A/N: Dziękuję za cierpliwość :) Dziękuję także za wszystkie komentarze, to bezcenne widzieć, że Wam się podoba! :) Canariam, I'm impressed, that you're reading this by google translator! For me, this translation is soooo horrible. Anyway, I'm happy that you still like it, and thank you for your review, my Dear Reader :)
"W górach"
Szli dopiero od kilku godzin, a Sonea już czuła niebezpieczne napięcie, które zbudowało się pomiędzy nimi. Miała wrażenie, że znajdowała się na granicy wytrzymałości i że wystarczył jedynie drobny impuls, żeby rozpętało się prawdziwe piekło.
Wysuszona ziemia, zmieszana z drobnymi kamieniami, szurała pod jej nowymi butami. Były wykonane z miękkiej skóry, chociaż ich podeszwa była gruba i idealnie przystosowana do pieszych wędrówek w górach. Dostała je krótko przed tym, jak wyruszyli z Galii. Gdyby obejrzała się za siebie, w dole zobaczyłaby jeszcze jej niewyraźne kształty. Żałowała, że musiała opuścić tę cichą oazę na końcu niczego. Chociaż z drugiej strony, wolała przez kilka dni nie mieć styczności z Dorrienem...
Zbliżało się południe i słońce zaczynało już porządnie piec. Upał stawał się nie do wytrzymania i Sonea zaczęła marzyć o postoju w cieniu. Nie śmiała się jednak odezwać do idącego przed nią Akkarina. Posłała w ciało trochę mocy, by dodać sobie sił i osłabić wrażenie przegrzania organizmu.
- Nie wlecz się - usłyszała jego głos.
Ze złością zacisnęła pięści.
- Nie wlekę się! To ty idziesz za szybko - warknęła.
Akkarin zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię.
- Możesz iść przodem.
- Nie chcę.
Pokręcił głową, a na jego ustach pojawił się półuśmiech, który wywoływał w niej sprzeczne emocje. Musiała przyznać, że jak na kogoś, kto od kilku godzin maszerował w niesamowitym skwarze, wyglądał całkiem nieźle. Na jego twarzy widniał cień zarostu, który zgolił z dniem przybycia do Galii, a włosy miał związane w luźny kucyk, opadający na jedno ramię. Podobnie jak ona, miał na sobie zwykłe ubranie - białą koszulę i brązowe spodnie, które niedbale włożył w wysokie buty, by nie przeszkadzały mu podczas marszu. Oboje nieśli skórzane torby, przerzucone przez ramię, w których mieli między innymi płaszcze i odrobinę prowiantu. Z pozoru ubrani tak samo, wyglądali zupełnie inaczej. Sonea była już porządnie zmęczona, a na jej twarzy zakwitły czerwone rumieńce od grzejącego ją słońca. Włosy, chociażby nie wiadomo ile razy je poprawiała, zaczęły lepić się do jej czoła, na którym zrosił się pot.
Jak on to robił, że wyglądał tak dobrze?
Nie mówiąc ani słowa, Akkarin ruszył przed siebie i Sonei nie pozostało nic innego, jak podążyć za jego plecami.
Po kolejnych kilku godzinach zatrzymali się pod jednym z nielicznych drzew. Byli coraz wyżej, więc roślinność zaczynała być znacznie uboższa, a krajobraz jeszcze surowszy niż w dole. Przemieszczali się jedyną ścieżką, wiodącą przez góry. Służyła jako skrót pomiędzy Galią i Fortem, choć nierzadko korzystali z niej przemytnicy i miejscowi. Dolina, z której wyruszyli była daleko poza zasięgiem ich wzroku i Sonea zaczęła odczuwać niepokój. Zastanawiała się, jak daleko będą zmuszeni oddalić się od Galii i ile jeszcze czasu będzie musiała spędzić z nim w pojedynkę.
Prawie bez sił opadła na suchą ziemię i jęknęła z bólu. Była wykończona. Nawet magia nie pomagała w łagodzeniu objawów zmęczenia. Akkarin wyciągnął z torby bukłak z wodą i pociągnął z niego krótki łyk. Po chwili usiadł obok niej, w skromnym cieniu, rzucanym przez drzewko.
- Tym tempem jeszcze dzisiaj dotrzemy na miejsce...
- Przecież za godzinę zapadnie zmrok - zauważyła.
- ... Ale zaczekamy do świtu - dodał i posłał jej ukradkowe spojrzenie. - Niebezpiecznie jest poruszać się po górskim szlaku w nocy. Chociaż ma to też swoje zalety.
