W mieszkaniu czekała na mnie niewielka przesyłka, nie większa niż opakowanie od smartfona. Niczego nie zamawiałam, ale Jane podetknęła mi pod nos dołączony do niej liścik.

Ginny,

Tak jak cię informowałemlecę na dwa dni do Hongkongu. Jeśli nie masz nic przeciwko chciałbym umówić się z tobą na sesję tuż po moim powrocie.

W przesyłce znajdziesz instrukcję tego, jak powinnaś się do sesji przygotować oraz kilka rzeczy, które ci to ułatwią. Nie otwieraj jej jednak do dnia mojego przylotu.

L.

Tak, to była przesyłka od Lokiego i liścik wypisany przez niego własnoręcznie. Miał intrygujący charakter pisma – litery były ostre i bardzo wąskie, ale nader czytelne i eleganckie.

- Czytałaś? – zapytałam ze śmiechem.

- Nie, ale chyba wiem od kogo to list i paczuszka. Twój Hans Black przysłał ci twój pierwszy drogi prezent – Jane była wyraźnie rozbawiona.

- Wiesz, on jest trochę inny niż Hans, ale to długa historia. Sprawdzamy co jest w środku? – zapytałam z szelmowskim uśmiechem.

I nie czekając na odpowiedź rozpakowałam paczuszkę. Nie bardzo wiedziałam, co może być w środku, bo przecież powiedział, że nie będzie mi robić drogich prezentów. W środku czekała na mnie złożona w kostkę kartka papieru z kodem QR i karta magnetyczna. Uśmiechnęłam się, bo chyba już wiedziałam, co Lokiemu chodzi po głowie. Spryciarz!

Jane była skonfundowana. Zachichotałam na widok jej niezbyt mądrej miny. To był kolejny raz, kiedy moja przyjaciółka robiła niemądrą minę z powodu Gardnera.

Wsunęłam kartę i kartkę do portfela, żeby nikomu nie przyszło do głowy, żeby spróbować odkodować wiadomość. Oczywiście miałam na myśli Jane, która czasami wykazywała się zbyt wielkim wścibstwem. Ale nieco irracjonalnie bałam się, że karta i wiadomość wpadną w łapy Emila.

To trochę paranoidalne, prawda? Spotkałam go po raz pierwszy od paru lat i nagle zamieniłam się w roztrzęsioną i oglądającą się za siebie niepewną dziewczynę, którą byłam w dniu naszego rozstania. Zastanawiałam się czy przyszła pora zadzwonić do psychoterapeutki i umówić się z nią na kilka sesji.

- Jane... – zaczęłam cicho – słuchaj, a nie chciałabyś mi trochę pomóc? Bo Jameson domaga się, żebym porozmawiała ze starszym Gardnerem, Thorem. Nie przeprowadziłabyś dla mnie wywiadu? Zadzwonię do nich do firmy, umówię cię na spotkanie, pogadasz z nim w moim imieniu, podając się za mnie...

Zanim Jane odpowiedziała złapałam za telefon i wybrałam numer Valhalla Co.

- Odbierz, odbierz.

W końcu po długiej chwili oczekiwania usłyszałam uprzejmy głos sekretarki.

- Vallhalla Company w czym mogę pomóc?

- Mówi Richardson z DFM, chciałabym porozmawiać z Thorem Gardnerem na temat tego, że według niektórych źródeł już może cieszyć się z odziedziczenia firmy po odejściu ojca...

- Chodzi pani o artykuł z Buissness Review? Nasze biuro prasowe wystosowało już oficjalny komunikat w tej sprawie.

- Rozumiem, może jednak uda mi się porozmawiać z panem Gardnerem? Chciałabym dowiedzieć się co sądzi o takich manipulacjach.

- Obawiam się, że w tym momencie pan Gardner jest poza biurem i nie może podjąć rozmowy – recepcjonistka wyraźnie próbowała mnie zniechęcić.

Postanowiłam zblefować.

- Widziałam jak pan Gardner wracał przed chwilą do biura – powiedziałam pewnym tonem.

Kobieta po drugiej stronie słuchawki zdawała się być zaskoczona. A więc trafiłam!

- Spróbuję panią z nim połączyć.

Usłyszałam ciche kliknięcie w słuchawce i z głośnika poleciała łagodna muzyka.

- Thor Gardner, słucham – usłyszałam po chwili. Miał przyjemny niski głos, nawet przez telefon.

- Z tej strony Richards z Daily Financial Mail – przedstawiałam się, choć byłam pewna, że sekretarka uprzedziła go kto dzwoni. Całe szczęście w przeciwieństwie do swojego brata Thor nie miał nic przeciwko dziennikarzom. – Ale to już pan zapewne wie. I wie pan również dlaczego dzwonię.

