Część I: Plany i spiski
11.
- Znasz młodego Malfoya?
- Słyszałam wystarczająco o tej rodzinie. Jego ojciec nie stronił od uciech które rozprzęgają umysł i wolę...
Głos starej arystokratki był cięty i pompatyczny. Jej grubiutka koleżanka zachichotała.
- Ach, Lucjusz. Lucjusz jest inny. Trzyma w garści rodzinne interesy. Nikt nigdy nie widział by zachodził do salonów gier czy domów rozpusty... I jest wprost czarujący. Ma też żonę z domu Blacków, a wiesz że oni rozważnie dobierają swych kandydatów.
- Blackowie!...
Plotkujące damy dołączyły do jeziora głów wypełniającego obszerną salę balową. Najeżone setkami świec kandelabry i podłogi z białego marmuru grały ze sobą w świetlnego berka. Ciężkie kotary ze złotogłowiu zasłaniały wysokie okiennice, ozdobione filigranowymi kolumienkami. Masywne drzwi na lewo prowadziły do jadalni, na prawo - do palarni. Ta sala od ponad pięćdziesięciu lat nie widziała żadnej większej uroczystości. Teraz, uprzątnięta przez zwarty pułk skrzatów, błyszczała na nowo odkrytą urodą.
Lucjusz, wraz z żoną od progu witając możnych gości, nie posiadał się z dumy. Nareszcie, ach nareszcie występował przed tym napuszonym towarzystwem nie jako syn marnotrawny lecz jako najprawdziwszy lew salonowy. Narcyza początkowo kręciła nosem na wydatki, ale gdy przedstawił argumenty, że po spadnięciu z ich barków lwiej części kosztów utrzymania kampanii politycznej Voldemorta i tak wyjdą na plus, musiała mu przyznać rację. Organizacja tego balu wiązała sie ze znacznym prestiżem w towarzystwie i wywindowała Lucjusza skuteczniej niż jego ostatnie sukcesy w interesach. Pieniądze pieniędzmi, ale w niektórych miejscach trzeba bywać. Nagle nazwisko Malfoy stało się modne. Zaczęto o nim mówić.
Strojni goście wlewali się do jego posiadłości przez otwarte na oścież wrota. Strumień zdawał się nie mieć końca. Skrzaty krążyły między gośćmi, odbierając wierzchnią odzież i wręczając aperitify. Na podwórcu parkowały kolejne powozy: Blackowie, Carolbridge'owie, Merlowowie, Crouchowie, Flintowie, Rookwoodowie, Longbottomowie, Lestrange'owie... Niektórzy nie zostali zaproszeni, tak jak rodziny Potterów czy Weasleyów, hańbiących się utrzymywaniem kontaktów ze szlamami i innym wykolejeństwem. Zabrakło rodów kiedyś wielkich i słynnych, ale wymarłych w dwudziestym wieku, a więc Donleonów, Wrightów... Były i takie rody które choć nie zniknęły, to ostatni ich członkowie, żywe skamieliny, od dawna nie pokazywali się w towarzystwie. Choćby Tycjan Pickwick, ponadstuletni staruszek zajmujący się hodowlą chartów, czy Atena Prince zwana Rudą Suką z Princehall z powodu złośliwego charakteru którego nabyła po śmierci małżonka.
Już niemal wszyscy przybyli. Narcyza oddaliła się, by zajrzeć do antykamery, gdzie niecierpliwie czekały debiutantki. Spędziła tam chwilę, dodając im ducha. Ona sama niedawno przeżyła te chwile lęku i niepewności, po raz pierwszy zaprezentowana towarzystwu jako kobieta. Moja piękna kobieta, pomyślał z dumą Lucjusz.
- Witaj kuzynie! - wykrzyknął Conway, kłaniając mu się zamaszyście. - Nieźle odnowiłeś te stare śmieci!
Lucjusz odpowiedział mu chłodnym uśmiechem. Dziś to on był tu panem. Dziś pokazywał, że mimo wszelkich przeciwności nadal pozostawał niezłamany. To był dzień jego tryumfu.
- Twój Walden już tu jest! Szuka cię!
- Cudownie - rzekła bez przesadnego entuzjazmu Ewa.
Macnair był dziś dla niej przede wszystkim przeszkodą do ostrożnego wyminięcia. Gra warta świeczki, biorąc pod uwagę wysoki status Merlowów. Byli oni prawdopodobnie jedynymi, którzy bez żadnych konsekwencji mogli przewozić kontrabandę, więc należało z nimi zawrzeć jakiś rozsądny układ. Wpierw jednak musiała stworzyć atmosferę sprzyjającą rozmowom. Ślinka już jej ciekła na myśl o polowaniu. Wiedziała, że będzie wyśmienicie się bawić.