Przekrzywiła głowę, by móc na niego spojrzeć.
- Sama zobaczysz.
Wzruszyła ramionami.
- Będziemy nocować tutaj?
- Nie. Musimy poszukać innego miejsca, z dala od szlaku. I tak dziwne, że w ciągu całego dnia nikogo nie spotkaliśmy.
Następnego dnia, kilka godzin po świcie, dotarli na płaskowyż, wielkości średniego placu miejskiego. Akkarin zatrzymał się i rozejrzał, jakby czegoś szukał.
- To tutaj - powiedział.
Mrowiący dreszcz zbiegł po jej kręgosłupie.
- Tutaj...?
- Zginęła Mistrzyni Fera - dokończył i spojrzał na nią w zamyśleniu.
Przełknęła głośno ślinę i podeszła do niego. Stali na środku polany, porośniętej niską trawą i mchem. Z jednej strony wznosiło się strome, kamieniste zbocze, z drugiej rozciągał się widok na Kyralię. Rozpędzony wiatr wpadał na równię, szargając ich ubrania i włosy. Nie miała czasu na zachwycanie się krajobrazem, gdyż Akkarin ruszył przed siebie szybkim krokiem, więc podążyła za nim. Zatrzymał się nad czymś, co wyglądało, jak lekko przypalona trawa.
- Mistrzyni rozbiła tutaj obóz. Soneo? - zwrócił się do niej.
Podskoczyła na dźwięk swojego imienia. Wciąż czuła dziwny niepokój, który ściskał jej żołądek. Coś było nie tak z tym miejscem...
- Zbadaj ten teren, ja poszukam odrobinę dalej.
Przez chwilę tkwiła w miejscu, niepewna, od czego zacząć. W końcu westchnęła i skupiła zmysły. Przy użyciu magi, zaczęła szukać śladów dawnej prezencji. Wyczuła słabą iskrę w miejscu, w którym płonęło ognisko. Wojowniczka musiała rozpalić je przy pomocy zaklęcia. Dalej, znalazła niewyraźne ślady, świadczące o samej jej obecności. Minęło kilka tygodni, lecz na szczęście, odciski magii były wystarczająco silne.
Skusiło ją coś innego. Ta aura była zupełnie inna, nieznana jej zmysłom. Tylko Wojowników szkolono do odczytywania śladów pozostawionej magii, a Sonea zawsze była w tym dobra. Prowadziła ją z dala od obozu, więc podążyła za nią, aż dotarła do miejsca, w którym kończyła się równina i zaczynała się urwisko. Sonea ostrożnie stawiała kroki, wiedziona dziwnym tropem.
Otoczyła ją prezencja tak żywa i potężna, że aż zamarła. Tu musiało się coś wydarzyć. I nie było to nic dobrego. Uklękła i dotknęła trawy pod swoimi stopami. Ziemia aż zdawała się wibrować od nadmiaru magii, której była świadkiem. Sonea w życiu nie widziała niczego podobnego.
- Akkarin! - zawołała.
Po kilku chwilach, usłyszała zbliżające się kroki. Nie podniosła głowy, bojąc się, że aura rozpłynie się w powietrzu. Jedna ona wciąż tam była. Zdawała się być gęsta i możliwa do schwytania, gdyby tylko Sonea potrafiła to zrobić.
- To tutaj. Coś się tu wydarzyło - powiedziała szybko, wstając.
Akkarin zamyślił się i zmarszczył brwi.
- Masz rację. Czujesz tę prezencję?
- Jest bardzo silna - kiwnęła głową. - Ale nie potrafię powiedzieć, co to. Żadne zaklęcie, nawet atakujące, nie zostawia takich śladów.
Zakręciła się w miejscu. Była rozdrażniona i pobudzona przez otaczające ich wibracje magii. Jedyne, co przychodziło jej na myśl, to Arena. Tylko w jej pobliżu doświadczała podobnego wrażenia, choć było ono stłumione przez bariery ochronne.
- To musiało być... ogromne skupisko mocy - zaczęła głośno myśleć. Zbyt skoncentrowana, nie dostrzegła cienia zaskoczenia na twarzy Akkarina. - Ale w jaki sposób? Przecież znaleziono jej ciało. Prawda? - zapytała, podnosząc na niego błyszczące spojrzenie.
- Prawda - odparł Akkarin i skinął głową. - Przeniesiono je do Fortu.
- Więc nie spowodowało tego nagłe uwolnienie energii... - wymruczała. - Więc, co innego?
Spojrzała na niego, z pytaniem w oczach. Zamarła pod intensywnym, czarny, spojrzeniem. Akkarin przez cały ten czas nie spuszczał jej z oka. Zupełnie jakby na coś czekał...