- Tak panno Richards, zostałem uprzedzony – odpowiedział a ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że brzmi prawie jak jego ojciec.

- Przejdźmy zatem do naszej rozmowy. Czy zgodzi się pan odpowiedzieć na kilka moich pytań? – i nie pozwalając mu dojść do słowa zadałam pierwsze z nich: - W prasie, zwłaszcza tej plotkarskiej, ale nie tylko, pojawiło się ostatnio sporo doniesień, nie do końca prawdziwych, dotyczących waszej rodziny. Czy nie sądzisz, że może to wpłynąć na wasze notowania na giełdzie?

- Nasze biuro prasowe już wydało odpowiedni komunikat. A Buissness Review może spodziewać się pozwu z naszej strony w związku z naruszeniem dóbr osobistych mojego brata oraz naszej firmy.

- To dość standardowa procedura, którą stosujecie wobec prasy?

- Tylko w przypadku, jeśli podaje nieprawdziwe informacje i tworzy teorie, które mogą zaszkodzić firmie.

- A czy firmie nie szkodzi bardziej pański brat z rudowłosą pięknością, nagle pojawiającą się u jego boku?

- Twierdzi pani, że pojawienie się panny Spencer zaszkodzi jego wizerunkowi?

- A tak się nazywa...? – udałam zdziwioną.

- Tak. Ginewra Spencer (z tych Spencerów). Była gościem honorowym na ostatnim balu, na zaproszenie naszego ojca.

- Sądzi pan, że to zaproszenie z czystej kurtuazji czy pański ojciec chciał w ten sposób coś osiągnąć? Wiadomym jest, że szykujecie się na podbój europejskiego rynku...

- Mogę panią zapewnić, panno Richards, że na balu nigdy nie załatwiamy żadnych interesów. Jeżeli pani pozwoli – Thor brzmiał na wyraźnie zmęczonego naszą rozmową – zakończymy to na dziś. Muszę przygotować kilka dokumentów, których mój brat i ja będziemy potrzebowali w Hongkongu.

Rozłączył się. Spojrzałam na Jane.

- No to udało ci się – powiedziałam. – Na razie. Mi też się udało, upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu. Mam kilka informacji, za które Jameson mnie ozłoci, oraz coś za co będzie wdzięczny mi stary Gardner, a co przy okazji da mi kilka wymówek w postępach nad kolejnym materiałem dla JJ-a.

Jane uśmiechnęła się.

- Sprzedasz Jamesonowi to co usłyszałaś i uprzedzisz o tym starego Gardnera. Co sprawi, że ten zapewne każe trzymać dziób na kłódkę wszystkim poza biurem prasowym – spojrzała na mnie z błyskiem w oku. – Prawdziwy geniusz zła z ciebie, Ginny.

- Staram się jak mogę.

Wybrałam numer do Gardnera. Głęboki oddech.

- Tak?

Miał głos zmęczonego starca. Brzmiał starzej niż przy naszym ostatnim spotkaniu.

- Dzwonię do pana, żeby uprzedzić, że przed chwilą rozmawiałam z Thorem i udzielił mi dość szczegółowego wywiadu na temat ostatnich rewelacji. Podał kilka szczegółów na temat Ginewry Spencer i jej spotkania z pańskim synem. Chciałabym wykorzystać je w tekście, który zadowoli moich przełożonych w DFM i który na moment uciszy całą sprawę.

- A nam da okazję, żeby totalnie uciąć prasie możliwość wydobycia z mojego starszego syna jakichkolwiek informacji. No i kupi sobie pani, panno Richards czas, żeby rozgryźć mojego młodszego syna. Całkiem sprytnie. Właśnie potwierdziła pani, że jest pani idealnym wyborem w kwestii tego zadania - w głosie Odyna zabrzmiała nuta uznania. – Kiedy opublikuje pani ten tekst?

- W ciągu pobytu Lokiego i Thora w Hongkongu. Czyli jutro popołudniu, albo pojutrze w porannym wydaniu – odpowiedziałam szybko.

- Dobra strategia. Idealna.

I to był koniec rozmowy. Rozłączył się, nie żegnając się nawet.

To była ostatnia dobra rzecz, która zdarzyła się tego dnia. Zaraz po tym... usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie spodziewałyśmy się nikogo. Ostrożnie podeszłam i wyjrzałam na zewnątrz. To był Emil. Szlag!

- Kurwa, kurwa, kurwa, czy ten człowiek się nie odczepi?

Jane szarpnęła mnie za rękę i pociągnęła w głąb domu.

- Powiem mu, że masz migrenę i każę mu spadać – powiedziała. – Biegnij do siebie. Nie pozwolę mu tu wejść, ale lepiej, żeby cię nie zobaczył.

Szybko pobiegłam do swojego pokoju, ale nie zamknęłam drzwi – zostawiłam je uchylone, żeby słyszeć, jak Jane radzi sobie z Emilem.

