Na Ziemi powitał nas chłodny podmuch jesiennego wiatru. Znaleźliśmy się w Springfield, w Ohio. W moim rodzinnym mieście panowała cisza, którą dobrze znałam, gdyż zapadała każdego wieczoru, zaraz po zmroku.

Dwóch dziwaków w idiotycznych kubraczkach ze złotej Krainy stało na środku ulicy. Pociągnęłam Lokiego za rękaw, aby zszedł ze mną na chodnik. Był środek zimnej, wrześniowej nocy.

Samochód przemknął po drodze i o mały włos nie ochlapał nas wodą z kałuży. Wilgoć po krótkim, ale silnym deszczu dało się wyczuć w powietrzu.

- Witamy na Ziemi - rzuciłam. Spojrzał na mnie niepewnie. - Chodź, mieszkam niedaleko stąd.

Po kilku minutach marszu od jednej zapalonej lampy ulicznej do drugiej, znaleźliśmy się dwieście metrów od mojego domu. Budynek o jasnej elewacji nie wyróżniał się spośród innych, wybudowanych w podobny sposób piętrowych domków jednorodzinnych. W pokoju mojej matki paliło się światło. Nigdzie nie widziałam jednak strażników, o których mówił Loki.

- Gdzie oni są? - zapytałam cicho. - Ci Einherjarzy?

- Nie wiem - odparł Loki, który nie ukrywał zdziwienia tym, że dziesięciu świetnie wyszkolonych żołnierzy z odległej Krainy nie było nigdzie widać, choć powinni sprawować straż nad moją matką. Moglibyśmy być przecież Evidunem i jego świtą podarowaną przez Hel, a ich misją była ochrona Valorie Dewhurst przed tą piekielną grupką.

Loki podał mi nóż.

- Schowaj to, może się przydać - szepnął. Wsunęłam sztylet do buta. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Nikt nas nie zatrzymał, kiedy razem z Lokim weszliśmy do środka mojego domu, a powinno to wzbudzić chociaż zainteresowanie podwładnych Valentina.

- Mamo? - zawołałam. Nikt mi nie odpowiedział. Moje zdenerwowanie zaczęło zakrawać o panikę. - Mamo?!

- Tu jestem! - usłyszałam jej głos z góry. Wyjęłam z buta nóż i oddałam go Lokiemu.

- To się nie przyda - fuknęłam i zaraz znalazłam się na piętrze. Loki ostrożnie wszedł za mną, jakby stawianie kroków na ziemskich schodach w domku w Ohio było czymś niezwykle niebezpiecznym.

Moja matka stała w białym szlafroku i suszyła mokre, ciemne włosy ręcznikiem. Uśmiechnęła się na mój widok.

- Już wróciłaś? - zapytała, kiedy rzuciłam się w jej objęcia. Jej mięśnie jednak stężały, kiedy zobaczyła Lokiego. - Co on tu robi? - kolejne pytanie zadała śmiertelnie poważnym tonem.

- Znaszgo? - spytałam, niepewnie patrząc na zdziwioną minę Lokiego. Nie wyglądał, jakby i on ją poznał.

- Jego nie, ale innych jak on znałam - odparła tonem niepodobnym do tonu swojego własnego głosu. Nie widziałam jeszcze mojej matki w takim stanie, w takiej determinacji i pod wpływem takiej złości.

- Jak on? - kolejne idiotyczne pytanie samo wysmyknęło się z moich ust.

- Przecież widzę, jak jesteście ubrani - wymruczała pod nosem. - Nie masz takich ubrań w szafie, River.

W ogóle nie pomyślałam o zmianie stroju, ale było już na to za późno. Moja mama miała oczy i widziała złote przedramienniki Lokiego, czy chociaż złote nicie i wszyte w materiał kawałki metalu przypominające wyrwane żywcem z pancerza.

- Nie byłam w Londynie dłużej, niż kilka godzin - powiedziałam ciszej, przyznając się do swego rodzaju winy.

Pokiwała głową.

- Dajcie mi się ubrać i porozmawiamy. Mamy chyba o czym - spiorunowała Lokiego spojrzeniem i wycofała się do łazienki. Zamknęła drzwi. Posłałam Lokiemu zdziwione spojrzenie. Wzruszył ramionami w ciszy. Mama po chwili wyszła ubrana w normalne spodnie, bluzkę i śmieszne kapcie na nogach.

- Jak się u nich znalazłaś? - nie spuszczała z pola widzenia Lokiego, który mrużył oczy, patrząc na postawę Ziemianki, która nie darzy "takich jak on" wielką sympatią.

Mama zaczęła schodzić na dół, a ja za nią. Lokiemu nie pozostało nic więcej, niż przepuścić ją i podążyć na parter.

- Wpadłam w portal - wyjaśniłam.

- Złączenie, no tak. Nie pomyślałam, żeby cię przed tym ochronić. Nie powinnam pozwalać ci jechać do Londynu, ale dowiedziałam się o Koniunkcji za późno.

Moja własna matka stawała się w moich oczach kimś, kto ukrywa wiele tajemnic i wie o wiele więcej, niż mogłam się spodziewać.

- Powiem ci wszystko, co powinnam już dawno temu przekazać.