- Akkarin? - zapytała, odruchowo marszcząc brwi. - Ty coś wiesz?
- Powiedz mi więcej na temat tej prezencji. Jak ją czujesz? Tak jak każdego innego maga?
Zawahała się na moment, aż w końcu pokręciła głową.
- Nie. Przecież zwykle każdy ukrywa swoją prezencję. Do tego jest bariera ochronna, którą jest... - urwała.
W jego zwykle spokojnych i beznamiętnych oczach, dostrzegła nagły błysk.
- ... skóra - dokończyła przyciszonym głosem.
Akkarin skinął głową, a jego wzrok rozpalił się nagłą iskrą. Sonea przypomniała sobie ich rozmowę w Rezydencji. Tamtego dnia, gdy Wojowniczka zginęła, zapytała go, czy miało to związek z czarną magią. Odpowiedział jej, że tak.
Strach zacisnął się w okół niej i poczuła zimny dreszcz. Bała się wypowiedzieć swoje przypuszczenia na głos, ale widziała, że Akkarin właśnie na to czekał.
- Powiedziałeś mi kiedyś, że brała w tym udział czarna magia - zaczęła z wahaniem. - Czyli Mistrzyni została przez nią zamordowana?
Jej żołądek wykręciła fala mdłości. Coraz lepiej zaczynała rozumieć i rozpoznawać czarną magię. Czy miało to związek z przebywaniem blisko Akkarina, czy też z jej własną dociekliwością - nie była pewna. W końcu, to było przecież jej zadanie. Lecz ta ogromna moc - w jaki sposób została uwolniona z ciała Mistrzyni, nie powodując zniszczenia?
Rozcięcie skóry...
Jęknęła, przygnieciona ciężarem, który na nią spływał. Dochodzenie do prawdy było gorsze, niż mogła sądzić. Nie mogła dłużej w to brnąć, to było zbyt niebezpieczne. Była coraz bliżej odkrycia wiedzy, której posiadanie było jednoznaczne z wyrokiem śmierci. Odwróciła się od Akkarina i chwyciła się za głowę.
- Dlaczego mnie do tego zmuszasz?! - wyrzuciła z siebie.
- Chciałaś poznać prawdę - odparł.
- Ale nie chciałam mieszać się w czarną magię! - krzyknęła, odwracając się do niego z furią w oczach.
Akkarin cofnął się o pół kroku na widok nieskrywanej złości w jej spojrzeniu. Sonea nie potrafiła ukryć swoich emocji i nie rozumiała jego intencji. Czuła jedynie, że powinna się przed nim bronić.
- Czyli nie chcesz wiedzieć, co zabiło tę kobietę - stwierdził surowo i skrzyżował ramiona.
- Nie wciągniesz mnie w to wszystko - warknęła, celując w niego palcem, a jej głupie serce zakuło boleśnie. - I tak znosiłam zdecydowanie za dużo. Tę całą wyprawę, ciągłe kłamstwa i ciebie! Chcesz, żebym ci zaufała, a nie dajesz mi do tego żadnych powodów!
Oddychała szybko, dusząc w sobie chęć posłania w jego kierunku uderzenia mocy. Tutaj nikt by jej nie przyłapał...
Akkarin wydawał się lekko zaskoczony tym wybuchem złości. Stał nieruchomo i obserwował ją czujnym wzrokiem, nauczony doświadczeniem, że rozgniewana Sonea, to niebezpieczna Sonea.
- Nie dajesz mi nawet szansy na wytłumaczenia - powiedział.
Dreszcz zbiegł po jej kręgosłupie i Sonea poczuła nagłą chęć rozpłakania się.
- Bo potrafisz tylko kłamać! - ryknęła.
Akkarin odwrócił wzrok. Widziała, że mocno zacisnął szczękę. Musiała trafić w czuły punkt, lecz jednocześnie zraniła samą siebie. Dlaczego była taka głupia i naiwna?! Nienawidziła go... a raczej chciała go nienawidzić.
- A ty jesteś uparta, jak osioł - warknął.
Nie wytrzymała.
Rzuciła się na niego z wściekłością. Nie spodziewał się tego, bo zanim zdążył zareagować, uderzyła go w twarz. Naparła na niego ciężarem swojego ciała i poczuła, jak Akkarin pozwala jej się przewrócić. Nie miała szansy na zadanie kolejnego ciosu, bo unieruchomił ją, zamykając w ciasnych uścisku. Próbowała odepchnąć się od niego, ale był od niej silniejszy. Jednym sprawnym ruchem przekręcił się i przyszpilił ją do ziemi. Sonea wstrzymała oddech.