Tuż za nią, trajkotki emocjonowały się tym ile tańców przetańczą i z którym dziedzicem wielkiego rodu. Bały się, że ktoś nie zapisze się na ich bileciku lub wprost przeciwnie, emanowały pewnością siebie.
Ewa oczekiwała, przyczajona.
Dziewczyna która od talii osy odrosła o dobre dwadzieścia centymetrów martwiła się, czy jej suknia wywrze dostatecznie wstrząsające wrażenie. Eulalia wachlowała się rzęsami, szepcząc różne rozmaitości, większość z nich zbereźnych, na temat młodego Blacka. Lyria rumieniła się i chichotała perliście w odpowiedzi.
Ewa planowała kolejne posunięcia.
Wreszcie rozpoczęła się oficjalna prezentacja.
- Rozkwitły nam jak pąki róż na wiosnę, by teraz, w pełni lata objawić się nam w całości swej krasy. Towarzyszyły nam dotąd jako dzieci, teraz zaś stają między nami jako młode kobiety, pełnokrwiste czarownice. Oto i one! Debiutantki!
- Po coś obwiesiła się tymi bursztynami? Głupia pinda! Pustogłowa idiotka! - rzekł uroczo jej brat, gdy nieco wcześniej tego dnia zajrzał bez pozwolenia do jej pokoju. - I tak wyglądasz jak szczur, po co się jeszcze wydurniasz? Nie wiesz, że Macnairowie za coś takiego zjedzą cię żywcem?
- Precz stąd! Nie masz prawa oglądać debiutantki przed balem! - odwarknęła mu Ewa z lodowatą wyższością.
- Głupota przez ciebie przemawia! Będą cię wytykali palcami, zobaczysz, mała purchawko.
- Precz!
Drzwi zareagowały na jej rozkaz i trzasnęły braciszkowi przed nosem.
Nie wiedziała, czemu akurat teraz przypomniała sobie tamtą rozmowę. Może odezwało się w niej ukryte zdenerwowanie? Zwykle nie zwracała uwagi na głupią gadaninę jej braciszka. Przed nią tłumek debiutantek topniał, gdy dziewczyny kolejno wkraczały do sali balowej.
- Ewa Maria z domu Rookwoodów!
Wyszła w blask świec, stąpała po dywanie z płatków białych róż i słuchała braw bitych jej przez arystokratów. Jej narzeczony już na nią czekał. Nie wyglądał w tym momencie na zbyt szczęśliwego. Widziała wyraz twarzy jego matki, gdy ta ujrzała bursztynową kolię i z pełnego akceptacji uśmiechu pozostał gniewny grymas.
- Lady - rzekła z gracją Ewa, udając całkowita ignorantkę.
Walden odciągnął ją za łokieć. Nad jego czołem zbierały się burzowe chmury, zapowiedź, że za chwilę ugodzi ją pierwsza błyskawica. Ewa poddała się mu, nie zamierzając aż tak wypróbowywać swego szczęścia.
- Założyłaś bursztyny - rzekł groźnie jej narzeczony. Próbował na potrzeby rzeszy gapiów utrzymać neutralną minę, lecz wychodziło mu coś w rodzaju nerwowego półuśmiechu.
- Ładnie mi w nich, prawda? - Ewa zamrugała niewinnie.
- Założyłaś cholerne bursztyny!
- Widzisz w tym jakiś problem?
- A ty żadnego nie widzisz? Zupełnie żadnego?
Walden najwyraźniej się rozkręcał. Wiedząc, że w tym stanie ducha jej narzeczony nie będzie w stanie sformułować żadnej koherentnej myśli Ewa postanowiła zastosować metodę uniku. Opuszczała plac bitwy.
- Nie, Walden, nie widzę. Wiesz co, zostawię cię, żebyś troszkę ochłonął. Może do pierwszego tańca uspokoisz się na tyle byśmy mogli spokojnie porozmawiać. Pan Avery, witam! Czy pan też uważa, że nie do twarzy mi w bursztynach?
Wysoki młodzieniec przez ułamek sekundy zdawał się jej nie zauważać, nim jego marzycielskie spojrzenie wreszcie zogniskowało się na Ewie.
- Dodają ciepłego blasku pani oczom - rzekł z galanterią Julian. - Jednak w swej bezczelności śmiem rzec, że jak na przyszłą lady Macnair popełnia pani nie lada niedyskrecję.
Wyśmienicie, pomyślała Ewa. Zdepcz mnie, wymieszaj z łajnem hipogryfa.
- Naprawdę? Nie sądziłam, że okaże się to aż tak wielką zadrą w boku mego narzeczonego. To przecież tylko niewinne bursztyny - zachichotała. - Ostatnią rzeczą której pragnęłam było urażenie go.
- Krew nie woda, lady Rookwood - rzekł ze śmiertelnie poważna miną Julian. - A krew Macnairów wiele razy została przelana ręką Merlowów. Bursztyny, krwawica drzewa, symbolizują zbrodnie które dokonały się za sprawą tego rodu. Sądziła pani, że Merlowowie bez powodu wybrali sobie amber jako kamień rodowy?
