Rozdział z pozdrowieniami dla miłośników doktora Bannera i kota Ernesta!

XXX

Był piątek, późne popołudnie, a może raczej, wczesny wieczór. Ernest bawił się frędzlami firanki, to znaczy, leniwie, łaskawie, raz na jakiś czas trącił jeden łapą, by nie przestawał majtać się hipnotycznie przed jego pyszczkiem. Bruce, jak na starego kawalera przystało, piekł babeczki. Nie był starym kawalerem według żadnego z obowiązujących kryteriów, ale tak właśnie o sobie myślał. A babeczki zwyczajnie lubił.

Czasem się zastanawiał, czy zawsze preferował taki sielski, spokojny, nudny styl życia - kot, mały domek, babeczki - czy też musiał polubić, bo to była jedyna dostępna opcja.

Babeczki chyba lubił zawsze, tylko wolał, żeby piekł je ktoś inny. Nie były wtedy takie słonawe i przypieczone na brzegach, a lukier nie spływał z nich, finalnie znajdując się wszędzie, tylko nie na słodkościach.

Ale Ernest nie narzekał.

Normalny mężczyzna w jego wieku i stanie cywilnym, w piątkowy wieczór powinien chyba gdzieś wyjść. To jest, nie do sąsiadów, bo cukier się skończył. Gdzieś. W miasto, do baru, klubu, do kina z dziewczyną...

Bruce westchnął ciężko na myśl o Betty. Ciekawe, co u niej?

Myśli o niej wciąż bolały. Sądził, że z czasem ból zelży, a nawet zniknie, ale to było niegojącą się, zaognioną raną w jego sercu. Tym bardziej, że przecież sam ją zostawił. Oczywiście, zrobił to, żeby ją chronić, bo to było dużo ważniejsze, niż miłość.

Banner postrzegał to uczucie jako skrajnie egoistyczne. Musiał więc walczyć ze swoim egoizmem, by zostać przy niej i z jej, by go nie opuszczać.

Prawdopodobnie, a nawet na pewno, wiedziała to wszystko i rozumiała. Być może dlatego, nigdy się z nim nie kontaktowała, chociaż odkąd Tarcza wzięła go pod swoje opiekuńcze skrzydła, nie musiał się obwiać niczego.

Poza samym sobą.

Ten drugi, to nadal było zbyt wiele, by mógł sobie pozwolić na taki luksus, jak osobiste uczucia. Nie mógł dać Betty absolutnie nic, na co ona by zasługiwała.

Ile to już lat? Na pewno sobie kogoś znalazła. Może wyszła za mąż, może nawet ma dzieci.

Dobrze by było, zawsze chciała mieć dużo dzieci.

Wbite z mocą w jego łydkę kocie pazury zwróciły jego uwagę na dziwny swąd dobiegający z piecyka i ulatujący z tego samego miejsca, dym.

- Dzięki Ernie – rzucił do kota, łapiąc kuchenne łapki, a chwilę później przechylił tacę z czarnymi babeczkami nad kubłem na śmieci. Kot siedział w miejscu, uważnie śledząc każdy ruch Bannera. Bystre oczy Ernesta wyraźnie mówiły: „Nakarm mnie", chociaż Bruce wolał wyobrazić sobie, że coś w stylu „nie ma za co".

Kotek był kochany. Nigdy nic nie mówił i doktor mógł sobie interpretować jego zachowanie, jak tylko chciał.

Prawda była taka, że zwykle chodziło o żarcie.

Po zutylizowaniu nieszczęsnych ciastek, zrezygnowany chwycił kubek z ostygniętą herbatą i rozsiadł się w ulubionym fotelu w salonie. Jak na starego kawalera przystało.

Nie włączył światła, ani telewizora, ciszę zakłócał tylko drapiący kanapę Ernest. Bruce już dawno przestał walczyć z destrukcyjnymi skłonnościami sierściucha. Myśli wróciły same, jakby zaproszone ciszą piątkowego wieczoru.

Nawet nie zauważył, gdy ze wspomnień, osunął się w sen.

Z początku myślał, że to ten niewdzięczny kocur obudził go swoim miauczeniem, ale to był równie irytujący dzwonek komórki. A taki miał piękny sen.

- Cześć Steve – wymamrotał, przecierając oczy, i poprawiając przekrzywione okulary.

- Witaj Bruce! Śpisz już? - Zdziwił się Kapitan. Swoim zwyczajem, przez telefon mówił bardzo głośno. Im dalej dzwonił, tym głośniej, więc i tak nie było źle.

- Zdrzemnąłem się tylko.