- Nie zrobiłbym tego tamtej nocy w Rezydencji, gdybyś nie była taka uparta - wyrzucił z siebie, zaledwie centymetry od jej twarzy. - Nie dałaś mi wyboru! Gdybyś wzięła udział w turnieju, zdemaskowałabyś mnie. Nie mogłem do tego dopuścić, nie rozumiesz?
- C-co? - szepnęła.
- Gdybyś wygrała, czego nadal jestem pewien, wyzwałabyś mnie na pojedynek. A wtedy wszyscy dowiedzieliby się o naszym sekrecie. - Mówił podniesionym głosem. Kilka pasm jego włosów spadło na jej twarz, przyjemnie łaskocząc.
- Więc chodziło zawsze o to samo - syknęła. - Dbasz tylko o siebie.
- Soneo - warknął i pochylił się bardziej, tak, że widziała wyłącznie jego oczy. Dlaczego się nie bała? - Jestem jedyną barierą oddzielającą Gildię od zagrożenia ze strony Sachaki. Od Ichanich.
- O czym ty mówisz? - wydusiła z siebie. - Jakich Ichanich?
Wyraz jego twarzy nieco złagodniał. Odsunął się odrobinę, a Sonea w końcu nabrała pełniejszy oddech. Kręciło jej się w głowie. Akkarin podniósł się z ziemi i pomógł jej wstać. Jej serce wciąż łomotało z dziką siłą. Wciąż czuła na sobie ciepło jego ciała i jego zapach...
- Magowie z Sachaki. Bardzo groźni, posługujący się czarną magią.
Jej oczy rozszerzyły się w zdziwieniu.
- Gildia o tym wie?
Akkarin zaśmiał się ponuro i pokręcił głową.
- Nie. A nawet jeśli by wiedziała, nie uwierzyliby. Dla nich czarna magia jest najgorszą z chorób - zaszydził.
- Mają rację. Czarna magia jest zła i nie bez powodu została zakazana.
- Skąd możesz wiedzieć, czym ona jest, skoro nawet się o niej nie rozmawia? - Zmrużył oczy.
- Przecież to zakazane!
- Właśnie - prychnął. - W ten sposób Gildia próbuje udawać, że wyższa magia nie istnieje.
Sonea skrzyżowała ramiona.
- Więc skąd ty znasz tę wyższą magię? - zapytała z przekąsem.
Jeszcze kilka tygodni temu nie odważyłaby się rozmawiać z nim w ten sposób. Kilka tygodni temu, wolałaby wydrapać mu oczy. Teraz była zaciekawiona. Akkarin spojrzał na nią w zamyśleniu.
- To nie był mój własny wybór.
Nagle usłyszeli czyjeś głosy. Sonea obejrzała się dookoła, ale nie dostrzegła żywej duszy. Zerknęła na Akkarina pytająco.
- Zejdźmy z widoku - mruknął.
Ukryli się w szczelinie pomiędzy skałami, które wnosiły się po jednej stronie polany. Po chwili głosy stały się wyraźniejsze, ale Sonea odkryła, że i tak nie rozumiała ani słowa. Rozmawiali w obcym dla niej języku. Wtedy ich oczom ukazały się sylwetki dwóch mężczyzn. Twarze mieli owinięte w jasne płótna, zapewne chroniące ich przed wiatrem, więc Sonea nie mogła określić ich narodowości. Widząc ich, zaledwie kilkanaście metrów dalej, mocniej wcisnęła się w szczelinę. Podświadomie pragnęła ukryć się przed ich wzrokiem.
Wędrowcy rozmawiali od czymś podniesionymi głosami, aż w końcu ruszyli w stronę, z której przyszli wcześniej Sonea z Akkarinem.
- Kim byli ci ludzie? - szepnęła i zerknęła na stojącego naprzeciwko Akkarina.
- Nie jestem pewien - odparł, marszcząc brwi.
Wydawał się zaniepokojony. Niemal widziała napięcie w jego ciele.
- Rozumiałeś, co mówili - zauważyła.
Akkarin spojrzał na nią. W cieniu, jego oczy były jeszcze ciemniejsze i Sonea poczuła dziwny dreszcz na plecach.
- Tak. To był sachakański.