Zabrzmiało to zbyt dziwnie w ustach mojej matki, niezwykle łagodnej kobiety, która kiedyś codziennie odbierała mnie ze szkoły i robiła mi do szkoły kanapki, pracowała w miejskiej czytelni i jeździła brązowym SUV-em.

Przysunęła mi krzesło i kazała usiąść, sama zajęła drugie. Loki natomiast w jej myśli miał stać. Założył ręce na siebie z całkowitą rezygnacją.

- Powinnaś zacząć o tego, kim jest mój ojciec. Ten prawdziwy - powiedziałam z lekkim wyrzutem, siadając. Mama spojrzała na mnie z bólem w oczach.

- Więc wiesz? - uniosła brwi. Patrzyłam jej prosto w oczy. To był najłatwiejszy sposób na to, aby dostrzec, kiedy z jej ust zamiast prawdy padłyby łgarstwa. Ludzie usiłowali zatuszować kłamstwo w każdy możliwy sposób. - Że to nie był Darius.

- Wiem. Loki mi powiedział.

Mama powtórzyła ciszej imię Czarnowłosego z lekką dezaprobatą.

- Więc oni też wiedzą?

Potwierdziłam, kiwając głową.

- Chciałam ci powiedzieć, ale nie było dobrej okazji. Wybacz mi, kochanie. Nie chciałam, żebyś się dowiedziała w taki sposób i od kogoś takiego.

- Widzę, że nie lubisz Asgardczyków, Valorie - zabrał głos Loki. - Dlaczego?

- Dobrze wiecie, dlaczego - odpowiedziała surowo moja mama. - Ale już o tym nie pamiętacie. Wiedza o mojej córce jest dla nas niebezpieczna, jeśli wy ją posiadacie.

Niespodziewanie matka przyciągnęła do siebie moje prawe przedramię i spojrzała na nie. Musiała dostrzec jaśniejące pod skóra czerwone przebłyski. Dobrze wiedziała, co to jest.

- Oni nie stanową dla nas zagrożenia - rzuciłam, przecząc jej słowom. Mieszkańcy Asgardu okazali mi wiele dobroci i pozwolili swobodnie przebywać wśród nich.

- Przykro mi, że tak się stało - skwitowała pochmurnie. - Nie powinnaś dźwigać ciężaru, którym naznaczył cię twój ojciec.

Powoli przestawałam poznawać własną matkę przez zasłonę tajemnic i sekretów. Wiedziała o Asgardzie, o Malekithcie, o Eterze. O czym jeszcze miała pojęcie, a nigdy mi nie powiedziała? Czy siedemnaście lat ciszy było zbyt krótkim okresem czasu by zebrać się na wyznanie prawdy?

- Mamo, był tutaj może taki mały legion strażników? - zapytałam, drapiąc się po karku. - W złotych zbrojach, z włóczniami...

- Był, ale powiedziałam tym pajacom, żeby poszli w diabły - na twarzy mojej rodzicielki pojawił się grymas i uśmieszek. - Nie chcę żadnej pomocy od Asów.

- Odprawiłaś ochronę przed Elfem? - palnęłam bez zastanowienia.

- Jakim Elfem? - zdziwiła się. - Jeszcze żyją jakieś Mroczne Elfy?

Ścisnęłam palcami wnętrze drugiej dłoni. W najśmielszych snach nie podejrzewałabym, że mogłam rozmawiać z własną matką o takich rzeczach. Zakrawało to o szaleństwo i bajki opowiadane dzieciom przed snem. Najwidoczniej żyłam w takiej bajce, ale zmieniała się ona powoli w koszmar, z którego nie było jak uciec, jak się obudzić.

- A co wiesz o Evidunie? - spytał Loki.

Twarz mojej mamy zbladła, wszelkie kolory odpłynęły z jej policzków. Oczy jej poczerwieniały.

- Za dużo, niż bym chciała - odparła. - On nie żyje.

- Żyje i ma się całkiem dobrze.

- Jest na wolności? - moja matka ostrożnie wypowiadała każde słowo, które tyczyło się Mrocznego, jakby bała się, że może ją usłyszeć. Loki pokiwał głową. - Niedobrze. Bardzo niedobrze. Jeśli go znajdziecie, to nie wahajcie się i zabijcie go na miejscu. Znałam go. Evidun jest synem Alflyse, ale to pewnie wiecie - mama splotła palce i położyła ręce na stole. - Po śmierci matki wpadł w szał i wymordował cztery zastępy waszych żołnierzy - spojrzała na Lokiego. - Potem przyskrzynił go niejaki Laufey i zabił, zrzucając w przepaść. Tak przynajmniej sądziliśmy.

- Laufey? - ożywił się Loki. W jego głosie usłyszałam przebłysk bólu.

- Jotuni ten jedyny raz pomogli Asom - wyjaśniła mu mama. - Czemu cię tak dziwi to imię?

Wbiłam wzrok w blat, uciekając przed jej pytającym spojrzeniem.

- Był wtedy młodym królem Jotunheimu. Zakochał się w Azynce i za jej rękę zgodził się walczyć ramię w ramię z Asgardem. Miała na imię Farbauti, o ile się nie mylę. To było dawno temu.

Loki wbijał w nią przerażony wzrok.