Nie słyszałam początku rozmowy, ale wkrótce usłyszałam podniesiony głos mojej przyjaciółki.

-...powiedziałam ci, że Ginny ma migrenę! I na pewno nie zejdzie, żeby się z tobą zobaczyć!

Odpowiedzi Blonsky'ego nie dosłyszałam, ale mogłam być pewna, że starał się udawać zatroskanego sytuacją i przekonać coraz bardziej zdenerwowaną Jane. Zastanawiałam się, czy jej nie pomóc, ale nie bardzo chciałam schodzić i patrzeć na Emila. Nie po tym, jak byłam w redakcji BR. Bałam się spotkania z nim.

- Nie wejdziesz! Ginny źle się czuje! Nie pozwolę, żebyś przeszkadzał jej w odpoczynku!

- Migrena nie przeszkadzała jej w wizycie w kadrach Buissness Review! - głos Emila zrobił się nieprzyjemny. – Była ze mną umówiona, ale mnie wystawiła! Tak jak robiła to przez cały nasz związek! Zawsze wszystko było ważniejsze ode mnie! Niech ma odrobinę przyzwoitości i powie mi w twarz to co o mnie myśli!

Jane próbowała oponować.

- Ginny. Źle. Się. Czuje – powiedziała podkreślając każde słowo. – I nie ma obowiązku z niczego ci się tłumaczyć. Umów się z nią na jakiś inny dzień, człowieku, przecież to tylko głupia kawa...

Chwilę później usłyszałam kotłowaninę przy drzwiach i spanikowana, że coś się stało, nie zważając, że jeszcze miałam udawać osobę cierpiącą z powodu migreny, postanowiłam zejść na dół. Nie powinnam w ogóle zrzucać ciężaru spotkania z Emilem na Jane. To był mój kłopot. Z tego wszystkiego zaczęła mnie głowa boleć naprawdę.

Ostrożnie, powoli, starając się wyglądać na bardziej cierpiącą niż byłam, zeszłam schodami w dół. Zastałam tam Jane z bojową miną spoglądającą na trzymającego się za rozbity nos Emila. Na progu, do połowy przycięty przez niedomknięte drzwi leżał bukiet kwiatów. Róż. Niebieskich, takich, jakich nie znosiłam.

- Jane – powiedziałam słabo, zwracając ich uwagę na siebie – nic ci nie jest?

- Ginny, nic się nie stało. Twój ZNAJOMY – mocno podkreśliła to słowo – pomylił kierunek i zamiast odwrócić się i odejść uderzył się w zamykane przeze mnie drzwi. Ale już wychodzi i nie będzie przeszkadzał ci w odpoczynku, prawda, panie...?

- Blonsky – odburknął Emil. – Gin miło, że się pofatygowałaś, żeby się ze mną spotkać mimo migreny... Szkoda, że zrobiłaś to dopiero wtedy, kiedy twoja współlokatorka rozbiła mi nos drzwiami.

- Pofatygowałam się sprawdzić, czy nic jej nie jest – powiedziałam stanowczo. – I gdyby mnie głowa już nie bolała, to rozbolałaby mnie od twoich wrzasków, kiedy próbowałeś się wedrzeć siłą do mojego mieszkania. A teraz je opuść, póki nie zadzwoniłam na policję. I z łaski swojej zabierz te szkaradztwa spod drzwi.

- Gin, ale... – próbował wziąć mnie pod włos, zagrać na poczuciu winy. I może dawna ja bym się na to jakoś złapała, ale obecna ja wiedziałam, że to najlepszy sposób na manipulowanie innymi.

- Emil, kurwa, chciałam wypić z tobą tę pieprzoną kawę i jak kulturalny człowiek wyjaśnić ci, że nie jestem w żaden sposób zainteresowana kontynuowaniem naszej znajomości w jakiejkolwiek formie... ale z tobą nie da się jak z kulturalnym człowiekiem, prawda? – westchnęłam i powiedziałam najspokojniej jak umiałam. – Wynoś się z mojego mieszkania i mojego życia zanim zadzwonię po gliny. I nie, nie żartuję – pokazałam mu wybrany na komórce numer alarmowy.

To go otrzeźwiło i uświadomiło, jak bardzo jestem poważna. Odburknął pod nosem, coś co zabrzmiało jak „jeszcze za mną zatęsknisz", wyszarpnął kwiaty spod drzwi i odszedł. Ciężko klapnęłam na podłogę tuż przy drzwiach i próbowałam ochłonąć. Ta konfrontacja kosztowała mnie dużo więcej wysiłku niż bym chciała i niż bym się spodziewała. Dałam radę, nie spanikowałam, nie uległam jego sztuczkom. Ale byłam potwornie zmęczona, zaczęła mnie boleć głowa, dłonie mi się trzęsły ze stresu i z tłumionych emocji.