Oczywiście że nie, pomyślała Ewa. Ich fortuna po waszych gorących trupach. Guzik obchodził ją honor rodu, którego niebawem miała stać się członkiem. Był tylko kolejną kartą w jej talii. Metodyka działania starych Merlowów, tych z poprzedniego stulecia, ogromnie jej imponowała. Stosując zasady twardego biznesu stali się pierwszą potęgą morską dziewiętnastego wieku na skalę europejską. I choć Grindelwald w swej krótkowzroczności wybił ich niemal do nogi, ubzdurawszy sobie że stanowią zagrożenie, gdy nie chcieli podpisać z nim umowy na wyłączność usług, to pozostałe resztki radziły sobie świetnie. I korzystały ze światłych rad ojców.
Ewa udała, że przyjmuje krytykę z pokorą.
- Odzwyczaiłam się zwracać uwagę na drobiazgi. Nierozsądnie z mojej strony. Powinnam przeprosić narzeczonego.
- Te drobiazgi stanowią fundament naszej kultury - rzekł uniesionym głosem Avery. Z jego tonu można było sądzić, że za chwilę wygłosi jakieś objawienie. Byle nie wierszem, pomyślała Ewa i wzdrygnęła się w duchu. - Tworzą nas w równym stopniu co nasza historia. Zna pani ten symbol?
Wskazał na ozdobny motyw na swojej szacie.
- Nie - rzekła Ewa z minką słodkiej idiotki.
- Członkowie mego rodu pełnili w Radzie Milordów funkcje klucznika. Ten symbol, część naszego herbu, jest jedynym co nam pozostało.
- To smutne. Naprawdę smutne.
- Jesteśmy z tego dumni. - Julian zadarł nos pod niebo.
Zabrzmiały początkowe takty walca.
- Uczyni mi pani ten zaszczyt?
- Niestety! Pierwszy i drugi taniec jest zarezerwowany dla mego narzeczonego. Ale trzeci będzie pański.
Walden boczył się lekko, ustawiwszy się do niej profilem. Miała nadzieję że wszystko słyszał.
- No już, chmurnooki ukochany. Widzę, że popełniłam wielki nietakt. Ale tak bardzo chciałam ci się spodobać.
Musnęła dłonią jego gładki policzek. Odchylił głowę jakby chciał uniknąć jej dotyku.
- Jesteś głupią kwoką - burknął. - Choć, zatańczymy, nim pomyślą, że z tobą zerwałem.
Ruszyli na parkiet. Walden ściskał jej dłoń tak bardzo, że aż zdrętwiała. Widząc roześmiane pary dookoła, pary z oczyma błyszczącymi szczęściem, wirujące w takt: czerwień-czerń-czerwień-czerń-błękit-czerń, jak na karuzeli, Ewa po raz kolejny zaczęła się zastanawiać o co tu do diaska chodzi. Czy ona była w jakiś sposób wybrakowana, czy oni byli idiotami. Wybrała opcję drugą. Sentymentalni głupcy, ot co. Nie wiedziała, dlaczego zdawała się być jedyną która pojmowała świat jako skomplikowaną maszynerię, gdzie naciśnięcie odpowiednich guzików uruchamiało odpowiednie funkcje. I ją samą jako wykwalifikowanego magmechanika.
- Moja matka jest wściekła - syknął jej do ucha po skończonym tańcu Walden. - Zdejmiesz to natychmiast, albo nie zbliżaj się do mnie.
Do niej tak mówił? Ewa była zdumiona i zgorszona. Obrazy napłynęły jej do głowy. Różne obrazy, przeważnie mało przyjemne.
- Nie jesteś moim ojcem.
- Nie, ale niedługo będę kimś więcej. Więc naucz się zachowywać.
Naprawdę do niej tak mówił! Ewa nie była już taka pewna czy ze swojej strony chce, by był kimś więcej. Zrobiła pokaz urażonej piękności i ostentacyjnie ruszyła w kierunku toalety. Ruch po prawej upewnił ją, że nie będzie sama. Wśród rozlicznych wielkopańskich ploteczek o tym komu lepiej idzie w interesach, z którą partią polityczną najlepiej sie związać i czyj syn najbardziej narozrabiał usłyszała mało przychylne komentarze na swój temat. Nic czego nie można się było spodziewać. Uśmiechnęła się w duchu, załatwi to za chwilę. Teraz miała coś ważniejszego na głowie.
Udawała, że poprawia makijaż gdy w lustrze błysnęła kobieca twarz o oczach jak kawałki lodu. Pod grubą warstwą pudru kryła się dwudziestopięciolatka o duszy zgorzkniałej ponad wiek. O Dianie Merlow mówiono, że jest okrutna i bezwzględna. Miało jej to dawać nadzwyczajne powodzenie w interesach.