- O co chodzi? - coraz bardziej się dziwiła. Zlustrowała nas obu spojrzeniem.

- To jego rodzice - wycedziłam. Mama uniosła brwi.

- Pół Jotun, pół As - powiedziała, po czym zerknęła na mnie. - Pół Elf, pół człowiek. Za dużo tych nowości - prychnęła, wstając i podeszła do blatu. Zaczęła nalewać do kubka wrzątek z czajnika. Dawno nie widziałam tak bardzo przyziemnej i naturalnej dla ludzi czynności. W ostatnich dniach byłam świadkiem bójek, morderstwa i otrucia, mówiąc w dużym uproszczeniu i skrócie, więc widok czajnika był miłą odmianą.

- Wiesz, jak możemy zatrzymać Eviduna? - zapytałam ją. Loki oparł się o ścianę, z którą stykał się przeciwległy bok stołu.

- Jeśli coś knuje, to na pewno ma sojusznika. Hel, prawda?

Oboje z Lokim pokiwaliśmy głowami.

- Twój ojciec zrobił ten sam błąd. Też uciekł się do jej pomocy. Dlatego obie skończyłyśmy, jak skończyłyśmy.

Spuściłam wzrok. Według więźnia, którym właściwie już nie był, Hel wpakowała nas w pole czasowe, które pozwoliło nam na nieszczęście przeżyć we śnie bardzo długo, o wiele dłużej, niż którakolwiek z nas by chciała.

Wyjęłam z buta nóż i podałam go Lokiemu. Spojrzał na mnie, kiwając głową i cicho kazał zachować broń, ale szeptem zaprzeczyłam potrzebie noszenia sztyletu w bucie.

- Nie znajdziecie go ani w Alfheimie, ani w Svartalfheimie, więc warto poszukać w Niflheimie. Jeśli dobrze pamiętam, to tam jest bezpośrednie wejście do jej Krainy - mama upiła łyk zaparzonej herbaty, odwracając się akurat, gdy Loki schował nóż z powrotem. - Chcecie się czegoś napić?

- Nie - odpowiedzieliśmy równo. Uśmiechnęłam się do niego. W jego oczach również zatańczyły iskierki.

Mama zmarszczyła brwi, pewnie zauważyła, że nieprzypadkowo to z Lokim pojawiłam się na Ziemi.

- Jesteście tu tylko na chwilę, prawda? Chcecie wrócić?

- Prawda.

Loki bynajmniej patrzył się na moją mamę przyjaźnie. Ona wlepiała w niego podejrzliwe spojrzenie osoby, która dokładnie przegląda na wylot duszę Kłamcy. W końcu mogła podejrzewać, że łączy go ze mną coś więcej, niż znajomość, a znając moją mamę, podejrzewała. Świetnie znała się na ludziach, czy też Asach i umiała wiele wyczytać z ich zachowania i wyrazu twarzy.

- Czemu w ogóle macie problem z Mrocznym? - upiła kolejny łyk.

- Był naszym więźniem, ale wypuszczono go, kiedy pomógł nam uratować kogoś, kogo sam otruł - Loki uniósł jedną brew, słysząc, jak to komicznie brzmi. Jednak żadnemu z zamieszanych w całą tą sprawę Asgardczyków nie było do śmiechu, kiedy mijałam ich w Asgardzie. Stanie na granicy śmierci nikogo nie bawiło, może poza samym winowajcą tego zamieszania. Evidun nie mógł być zdrowy psychicznie, skoro porywał się na Asgardczyków i groził wkroczeniem z armią.

- Przypisano mu przypadki przejęcia kontroli nad ciałem i umysłem kilku z Asów - dopowiedziałam. - Za pomocą elfickiej broni w asgardzkim składzie.

- Idioci... - prychnęła moja matka, reagując zupełnie jak Loki na tą wieść.

- Ale ją spalono - kontynuowałam.

- Mroczne Elfy mają w zwyczaju czekać kilka do kilkunastu dni, zanim przypuszczą szturm, jeśli to właśnie planuje. Może macie trochę czasu. Nie zostaniecie dłużej? Mogę zaoferować ci kanapę w salonie - mama zwróciła się do Lokiego ze sztucznym uśmieszkiem. Gdyby nie fakt, że odbiorcą tych złośliwości był Czarnowłosy, zaśmiałabym się głośniej.

- Czas nas nagli? - spytałam Lokiego. - Musimy wracać natychmiast?

- Opuściliśmy naradę - odparł spokojnym tonem.

- Racja - przyznałam pochmurnie. - Loki, dasz nam chwilę?

- Oczywiście.

Wyszedł z salonu i usłyszałam ciche trzaśnięcie drzwi wejściowych.

- Nie powinnam ci pozwalać tam wracać...

- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz mnie za kilka dni, kiedy będzie po wszystkim. Ale nie możesz drugi raz wyrzucić ochrony. Nie będę ryzykować twoim życiem.

- Nie wyrzucę - uśmiechnęła się, nie odsłaniając zębów. - Ale nie uspokoiłaś mnie, River. W razie potrzeby wiesz, że ci pomogę.

- Nie, ty zostajesz tutaj. Zaufaj mi. Potrafisz?