Sachaka... Tak odległa, chociaż była tuż obok. Kilka godzin drogi i znalazłaby się na jej terytorium. Obca, surowa i groźna. Skrywała więcej tajemnic, niż Sonea, ciągu krótkiej chwili, była w stanie pojąć. Ichani - kim byli magowie, o których powiedział jej przed chwilą Akkarin? Skąd znali czarną magię i skąd on ją znał? Wiele pytań kotłowało się wewnątrz niej, ale postanowiła zapytać o to, co najbardziej nie dawało jej spokoju.
- Dlaczego mi to wtedy zrobiłeś?
Jego wzrok opuścił jej twarz, jakby nie mógł znieść widoku wypisanego na niej oskarżenia.
- Nie miałem wyboru.
- Już to słyszałam - odparła, starając się, by jej głos był surowy i oschły. - Ale nadal nie rozumiem, dlaczego.
Akkarin westchnął cicho i wygodniej oparł się o ścianę, lecz wciąż unikał kontaktu wzrokowego. Nigdy wcześniej tego nie robił i Sonea poczuła się niepewnie. Była to dla niej zupełnie nowa sytuacja - oskarżanie Wielkiego Mistrza Gildii nie należało do codziennych czynności.
- Gdybyś wygrała turniej, stanęlibyśmy do pojedynku. Łatwo było cię przejrzeć i mimo, że spodziewałem się tego, to przyznam, że po raz kolejny twój upór mnie zaskoczył. - Sonea spięła się lekko, lecz pozwoliła mu kontynuować. - Arena to dość specyficzne miejsce. Nie pozwala na utrzymywanie pewnych zaklęć. Gdybym tylko się tam znalazł, moja moc byłaby... widoczna, choć to mało powiedziane. Nie mogłem pozwolić sobie, by mnie zdemaskowano. Nie rozumiesz, jakie to ważne.
Zamilkł, dając jej chwilę na przyswojenie tego, co usłyszała.
- Twoja moc... Czym takim różni się od mocy przeciętnego maga? - powiedziała prawie szeptem.
Wtedy Akkarin spojrzał na nią, a Sonea poczuła nagły chłód, który owiał jej ciało. Czarne źrenice wyrażały ostrzeżenie - nie podchodź za blisko. Ale Sonea wciąż była tą ogłupioną ćmą i lgnęła do niebezpieczeństwa, jakby od tego zależało jej życie.
Przysunęła się w jego kierunku. Akkarin spiął się i Sonea pomyślała, że to zabawne, jak reagował na jej bliskość, której sam nie wymuszał. Szczelina była dość szeroka, ale gdy zatrzymała się tuż przed nim, dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów. Kilkanaście centymetrów nienazwanego napięcia i żywych emocji.
- Jeśli ci powiem... - zaczął, przyciszonym głosem.
Mógł mówić nawet szeptem, a i tak słyszałaby każde jego słowo.
- I tak wiem za dużo. Chcę w końcu poznać prawdę.
W jej oczach błysnął upór. Widziała, jak się wahał. Przez krótką chwilę, Sonea mogła czytać z niego, jak z otwartej księgi. Ważył swoją tajemnicę, zastanawiając się, ile faktycznie była warta.
- Nie mogę. Nie obarczę cię takim brzemieniem.
Maska, która nosił, powróciła na swoje miejsce.
- Użyłeś na mnie czarnej magii! A wcześniej, widziałam cię, kiedy to robiłeś. Żyłam z tym sekretem kilka długich lat. Myślisz, że to nie było już dla mnie ciężarem?! Chcę tylko wiedzieć, dlaczego zrobiłeś coś takiego swojej nowicjuszce!
- Tylko w ten sposób mogłem cię osłabić, nie zostawiając przy tym śladów!
Silny podmuch wiatru wpadł do szczeliny i zmroził ją do szpiku kości.
- Wyższa magia... - powiedział spokojniej. - Umożliwia pobieranie mocy od każdej żywej istoty. W tym celu trzeba jedynie przerwać jej naturalną barierę ochronną.
Jego słowa były ciężkie. Kryły za sobą pasmo wspomnień, do których ona nie miała dostępu. Sonea nie mogła zmusić się nawet do oddychania. Akkarin właśnie zdradził jej sekret czarnej magii. Zrobiło jej się słabo.
- Po to ten nóż - wydusiła z siebie, bezgłośnie.
Minęła go i wypadła na pustą polanę. Z trudem wciągnęła do płuc chłodne, górskie powietrze. Wszystko zaczynało do siebie pasować. To, co widziała w Rezydencji, czego dowiedziała się podczas spędzonego z nim czasu... Nawet śmierć Mistrzyni Fery przestała być zagadką. Dziwna magiczna aura była śladem po jej życiodajnej energii, odebranej jej siłą. Właśnie tym dla czarnej magii był każdy człowiek, a już tym bardziej mag - żywicielem.