- Mówią, że wiążesz się z Macnairami. Wielka strata dla ciebie, młoda damo. To rodzina przeciętniaków bez wielkiego majątku ani inicjatywy.
- Może mam życzenie związać się z przeciętniakiem. Może go kocham.
- Gdyby w istocie tak było, nie założyłabyś tej biżuterii - odparła Diana z porozumiewawczym uśmieszkiem. - Chcesz więc przeciętniaka, by niewiele kosztował i jeszcze mniej zawadzał? Ale zważ, że istnieją różne typy przeciętniaków, większość z nich to brutale. Testujesz więc swego przeciętniaka? A może chcesz go mieć z głowy?
Ewa spojrzała na Dianę z ukosa.
- Naprawdę tylko o to mi chodzi?
Nagle lady Merlow jakoś ochłodła. Straciła tą porozumiewawczą, kumplowską postawę. W jej oczach pojawił się nowy, stalowy błysk.
- Nie wchodzę w układy z Macnairami. Żadne.
Zabrzmiało to jak groźba. Szczera i bezpośrednia. Merlow rzeczywiście nie zamierzała wchodzić w żadne układy z Macnairami, bez względu ile mogłaby na tym zyskać bądź stracić. Ewa poczuła niepokój.
- A co z Rookwoodami?
- A co Rookwood mógłby mi zaofiarować? Wasze interesy nie pokrywają się z moimi. Poza tym, mnie bardzo trudno zadowolić.
Z tymi słowy opuściła łazienkę. Ewa zaklęła w duchu. Merlow była trudnym orzechem do zgryzienia. Odgadnięcie, co też można by złożyć w daninie kapryśnej głowie rodu może się okazać trudne, jeśli nie niemożliwe.
Ewa musiała to jeszcze raz dokładnie przemyśleć. Tak jak i ewentualne zerwanie zaręczyn. Nie było jej z tym na rękę. Walden stanowił wygodną opcję. Samotna kobieta, panna, w jej sferach była obserwowana wnikliwie przez środowisko. A ona nie chciała setki ciekawskich oczu na sobie, gdy przygotowywała największy przekręt dziejów.
Bursztynowa kolia i kolczyki wylądowały w koszu na śmieci. Spełniły swą rolę.
Młode damy wirowały w tańcu z kawalerami - wszystkie z wyjątkiem Ewy Rookwood która stała w kącie świecąc gołą szyją. Jej narzeczony był jednak nieprzejednany i mimo tak oczywistego pokazu skruchy nie zaprosił jej do tańca. Wiele kobiet, które jeszcze niedawno mówiły o nietakcie z jej strony, a nawet skandalu, teraz rozmawiały o Ewie ze współczuciem i wytykały Waldenowi zaciętość. Lucjusz także czuł dezaprobatę i współczuł swej przyjaciółce. Walden był w końcu niezłym idiotą. Ale nie miał teraz czasu na osobiste tragedie. Poprosił więc Narcyzę, by przejęła jego rolę w pocieszaniu młodej lady. Sam w pośpiechu udał się do niewielkiego gabinetu do którego wejście schowane było za ozdobną kolumienką palarni.
- Czego ode mnie chcesz? - spytał Richard Rookwood, mrużąc dziwne, złotawe oczy. Nawet gdyby Lucjusz nie wiedział z jakiego fachu czerpie zyski jego rozmówca, i tak na widok jego demonicznej twarzy odczuwałby coś w rodzaju podbarwionej obrzydzeniem fascynacji. Czarny Pan miał o nim bardzo wysokie mniemanie.
- Asysty. Tropy które nasz Pan raczył mi podesłać są dla mnie mętne jak brudne wody rzeki Ganges. Jestem człowiekiem interesu. To wymaga nieco innego rodzaju sprytu. Ale ty... Twoja ekspertyza obejmuje właśnie takie dziedziny. Właściwie to dlaczego nie tobie zlecono to zadanie?
Rookwood zaśmiał się cicho, groźnie.
- Sądzisz, że Czarny Pan nie zadał mi już tego pytania? Sądzisz, że nie odpowiedziałem mu, że wedle mej najlepszej wiedzy ów artefakt magiczny nie istnieje? Chciał, bym się tym zajął, ale miałem już wystarczająco istotnych misji na głowie, więc przekonałem go, żeby zlecił to komuś innemu. Zasugerowałem kogoś, kto potrzebuje się wykazać. Kogoś z... ułańską fantazją.
Lucjusz poczuł, że się czerwieni.
- Poddałem nawet tropy, rzeczy które trzeba było sprawdzić najpierw. Twoim zadaniem było tylko za nimi podążyć. Nie jesteś do tego zdolny?