Pokiwała głową, chociaż widziałam, z jaką niepewnością na mnie patrzyła. Rozumiałam ją. Żadna matka nie chciałaby, aby jej jedyne dziecko stawiało czoła groźnemu wrogowi z zamierzchłej przeszłości. Byłam świadoma, ile ryzykuję, ale godziłam się na to ryzyko w imię ochrony nie tylko Asgardu, ale również Midgardu i mojej matki.

Musiałam podjął walkę z Evidunem na polu ja kontra on, ewentualnie przyjąć pomoc Lokiego. Żaden inny sojusz nie wchodził w grę. Musiałam odsunąć od zamieszania Thora i Jane oraz mieszkańców pałacu. Nie mogłam mieszać ich w porachunki kogoś, kto działał wedle swoich wymyślonych win i pragnął zemsty za coś tak dawnego, że nikt już o tym nie pamiętał.

- Ufam ci, ale nie ufam jemu.

- Uratował mi życie.

- Niech okaże się więc być godnym bycia jego częścią - wsunęłam mi za ucho kosmyk włosów. - Boję się o ciebie Nie chcę, żeby cokolwiek ci się stało. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby...

- Mamo, sama byłaś świadkiem, jakie zło siedzi w niektórych moich pobratymcach i że trzeba ich zatrzymać za wszelką cenę. Jeśli ja tego nie zrobię, to nikt nie da rady. Nie bez powodu dzierżę brzemię ojca. Nie martw się o mnie.

- Wiesz, że zawsze będę się o ciebie martwić.

- Wiem. Postaraj się nieco mniej, nie będę przecież sama. Mam, jakby to powiedzieć... sojuszników.

- Widzę - uśmiechnęła się. Nie było wówczas nic piękniejszego od uśmiechu mojej mamy. Zaczęłam za nim tęsknić, będąc w Asgardzie. - Zawołaj go, musicie coś zjeść przed powrotem.

...

- Gdzieście byli? - zawołał Thor, kiedy weszliśmy do asgardzkiej sali zgromadzeń, w której odbywała się kolejna narada. Gromowładny wyglądał o wiele lepiej, niż wczoraj, a u jego boku stała Jane Foster. Kobieta również nie emanowała już trupią bladością, choć nadal brakowało rumieńców na jej twarzy. - Mamy problem.

- Możliwe, że oddziaływanie przenosiło się z broni na... - powiedziała delikatnym i łagodnym głosem, ale przerwała, widząc Lokiego. Zdziwiła się, może i lekko przeraziła. W końcu też była świadkiem jego sfingowanej śmierci. - Loki? - powiedziała z niedowierzaniem.

- Thor ci wszystko wytłumaczy - zbył ją Kłamca. - Jaki problem?

- Byliśmy w Midgardzie - oznajmiłam nie tylko bratu Lokiego, ale i niestety pozostałym zgromadzonym. W pomieszczeniu stał również Fandral i Valentine, nadal w kajdanach.

- Oddział strażników wysłanych do pilnowania twojej matki, River, gdzieś przepadł. Cały - wytłumaczył przejęty Thor.

- Jak mogło przepaść dziesięciu naszych wojowników? - Loki wygiął usta w grymasie.

- Naszych... - Valentine powtórzył z ironią słowa Czarnowłosego. - To mi nowość. Bratasz się z nami, przyjacielu?

Loki nie zwrócił uwagi na kąśliwe słowa Dowódcy, które uderzały w jego piętę achillesową.

- Daliście mu środki, czy znowu ktoś zapomniał? - upomniał Loki Fandrala. Zapamiętałam, aby później spytać się go, jakie środki.

- Wysłaliśmy pogoń, ale na próżno. Nie ma ich w Jotunheimie, Midgardzie, nawet w Muspelheimie - ciągnął Thor.

- Czy jest możliwość, żeby Evidun mylił pogoń? - spytałam Lokiego. - Na przykład dzięki iluzji. Może to zrobić?

Loki zastanowił się chwilę.

- Może - odparł.

- Sprawdzaliście w Niflheimie? - moje słowa lekko wstrząsnęły zgromadzonymi.

- Nie. Nikt się tam nie zapuszcza - Fandral zmarszczył czoło. Hologram pokazał wielki, opuszczony teren z kilkoma martwymi drzewami i głębokim, czarnym jeziorem. Nad wodą unosiła się gęsta mgła. Nie bez powodu Krainę tą zamieszkiwali Mgliści Olbrzymi. Była jedynym miejscem, w którym te stworzenia mogły spokojnie egzystować, jeśli ich życie można było w ogóle tak nazwać. Byli niczym para i znikali równie szybko, jak się pojawiali. Nie mieli ciał, ani nie mieli dusz. To przynajmniej wiedział o nich Loki i tego się od niego dowiedziałam.

- Dokładnie dlatego tam musicie zacząć ich szukać. To sprawka Eviduna, na sto procent - zapewniłam ich, ale na twarzach bogów nadal malowało się niedowierzanie.

- Po co by to robił? Z porwaniem naszych wiąże się duże ryzyko. Nie sądzisz, że zbyt duże, jak dla potencjalnego wroga, którego ścigamy?

