Kto: Shuuhei

Światło i ciemność

Setki świateł migoczących daleko pod twoimi stopami, ciche odgłosy miasta – ciągle żywego pomimo późnej pory - i wciąż ciepły, jesienny wietrzyk. Karakura nocą jest piękna. Tak piękna, jak wszystkie inne miasta podziwiane z wysokości nieboskłonu, w najlepszym dla siebie okresie w roku. Piękna prostotą i banalną zwyczajnością, której wam, w zaświatach, już od wieków nie dane było zaznać.

Stojąc w powietrzu, wysoko, bardzo wysoko nad tętniącą życiem metropolią, wszystko wydaje się inne. Problemy dnia codziennego tracą na realności, oddalają się niczym pociąg z wolna znikający za mgłą – niby ciągle jeszcze je widać, ale stanowią tylko zamazany, niezupełnie wyraźny kształt gdzieś na granicy wzroku. Inni wydają się ludzie, którzy zostali na warcie daleko za bramą senkaimonu, stosunki, które między nimi panują i inny wydaje się świat - nie ważne: ten duchowy, czy też całkiem realny u twych stóp.

Noc jest ciemna, gwiazdy z trudem migoczą poprzez gęste kłęby chmur spowijających niebo i wszystko wydaje się szare - tylko czerwone włosy Abaraia stojącego tuż obok, zdają się nic nie tracić na swej intensywności. Wszystko jest szare i przygnębiające, i nie potrafisz poczuć nawet najmniejszego oddechu wolności, jaki daje, jaki powinna dawać wycieczka do świata ludzi. Nie, od kiedy on…

Potrząsasz głową, zdecydowany, by już nigdy więcej o tym nie myśleć. Wojna się skończyła, zdrajcy ponieśli zasłużoną karę i nikt o nic nie powinien się już obwiniać. Ani rozpamiętywać. Trzeba wziąć się wreszcie w garść i dać się porwać przyszłości!

Tylko że…

Kiedy patrzysz na roześmianego rudzielca, który jak gdyby nigdy nic rozprawia o treningach z Madarame i ostatnich poderwanych przez siebie panienkach, przyprawiając to od czasu do czasu kolejnymi relacjami z kłótni z Kuchiki – nawet nie wiesz którym – albo rozprawami na temat rodzajów i zbawiennych właściwości okularów przeciwsłonecznych, pomału, powolutku zaczyna trafiać cię szlag. Masz ochotę rzucić się na niego z pięściami – bo jak on tak może? Tak po prostu, zwyczajnie? – i tłuc, bić, i wyżywać się z brutalną przemocą tak, jak nigdy nie mogłeś sobie pozwolić, jak nigdy nie chciałeś i jak nie chciałby on. Kiedyś. I miotasz się w sobie, pragniesz go ukarać, wydłubać mu oczy własnymi palcami, rwać ciało do kości i patrzeć, napawać się jak skręca się z bólu i rozpaczy, jak błaga o życie i…

Spoglądasz na Renjiego, twojego kumpla, idącego obok raźnym krokiem, na jego ręce luzacko zarzucone na kark i drażniący, głupawy uśmiech. I wtedy do ciebie dociera. Nie chodzi o to, aby inni cię rozumieli; nie są tobą, nie przeżyli tego co ty, nie patrzą twoimi oczami i nigdy nie będą w stanie w pełni zrozumieć twoich pobudek ani wyborów. Nigdy w pełni nie zrozumieją ciebie. Ale to nieważne, zupełnie nieistotne. Nie. Bo nie chodzi o to, aby inni w pełni cię rozumieli. Chodzi o to, abyś ty zrozumiał, że to niemożliwe. Tak samo niemożliwe jak to, żebyś i ty był w stanie w pełni postawić się na ich miejscu. Chodzi o to, byś po prostu przyswoił tę niemal zbyt prostą prawdę i cieszył się tym, że ich masz. Mimo wszystko i wciąż.

Gdy to sobie uświadamiasz, wściekłość nagle wyparowuje, a twoja twarz rozjaśnia się w mimowolnym uśmiechu po raz pierwszy od bardzo dawna.