając się, czy Mallory rzuciła na niego jeszcze gorszą klątwę niekończących się koszmarów niż na Lily czy też może ucierpieli po równo. No nic, magomedyk ze świętego Munga sam do tego dojdzie. W interesie Rufusa była sprawiedliwość, czyste odcięcie kryminalistów i przyżeganie ran za pomocą prawa, dzięki czemu infekcja nie rozniesie się dalej. Nie zajmował się leczeniem mentalnych ran.

To lepiej zostawić Madam Shiverwood, pomyślał, krzywiąc się wewnętrznie. Będę musiał pamiętać, żeby wreszcie przyzwać Harry'ego na spotkanie z nią.


James Potter faktycznie okazał się innym przypadkiem. Zerwał się na nogi w chwili, w której Rufus otworzył drzwi, bardzo wyraźnie starając się wyglądać na pełnego szacunku, a nie na żałośnie gorliwego. Rufus podniósł brew, po czym zamknął drzwi i oparł się o nie. Nie był tutaj od czasu, kiedy eskortował tu Harry'ego. Teraz jak o tym myślał, to wiedział, że to był zły pomysł, nawet jeśli wydawało mu się wtedy, że chłopiec naprawdę nie zaśnie, póki nie zobaczy się z ojcem.

Zobaczmy, w jaki sposób spróbuje wynagrodzić to, co wtedy powiedział.

– Naprawdę mi przykro – zaczął szczerze James. – Chciałbym to jakoś wszystkim wynagrodzić, niech mi pan tylko powie jak. Wcale nie chciałem powiedzieć tego, co powiedziałem wtedy Harry'emu. Po prostu wciąż byłem w szoku po utracie wszystkiego, na czym mi do tej pory zależało. Obudziłem się tamtego ranka, planując złożyć moje podanie o ponowne przyjęcie mnie do aurorów i nagle... no, nagle straciłem swoją szansę. – Wydał z siebie wysoki, fałszywy śmiech. – Teraz już wiem, że Harry nie był winny tego, że doszło do tego akurat wtedy, kiedy doszło. Proszę, czy może pan przekazać mu ode mnie list? Mam go przy sobie. – Wyciągnął kopertę.

– To niemożliwe, proszę pana – powiedział spokojnie Rufus, kryjąc wściekły ogień jego własnej pogardy za uprzejmymi słowami. – Pańska rozprawa odbędzie się szesnastego listopada. Będzie pan wtedy sądzony razem z pańską żoną, rozprawa Albusa Dumbledore'a odbędzie się kiedy indziej. Do tego czasu otrzyma pan najlepszą opiekę, jaką będziemy w stanie panu zapewnić, czysty pokój i regularne posiłki. Ustaliliśmy, że wasza poprzednia straż nie odpowiadała naszym standardom z wielu powodów, dlatego inny auror obejmie jej pozycję. Być może auror Belladonna...

– Pan nie rozumie – przerwał mu James. – Pan naprawdę nie rozumie. Zmieniłem się. Odpokutowałem za to, co powiedziałem Harry'emu tamtej nocy. To oznacza, że wcale nie musi dochodzić do mojej rozprawy.

Rufus poczuł, jak jego brwi się podnoszą. Naprawdę powinien w tej chwili po prostu wyjść, ponieważ wiedział, że te wyjaśnienia będą prawdopodobnie roztrzęsionym, żałosnym bełkotem, ale musiał przyznać, że obudziła się w nim jakaś chorobliwa ciekawość. Ostatnimi czasy nie karmił tego szczególnego rodzaju ciekawości, bo nie czytał co bardziej dziwacznych artykułów w gazetach, więc ta przeżuwała go od środka, nieusatysfakcjonowana.

Uznał, że równie dobrze może udzielić więźniowi łaski wysłuchania jego tłumaczenia, skoro ten chciał mu jakieś zaoferować. W najgorszym wypadku doda je po prostu do swojej prywatnej kolekcji wymówek kryminalistów, jakimi ci próbowali go do tej pory przekonać, starając się wyjaśnić, czemu akurat oni nie powinni ucierpieć pod pełnym ciężarem prawa. Jak do tej pory najsłabsze z nich wszystkich pochodziło od mordercy, który upierał się, że jego ofiara powiedziała mu, że chciała zostać zamordowana i tak się wygodnie składało, że postanowiła, że powinno to się odbyć na osobności i w wybrany przez niego sposób.