- On zrobi wszystko, żeby was wywabić z ukrycia i wpakować w pułapkę, przyprzeć do muru - traciłam siłę, która jeszcze wczoraj wręcz emanowała z mojego głosu. Chyba zdałam sobie sprawę, że trudno mi będzie dotrzymać obietnicy złożonej matce. - Nie ma dla niego znaczenia ryzyko, jeśli chce dokończyć misję Malekitha. Chce was sprowokować do wtargnięcia na teren Olbrzymów.

- Nie możemy wysłać tam wojsk - pochmurnie rzucił Valentine. - Asgardczycy nie mają pozwolenia na wejście na ten teren. Oznaczałoby to złamanie pokoju i wojnę.

W mojej głowie pojawił się pewien pomysł, choć dosyć niedorzeczny. Początkowo chciał zatrzymać go dla siebie, ale nie mogłam przecież zostawić dziesięciu wojowników pozbawionych broni na łasce psychicznie chorego Mrocznego Elfa. Mógłby zrobić im niewyobrażalną krzywdę.

- Znaleźliście Eviduna właśnie w Niflheimie, prawda? - zwróciłam się do Fandrala. Był obecny przy schwytaniu więźnia. Mój mózg musiał oczywiście przypomnieć mi, że wtedy Złotowłosy zgarnął pchnięcie w bok.

- Tak - odparł, najwidoczniej nie rozumiejąc, po co proszę go o potwierdzenie oczywistości.

- Co znaczy, że pozwolili mu tam być. Musi mieć z nimi dobre układy. Jest Mrocznym Elfem - przerwałam i spojrzałam na Lokiego, czując na sobie jego przenikające mnie, chłodne spojrzenie. Wiedział, do czego dążę. Patrzył się tak na mnie raz, kiedy chciałam powiedzieć mu, że muszę wrócić na Ziemię. Przewidywał moje zamiary. - Ja mogę tam wejść. Powołam się na swoją rasę, może zyskamy czas na odbicie żołnierzy.

- River... - jęknął Loki z rezygnacją.

- To nie ulega już dyskusji - ucięłam. - Idziesz ze mną, czy zostajesz?

Zlustrował moją twarz spojrzeniem pełnym dziwnej emocji, której nie umiałam nazwać - coś pomiędzy bólem, a chęcią pomocy - i odparł:

- Wiesz dobrze, że cię nie zostawię.

Pokiwałam głową.

- Niech żadne z was nie wysyła wsparcia, bo wywołacie chaos - skierowałam słowa do każdego Asa w tym pomieszczeniu. - Bez względu na cokolwiek, co się stanie, nie wysyłajcie swoich ludzi, chyba że macie nie-Asów w zanadrzu.

Thor niechętnie przystał na moją prośbę. Nie miał wyjścia. Tak, czy siak, udałabym się do Niflheimu, nawet sama. Ja i Loki mogliśmy się tam zbliżyć bez wywoływania wojny, a nie sądziłam, że Mgliści Olbrzymi pozwoliliby Asgardczykom wejść na ich terytorium, bo ukrywa się tam wróg i jego zakładnicy. Tacy jak oni nie dbali o los kilku żywych istot. Nie dbali chyba nawet o własny, nic ich nie obchodziło. Nie umiałam zrozumieć tych istot, a chciałam wejść do ich Krainy.

Loki dał mi do ręki nóż, kiedy weszliśmy do sali Bifrostu.

- Przyda się, na pewno. Schowaj go.

Nie oponowałam tym razem, choć miałam w rękach broń o wiele potężniejszą, niż sztylet, którym dobrze nie umiałam się posługiwać. Nie było sztuką wbić ostrze w czyjeś ciało, lecz władać nim tak, aby zrobić to cicho i umiejętnie.

- Gotowa? - spytał Loki. Po omacku znalazłam jego dłoń i złapałam ją.

...

W Niflheimie panowały ciemności, ale mimo to widziałam twarz Lokiego doskonale. Cały czas przypominałam sobie, że mam w bucie nóż, a za mną kroczy asgardzki bóg, ale nie mogłam uspokoić zbyt szybkiego rytmu serca. Chyba bałam się, co może nas spotkać wśród tych wyschniętych drzew i nisko unoszącej się mgły.

Ruszyliśmy przed siebie, a mnie przeszedł dreszcz. Nie wiedziałam jednak, czy z zimna, czy ze strachu. Pierwszy raz bałam się czegoś tak prawdziwie i widocznie. Loki również kroczył ostrożnie, może nawet niepewnie. A może to sama Kraina wywierała na mnie - na nas - taki wpływ?

- Widzisz tu cokolwiek? - zapytałam. Zmrużyłam oczy, ale nie mogłam dojrzeć niczego w odległości większej, niż kilka, może kilkanaście metrów.

Zanim Loki zdążył mi odpowiedzieć, poczułam, jak z ogromną siłą odpycha mnie od siebie i powala na ziemię. Wielka istota przygwoździła go do ziemi. Dwie postacie zaczęły szarpać się ze mną i w końcu jeden z pozostałych uderzył Czarnowłosego w twarz łokciem. Ten zatoczył się. Siła tej istoty była tak ogromna, że po drugim uderzeniu Loki padł nieprzytomny na ziemię.