- Wychodzimy dziś na małe piwko, ja, Ems, Tasha i Clint, chcesz się przyłączyć? - Bruce pomyślał o perspektywie spędzenia paru godzin w towarzystwie dwóch szczęśliwych par i stwierdził, że to dziś nie na jego siły.

- Dzięki za zaproszenie, ale chyba zostanę w domu.

- Bruce, nie daj się prosić. Natasha mówiła, że ma nam coś do powiedzenia.

- Przekaż mi potem, o co chodzi. Nie czuję się najlepiej...

- Wszystko w porządku? - W jednej chwili Rogers zmienił ton z pogodnego na, w najwyższym stopniu, zaniepokojony.

- Tak, to nie to o czym myślisz. Po prostu nie mam ochoty nigdzie dziś wychodzić.

- No dobra, jak chcesz. Trzymaj się Bruce. Masz pozdrowienia od Emilly.

- Dzięki, pozdrów ją też. Bawcie się dobrze. - Rozłączył się, a po namyśle, wyłączył telefon. Chyba faktycznie, położy się dziś wcześniej.

Ernest siedział pod drzwiami i rozpaczliwie „płakał" w stronę klamki. Banner niechętnie wstał.

- Proszę bardzo, możesz wyjść, ale śpisz dziś na dworze... - Powiedział miauczącemu zwierzakowi, otwierając drzwi. Kot wybiegł, wymijając po drodze czyjeś nogi. Mężczyzna szybko podniósł głowę, by spojrzeć na równie zaskoczoną jak on sam, kobietę.

- Betty? - Wykrztusił w końcu. Wyglądało na to, że stała chwilę przed tymi drzwiami i pewnie stałaby dalej, zastanawiając się zapukać, czy nie, gdyby w Erneście nie odezwał się zew natury.

Po raz kolejny tego dnia, całkiem niechcący, kot zrobił coś pożytecznego.

- Witaj Bruce – odezwała się, uśmiechając się nieśmiało. - Mogę wejść?

- Tak, pewnie. - Otworzył drzwi szerszej i wpuścił kobietę do środka. Wyglądała na zmęczoną. - Napijesz się czegoś? Może herbaty? Babeczki niestety się spaliły... - Mówił nerwowo, musiał też zająć czymś drżące ręce.

- Próbowałeś piec? - Zaśmiała się, odwieszając płaszcz na wieszak. Wisiało między nimi coś dziwnego, co można nazwać atmosferą. Niezręczności, ale też radości ze spotkania i... tęsknoty. Nie dało się tego ukryć. - Pomogę ci – zaoferowała się, zabierając mu z rąk kubki.

- Gotuje całkiem nieźle! - Odparł, udając oburzenie.

- Ale wciąż nie umiesz się sam ostrzyc – dodała, zalewając herbatę wrzątkiem.

- Pracuję nad tym. Chodź, usiądźmy w salonie. - Zaprowadził ją do pokoju, włączył światło i usiedli obok siebie na kanapie. Cisza była więcej niż niezręczna. Kobieta grzała dłonie o kubek, siedząc jak na szpilkach.

No cóż, żadne z nich nie tak widziało ich ponowne spotkanie.

- Jak mnie znalazłaś?

- To nie było trudne, Bruce. Adres znalazłam na zeszłorocznej kartce świątecznej. Poza tym, głośno o was ostatnio. I to w pozytywnym sensie.

- Robię postępy, co?

- Jestem z ciebie dumna. - I znowu cisza. Doktor bardzo chciał wiedzieć, po co tutaj przyszła, ale głupio mu było pytać.

- Więc... co u ciebie? - Zapytał w końcu, gdy milczenie przedłużało się.

- Tęskniłam za tobą, Bruce – wyszeptała. Atmosfera jakby zgęstniała, Banner przyłapał się na tym, że wstrzymuje oddech. Betty odstawiła kubek na stół i przysunęła się bliżej, patrząc mu w oczy. - Ciągle cię kocham. Pomyślałam, że teraz, kiedy się już uspokoiło... Wiesz, moglibyśmy spróbować jeszcze raz... Powiedz coś, proszę.

- To... zbyt niebezpieczne – wypalił, bo jakoś nic innego nie przychodziło mu do głowy.

- I to wszystko?

- To bardzo dużom, Bett, nie mogę cię narażać na takie niebezpieczeństwo.

- Ale ja się nie boję - powiedziała pewnie, ściskając jego dłoń. - Poza tym, mam wrażenie, że nauczyłeś się nad tym panować.

- Nie wiem, na ile... Nie, nie możesz na to liczyć.

- Bruce... - Wyszeptała, delikatnie dotykając jego twarzy. - Chciałam sobie ułożyć życie z kimś innym, ale nic z tego nie wyszło. Ja ciągle cię kocham. - Nie dając mu szansy na kolejne protesty, złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. Oddał go, ale po chwili zdecydowanie odsunął od siebie kobietę.