To wyznanie mogło to przewyższyć.

– Niech będzie – powiedział. – Proszę mi powiedzieć, dlaczego.

James w bardzo wyraźny sposób oklapł z ulgi, po czym zebrał się w sobie i uśmiechnął się. Rufus przyjrzał się krytycznie jego twarzy. Doszedł do wniosku, że nawet, gdyby ten człowiek nie był winny zaniedbania, to i tak by go nie zatrudnił. Twarz Jamesa była nieco zbyt zdesperowana, nieco zanadto ochocza. Wyglądał, jakby potrzebował do przeżycia aprobaty innych ludzi. Auror nie może taki być. Musi zajmować się wieloma niepopularnymi i nieprzyjemnymi sprawami, a chwała, na którą tak długo się czeka, jest wyjątkowo ulotna, kiedy już się pojawia.

– Nie wiem, jak wiele pan wie o dzieciństwie Harry'ego – zaczął James, po czym zamilkł, przyglądając się Rufusowi.

– Oglądałem wspomnienia, które Severus Snape wysłał nam w myślodsiewni – powiedział Rufus. – Przeczytałem również długie listy od niego, w których opisywał pana zbrodnie, takie jak nieustanne ignorowanie tego, w jaki sposób pańska żona traktowała pańskiego syna.

– Kiedy ja naprawdę niczego nie zauważyłem – powiedział James z zawstydzonym uśmiechem, który w dość oczywisty sposób miał za zadanie ukojenie osoby i nakłonienie jej do zgodzenia się z nim. – Wiedziałem, że Connorowi nic nie jest i kochałem mojego małego chłopca, ale przecież to był Chłopiec, Który Przeżył. Czy to naprawdę takie dziwne, że Harry znalazł się w jego cieniu?

– Istnieje wielka różnica między faworyzowaniem jednego ze swoich dzieci – zauważył Rufus – i zaniedbywaniem drugiego do tego stopnia, że nawet nie zauważył pan, kiedy pańska żona trenowała go, żeby zaczął sobie radzić bez dotyku, a trening ten odniósł taki sukces, że teraz drży ze strachu, ilekroć ktoś go dotknie.

James zamrugał, wyraźnie zbity z tropu, po czym wrócił do sedna.

– Ale Lily naprawdę dobrze się z tym kryła i miała pomoc Albusa. No niech sam pan przyzna. Czy naprawdę wydaje się panu, że zauważyłby pan cokolwiek w mojej sytuacji?

– Tak.

James potrząsnął głową i machnął rękami w górę.

– Nie rozumie pan tego, oczywiście, ponieważ nie jest pan mną. Rzecz w tym, że ja naprawdę nie zauważyłem. Ilekroć wydawało mi się, że zobaczyłem coś dziwnego, to zawsze udawało mi się to sobie jakoś wyjaśnić. To chyba nie moja wina, że nie jestem dostatecznie spostrzegawczy, prawda? Wydawało mi się, że Harry jest po prostu dziwnym małym dzieckiem, które naprawdę lubi czytać książki. Sam nie przepadam za książkami, więc wzruszyłem tylko ramionami i uznałem, że pewnie będzie w Ravenclawie jak już trafi do Hogwartu. Oczywiście, że wolałem spędzić więcej czasu z synem, który był bardziej do mnie podobny.

Rufus dalej przyglądał mu się w milczeniu.