- Zaprowadziły mnie praktycznie donikąd! Moneta z Gringotta okazała się fałszywką, a naszyjnik artefaktem krwiożerczej mugolskiej bogini, całkowicie pozbawionym magii. Nie będę już nawet wspominać o całej stercie bezużytecznych mechanizmów...
- Znalazłeś kamień?
- Znalazłem właściciela. Ale pieprzony Gryfon odmówił mi oddania go. Myślę, że trzyma kamień w Ministerstwie, ale jak mogę włamać się do Ministerstwa?
- Byli jeszcze antykwariusze. Oni...
- Mówisz może o Javierze Terrence'u? - Rookwood zgromił go wzrokiem, ale Lucjusza mało to ruszało. Musiał to z siebie wyrzucić zanim zaleje go nadmiar goryczy. - Macnair i Goyle wysłali swoich tępych synalków by porachowali mu kości. W wyniku ich zdezorganizowanych i kretyńskich działań facet wyzionął ducha zanim zdążył wydalić z siebie choć jedną pożyteczną informację. Koguciki zdołały przy tym sfajczyć spory kawałek Wstecznego Gaju i zaalarmować sztab aurorów.
- A ciała nigdy nie znaleziono - dorzucił z sardonicznym uśmieszkiem Rookwood.
- Sądzisz, że on wciąż żyje?
- Sądzę, że Terrence to podstępna żmija. Hm... - Wyglądał jakby zamyślił się głęboko. - Myślę, że wiem czego ci potrzeba. Wykwalifikowanej kadry. Znam rodzinę... nazwijmy ich prywatnymi detektywami. Na własny sposób są doskonali - gdy chcą wydusić z kogoś prawdę, to nie ma takiej siły która by się im oparła. Ale ich usługi nie są tanie.
Lucjusz uniósł brwi. Biznes to biznes.
- Mów śmiało.
- Słyszałeś o małżeństwie Carrowów?
A kto by nie słyszał. Stanowili jedną z zagadek magicznego świata. Oficjalnie właściciele niewielkiego sklepu z obuwiem na Nokturnie. Jego wnętrze zawsze pachniało czymś metalicznym i drażniącym nozdrza.
- Mają dwójkę uroczych bliźniaków, wyrzuconych z Hogwartu za znęcanie sie nad zwierzętami. Jaka jest ich cena?
- W tych sprawach nie uznają galeonów.
- Czemu? Przyzwoity pieniądz.
- Twierdzą że galeony szczęścia nie dają. Nie twierdzę, że nie są stuknięci. Lecz nie martw się, jestem w posiadaniu pewnego artefaktu, za który zrobią wszystko o co ich poprosisz. To jeden z ich rodowych noży.
- Będę więc winien tobie. - Lucjusz nie był zdziwiony. - Jaka więc jest twoja cena?
- Nic, czego nie mógłbyś mi dać - odparł z miłym uśmiechem Rookwood. - Odbiorę opłatę kiedy uznam za stosowne. Powodzenia w poszukiwaniu Jedynej.
Czy to było tylko złe przeczucie? Lucjusz doznał chwilowo wrażenia, że rozmowa z Richardem robi się odrobinę zbyt dziwaczna jak na jego gust. Ale, w biznesie zawsze istniał pewien element ryzyka. Pamiętając o tym, przypieczętował umowę uściskiem dłoni.
Przypominający wymiętoszonego stracha na wróble chłopak słuchał tego wszystkiego, przyczajony za cienką ścianą. Przyciskał ucho do niewielkiej szpary i starał się nie oddychać, a w jego łepetynie kłębiły sie najrozmaitsze myśli. Wreszcie, po tylu dniach skradania się i podglądania jego cel został osiągnięty. Lucjusz odbył rozmowę poza ścianami swego gabinetu.
Nie mógł wprost uwierzyć w chwilowe zidiocenie Malfoya, który do tej pory jawił mu sie jako postać dość błyskotliwa. Czarodziej nie wchodzi w układy z nekromantą, chyba że warunki umowy są bardzo precyzyjnie określone. A może Lucjusz był tak naprawdę Gryfonem, który przypadkiem tylko wylądował w Slytherinie?
Lub po prostu nie wiedział w co się pakuje. Sam przyznał, że jest ekspertem w innych dziedzinach. I facetem z... ułańską fantazją. Chłopak przygryzł wargi by nie parsknąć śmiechem.
I ta... Jak oni to określili? Ach, Jedyna. W życiu swoim nie słyszał o czymś takim. Lucjusz próbował to zdobyć dla Czarnego Pana. To miało sens. Ale co mogło być tak niedostępne i dziwaczne, że nawet nekromanta się od tego odżegnywał?
Legenda, podpowiedziała mu nagle intuicja. Tylko głupcy i romantycy ruszali w pogoni za legendą. Czarny Pan nie był głupcem ani romantykiem, lecz lubił przekraczać granice magii znanej. Jeśli uwierzyłby wystarczająco w prawdziwość czegoś, co istniało tylko w mitologii, całkiem możliwe, że spróbowałby to dostać w swoje ręce.