Usłyszała za plecami kroki i odwróciła się do nich. Akkarin wyglądał na rozdrażnionego, ale mogła źle odczytać jego emocje. Przecież potrafił ją znakomicie okłamywać...
Niczym zimna fala, zalały ją wspomnienia z tamtego składziku. To także była gra? Czy Akkarin widział w niej jedynie źródło mocy? Dlatego ją ze sobą zabrał? Ale przecież wtedy, jego oczy nie mogły kłamać. Błyszczące tysiącami iskier pożądania i ciekawości, nie mogły być zwykłym strategicznym zagraniem. Czuła to zbyt dokładnie, by jego uczucia mogły być fałszywe.
- Soneo - powiedział ostrożnie, podchodząc bliżej. - Chciałem powiedzieć ci to wcześniej, ale nie pozwoliłaś mi. Wiedz, że nigdy nie chciałem cię skrzywdzić i nigdy tego nie zrobię.
Po tych słowach, wyciągnął dłoń i odgarnął z jej twarzy zbłąkane przez wiatr kosmyki. Przez chwilę, gładził je między palcami, po czym puścił je i oddalił się od niej. Zamknęła oczy i nabrała do płuc drżący oddech.
- Nie ufam ci - powiedziała, nie odwracając się do niego.
Usłyszała, że zatrzymał się, ale wiedziała, że również na nią nie spojrzał.
- Wiem - odparł cicho i Sonea miała wrażenie, że to wiatr przyniósł jej jego słowa.
Zamarudzili na polanie tak długo, że Akkarin stwierdził, że lepiej będzie, jeśli poszukają niedaleko miejsca na nocleg. Sonea podejrzewała jednak, że chodziło przede wszystkim o dwóch tajemniczych mężczyzn, z którymi nie chciał zetknąć się na drodze powrotnej. Szybko jednak rozwiał jej wątpliwości, gdy powiedział, że udadzą się do Fortu. Nie dała po sobie poznać, że ucieszyło ją to, że zyska kolejne kilka dni na pozbieranie myśli, zanim ponownie stanie przed Dorrienem.
Zeszli nieco z płaskowyżu, by ukryć się przed męczącym wiatrem. Znaleźli dość przytulny zakątek pomiędzy kilkoma skałami i niskimi, skarłowaciałymi krzewami. Z drugiej strony roztaczał się widok na Kyrialię. Sonea chciała zabrać się do rozpalania ogniska, gdy powstrzymał ją ostry głos:
- Nie rób tego.
- Dlaczego? Ukrywamy się przed kimś? - zapytała, marszcząc brwi w niezadowoleniu.
- Być może - odparł, nachylił się nad nią i wyciągnął z jej dłoni kawałek drewna, który chwilę wcześniej podniosła.
Prychnęła pod nosem. Rozłożyła swoje posłanie i zjadła kawałek suszone mięsa i jednego suchara. Zapiła swoją skromną kolację wodą i położyła się na plecach. Niebo było ciemnoszare, miejscami jeszcze lekko pomarańczowe. Było ciepło i duszno, a powietrze pachniało igliwiem i słońcem, które na stałe wsiąkło w kamienie i skały.
Przez ostatnie kilkanaście godzin próbowała radzić sobie ze złością. Teraz, gdy ogarnęła ją cisza, było jeszcze gorzej. Wszystkie emocje powróciły i Sonea miała już dość tej wybuchowej mieszanki, kotłującej się nie tylko w jej głowie. Ostatnio w jej sercu szalała prawdziwa burza... A Akkarin nie robił nic, by ją powstrzymać.
Nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła, ale gdy się obudziła, spowijała ją gęsta ciemność. Na początku się przestraszyła, lecz po chwili przypomniała sobie, gdzie i z kim jest. Drżąc na całym ciele, zaczęła po omacku szukać swojej torby. Przed snem zapomniała okryć się płaszczem i teraz była przemarznięta do szpiku kości. Dzwoniąc zębami, powoli przesuwała dłonią w miejscu, w którym wydawało jej się, że zostawiła swoje rzeczy.
- Cholera... - mruknęła do siebie.
Jej ręce, podobnie jak ale całe ciało, trzęsło się z zimna i Sonea już chciała zapalić nad głową maleńkie światło, gdy usłyszała głos:
- Soneo? - Podskoczyła, przestraszona i czując się jednocześnie przyłapana.
- To ja - odpowiedziała, z trudem wydobywając słowa z drżących ust.