- Loki! - wrzasnęłam, ale jeden z nich rzucił o ziemię czymś, z czego wydobył się nagle duszący dym. Musiałam zaczerpnąć powietrza, tym samym zaciągnęłam się oparami. Usiłowałam wyciągnąć z buta sztylet, a kiedy to nie poskutkowało, zaczęłam wykrzesywać z siebie energię Artefaktu, lecz nie mogłam ustać na nogach. Usiadłam, a raczej padłam na ziemię i próbowałam dostrzec, kto przypuścił na nas ten nagły atak. Olbrzymi?

Zobaczyłam trzy postacie przede mną. Nie wyglądali na Olbrzymów. Nie byli wiele więksi ode mnie, mieli ludzką posturę. Nie miałam najmniejszego pojęcia, kim byli, ani czego chcieli, a tym bardziej dlaczego Loki musiał przypłacił konfrontację z nimi utratą przytomności.

- Posłuchasz nas, a potem zadasz pytanie i my ci odpowiemy - usłyszałam. Przez dziwny zapach nie mogłam na niczym się skoncentrować, a już wcale na misji, którą miałam wykonać. Oddalałam się niebezpiecznie od odnalezienia uprowadzonego oddziału. - Jedno pytanie. Masz prawo do jednego pytania.

Loki nadal leżał ogłuszony. Zmusiłam się do koncentracji i pokiwałam głową. Na usta cisnęło mi się co najmniej sto pytań, ale musiała wybrać to najważniejsze i je zadać.

- Znajdziecie przyjaciół jakąś milę stąd na północ. Potem musicie uciekać, bo jesteście na muszce Eviduna. O północy w Asgardzie pojawi się nasz wysłannik. Masz się z nim spotkać, River Dewhurst. Inaczej znajdziecie się w wielkim niebezpieczeństwie - głos mówcy był zniekształcony, ale chłodny i dziwnie znajomy. Nie mogłam sobie przypomnieć, z kim go kojarzyłam. Myślenie wychodziło mi niezbyt sprawnie i niezbyt dobrze. - Tylko od nas uzyskacie niezbędną pomoc.

- Dobra... - zmrużyłam powieki. Miałam wrażenie, że moje źrenice ani się nie zwężały, ani nie rozszerzały, jakby duszący dym odebrał mi zdolność do myślenia i prawie wszystkie zmysły. - Kim jesteś? Pokaż mi swoją twarz.

Po chwili zawahania, mówca odparł:

- Znasz moją twarz.

Poczułam ból w skroni i złapałam się za głowę. Kiedy znów spojrzałam na miejsce, gdzie stały postacie, już ich nie było.

Momentalnie minęło otępienie i ból. Nie mogłam przestać myśleć o ostatnich słowach postaci, z którą rozmawiała. Miała ludzki głos i ludzki kształt. "Znasz moją twarz". Kto to mógł być? Co robił w Niflheimie? Znał mnie, byłam tego pewna. Ja podobno znałam i jego.

Opadłam bezwiednie na tors Lokiego i straciłam resztki świadomości. Byłam przekonana, że to również zawdzięczałam tajemniczym istotom. Walczyłam ze swoim ciałem, bo niedaleko znajdowali się porwani wojownicy. Nie mogłam powstrzymać chęci zaśnięcia. Mój mózg również nie umiał przeciwstawić się omdlewającym mięśniom i pozbawionym czucia kończynom.

- Loki - szarpnęłam jego ubraniem. - Loki! Słyszysz mnie?

Nie okazał żadnej reakcji na moje słowa. Z trudem wstałam i rozejrzałam się wokół. Ogarnęła mnie niemoc. Mila była zbyt dużą odległością do pokonania dla mnie w tym stanie. Przypomniałam sobie, że wszystko z Asgardu obserwuje Strażnik, lecz nijak może mi pomóc.

Wydarzenia sprzed zaledwie minuty zaczęły rozmywać się w mojej głowie. Wiedziałam jedynie, że muszę pamiętać o północy, że wtedy ma zdarzyć się coś ważnego.

Loki nagle oprzytomniał i skoczył na równe nogi.

- Wszystko w porządku? - spytał. Na jego skroni widniał czerwony, pulsujący opuchlizną ślad po uderzeniu. Jaka istota miała tyle siły, aby powalić asgardzkiego boga - w dodatku w połowie Jotuna - co potęgowało jego siłę?

- A z tobą? - zbyłam jego pytanie.

- Tak - odparł. - Nie myślałem, że tak szybko nas znajdą. Zazwyczaj Olbrzymi są wolniejsi.

- Jacy...? - ugryzłam się w język. Zrozumiałam, że te istoty były niezwykle silne i umiały wytworzyć iluzje, którymi mamiły mistrza obłudy, do tego spokojnie przebywali na niebezpiecznym terenie, ale nie byli to Jotuni, czy też Mroczne Elfy. - Wiem, gdzie ich szukać - zmieniłam temat. - Musimy znaleźć północ.

- Tam - Loki wskazał w lewo. Nie pytałam go, jakim cudem tak dobrze orientował się na obcym terenie. Zaufałam jego ukrytym zdolnościom, których posiadał niezliczoną ilość.

Z każdym naszym krokiem coraz głośniejsze stawały się ciche pojękiwania, zaskakująco ludzko brzmiące. W końcu puściliśmy się biegiem i znaleźliśmy dziesięciu ledwo przytomnych mężczyzn, wszystkich związanych jednym mocnym sznurem.