– A potem, dzięki magicznemu artefaktowi w moim domu, dowiedziałem się, co Lily i Albus zrobili i byłem przerażony. – James kiwnął z powagą głową. – W dość naturalnym odruchu chciałem odzyskać mojego syna. Ale wtedy Snape go porwał i Harry nigdy do mnie nie napisał, w ten czy inny sposób, nawet żeby powiedzieć mi, jak się czuje. A potem próbowałem mu odebrać mojego syna... ale wie pan, jak to się skończyło. Nigdy nie chciałem go zaniedbać. Zawsze starałem się dla niego robić wszystko, co najlepsze, ale inni ludzie – Snape, Connor, nawet sam Harry – nie zauważyli, zupełnie jak ja nie zauważyłem, kiedy Lily i Albus w ogóle mu to robili. – James rzucił Rufusowi pełne błagania spojrzenie. – Chyba nie skazujecie ludzi za ignorancję, prawda?

– Nie – powiedział Rufus, kiedy już wydawało mu się, że może sobie zaufać na tyle, żeby nie podnosić głosu. – Ale skazujemy ich za głupotę. Wielu ludzi usiłowało już heroicznie wyleczyć pana z pańskiej ignorancji, panie Potter, więc podejrzewam, że cierpi pan na poważne schorzenie zwane głupotą.

James zarumienił się wściekle.

– Skoro jest pan taki przeciwny znęcaniu się, panie Scrimgeour, to czemu pan stosuje je na swoich więźniach? – wyzwał go.

– Proszę nie zapominać, że zwraca się pan do ministra – powiedział Rufus, prostując się. – I jeśli uznał pan coś takiego za znęcanie się słowne, panie Potter, to nic dziwnego, że nigdy pan nie zauważył cierpienia pańskiego syna. – Odwrócił się do drzwi.

– Ale porozmawia pan z Harrym? – zapytał zza niego James z niepokojem.

Rufus odwrócił się niechętnie z powrotem. Nie chciał dawać temu pozbawionego kręgosłupa moralnego tchórzowi ani minuty więcej ze swojego dnia. Znał już Jamesa Pottera. Ten człowiek uginał się z powiewem najsilniejszego w danej chwili wiatru. Jeśli ten wiatr akurat zacznie wiać z powrotem w stronę jego żony i Albusa Dumbledore'a, to pokłoni się przed nimi i będzie równie usilnie nalegał, że zaniedbanie i dręczenie Harry'ego zostało popełnione dla dobra reszty świata, zupełnie jak oni.

Ale gdyby James zechciał zeznawać przeciw swojej żonie i Dumbledore'owi, to Rufus musiał go wykorzystać.

– Czy pozwoli się pan wezwać na świadka oskarżenia i będzie zeznawał zgodnie z prawdą? – zapytał cicho Jamesa.

Twarz Jamesa nabrała koloru mokrych prochów.

– Wyjaśniłem to w moim liście – powiedział, machając kopertą. – Nie mogę tego zrobić. Oczywiście, że nie. Jak mógłbym zwrócić się przeciw swojej żonie i mentorowi? Ja chcę się tylko od tego wszystkiego odciąć, raz a porządnie. Przecież ja prawie nic nie widziałem z dzieciństwa Harry'ego. Jak mógłbym zeznawać o tym, co mu zrobili, póki sam nie zobaczę dowodów? A to mnie uprzedzi przeciw nim.

Rufus skrzywił się lekko. Na swój własny sposób, Lily i Dumbledore są lepsi od tego człowieka. Oni przynajmniej byli przekonani, że to, co robili, było słuszne, i wiem, że jak przyjdzie do zeznań, to będą twardo obstawać przy swoim.

– I czego pan oczekuje po Harrym? Że co on zrobi?

– Wybaczy mi – powiedział od razu James. – Wycofa zarzuty. Może nawet kiedyś uzna, że będzie chciał ze mną znowu zamieszkać. Wiem, że w tej chwili jego umysł został skażony przez Lily, Dumbledore'a i Snape'a, ale kiedy już dojdzie do siebie, to zrozumie, że zawsze chciałem dla niego dobrze.

Rufus musiał w tym momencie zamknąć oczy, żeby powstrzymać się przed wymiotowaniem.

– Pańska prośba została odrzucona – powiedział. – Ludziom, którzy znęcają się nad dziećmi, nie wolno się kontaktować ze swoimi ofiarami.