- Co robisz? - Dobiegł ją szmer materiału. Akkarin był blisko, chociaż nie była pewna, gdzie dokładnie.
- Sz-szukam swoich rz-rzeczy.
- Dobrze się czujesz?
W jego pytaniu wyczuła cień niepokoju.
- P-po prostu mi z-zimno - odparła niedbale.
Dało się słyszeć ciche westchnięcie.
- Podejdź tutaj - mruknął nisko.
- Co?
- Zbliż się - dodał spokojnie.
Sonea na chwilę zamarła i zaczęła nasłuchiwać. Ciszy nie przerywał nawet dźwięk jego oddechu. Tylko jej zęby stukały o siebie, a ramiona, na których się podpierała, trzęsły się tak mocno, że z trudem się na nich utrzymywała. Cokolwiek Akkarin miał na myśli, brzmiało to podejrzanie. Lecz Sonea była półprzytomna i było jej tak strasznie zimno, że wskoczyłaby w ogień, byle tylko się ogrzać.
- Gdzie jesteś? - szepnęła.
- Tutaj.
Podążyła za jego głosem i nagle poczuła na ramieniu dotyk. Wydała z siebie zduszony okrzyk, gdy została pociągnięta do przodu. Nim się zorientowała, otoczyły ją ramiona, a w jej nozdrza uderzył znajomy zapach.
- Co robisz? - syknęła.
- Ogrzewam cię - mruknął Akkarin, niebezpiecznie blisko jej ucha.
- Przestań, to... - głupie, chciała powiedzieć. Mogła sama otoczyć się barierą i ogrzać wewnątrz powietrze.
- Jesteś zimna jak lód. Nie sądziłem, że możesz być tak nierozsądna. Nie wiesz, że w nocy temperatura w górach potrafi spaść poniżej zera?
Zamilkła. Akkarin powiedział to tonem Wielkiego Mistrza i Sonea poczuła się przez to jeszcze gorzej.
- Poradzę sobie sama - zaprotestowała, lecz wtedy jego ręce objęły ją mocniej i Sonea uderzyła nosem w materiał jego szaty.
- Daj spokój... - wymruczał nisko.
Kiedy tak mówił... zaczynała zapominać o swoim argumentach. Nienawidziła się za to z całego serca. Spróbowała jeszcze raz wyszarpnąć się z jego objęć, lecz Akkarin nie rozluźnił uścisku ani odrobinę.
Ciepło jego ciała powoli przedzierało się do niej i Sonea zaczynała akceptować swoją sytuację. Poddała się temu nowemu uczuciu - ciepło. Płynące nie tylko od niego, lecz sączące się wątłą strużką z miejsca, którego nie miałaby odwagi wypowiedzieć na głos. Z serca. Mimowolnie zadrżała. Nie była przyzwyczajona do czegoś takiego. Kiedy tak ją obejmował, czuła się delikatna, krucha... Była stworzeniem potrzebującym czyjejś opieki. A jednak było jej dobrze. Jego bliskość nie była drażniąca, jak zwykle. Raczej... kojąca.
Żałosne.
Akkarin musiał poczuć dreszcz, który przez nią przebiegł, bo rozluźnił trochę uścisk.
- Jeśli nie chcesz...
- Nie - przerwała mu słabym głosem. - Nie przestawaj...
To było idiotyczne, ale gdy to powiedziała, serce podskoczyło jej do gardła. Oparła głowę o jego pierś i zamknęła oczy. Akkarin nie objął jej mocniej, ale wciąż czuła ciepło, które rozpieszczało jej ciało.
Tylko ten jeden raz. Tylko ten jeden raz pozwoli sobie na taką słabość. Obiecała sobie i pozwoliła myślom odpłynąć daleko.
Zbudził ją płacz. Płacz dziecka. Otworzyła oczy i pierwszym co zobaczyła, był Akkarin, który siedział na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. W dłoniach trzymał kawałek mięsa, lecz nie jadł. Miał zmarszczone brwi i wpatrywał się ponad skały, które otaczały ich kryjówkę. Kolejny dziecięcy krzyk przerwał ciszę wczesnego poranka i Sonea usiadła energicznie. Z jej ramion zsunął się płaszcz, lecz nie mogła przypomnieć sobie, by się nim okrywała.
Wtedy wtrącił się jeszcze jeden głos, męski i ostry. Sonea poczuła niepokój, ściskający jej pusty żołądek. Nie musiała nic mówić, by wiedzieć, że Akkarin również był zaalarmowany. Dziecko? W wysokich górach? Coś było nie w porządku.