Jane chyba zauważyła w jak kiepskim stanie jestem, bo po chwili przyniosła mi kubek gorącej czekolady z piankami. Pomogła mi wstać i doprowadziła do kanapy. Siedziała milcząc i pozwalając mi się uspokoić, ochłonąć.

- Muszę się stąd na jakiś czas wyprowadzić – powiedziałam w końcu. – Nie wiem jeszcze gdzie, ale po dzisiejszym dniu nie mogę tu zostać... Emil tak łatwo nie odpuści. Muszę zniknąć na jakiś czas. Tydzień może więcej.

- Gdzie się podziejesz? – Jane patrzyła na mnie troskliwie.

- Nie wiem, może odbiorę zaległy urlop i pojadę do rodziców? Muszę jeszcze napisać do Lokiego i odwołać sesję... – westchnęłam ze smutkiem.

Wróciłam do pokoju i od razu zabrałam się za pisanie wiadomości do młodszego Gardnera. Nie za bardzo mi to wychodziło. Kasowałam ją raz, drugi, trzeci. Słowa nie składały mi się w zdanie. Zaczynałam od "Przepraszam, ale chyba będę musiała odwołać naszą najbliższą sesję..." I dalej mi nie szło. Przecież wystarczyłoby napisać jakieś krótkie niewinne kłamstewko. Ale coś mnie przed tym powstrzymywało, jakaś siła sprawiała, że nie mogłam napisać tego kłamstewka. Cholera jasna, Loki, co ty ze mną robisz? Nie mogłam skłamać - kiedy próbowałam napisać nieprawdę słyszałam w mojej głowie jego zawiedziony głos, mówiący mi o tym, że znowu go okłamałam i że zawodzę jego zaufanie. Zagryzłam zęby. Jeszcze raz spróbowałam jakieś zgrabne kłamstewko. Nie dałam rady.

Odłożyłam telefon, wzięłam prysznic, wróciłam do pokoju. Znów spróbowałam napisać mu wiadomość, w której spróbowałam skłamać. Nie wyszło. Znów zacięłam się po "muszę odwołać naszą najbliższą sesję". Nie mogłam się przełamać, żeby skłamać. Napisałam więc prawdę.

Loki, mam kłopot. Chyba będę musiała odwołać naszą najbliższą sesję. Muszę na parę dni zniknąć z miasta, bo mój natrętny ex znów zaczął mnie nękać.

Nacisnęłam wyślij. Ciężar spadł mi z serca. Otworzyłam laptopa, napisałam draft na podstawie tej krótkiej rozmowy, którą przeprowadziłam z Thorem kilka godzin temu. Na pewno to było tylko kilka godzin temu? Cholera jasna, wydawało mi się, jakbym rozmawiała z nim kilka dni temu. Rozmowa z Blonskym wytrąciła mnie z równowagi, z poczucia bezpieczeństwa.

Zasnęłam dość szybko. Nie miała to być najspokojniejsza noc. Znów miałam koszmary, znów pojawiał się w nich Emil w roli kata. Pewnie można byłoby pomyśleć, że jestem nieźle na jego punkcie zafiksowana. Że mi odbiło. Może było w tym trochę racji. Chyba kilka sesji z psychoterapeutką mnie nie ominie.

Z paskudnych snów o Emilu obudził mnie dźwięk telefonu. Półprzytomna, nie patrząc na godzinę, ani na informację o dzwoniącym sięgnęłam po telefon i odebrałam.

- Tak? - szepnęłam zaspanym głosem, orientując się, że za oknem jest wciąż ciemno.

- Właśnie odebrałem twoją wiadomość, Ginewro - powiedział cichy, choć znajomy głos. - Przepraszam, że dzwonię o tak nieludzkiej porze – naprawdę brzmiał, jakby było mu przykro – ale chciałem cię złapać, zanim zrobisz cokolwiek głupiego. Takiego jak na przykład ucieczka do Anglii na najbliższe kilka miesięcy.

Resztki snu ze mnie opadły i skojarzyłam, że ten głos należał do Lokiego. Musieli dopiero wylądować. Dzwonił prosto z lotniska. Serce zabiło mi mocniej. Ale nie odzywałam się, czekając co jeszcze mi powie.

- Mam dla ciebie propozycję - powiedział po chwili ciszy. - I w sumie najlepsze rozwiązanie tego problemu. Po pierwsze: otwórz paczkę i odkoduj wiadomość. Po drugie: przygotuj się według instrukcji. Zrób to jak najszybciej, dobrze?

- Mhm - mruknęłam w odpowiedzi.

- Ginny - powiedział stanowczo – wiem, że cię obudziłem, ale musisz się teraz skupić. Potwierdź mi, proszę, że zrozumiałaś, czego od ciebie wymagam.