– Przyprowadził pan tu Harry'ego tej pierwszej nocy. – Doszedł go szelest, który pewnie świadczył, że James skrzyżował ręce na piersi. – To oznacza, że może pan nieco nagiąć zasady. A ja chcę tylko, żeby Harry zobaczył ten list. On już będzie wiedział, jak mi wybaczyć.

– Wiedziałby – powiedział Rufus. – Ponieważ nauczono go, jak wybaczać poza wszelkim rozsądkiem.

– Ale przecież on sam powinien pod tym względem podjąć decyzję. – Jamesowi w dość oczywisty sposób wydawało się, że jego rozumowanie ma sens. – Nie możecie podejmować takich decyzji za niego.

Rufus otworzył oczy i uśmiechnął się lekko do Jamesa.

– Właściwie, panie Potter, to on nie ma jeszcze nawet piętnastu lat, więc owszem, dorośli mogą podejmować za niego tego rodzaju decyzję. A w tej chwili jego prawnym opiekunem jest Severus Snape, który zagroził mi śmiercią, jeśli list od pana trafi choćby w pobliże rąk Harry'ego.

– Zagroził panu śmiercią! – James uwiesił się na tym. – Jak może mu pan ufać?

Rufus otworzył drzwi, wyszedł i zamknął je mocno za sobą. Wiedział, że uśmiecha się z pogardą, ale nie był w stanie się powstrzymać. Och, tak, dobrze już wiedział, jakiego rodzaju człowiekiem był James Potter. Wiele by dał, żeby się upewnić, że Harry nigdy więcej nie będzie miał z nim kontaktu, nawet po rozprawie.

Niemal wpadł na młodą czarownicę, która szła pośpiesznie korytarzem, z pochyloną głową i szlochem uciekającym spod jej przyciśniętych do twarzy dłoni. Podskoczył, ona też, po czym odsunęła się od niego o kilka kroków, przyglądając mu się z podziwem.

– Pan jest ministrem Scrimgeourem, prawda? – zapytała, a jej policzki zaczęły się rumienić bardziej na różowo, o tyle, na ile mógł to ocenić pod łzami, które wciąż ściekały jej po twarzy.

Rufus kiwnął głową, przyglądając się jej uważnie. Wydawało mu się, że gdzieś już ją widział, ale nie był w stanie przypomnieć sobie gdzie dokładnie.

– Jak pani na imię?

– H–Hestia Jones, proszę pana. – Czarownica ponownie ukryła twarz w dłoniach. – Od jakiegoś czasu starałam się zostać aurorką – powiedziała, jęcząc nisko. – Ale potem dowiedziałam się, że mojego brata aresztowano za przemyt latających dywanów do Brytanii, więc uznałam, że powinnam zrezygnować z programu aurorów. Jak mogłabym to znieść, taki wstyd...

Rufus kiwnął głową. Już pamiętał, gdzie ją widział ostatnim razem: w najnowszej grupie praktykantów na aurorów. Oczywiście, wtedy jej policzki rumieniły się z dumy.

– Rozumiem, jeśli zechce pani odpocząć przez jakiś czas, Madam Jones – powiedział. – Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczę panią z powrotem w programie dla aurorów. Ktoś z tak głębokim poczuciem sprawiedliwości co pani zawsze się nam przyda.

Hestia spojrzała na niego niepewnie.

– Dziękuję panu. Strasznie miło usłyszeć coś takiego od pana. – Rzuciła zaklęcie Tempus i podskoczyła na widok liczb, które się pojawiły. – Naprawdę muszę już lecieć – wymamrotała. – Jeszcze raz dziękuję! – zawołała, odbiegając.

Rufus potrząsnął głową i ruszył w kierunku swojego biura z osobliwie lżejszym sercem, gotów przydzielić Percy'emu Weasleyowi jego nowe obowiązki i wysłać sowę do świętego Munga. Czasami naprawdę pomagało przypomnienie, że wokół niego wciąż toczyło się normalne życie, nawet jeśli w areszcie przebywali ludzie winni znęcania się nad dziećmi, wszyscy musieli żyć w świecie, w którym Mroczny Pan się odrodził, a dziecko o lordowskiej mocy miało mentalne blizny.