Wstała i ruszyła w stronę, z którego dobiegał płacz. Akkarin dogonił ją po kilku krokach i zatrzymał, kładąc dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na niego.
- Tylko ostrożnie - mruknął.
Skinęła głową i pochyliła się, by ukryć się w kosodrzewinie. Posuwała się najszybciej, jak mogła, starając się przy tym nie hałasować. Akkarin był za nią, stawiając kroki bezszelestnie. Głosy były coraz wyraźniejsze.
Zatrzymała się, gdy nieco wyżej zbocza, pod które podchodzili, zobaczyła ruch. Ktoś był na polanie. Ostrożnie, patrząc pod nogi, przysunęła się do miejsca, z którego mogli obserwować równinę, jednocześnie pozostając niezauważeni.
Najpierw zobaczyła dwie osoby. Mężczyzna, wysoki i postawny, o skórze w kolorze mokrego piasku i kobieta. A raczej dziewczyna, która ledwo co wkroczyła w okres dojrzewania. Była niewysoka i blada, a z jej oczu ziało przerażenie. W chudych ramionach trzymała źródło płaczu. Dziecko, najwyżej dwuletnie, obejmujące ją kurczowo i płaczące. Chłopiec, bo tak wyglądał, wciskał twarz w szyję dziewczyny i rozpaczliwie popłakiwał.
- Ucisz to ścierwo, albo sam się nim zajmę - warknął mężczyzna.
Dziewczyna mocniej przytuliła chłopca i cofnęła się o pół kroku. Zaczęła głaskać malca po złotych włosach i szeptać coś do ucha, ale dziecko jedynie mocniej się rozpłakało.
- Powiedziałem coś! - rzucił tamten.
- Jest głodny! - jęknęła dziewczyna, a w jej oczach zamigotał cień buntu.
Mężczyzna o ciemnej skórze podszedł do niej dwoma krokami i Sonea aż zasłoniła usta, tłumiąc okrzyk, gdy tamten z całej siły uderzył dziewczynę w twarz. Nieszczęsna upadła na ziemię, wypuszczając dziecko z rąk. Kimkolwiek był ten cudzoziemiec, tamta dwójka była w niebezpieczeństwie. Sonea już chciała przerwać ten pokaz sił, lecz Akkarin zatrzymał ją, chwytając jej ramię.
W tym czasie, mężczyzna pochylił się nad dziewczyną, która zaczęła jęczeć niezrozumiałe słowa.
- Nie będę karmić tego pasożyta. Taka jesteś mądra, to sama go nakarm - powiedział i chwycił ją za chude ramiona. Jednym ruchem podniósł z ziemi. - Każda suka powinna umieć wykarmić młode.
Chwycił jej cienką koszulkę i szarpnął bezlitośnie, odsłaniając ledwo zaokrąglone piersi. Dziewczyna zapłakała i objęła się ramionami. Tamten schylił się po dziecko, ale nie zdążył złapać go, gdyż cofnął dłoń, pocierając oparzenie.
Sonea wypadła z ukrycia, ignorując dłoń Akkarina na swoim przedramieniu i zsunęła się po kamienistym zboczu. Nieznajomy odwrócił się i spojrzał na nią w zdziwieniu. Natychmiast zauważyła okrucieństwo i zwierzęcą naturę jego miodowych oczu.
- Zostaw ją - poleciła, podchodząc bliżej.
- Bo co? - warknął. Mówił z ostrym, orientalnym akcentem.
- Bo inaczej pożałujesz.
Jej spojrzenie przeniosło się na dziewczynę, która próbowała okryć się, mimo brakujących guzików. Gdy ją zauważyła, jej twarz wykrzywiła się w grymasie przerażenia. Czyżby się jej bała?
- Pomocy! - ryknęła słabym głosem.
Mężczyzna odwrócił się, by niewątpliwie po raz kolejny ją uderzyć, ale Sonea była szybsza. Zebrała w sobie moc i posłała ją w jego kierunku. Został uderzony prosto w klatkę piersiową. Siła odrzuciła go na kilka metrów, zanim runął na ziemię.
Na chwilę ogarnęła ich cisza. Dziewczyna zamarła, a jej duże, zaczerwienione oczy przenosiły się to na Soneę, to na jej napastnika.
- Ty... suko - wysapał tamten, gdy zdołał podnieść się z ziemi.
Wyraz jego twarzy przypominał Sonei pysk rozwścieczonego yeela. Zmrużyła oczy niebezpiecznie. Lecz wtedy nieznajomy otoczył się tarczą i Sonea poczuła lodowaty dreszcz, który sparaliżował całe jej ciało.