- Odkoduję wiadomość i wykonam wszystko według instrukcji - szepnęłam, siadając na łóżku. Nieco spanikowana zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu paczuszki. Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie, że karta wraz z karteluszkiem z kodem QR i odręcznie napisaną wiadomością są w moim portfelu.

- Dobrze, zadzwonię do ciebie za pół godziny (powinienem być już wtedy w hotelu), mam nadzieję, że w tak krótkim czasie uda ci się przygotować. Wtedy będziemy mogli porozmawiać chwilę dłużej. Do usłyszenia, Ginny. Mam do wykonania kilka telefonów.

I rozłączył się nie czekając na moją reakcję. Wyskoczyłam z łóżka i dopadłam torebki. Portfel leżał w niej tak jak go zostawiłam, a w nim była kartka z kodem i karta. Po zeskanowaniu kodu ukazała mi się długa lista poleceń.

Spakuj swoje najskromniejsze ubrania – wszystko w czym wyglądasz niczym słodka i niewinna dziewczynka z brytyjskiej szkoły z internatem

Spakuj swoje najodważniejsze ubrania - krótkie spódniczki, wydekoltowane bluzki, buty na wysokim obcasie

Pod żadnym pozorem nie pakuj żadnej bielizny

Zabierz ze sobą tylko telefon. Nie bierz laptopa, tabletu ani innej elektroniki

Wystylizuj się na moją nową sprzątaczkę z prowincji. Nie zakładaj jednak bielizny

Włosy zapleć w warkocz

Nie maluj się, masz wyglądać skromnie

Nie zakładaj żadnej biżuterii

Powiadom współlokatorkę, że nie będzie cię kilka dni

Odwołaj wszystkie spotkania

Kiedy będziesz gotowa zrób zdjęcie otwartej walizki i prześlij do mojej akceptacji

Zadzwoń pod numer 555-555-666 i przekaż dokładnie taką wiadomość: "Przesyłka do L czeka do odbioru pod adresem (tu podaj swój adres)"

Wsiądź do auta, które przyjedzie – powinno mieć oznaczenie Home Evacuation Logistics, w skrócie HEL

Zawiozą cię na parking podziemny apartamentowca

Do listu masz dołączoną kartę magnetyczną - użyj jej w windzie oraz do otwarcia drzwi do apartamentu

Kolejne punkty były przekreślone. Czyli Gardner już zdążył pozmieniać niektóre plany. Przeleciałam wzrokiem przekreśloną zawartość, ale wzięłam się szybko do pakowania. Kilka spódnic za kolano, zabudowane białe bluzki, w których już nie chodziłam, ale nie miałam serca wyrzucić. Wszystko złożone w kostkę trafiło do walizki. Podobnie jak kilka wyzywających, bardzo wyzywających strojów. Dopakowałam też bardzo wysokie, krwistoczerwone szpilki – kupione lata temu, a prawie nigdy nie używane. I długie kozaki na ekstremalnie wysokim obcasie, nabyte pod wpływem impulsu, a potem odłożone w kąt.

Na siebie założyłam ten sam skromny zestaw co poprzednio - czarną plisowaną spódnicę i białą zabudowaną koszulę. Oczywiście byłam bez bielizny, jak prosił. Na palcach przeszłam do łazienki, zebrałam moje rzeczy do kosmetyczki. Zaplotłam włosy w warkocz. Przejrzałam się w lustrze. Miałam podkrążone oczy i bladą, zmęczoną twarz, wciąż lekko opuchniętą po średnio przespanej nocy. Nie wyglądałam dobrze. Przemyłam twarz zimną wodą - trochę mnie to orzeźwiło.

Zrobiłam zdjęcia spakowanej walizce. Potem szybkie selfie. Oba zdjęcia wysłałam do akceptacji Lokiego. Kilka sekund później dostałam dwie wiadomości: pierwszą z emotką z uniesionym do góry kciukiem. Drugie z informacją, że ktoś od HEL za piętnaście minut będą pod moim domem. Po chwili przyszła wiadomość trzecia: "weź ze sobą laptopa". Ucieszyłam się, bo chciałam przecież puścić materiał Jamesonowi, a w kwadrans nie napisałabym niczego nadającego się do publikacji.

Na samochód czekałam w salonie. Wcześniej pod drzwi pokoju Jane wsunęłam kartkę "Jestem w apartamencie Gardnera. Nie martw się. Wrócę za jakiś czas. Gdyby wokół domu kręcił się Emil, rób koniecznie zdjęcia i zapisuj godziny. No i daj mi znać". Na podjazd wtoczyło się leniwie ciemne auto, z ledwie widocznym logiem, z którego udało mi się rozszyfrować tylko HEL. Wstałam, najciszej jak mogłam wyszłam z domu i wsiadłam do auta. Jazda do apartamentu Lokiego odbyła się w kompletnej ciszy. Niecałe dziesięć minut później byłam na parkingu JEGO apartamentowca. Zgodnie z instrukcją użyłam karty magnetycznej. Winda z cichym szelestem zamknęła się za mną i powiozła mnie na najwyższe piętro.