Hestia zatrzymała się na moment, żeby upewnić się, że minister już sobie poszedł, po czym zakradła się do odpowiedniej celi. Wszystkie informacje dostała na pośpiesznie napisanej notatce, dostarczonej nawet nie sową, a sokołem. Wyszeptała inkantacje, które odblokują osłony, po czym wyciągnęła kopię klucza, którą przyniosła ze sobą. Czasami posiadanie kryminalisty wśród bliskich krewnych miało swoje dobre strony.

Otworzyła drzwi i weszła do pokoju, w którym stała bezsilnie zamrożona forma jej przywódcy, Albusa Dumbledore'a.

Hestia przełknęła ślinę i pośpiesznie zaczęła wyciągać nasiona żaru, które zneutralizują działanie pancerza bezruchrząszcza. To aż bolało, widzieć go w tym stanie. Przyłączyła się do Zakonu Feniksa zaledwie kilka miesięcy temu, ale całe życie słyszała od matki historie o Albusie Dumbledorze, Białym Czarodzieju, Świetlistym Panie. Nie powinien teraz tak stać, wbity w ziemię, z wyrazem lekkiego zaskoczenia na twarzy i całą swoją magią i dobrą wolą zamkniętą z dala od wszystkich.

Przycisnęła nasiona żaru do jego karku i wyszeptała odpowiednią inkantację. Czerwone światło pomknęło w górę, a potem w dół jego ciała, łagodząc jego surową postawę. Po chwili Dumbledore rozluźnił się i niemal upadł. Hestia złapała go za rękę i pomogła mu ustać na nogach. W sercu wciąż ściskało ją z żalu, ale czuła niesłychaną dumę, że to właśnie jej zaufano na tyle, żeby mogła mu teraz pomóc w chwili słabości.

Dumbledore spędził kilka chwil, oddychając w ciszy, po czym podniósł głowę i uśmiechnął się do niej. Hestia szybko spuściła wzrok, a jej policzki znowu zapłonęły rumieńcem.

– Moja droga – powiedział Dumbledore łagodnie – dziękuję ci. Zanim jednak stąd wyjdziesz, obawiam się, że będziesz musiała przycisnąć do mnie pancerz bezruchrząszcza, którego masz w kieszeni i ponownie mnie unieruchomić.

Hestia zamrugała. To prawda, notatka wspomniała o tym, że powinna przynieść ze sobą pancerz bezruchrząszcza, ale wydawało jej się, że miała go użyć na wrogach, którzy mogliby spróbować ich skrzywdzić, kiedy będzie próbowała uratować dyrektora. To było takie ekscytujące. Wyobraziła sobie brawurową ucieczkę. Do głowy jej nie przyszło, że Dumbledore miałby tu pozostać.

– Dyrektorze... – zaczęła.

Dumbledore pokręcił głową.

– Już nie obejmuję dłużej tej pozycji, Hestio, więc niegrzecznie jest zwracać się do mnie tym tytułem – zganił ją łagodnie.

Hestia kiwnęła głową.

– Wybacz mi, mój panie. Ale to takie strasznie niesprawiedliwe.

Dumbledore westchnął.

– Tak, niestety. Teraz, kiedy Voldemort powrócił – poczekał uprzejmie, kiedy się wzdrygnęła na to imię – czarodziejski świat potrzebuje mnie bardziej niż kiedykolwiek. Ale zbyt wielu ludzi by mi teraz nie ufało, ponieważ oskarżenia o znęcanie się nad dzieckiem wciąż pozostają świeże w ich umysłach, a gdybym teraz uciekł, to w ich mniemaniu tylko potwierdziłbym tym swoją winę. Wiem, że takie podziały powstały nawet w Zakonie. Dlatego z konieczności muszę cię poprosić, żebyś mnie tu zostawiła, ponownie zamrożonego, tak żeby nasi wrogowie niczego nie podejrzewali.

– W takim razie czemu w ogóle pana uwolniłam? – szepnęła Hestia. Chciałam pomóc. Czy naprawdę mi się to udało?

