A/N: Wasze recenzje to muzyka dla moiuch skromnych uszu, Dziewczyny! Dzięki!


11.

Dni mijały, a Jack i Sue byli coraz bardziej sfrustrowani i zniecierpliwieni. Jak dotąd, ich przyjaciele nie natrafili na żaden ślad matki Umy, ani jakichkolwiek innych członków jej rodziny. Nie oznaczało to jednak, że tacy nie istnieli. Stąd zdenerwowanie Hudsona i jego partnerki. Im dłużej bowiem dziewczynka z nimi była, tym bardziej się do niej przywiązywali i przerażała ich myśl, że kiedy już całkowicie oddadzą jej swoje serca, pokochają jak własne dziecko, zjawi się ktoś i odbierze im tego małego aniołka, rozrywając ich dusze na strzępy.

To prawda, że nie Jack był jej opiekunem. Spędzał jednak każdą nadarzającą cię chwilę z dwiema blondynkami, które nieświadomie podarowały mu namiastkę rodziny, której tak pragnął. Owszem, miał rodzinę, miał ojca i matkę, a nawet brata, jednak on pragnął innego jej rodzaju, rodziny, która obejmowałaby jego ukochaną żonę i, z odrobiną szczęścia, kilkoro dzieci. Marzył o tym, odkąd poznał Sue, a potem posmakował, jak to jest żyć z nią pod jednym dachem.

Tak czy inaczej, wieści nadal nie było i partnerzy pomyśleli, że to niekoniecznie dobry znak…

Lucy Dotson załkała… Właśnie odebrała telefon ze szpitala w Atlancie, informujący ją, że jej matka doznała zawału serca i lekarze walczą o jej życie. Jako najbliższy członek rodziny, sekretarka figurowała w medycznych aktach matki jako jej pełnomocnik. Musiała tam lecieć. Po prostu musiała…

Nie czekając na powrót Sue oraz Umy z popołudniowego spaceru w parku, szybko wybrała numer szefa i w skrócie poinformowała go o ostatnich wydarzeniach, prosząc o urlop, którego zresztą jej udzielono. Potem zarezerwowała bilet na samolot i zaczęła się pakować.

- Boże, nie zabieraj mi jej. Tylko ona mi została na tym świecie, tylko moja mama!- modliła się przez łzy, wrzucając do małej walizki kolejne części garderoby.

Pół roku wcześniej panna Dotson pochowała inną bliską jej osobę- babcię Alice. Jako że ojciec Lucy zmarł stosunkowo młodo, a dziewczyna nie miała rodzeństwa, została półsierotą. Teraz być może jej ostatni rodzic umierał i była przerażona…

Gdy walizka była już pełna, a w torebce znalazły się konieczne rzeczy, Lucy zataszczyła to wszystko do salonu i usiadłszy na kanapie, czekała na powrót współlokatorki. Miała jeszcze trochę czasu, bo leciała za dwie godziny i skoro wiedziała, że blondynka powinna zaraz pojawić się w mieszkaniu, postanowiła poinformować ją o wszystkim osobiście, a nie zostawiając jej kilka słów na kartce.

Zgodnie z jej przewidywaniami, jakieś dziesięć minut później w zamku zaskrzypiał klucz i w progu ukazała się panna Thomas, w towarzystwie swej podopiecznej oraz jeszcze kogoś…

Lucy nie była zdziwiona, widząc u boku Sue Jacka Hudsona. Nie pierwszy raz ci dwoje „przypadkowo" się spotykali i murzynka była pewna, że brunet specjalnie aranżuje te sytuacje, by spędzać czas ze śliczną blondynką. Mógł zaprzeczać, ale wszyscy wiedzieli, że czuje miętę do partnerki. No, może wszyscy oprócz samej Sue oczywiście…

- Lucy? Co się stało?- spytała zaraz analityczka, widząc zapłakaną przyjaciółkę i puściwszy rączkę Umy prędko do niej podbiegła.

- Moja mama, Sue…- odparła ciemnoskóra dziewczyna, ledwie panując nad głosem.- To był zawał. Muszę lecieć do domu…- mówiła.

- Oczywiście!- zgodziła się z nią natychmiast Sue, a Jack skwapliwie się przyłączył.

- Nie chcę cię tak zostawiać, ale…- dodała jeszcze, lecz blondynka jej przerwała.

- Daj spokój, Lucy! Mówimy to twojej mamie! Ja i Uma damy sobie radę.- zapewniła, próbując choć trochę uspokoić roztrzęsioną sekretarkę.

- Ja im pomogę!- dołączył się Hudson.- Nie martw się o dziewczyny, tylko leć do Atlanty. Masz już bilet? Dzwoniłaś do pracy?- dopytywał się agent.

- Tak, wzięłam urlop, a bilet zarezerwowałam zaraz po otrzymaniu wiadomości ze szpitala. Lecę za niecałe dwie godziny, tylko najpierw wezwę taksówkę.- odparła lekko dygocząc.

- Nie wygłupiaj się, Luce! Odwieziemy cię na lotnisko.- zaoferował mężczyzna.- Nie ma sensu płacić korporacji, gdy mam tu swój samochód. Poza tym, mogą być korki na mieście i utkniesz na nie wiadomo ile czasu. Jeśli pozwolisz się odwieźć, zawsze w razie potrzeby możemy skorzystać z syreny…

- Jack, to marnotrawienie środków rządowych…- przypomniała mu delikatnie panna Dotson.