Długi hol, czarne drzwi na końcu. Byłam tak oszołomiona, że chwilę mi zajęło ich otwarcie. W końcu znalazłam się jednak w jego apartamencie. I gdy tylko zamknęły się za mną drzwi rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu.

- Ginny, mam nadzieję, że jesteś już w apartamencie - usłyszałam jego głos w słuchawce. Bez powitania. - To dobrze, cieszę się, że zgodziłaś się na to rozwiązanie. Ustaw laptopa na stoliku kawowym. Albo nie, czekaj. Na barku w kuchni. Włącz. Za moment prześlę ci link do prywatnego pokoju wideoczatu, na którym będziemy mogli trochę porozmawiać. Zanim się ze mną połączysz, załóż dusik. Jest w sypialni.

Słyszałam jak jego palce uderzają w klawiaturę.

- Mam nadzieję, że nie jest dla ciebie problemem krótka sesja teraz? Chcę, żebyś się nieco odstresowała. Potem porozmawiamy, o tym jak zaradzić twojemu obecnemu problemowi - mówił łagodnie przez słuchawkę.

- Gdybym nie mogła się skupić, to zawsze mogę przerwać sesję, prawda? - zapytałam cicho.

- Oczywiście, Ginny, nie ma takiej sesji, której nie możesz przerwać.

Rozłączył się. Pewnie po to, żeby dać mi czas na przygotowanie się do sesji. Weszłam do pustej sypialni. Dusik leżał na nocnej szafce tuż przy łóżku. Założyłam go. To było dziwne uczucie – zapiąć go znów samodzielnie. Wróciłam do salonu. Ustawiłam laptopa na barku oddzielającym kuchnię od salonu. Sms.

Pamiętaj, że sesja trwa od samego początku, więc zachowuj się tak, żebym nie musiał cię ukarać.

Uruchomiłam komputer. Włączyłam pocztę. Mail od Lokiego. Link. Okienko powitalne czatroomu i pole do wpisania pseudonimu. Enter. Połączenie z prywatnym pokojem. Kliknięcie "tak zezwalam na dostęp do mojej kamery i mikrofonu".

- Stań w oddaleniu od komputera. Tak, żebym mógł cię zobaczyć. Całą - ton jak zwykle miał władczy. - Wzrok w podłogę.

Posłusznie oddaliłam się od laptopa. Stanęłam kilka kroków od niego, z opuszczoną delikatnie głową, tak jak sobie życzył. Gdyby kazał mi stanąć na rękach - zrobiłabym to. Ten głos, nawet przez czat, przez internet miał nade mną władzę.

- Odwróć się do mnie tyłem. Na kolana. Wzrok cały czas w podłodze. Nie podnoś głowy. A teraz unieś spódnicę tak, bym mógł sprawdzić, czy nie masz na sobie bielizny.

Z drżeniem obróciłam się, uniosłam spódniczkę i zaprezentowałam mu nagie pośladki. Chwilę trzymał mnie w tej pozie. Napawał się widokiem mojego upokorzenia. Smakował je. Byłam tego pewna.

- Weź swoją walizkę do miejsca, w którym stoisz. Chcę sprawdzić, czy nie oszukujesz. Wysyp na podłogę całą jej zawartość.

Nie zakładał, że jestem nieposłuszna. Raczej sprawdzał, jak bardzo jestem posłuszna. Szybkim krokiem przeszłam do miejsca, w którym pozostawiłam walizkę. Przyniosłam ją na środek pokoju i posłusznie wysypałam jej zawartość na podłogę.

- Rozepnij środkowe guziki koszuli. Piersi na wierzch. Na kolana i składasz swoje rzeczy w kosteczkę. Ale tylko lewą ręką. Masz trzy minuty - zakomenderował ostro.

Drżącymi palcami składałam ubrania. Prawą rękę, żeby nie ulec pokusie jej użycia, schowałam za plecami. Wszystko na powrót lądowało w walizce. Może nie było najładniej i najprecyzyjniej złożone, ale chyba nie będzie o to zły?

- Dobra dziewczynka. Możesz zdjąć dusik. Koniec sesji - powiedział cieplej. - Ginnie, to co teraz robimy... uznaj to za część kary za przewinienie z ostatniej sesji. Normalnie za tak dobrze wykonane polecenia, za to, jaka byłaś dzielna powinienem cię nagrodzić, ale nie mam fizycznej możliwości. Dlatego nie zostaniesz nagrodzona aż do mojego powrotu. Tymczasem rozgość się w apartamencie. Dla naszego wspólnego dobra zostań w nim do mojego powrotu. Potem porozmawiamy o tym, jak zapewnić ci prywatność i możliwość uniknięcia spotkania z twoim natrętnym ex.