Wyjęłam z buta sztylet i zaczęłam zabierać się do jego przecięcia, ale jeden z nich zawył przeraźliwie. Przez knebel usłyszałam jedynie niewyraźnie "nie rób tego".

Spojrzeliśmy po sobie z Lokim, po czym wyciągnęłam rękę, aby dotknąć liny. Mój palec stał się czerwony i wykwitły na nim pękające bąble, mimo że Loki zdążył mnie powstrzymać. Nie zdołałam dotknąć sznura, a poparzył mnie jak gdyby był co najmniej ognisty.

- Cholera! - zaklęłam, zabierając dłoń. - Co to jest?

- Pęta z Helheimu - Loki spojrzał na moją dłoń. - Nie przetniemy ich, River. Jeśli się nie mylę, to wysysają z nich energię i stają się jeszcze bardziej trujące. Tylko ten, kto je założył, może je zdjąć.

- To może ich zabić?

- To na pewno ich zabije, jeśli Evidun nie zdejmie tego pęta.

- Cholera - zaklęłam i kopnęłam leżący obok kamień. Palec bolał mnie tak okropnie, że straciłam czucie w całej dłoni. Nie umiałam sobie wyobrazić, przez jakie katusze przechodzili żołnierzy.

Nagle dotarło do mnie, że muszę - potrzebuję - spotkać się z wysłannikiem w Asgardzie. "Tylko od nas uzyskacie niezbędną pomoc". Jeśli miał nam pomóc w zdjęciu w więzów, to musieliśmy wracać go Asgardu jak najszybciej.

- Musimy wracać. Nie powinniśmy tak długo tu bawić - Loki spojrzał w górę. Nie słyszałam, jak wzywa Strażnika. Nie myślałam o niczym innym, jak o przekrwionych oczach żołnierza i jego wrzasku, dzięki któremu nie przecięłam sznura.

...

W sali Bifrostu czekał na nas Thor.

- Bracie! - krzyknął, kiedy zmaterializowaliśmy się obok nich. Poczułam palący ból promieniujący od oparzonego palca. Ku mojemu przerażeniu, całą skórę prawej ręki pokryły czerwone, krwiste pręgi.

- Nie dotykaj tego! - wrzasnął Loki, kiedy Thor chciał rozerwać sznur wiążący żołnierzy.

- Dlaczego? - zdziwiony bóg zabrał niechętnie dłoń.

- Więzy Hel z diabelskich pędów. Musimy ich z tego wydostać.

Thor spojrzał najpierw na brata, a potem na wojowników. Ich wyrazy twarzy mówiły, że czują ogromny ból. Nie byłam jednak pewna, czy fizyczny, czy psychiczny. Co mogły robić z nimi więzy Hel? Odbierać świadomość? Powodować ból, ale czy tylko?

- Znajdziemy na to sposób. Czy któreś z was tego dotknęło? - zapytał Gromowładny.

- Ja - odparłam. - Ale nic mi nie jest.

- Jeszcze. Pędy tej rośliny są silnie trujące. Będziesz mieć halucynacje i przewidzenia. Eir powinna coś na to zaradzić. Poza tym, ty chyba też powinieneś się do niej zgłosić - Thor dotknął guza na czole Lokiego, na co ten syknął i odsunął się od brata.

- Świetnie sobie poradzę i bez twoich rad - odpowiedział zgryźliwie. Jego twarz wygięła się w bólu, jak gdyby coś uporczywie nie dawało mu spokoju.

- Wszystko z tobą w porządku? - ubiegł mnie i spytał Thor. Dopiero po tym pytaniu mój wzrok powędrował ku ręce Lokiego, którą ściskał drugą i usiłował ukryć.

- Tak, w porządku! - odparł Loki. Przypomniałam sobie, że przecież jego skóra też zbliżyła się niebezpiecznie blisko sznura. Oboje z Thorem przyjrzeliśmy się Zielonookiemu.

W tym samym momencie Czarnowłosy stracił równowagę i upadł na ziemię. Thor dopadł do niego niemalże w tej samej sekundzie i zatorował mi drogę lewą ręką.

- Do Lecznicy z nim! - zawołał do strażników. - Szybko!

Gromowładny nadal powstrzymywał mnie, a w środku mojej głowy zapanował mętlik. Przerażenie towarzyszące mi w Niflheimie nie mogło równać się temu wówczas, gdy asgardzki bóg przytomność przez truciznę, którą zostawił po sobie Evidun - mógł wyrządzić tyle krzywdy tak silnym istotom.

...

Thor kazał mi usiąść na krześle w Lecznicy, kiedy Eir zajęła się Lokim.

- Będzie z nim w porządku? - zapytałam pospiesznie, gdyż któryś z pomocników Uzdrowicielki chciał wyprowadzić mnie do drugiego pomieszczenia. Wyrwałam się.

- Nigdzie nie pójdę! Zostaję tutaj i koniec - stanęłam obok stołu, na którym strażnicy położyli nieświadomego Lokiego.

Jeden z Einherjarów podsunął mi krzesło.

- Dobrze się czujesz? - jak zwykle Eir spytała troskliwie.