Nagle Severus wiedział, gdzie powinien szukać tajemniczego Alcara. Już czuł przenikającą go od czubka głowy do koniuszków palców satysfakcję. To będzie prawdziwe wyzwanie.
Łucja Greengrass gardziła światem ploteczek i zawoalowanych złośliwości, jednak brała często udział w tym niecnym procederze, gdyż nigdy nie było wszak wiadomo jaka wielka sensacja może kryć się w pozornie niewinnym szkalowaniu bliźnich. Eleganckie damy, zachowując pełną kulturę, darły się nawzajem pazurami jak rozjuszone harpie. W tym towarzystwie żadna tajemnica nie mogła nią długo pozostać.
- Jestem pewna, że Mirra nie spodziewała się takiego obrotu spraw, biedaczka.
- Gdyby mniej interesowała sie jedzeniem, a więcej dyskrecją, nie wypaplałaby temu kuchcikowi o sekretnym przejściu i jej rodzina nie miałaby teraz na karku aurorskiego dochodzenia.
- Ależ co oni mogli tam wykryć? Przecież McIntoshowie to taka miła rodzina. Od lat zajmują się propagowaniem sztuki kulinarnej...
- A chciałabyś wiedzieć, czym oni doprawiają twoje posiłki?
- Och, moje serce! Nie mówcie mi, że...
- Szara lukrecja. - Kobieta zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu.- I całe stosy tego. Wszystko świeżutkie, tak jak poradniki warzycieli nakazują. Uzależnia na tyle, byś nie mogła powstrzymać się przed powrotem do ich restauracji.
- To... To okropne!
- Drogie panie, rozsiewacie plotki. To nie przystoi. - Walburga Black uśmiechnęła się mało przyjaźnie. Zamilkły, gdyż pani Black znana była z dowcipu tak ostrego, że ranił skuteczniej niż miecz. - Może i Mirra ubiera się w świński róż oraz za wiele je, ale to mądra dziewczyna. Prosięta są w końcu znane ze znacznej inteligencji. - Znowu ten uśmiech, jakby życzyła całemu światu wszystkiego najgorszego. - To nie ona wpuściła kuchcika, sam się wpuścił używając hasła wydobytego od pracującego w posiadłości kuzyna. Dziwi mnie jedynie, że jej rodzina jeszcze tego oficjalnie nie sprostowała, to wszak wstyd mieć córkę, którą inni uważają za idiotkę.
- Już i tak uważają ją za bezguście - zauważyła jedna z dam.
- Trzeba wiedzieć w czym ci jest do twarzy - przytaknęła skwapliwie druga. - Młodziutka Rookwood wiedziała co robi, wybierając bursztyny... Nawet jeśli niemal doprowadziło to do zerwania zaręczyn.
Ach tak, Ewa. Łucja poszukała jej wzrokiem. Mimo, że Walden ją ignorował, powodzenie panny Rookwood wcale się nie zmniejszyło, a nawet wprost przeciwnie, wzrosło. Wielu czarodziejów, zarówno młodych jak i starych prosiło ją do tańca, widząc w tej kłótni szansę dla siebie. Nic dziwnego, Ewa miała w końcu mocne karty przetargowe: pokaźny posag oraz budzące respekt nazwisko, za którym stał nekromanta i faworyt Czarnego Pana. Ironicznie, z tego także powodu pewnym było, że zaręczyny pozostaną nienaruszone. Rodzinne pakty więcej znaczyły niż szczenięce wybryki panny z mokrą głową.
- Drogie dziecko, jak mogłaś tak upokorzyć tego biednego chłopca! - wykrzyknęła, gdy tylko Ewa podeszła do niej po skończonym tańcu. - Stoi tam i fuka jak gotujący się czajniczek, biedny głupek. Chcesz go wreszcie czy nie chcesz?
- Chcę! Nie widzisz że zdjęłam bursztyny?
- Ładne mi chcenie! Pogrywasz z nim dzieweczko, ot co! Ładnie to tak?
- Oj, ciociu... Trzeba mieć trochę rozrywki w życiu. I żeby nie myślał, że będę uległą owieczką!
Muzyka ucichła. Ich dyskusję przerwał magicznie wzmacniany głos pana domu. Lucjusz był najwyraźniej w szampańskim humorze.
- Piękne panie i szanowni panowie. Moi gorąco wyczekiwanie goście. Przed udaniem się na posiłek zapraszam was do oranżerii na niewielki pokaz.
- To jest dopiero rozrywka! - ucieszyła się Łucja. - Ciekawe, co wymyślił. Mam nadzieję, że to nie będą kolejny raz sztuczne ognie ani iluzje, już mi się przejadły.