Westchnął i spojrzał na mnie ze smutkiem.

- Bardzo nie chciałbym, żebyś musiała wyjeżdżać czy ograniczać nasze możliwości spotkania – w jego głosie brzmiała troska. - Ale miejmy nadzieję, że znajdziemy dobre dla nas obojga rozwiązanie, które nie będzie żadnego z nas narażać na dyskomfort czy nieprzyjemne spotkania. Tymczasem, w lodówce jest trochę jedzenia, postaram się zrobić też jakieś zamówienie z dostawą, żebyś nie musiała wychodzić po zakupy.

- Ale...

- Proszę bez żadnego ale. Nie chcesz chyba, żeby portierzy zadawali ci niewygodne pytania, prawda? - powiedział spokojnie. - Ginny, zaraz będę szedł na kilka spotkań, więc radzę ci się przespać, żebyś miała siłę na kolejną sesję wieczorem. Czas na mnie. Skorzystaj z kanapy albo z łóżka w sypialni. Powiadomię cię pół godziny przed sesją, jak powinnaś się przygotować. Spokojnych snów, Ginny.

I to był koniec rozmowy. Loki zniknął z czatu. A ja powoli uniosłam się z podłogi, rozmasowałam kolana i poszłam do łazienki wziąć szybki prysznic. W puchatym szlafroku i tylko w nim przemaszerowałam do salonu. Ułożyłam się na kanapie. Byłoby mi dziwnie spać w jego łóżku, nawet jeśli mi to zaproponował, zwłaszcza pod jego nieobecność. Jeszcze jedno spojrzenie w ekran telefonu. Była trzecia w nocy. Czas spać.

Przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Przemarzłam na kość, bo w apartamencie działał wciąż klimatyzator, który musiał uruchomić się automatycznie, kiedy otworzyłam drzwi kartą. W nocy go nie zauważyłam, w sumie nic dziwnego, biorąc pod uwagę, co działo się wieczorem. Poszukałam wzrokiem panelu klimatyzacji, musiał gdzieś tu być. Cholera, jak się przeziębię, to nie będzie seksowne. Po kilkunastu minutach poszukiwań, zrozpaczona napisałam wiadomość Lokiemu. Nie dostałam odpowiedzi, ale w apartamencie zrobiło się jakby cieplej.

Zaparzyłam kawę, zrobiłam lekkie śniadanie i siadłam do pracy nad tekstem dla Jamesona. Nie był jakoś szczególnie długi. Postawiłam ostatnią kropkę, przeczytałam jeszcze raz. Poprawiłam kilka koślawych zdań. Przeczytałam drugi raz. Grało. Wysłałam najpierw do Odina Gardnera. Tekst mu się spodobał, dorzucił mi jeszcze kilka sugestii i szczegółów. Poprawiłam. Gotowy wysłałam do Jamesona.

Dochodziła dziesiąta, kiedy zabrzęczał telefon. Wiadomość od Lokiego.

Zacznij nalewać do wanny gorącej wody. Bez żadnego płynu do kąpieli. Ma być przejrzysta. Przebierz się w kolejny zestaw a'la prowincjonalna guwernantka. Tylko tak jak wczoraj – eksponujesz piersi.

Potem nadeszła kolejna.

Przenieś laptopa do łazienki. Ale łatwiej będzie ci dopiąć do niego moją kamerkę. Stoi tam, gdzie ostatnio ją zostawiłem, w sypialni. O sterowniki się nie martw.

I następna.

Kamerkę umieść naprzeciw wanny, ale na początek skierowaną na łazienkę. Potem ją przestawisz. Kiedy ci powiem, żebyś to zrobiła.

I jeszcze jedna.

Zamiast dusika użyjesz psiej obroży. Pudełko z nimi znajdziesz pod łóżkiem. Znajdź skórzaną, brązową. Zapnij na szyi. Teraz. Wyślij mi zdjęcie.

Psia obroża? Chyba żartował...

Kolejna wiadomość.

Nie chcesz chyba zniszczyć dusika w kąpieli? Czekam na zdjęcie w obroży.

Rzeczywiście nie chciałam zniszczyć dusika. Zaczęłam nalewać wodę do wanny. Potem zaczęłam przeszukiwać pudełko z obrożami. Miał ich cały wybór. Ładne, eleganckie i bardzo podobne do mojego dusika, z medalikami z napisem "Good girl" i innymi podobnymi. Były też nabijane ćwiekami, wyglądające jak dla psów obronnych. I były surowe, szerokie i wąskie, wyglądające na używane i całkiem nowe, nierozpakowane. Tylko jedna była brązowa - zużyta, jakby wiele razy już moczona i suszona, noszona na różnych szyjach. Miała nawet kółeczko do dopinania smyczy.