– Ponieważ pancerz bezruchrząszcza ograniczał całą moją magię – powiedział Dumbledore. – Wolny od niego, mogę wypuścić nieco mojej mocy. – Zamknął oczy i powietrze wokół niego i Hestii zrobiło się cieplejsze. Hestia zadrżała z podziwem. Miała wrażenie, jakby wcześniej w pokoju panowała zima, a teraz właśnie znaleźli się na przełomie wiosny.

– Co teraz zrobisz, mój panie? – szepnęła.

– Pozmieniam kilka umysłów – powiedział Dumbledore, głosem mocniejszym niż używał do tej pory. – To jest stare zaklęcie, rzadko używane, ponieważ tak wielu wykorzystałoby je do złych celów, w dodatku powiązane z odległymi wydarzeniami, a nie z tym, co ma w tej chwili miejsce. Ale jest najlepsze, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności. – Zamilkł na moment, po czym zaczął mamrotać: – Converto intellegentiam de Harry Potter! Converto animadversionem ab intellegentia!

Hestia poczuła, jak zaklęcie rozprzestrzenia się wokół nich, gęsta, kleista chmura, która zniknęła w chwili, w której dotknęła ścian pokoju. Dumbledore westchnął ciężko, zadając się starzeć wprost na jej oczach. Uśmiechnął się do niej ze zmęczeniem.

– A teraz, moja droga, bądź tak miła, użyj na mnie ponownie pancerza bezruchrząszcza i zmykaj stąd. Niebawem tutaj zajrzą. Zawsze to robią. Nie ufają mi.

– A nie chciałby pan może czegoś zjeść, zanim stąd pójdę? – zapytała Hestia płaczliwym tonem. – Albo czegoś się napić? – Wyglądało jednak na to, że nie będzie w stanie pomóc swojemu bohaterowi nawet w połowie tak bardzo, jak sobie to wymarzyła.

Dumbledore poklepał ją po policzku.

– Zauważą, moja droga, gdybym miał osobliwe ślady po jedzeniu na zębach, kiedy będą zdejmować ze mnie moje ograniczenia przed rozprawą. Nawet ta krótka chwila wolności była ryzykowna, ale tak długo, jak niczego nie zmienię ze swoim własnym ciałem, to raczej niczego nie powinni zauważyć. – Ustawił się z powrotem w pozie, w której wcześniej stał, przybrał ten sam, lekko zaskoczony wyraz twarzy i zerknął na nią z wyczekiwaniem.

Hestia, przygryzając wargę i nie pozwalając sobie w ten sposób na wygłoszenie kolejnego protestu, użyła na nim pancerza bezruchrząszcza i patrzyła, jak jej przywódca ponownie zamiera. Westchnęła i wymknęła się z pokoju, zaciskając po drodze pięści.

Albus Dumbledore wciąż był przywódcą czarodziejskiego świata dla tych, którzy naprawdę mieli w nim jakieś znaczenie, wciąż był Świetlistym Panem. Już on ich wszystkich uratuje. Hestia była o tym przekonana. Wiedziała jednak również, że był on znacznie mądrzejszy od niej. Skoro twierdził, że tak musi być, to znaczyło, że tak już po prostu musiało być.

Żałowała jednak, bardziej niż czegokolwiek na świecie, że te zarzuty w ogóle zostały wniesione przeciw niemu, że komukolwiek w ogóle przyszło do głowy spojrzeć na poświęcenia, jakie Dumbledore popełnił dla ich świata i spojrzeć na niego z wyrzutem, zamiast z podziwem.

Odwróciła się z ponurą miną i zaczęła rzucać osłony blokujące z powrotem na drzwi; notatka zawierała również te instrukcje, od kogoś, kto był już za dobrze znany w ministerstwie i teraz nie mógł już tutaj wrócić niezauważony. Jego też dotknęła wielka niesprawiedliwość. Ale to nie szkodzi, mówiła sobie Hestia, pracując dalej. Pewnego dnia sprawiedliwość się dopełni i tak samo, jak Albus Dumbledore znowu stanie się przywódcą świata czarodziejów, tak Kingsley Shacklebolt odzyska swoją pracę jako auror.