- A mi jeszcze nie - odparła bezczelnie jej siostrzenica.
- Ha, ha. Gdy będziesz w moim wieku...
Przeszły przez wrota misternie utkane z tysięcy przeplatających się szklanych pręcików. Płomienie świec pełgały po nich jak po strunach harfy. Zaraz za nimi weszli w wilgotną zieleń, pnącą się bujnie po żerdziach i wystrzelającą raz po raz różnobarwnymi kwiatami. Dziesiątki ścieżynek wiodły do centralnego placyku, teraz ogrodzonego drucianą siatką. Ludzie podchodzili z zaciekawieniem, zaglądając do środka. Wnętrze wysypane było piaskiem.
Nagle od strony otworu w siatce przechodzącego w zbudowany z takiej samej siatki korytarz ozwał się wściekły, bojowy ryk. Na placyk wygalopował centaur. Był to dorosły samiec, ogromny, prawie trzymetrowy i oszalały z nienawiści. Uniósł się na tylnych kopytach i zamachał przednimi - były wielkości talerzy. Kilka pań odsunęło się trwożnie. Łucja stała jak oniemiała, rejestrując wszystko - błysk spoconego męskiego torsu, grające pod lśniącą kasztanową sierścią muskuły, drgające nozdrza, krew buzująca w węzłowatych żyłach ramion... Pierwotna, nieokiełznana męskość. Pani Greengrass poczuła jak drżą jej uda.
Centaur miotał sie po zaimprowizowanym wybiegu dla drapieżników, raz po raz uderzając kopytami w siatkę. Czarodzieje odsunęli się jeszcze odrobinę.
- Wypuść mnie, człowieku! - ryknął. - wypuść natychmiast!
- Zawarliśmy umowę. - Niewzruszony Lucjusz stał przed tłumem i przyglądał się bestii z czymś w rodzaju lekkiego zaciekawienia, jakby obserwował poczynania swego niezbyt rozgarniętego siostrzeńca. - Trzy przepowiednie za wolność.
- Pospiesz się więc! - wysapała rozjuszona bestia, przystając na chwilę. Jej przekrwione oczy obserwowały tłum.
- Niebezpieczny okaz - zauważył Lucjusz, zwracając się do wszystkich. - Moja zdobycz z ostatniego polowania. Darowałem mu życie by zabawił szacownych gości. Autentyczna przepowiednia od centaura! Ale ponieważ wynegocjowałem tylko trzy, muszę niestety przeprowadzić losowanie. Jedna szansa dla debiutantek, jedna dla pań i jedna dla panów. - Klasnął w dłonie. - Skrzaty, losy!
Trzy skrzaty sprawnie rozprowadziły losy między gości. Ku rozczarowaniu Łucji, Ewa nie otrzymała szansy zapytania o swą przyszłość. Zaszczyt ten przypadł głupiutkiej Eulalii.
- Aach, proszę mi powiedzieć czy będę szczęśliwa? - zapiszczała dziewczyna, wpatrując się w zwierza wielkimi, błękitnymi oczami.
- Kasjopea świeci zbyt jasno by Perseusz ją pokochał. Zrodzisz spadającą gwiazdę w pełnym blasku dnia, gwiazdę, którą pochłonie Straszliwa Pora, dwa tygodnie śmierci. Nadchodzi zmiana, a poczujesz ją dotykiem, bo nie ujrzał jej żaden niewinny śmiertelnik. Oto twa przepowiednia, Eulalio Crouch.
- Aaach, jakie to piękne - rzekła rozmarzona dziewczyna.
Pozostali wyglądali bardziej na przerażonych niż zachwyconych. Przepowiednia była niezbyt sympatyczna. Lyria Parkinson marszczyła brwi w niewątpliwym wysiłku umysłowym.
- Przecież tak się nie nazywasz.
Łucja zastanawiała się, czy tylko ona zauważyła że Barty Crouch młodszy zaczął się przyglądać dziewczynie z nagłym zaciekawieniem. Nagle przyszło jej do głowy, że przedstawienie mogło być chociaż częściowo wyreżyserowane przez Lucjusza. Ciekawe, w jakim celu. Malfoyowie nigdy nie byli w najmniejszym stopniu zainteresowani Crouchami.
- Teraz jeden z panów. Zapraszam do przodu - odezwał się Lucjusz.
- Dobrze. - To był Regulus Black. Wyglądał na lekko spiętego, ale zdeterminowanego. Jego matka podniosła chusteczkę do ust w rzadkim dla siebie objawie troski. - Mów, co masz dla mnie.
- Twoim totemem jest Mars, bóg wojny, a twoją bronią płomień z domowego ogniska. Widzę cię, jak mkniesz po niebie w rydwanie ognistym, zakreślając łuk słońca. Znikasz za horyzontem... Niestety mój wzrok nie sięga w ciemne otchłanie. Czy wracasz? Gwiazdy zmieniają swoje położenie, ale niebo pozostaje puste. To twoja przepowiednia, Regulusie Blacku.