- Proszę, przestań, wiesz, że nie może mi ciśnienie skakać. - Było w tym stwierdzeniu coś z dwuznacznego żartu. Bardzo smutnego, dwuznacznego żartu. Przytuliła się do niego.

- Zależy ci jeszcze na mnie? Jeśli nie, to powiedz mi to wprost.

- Nie gadaj głupot. Wiesz, że nie o to chodzi. Sama powiedz, co to będzie za związek, nawet nie mogę cię pocałować bez strachu.

- Odrobina adrenaliny świetnie przeciwdziała rutynie. - Wzruszyła ramionami. Wyglądało na to, że wszystko sobie już dobrze przemyślała.

- A co z seksem? Nie sądzę, by ktokolwiek lubił aż takie ekscesy łóżkowe...

- Wiesz co Bruce? - Zapytała retorycznie, siadając mu na kolanach. - Twój problem polega na tym, że za dużo myślisz...

XXX

Kilka kilometrów dalej, Tony Stark z uśmiechem patrzył na kartkę papieru, na której widniał z trudem i z pomocą Tarczy, zdobyty numer, podpisany „Betty".

XXX

Syn Laufeya siedział na parapecie otwartego okna swojego pokoju. Cisza dzwoniła mu w uszach. Tak, cisza, bo kłótnia między Thorem a Jane, weszła w fazę cichych dni. To by było na tyle, jeśli chodzi o ich szybkie pogodzenie się. Groźba powrotu do Asgardu wciąż była aktualna, pocieszające było tylko to, że brat nie podjął tym celu jeszcze żadnych kroków.

Ale to nie wyglądało dobrze.

Swoją drogą, niby czemu musi podporządkowywać się pod widzi-misie Thora? Jak ma zamiar zmusić go do powrotu? Zaciągnie siłą? Ciekawe, ktoś tu chyba zapomniał, że Loki jest magiem. I że ma w zwyczaju robić co chce. A chce zostać w Midgardzie i tyle. A powody nikogo nie powinny obchodzić.

Cholera, czemu naglę zaczęło mu tak zależeć na tym śmiertelniku?

Zamknął oczy, przywołując wspomnienie uczucia dotyku dłoni Tonyego...

„Kocham cię"

Wracał tamtego dnia ze Stark Tower jak pijany. Nigdy nie zostawał na noc, chociaż tym razem Stark nalegał. W końcu, póki Pepper była w Europie, nie istniało żadne niebezpieczeństwo.

Ale Asgardczyk wcale się nie przejmował ryzykiem odkrycia. Po prostu... nie chciał i tyle.

Nie wiedział, czy Jane rozmawiała z jego bratem, tak czy inaczej, ciche dni już obowiązywały. Przemknął cicho do siebie i tak jak stał, w ubraniu, rzucił się na łóżko, a słowa Tonyego rozbrzmiewały w jego głowie.

Nie potrafił... nie wiedział... Co ma mu odpowiedzieć. Kolejna dziedzina w życia, w której zupełnie nie miał doświadczenia. Nie wiedział też, co czuje w związku z tym wyznaniem. Był skołowany. Nie zdawał sobie tylko sprawy, że nie on jeden w tym układzie.

Kocham cię"

Loki spróbował przypomnieć sobie, co dokładnie poczuł, gdy padły te słowa. Był zmęczony, zaspokojony i na granicy snu, gdy ciepłe ciało Starka przylgnęło do niego. I gorący szept przy jego uchu.

Dreszcz przebiegł jego ciało, zacisnął powieki. To było... miłe uczucie.

- Loki? - Nie usłyszał nawet, kiedy drzwi do pokoju otworzyły się i do środka wszedł Thor. Spojrzał na starszego brata z wyrzutem, jasno dając do zrozumienia: „Przeszkadzasz".

- No co jest? Mam się pakować? Wracamy do domu?

- Loki...

- Nie przerywaj mi! Mam dość bycia traktowanym jak dodatek do ciebie! Idź tam, pogódź się z Jane, nie wiem jak i nie obchodzi mnie to. Nigdzie się stąd nie wybieram. - Thor milczał, patrząc na przyrodniego brata ze zdziwieniem.

- Ja... myślałem, że nienawidzisz Ziemi.

- Trzeba było nie myśleć, bo to nigdy nie była twoja mocna strona, tylko zapytać. - Thor nie zrozumiał prostego przekazu pod tytułem „idź i pogódź się z dziewczyną", tylko usiadł na łóżku, szykując się najwyraźniej na dłuższą pogawędkę.

- Dobrze, to powiesz mi, co cię tu trzyma?