- Jeśli wy nie powiecie Pitts'owi, to ja tym bardziej i nikt się nie dowie!- spróbował zażartować, by ukoić nerwy przyjaciółki, po czym dorzucił już poważniej:- Poza tym, tu chodzi o twoją mamę, Luce.

- Dzięki. Nie wiem, co powiedzieć…- wzruszyła się, ściskając oboje.

- Nie ma o czym mówić!- stwierdziła Sue.- Ty zrobiłabyś dla nas to samo.

- To prawda…- przytaknęła murzynka.

- Jack…- panna Thomas zwróciła się do partnera.- Jeśli mamy jechać twoim wozem, musimy przełożyć fotelik Umy.- przypomniała.

- Zaraz się tym zajmę.- powiedział natychmiast.- Jest w twoim Mustangu?

- Tak. Tu masz klucze.- odpowiedziała.- Zaparkowałam tam gdzie zawsze.- dorzuciła.

- Ok. To ja lecę. Spotkamy się za kilka minut przy moim samochodzie.- uśmiechnął się do obu kobiet.- Wziąć twoją walizkę, Lucy?- spytał miękko.

- Dzięki. Poradzę sobie.- zaprzeczyła i brunet, skinąwszy głową, pognał na dół.

Panna Dotson uśmiechnęła się po raz pierwszy od pół godziny i zwróciła się do przyjaciółki:

- To jaką tym razem miał wymówkę?- spytała powodując, że Sue się zarumieniła.

- Ummm…- wymamrotała zakłopotana. Wiedziała, do czego zmierza Lucy.- Mówi, że był w okolicy…

- Typowe!- podsumowała dziewczyna.- Mógłby wreszcie wymyślić coś lepszego!- dodała, przewracając oczami.- A jeszcze lepiej, gdyby wreszcie przestał kręcić i zrobił co trzeba…

- Czyli?

- Och, Sue!- westchnęła murzynka.- Facet musi wreszcie się zdeklarować. Bóg wie, że nie młodnieje, oboje nie młodniejecie!- stwierdziła z rozbrajającą szczerością.- Poza tym, ten aniołek potrzebuje tatusia…- szepnęła konspiracyjnie, wskazując na bawiącą się z psem Umę.

- Lucy!- jęknęła zaszokowana analityczka.- Jack i ja nie...

- Skarbie, oszczędź sobie. Obie wiemy, co w trawie piszczy.- przerwała ciemnoskóra piękność.- Liczę, że któregoś dnia nareszcie coś z tym zrobicie.- powiedziała, chwytając walizkę i tym samym kończąc rozmowę.

Chcąc nie chcąc, Sue zabrała Umę i Levi'a, po czym podążyła za współlokatorką na dół, a niedługo potem byli już w drodze na Dulles.

Pożegnanie na lotnisku przyniosło kolejną falę wzruszeń. Lucy każdemu ofiarowała ciepły uścisk, a Jackowi przypomniała przewrotnie:

- Pamiętaj, co obiecałeś. Miej na nie oko, gdy mnie nie ma, Jack.- szepnęła, głową wskazując na Umę i jej zastępczą mamę.- Sue się głośno nie przyzna, ale potrzebuje pomocy…- dodała.

- Wiem, Lucy.- odpadł agent.- Przyrzekam, że będę przy niej, przy nich obu.- dorzucił i się zaczerwienił.

Dziewczyna spojrzała na niego przenikliwie i w chwili szczerości powiedziała:

- Mała rada, Jack…

- Tak?- wymruczał.

- Chwytaj szczęście, póki jest w zasięgu ręki. Nie wiadomo, czy potem będziesz miał taką szansę. Jak sam wiesz, nieszczęścia chodzą po ludziach.- dokończyła znacząco i zanim zdołał coś odpowiedzieć, chwyciła swój bagaż, i pomachawszy im wszystkim, ruszyła do odprawy.

Wiedział, że miała rację. Podświadomie zawsze to wiedział, zwłaszcza, że i jemu zdarzyło się „parę" niebezpiecznych incydentów. Czy miał jednak odwagę pójść za radą Lucy, zaryzykować nie tylko karierę swoją i Sue, ale też serce? Pragnął tego. Był tego świadom, ale tak bardzo się bał…

Myślał o tym nawet, gdy obserwowali odlot samolotu do Atlanty i w tym zamyśleniu przegapił fakt, że Sue do niego mówiła, przynajmniej do momentu, gdy dotknęła jego ręki.

- Jack? Wszystko w porządku?- spytała z troską.

- Tak.- westchnął wreszcie.- Wszystko dobrze.

- To dobrze.- uśmiechnęła się do niego ciepło.- Wracamy do domu?- zaproponowała.

Gdy usłyszał słowo na „D', jego serce wykonało dziwaczne salto i musiał przyznać, że to uczucie było nadzwyczaj przyjemne.

W tym momencie już wiedział, co zrobić.

- Tak, Sue. Wracamy do domu.- odpowiedział z równie ciepłym uśmiechem i wziąwszy Umę na ręce, podał Sue wolne ramię, które przyjęła.- Może zamówimy pizzę?- wyszczerzył się.

Odpowiedziały mu entuzjastyczne skinienia głową i szczeknięcie…

TBC