- Interesujące - odparł sucho zainteresowany. Nie wyglądał, by w jakiś sposób przejął się swym niepewnym losem.
- On wróci po więcej, jak poprawi ci się wzrok - zauważył ktoś z boku. Rozległy się śmiechy.
- Jeszcze...
- Teraz kolej na mnie - przerwała Lucjuszowi Diana Merlow, stając na przeciwko bestii. Miała minę jakby nic nie było jej w stanie zaimponować. - Nie mów mi o przyszłości, bo mętnie gadasz, stworze. Ale jeśli potrafisz wskazać mi wróżkę, która potrafi sklecić razem dwa sensowne zdania, zrób to.
Centaur uniósł brwi, jakby zdumiony jej bezczelnością. Nagle odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się basowo.
- Nim dwóch kochanków okrąży salę balową, z diamentu, popiołu i kruczego pióra narodzi się mityczne monstrum o trzech głowach. A każda z tych głów będzie mówić innym językiem i każda będzie bardziej kłamliwa od drugiej. Oto twoja wróżka, Diano Merlow.
- Dobre! - wykrzyknął Lucjusz. - Przepowiednia warta spisania!
Arystokraci pośpieszyli z brawami. Docenili jakość spektaklu.
- Obietnica spełniona! - ryknął centaur. Za jego plecami otworzyło się jedyne wyjście, to do zamkniętego korytarza. Ale zwierz zdawał się tego nie zauważać. Nagle z całym impetem tonowego cielska natarł na siatkę. Metal pod naporem nieokiełznanej magii wygiął się i przerwał. Centaur przedarł sie przez dziurę i ruszył galopem. Goście uskakiwali przed nim, wystraszeni.
- A tak prosiłem go, żeby był grzeczny - rzekł Lucjusz. Jego głos był przesiąknięty żalem, ale w oku zapalił się szalony błysk. - Panowie, w mojej posiadłości szaleje dziki zwierz! Ratujcie damy!
I czarodziejom nie trzeba było więcej zachęty. Tłumnie, szumnie i z dziką radością w sercach rzucili sie polować na centaura. Kobiety równie tłumnie ruszyły schować się w rezydencji.
Wkrótce poleciały pierwsze zaklęcia. Centaur przeskakiwał nad rabatkami, kluczył w alejkach i miotał się jak oszalały. Raz po raz wskakiwał w zawieszone na ścianach oranżerii lustra, co dawało jedynie taki efekt, że pojawiał sie nagle w zupełnie innej jej części, zaskakując pościg. Łucja śpieszyła się tak bardzo, że skręciła w złą uliczkę i niespodziewanie znalazła się koło wschodniej ściany.
A centaur, który pojawił się znikąd, pędził wprost na nią. Stratuje ją!
To nie na moje lata, pomyślała, ciskając na oślep oszałamiającym. Nie trafiła, zaklęcie poleciało ponad głową zwierza. Nagle centaur zakręcił ostro, jego ogon świsnął ją po twarzy, oślepiając ją na chwilę. Zwierz rozpłynął w plamie mroku zaczynającej się obok jej ramienia. Zaraz, czy te drzwi były tu przed chwilą?
Na tle gwiazd zarysował się cień, wysoki i chudy. Łucja wyjrzała, zaintrygowana. O ile mogła orzekać przy tak skąpym oświetleniu, był to młody, dość brzydki chłopak.
- Jesteś ogrodnikiem?
Spojrzał na nią z ukosa, marszcząc brwi. W ciemnych oczach, jak w ślepiach zwierza odbijało się światło padające z oranżerii. Nie wyglądał na kogoś z kim chciałaby pójść na drinka.
- To ja już sobie pójdę - rzekła bardziej do siebie niż do niego. - Dziękuję za prawdopodobne uratowanie życia.
Podniósł różdżkę do czoła w geście salutu. Nagle nie mogła zrozumieć dlaczego przed chwilą wydał jej się niesympatyczny. Uśmiechnęła się do niego. W odpowiedzi zaczął się wycofywać, aż rozpłynął się w mroku nocy.
Ach, tak przecież zwykle znikali mordercy.
Dziwny dzieciak.
- Ciociu?
Ewa odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła ją całą i zdrową.
- Wyobraź sobie, że centaur im zwiał. Ojciec mówi, że to ma jakiś związek z nibylustrami, ale Lucjusz nie całkiem mu wierzy. Myślę, że wini skrzaty. A ty, ciociu? Widziałaś coś?
- Tak. - Łucja uśmiechnęła się tajemniczo. - Oczywiście, że ogrodnik to zrobił.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
Wkrótce: Część II: Z Diamentu, Popiołu i Kruczego Pióra