- Lubię tutejsze powietrze, dobrze robi na cerę. - Jakby na potwierdzenie tych słów, wystawił twarz w stronę ogrodu.

- Kiedyś kłamałeś lepiej, bracie. Znikasz z domu na długie godziny, jesteś ostatnio jakiś nieobecny... Zakochałeś się? - Loki prychnął śmiechem.- Kim ona jest?

- Nie ma żadnej jej, Thor. – no cóż, nie kłamał. - Jestem lodowym gigantem, pamiętasz? Mam serce w lodzie kute.

- Wcale nie. - Thor uśmiechnął się rozbawiony, pewien, że odkrył sekret brata. - Ale dobrze, nie chcesz, to nie mów. Może pomożesz mi pogodzić się z Jane, skoro to leży w naszym wspólnym interesie.

- Co tu jest do pomagania. Idź i ją przeproś.

- Ale to ona...

- Słuchaj, może ja się nie znam na takich głupich sprawach, ale jedno wiem na pewno. Kiedy kobieta nie ma racji, to, co trzeba zrobić, to natychmiast ją przeprosić.

- Nie zamierzam jej ustępować, kiedy ona...

- Cholera jasna, Thorze! Czy możesz raz, raz jeden w życiu mnie posłuchać?! - Thor posłusznie skinął głową, widząc rozzłoszczonego Lokiego. Młody jak się złościł, bywał niebezpieczny. Przeprowadzał zamachy stanu, wykradał Tesseract i takie rzeczy... - No to słuchaj. Jak ci pieprzona korona od tego zleci z pustego łba, to ją sobie tam wbij Mjolnirnem i przestań zachowywać się jak dziecko. Idź tam, powiedz co to chce usłyszeć i błagam, nie nawal. Zostawiam wam wolną rękę aż do rana, poradzę sobie. Miłego godzenia się. - Nim oniemiały blondyn zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Loki po prostu zniknął.

XXX

Tony był bez reszty pochłonięty grą w kulki na tablecie, gdy chłodne, białe dłonie przesłoniły mu widok.

- Dlaczego tak bardzo nie podoba ci się idea pukania do drzwi? - Zapytał ze śmiechem Stark, ściągając ręce Lokiego. Musnął ustami wnętrze jego dłoni.

- Nie lubię się zapowiadać – odparł wymijająco bóg, siadając obok Tonyego. Chwycił palcami jego brodę i przekręciwszy jego głowę w swoją stronę, pocałował delikatnie, spokojnie. Tak, jak jeszcze nigdy się nie całowali. To była jakaś nowość dla miliardera. Kochanek nie przyciskał go do niczego, nie rzucił na niego na dzień dobry, nawet się nie dobierał. Po prostu oderwał się od niego, oparł głowę o jego ramię i zaczął bawić się zabranym tabletem.

- Wszystko w porządku? - Zapytał zdziwiony Stark.

- Tak, czemu pytasz?

- Jesteś jakiś... dziwny. - Loki parsknął.

- Nie mówiłeś tak, jak ostatnio dosłownie rzuciłem cię na kolana i wykorzystałem, teraz zachowuje się dziwnie, bo jestem spokojny?

- Nie mówiłem nic, bo mi to uniemożliwiłeś – mruknął cicho.

- Po prostu nie mam dziś ochoty na seks. Możemy sobie po prostu posiedzieć?

- A co kochanie, boli cię głowa? - Zaśmiał się Tony, przeczesując ręką włosy Asgardczyka. Ten automatycznie przytulił głowę do ciepłej dłoni.

- Tony, nie jestem maszyną, wiesz? A tobie tylko jedno w głowie.

- No już się nie unoś. Jasne, możemy posiedzieć razem na kanapie jak stare dobre małżeństwo. Napijesz się czegoś? - Stark już miał wstać i przynieść butelkę wina, gdy Loki go powstrzymał.

- Nie wstawaj. - Pstryknął palami i wino, wraz z dwoma kieliszkami, pojawiło się na stole przed nimi.

- No tak, czasem zapominam o twoich cudownych paluszkach.

- Będziemy musieli nad tym popracować... Widać ostatni raz nie zapadł ci zbyt mocno w pamięć. - I spędzili ten wieczór jak „stare dobre małżeństwo", sącząc wino i oglądając telewizję. Loki rozłożył się wygodnie na kanapie, użytkując Tonyego jako poduszki. I usnął w końcu w takiej pozycji, a trzymany w jego ręku kieliszek przechylił się, wylewając wino, brudząc na czerwono dywan.

- W końcu zostaniesz u mnie na noc – powiedział cicho Stark, bawiąc się kosmykiem czarnych włosów, opadającym na twarz śpiącego boga.