- Tak - odparłam, usilnie chcąc się uspokoić. Niepotrzebne były nikomu nagłe wybuchy wściekłości, ale nie panowałam nad sobą, kiedy raz jedyny to Loki trafił do Lecznicy.

Uzdrowicielka rozkruszyła nad ręką Lokiego kamień leczący. W duchu liczyłam, że to wystarczy.

- Kto was tak potraktował? - usłyszałam ciche pytanie Eir. Stojący za moimi plecami i ciągle bacznie obserwujący poczynania Azynki Thor również dołączył się do pytania.

Zanim jednak zdążyłam im odpowiedzieć - a pojęcia nie miałam, co powinnam powiedzieć - Fandral poprosił syna Odyna na moment za drzwi Lecznicy. Odetchnęłam na moment z ulgą. Loki wciąż ciężko oddychał i pozostawał w takim samym stanie. Dotknęłam jego dłoni, licząc, że poczuje moje palce między jego palcami i szybciej wróci do siebie.

Po kilku długich i nieprzyjemnych minutach jeden z pomocników również rozkruszył nad moją dłonią kamień i kazał mi wypić gorzkawy wywar. Już nawet ich nie pytałam, co to jest. Odpowiedź była oczywista.

- Obudzi się za kilka godzin. Wyślę go do jego komnaty. Dobrze by było przykładać lód do tego siniaka - Eir wskazała siną gulę nad skronią Lokiego i czerwono-granatowy ślad na jego policzku i szczęce.

Strażnicy wynieśli Lokiego, a ja nie odstąpiłam ich nawet na krok. Zerknęłam tylko na Thora, cicho rozmawiającego z zafrasowanym czymś Fandralem. Nie miałam jednak głowy, aby dowiedzieć się, co mogło się stać. Z resztą, czy to było moje zmartwienie?

...

Przykładałam lód do skroni Lokiego tak długo, że miejsce uderzenia łokcia tajemniczej postaci zrobiło się ciemnoniebieskie. Może tak ciało Lokiego reagowało na chłód - był przecież w połowie Jotunem, a oni pod wpływem mrozu zyskiwali siłę i wracali do zdrowia.

Powinnam oczywiście pójść do Thora i powiedzieć mu o wszystkim, co zdarzyło się w Krainie Mglistych Olbrzymów. Bałam się odejść od Lokiego, dlatego czekałam na przybycie wysłannika w jego komnacie, która aż tak wiele nie różniła się od tej przydzielonej mnie.

- River? - do środka cicho - niebywale cichutko - wszedł brat Lokiego i przysiadł równie ostrożnie na łóżku. Krople roztopionej wody spływały po moim przedramieniu.

- Słucham? - odparłam, może zbyt nachalnie i nieuprzejmie. Syn Odyna poprawił ciemną szatę, ale chciał przez to odwlec odpowiedź. W końcu dodał półgłosem:

- Zjawił się w pałacu przybysz z Midgardu. Mówi, że macie się spotkać. Nie jest uzbrojony, ale sprawdziliśmy go. Nie stanowi zagrożenia, jeśli pozwolisz mi tu zostać. Mam go wpuścić?

Spojrzałam na lekko przymknięte wrota. Na pewno stał za nimi choćby Fandral i wysłannik.

- Thor, w Niflheimie nie zaatakowali nas Olbrzymi.

- Jak to? - zmarszczył brwi.

- Nie wiem, kto to był, ale chyba chcą udzielić nam pomocy. Może umieją przeciąć więzy. W każdym razie, wpuść go - nakazałam Gromowładnemu.

Thor kiwnął głową do Fandrala. Bóg szermierki stanął w progu, a do środka wszedł wysoki mężczyzna w kapturze, który zakrywał jego głowę, ale odsłaniał kawałek podbródka i ust. Stanął kilka metrów przede mną. Był mocnej budowy, a jego postura wskazywała na to, że jest równie silny, co Loki czy choćby Fandral.

Rzeczywiście u jego boku nie zauważyłam nawet pasa, do którego mógłby przypiąć broń, ani też żadnej kieszeni, w której mógłby schować nóż. Z resztą, czy obcy wysyłaliby tu kogoś, kto miałby mnie jedynie zabić? Przecież sami mieli świetną okazję i jej nie wykorzystali, ba, wydali się nawet być chętni do przekazania mi jakiś informacji. Chcieli nam pomóc. Odruchowo wstałam.

- Przybywam do was, aby zaoferować wam pomoc, bez której się nie obędziecie, Asgardczycy - rzekł. Byłam pewna, że znam ten głos. Zbyt znajomo rozbrzmiewał w mojej głowie, jakby czaił się gdzieś głęboko w najdalszych wspomnieniach.

Mężczyzna zaczął zsuwać z głowy kaptur. Kiedy ten opadł na jego kark, moje serce niemalże stanęło. Musiałam oprzeć się nogą o ramę łóżka, aby nie upaść. Thor zauważył, jakie emocje malują się na mojej twarzy. Trudno było przeoczyć, jak diametralnie wyraz mojej twarzy zmienia się ze spokojny w pełen furii, niepokoju i przerażenia, a zarazem bezgranicznej niepewności, a może nawet radości.

Przede mną stał mój ojciec, Darius Arthur Dewhurst.