Założyłam. Zapięłam. Poczułam się upokorzona, jak nigdy dotąd. Strzeliłam selfie mojej szyi w obroży. Wysłałam mu.

Dobra dziewczynka. Już zmykaj się przebrać. Pamiętaj piersi na wierzchu. Ale koszula zapięta aż pod szyję.

Wanna była w trzech czwartych pełna. Zamknęłam dopływ wody. Poszłam się przebrać. Wybór padł na czarną, rozkloszowaną spódnicę. I oczywiście białą bluzkę. Tym razem z żabotami. Zapięłam ją po samą szyję. Potem rozpięłam trzy środkowe guziki. Obnażyłam piersi. Oceniłam efekt w lustrze. Zapięłam guzik pod nimi. Wyglądało to dziwacznie, ale skoro tak chciał, cóż mogłam począć?

Przeniosłam laptopa na próg łazienki. Z sypialni wzięłam kamerkę. Po kilku chwilach była w pełni skonfigurowana z moim laptopem. Otworzyłam pocztę i czekałam na wiadomość z linkiem. Odświeżałam co chwila.

W końcu się pojawił. Mail od Lokiego. Kliknięcie w link. Okienko logowania. Pseudonim, miał dzisiaj brzmieć "prowincjuszka". Wpisałam. Odstawiłam laptopa, weszłam w zasięg kamery. Opuściłam głowę. Mimo że nie widziałam jego twarzy, miałam wrażenie, że mierzy mnie wzrokiem.

- Ta spódnica jest zdecydowanie zbyt długa. Zasłania twoje walory. Zdejmij ją. Zmodyfikujesz ją. Czy to spódnica, której używasz, kiedy mi nie służysz?

- Nie, proszę pana - odpowiedziałam cicho. - Nie chodzę w niej.

- Nawet gdybyś w niej chodziła, to i tak poddałabyś ją modyfikacji. Wstań. W apteczce są nożyczki - a kiedy już je miałam w rękach rozkazał: - Na kolana! Wytnij jej przód. Mam odsłaniać twoje łono. I uda też. Szybko, wycinaj.

Klęcząc na chłodnych kafelkach przerobiłam spódnicę zgodnie z jego życzeniem. Wycięłam jej przód, odsłaniając uda i łono.

- Włóż ją. Niech no zobaczę - po chwili zawahania dodał: - krawcowa z ciebie żadna, ale nada się.

Czułam się obnażona. Piersi na wierzchu, łono na wierzchu. Naga mimo ubrań.

- Schowaj nożyczki i wracaj na kolana. Głowa w dół, jak na skromną panienkę z prowincji przystało. Zamocz tę szmatę w wannie. Wykręć. I wypoleruj mi podłogę, bo widzę, że jakaś taka matowa. Ale na błysk!

Zaczęłam na czworakach szorować podłogę prowizoryczną szmatą. Czasami mnie popędzał, czasami wskazywał kolejne "nielśniące" miejsce, które niby pominęłam. Bawił się tak mną. Bawiło go kołysanie się moich piersi. Bawiły go moje czerwone kolana. Nie wiem, jak długo to trwało. Kwadrans, może pół godziny. W końcu przerwał.

- Wstań z kolan. Obróć kamerkę w stronę wanny. Klęknij między nią a wanną. Poproś o możliwość rozebrania się.

- Czy mogę się rozebrać, proszę pana?

- To nie była prośba. To było pytanie. Chcę usłyszeć, jak prosisz o możliwość rozebrania się - powiedział ostrzej.

- Proszę pana o udzielenie zgody na rozebranie się - powiedziałam, z zupełnie nieracjonalnie pełnymi łez oczami.

- Pozwalam. Masz trzydzieści sekund na rozebranie się.

Zsunęłam szybko spódnicę, drugą ręką rozpinając guziki koszuli. Zerwałam ją z siebie. Teraz klęczałam przed kamerką naga, jedynie w obroży na szyi.

- Wejdź do wanny. Nogi szeroko rozwarte, łydki oparte o krawędź wanny. Zamknij oczy i pozwól mojemu głosowi prowadzić twoją rękę - szeptał cieplejszym głosem, wciąż jednak władczym i stanowczym.

Pozwoliłam kierować mu swoją ręką. A nawet obiema. Wydając mi tylko rozkazy, będąc tysiące kilometrów ode mnie dał mi nagrodę, orgazm. Jęczałam i wiłam się pod dotykiem swoich dłoni, które prowadził jego głos. Aż w końcu:

- Koniec sesji, Ginny. Pewnie woda jest już lodowata. Ostrożnie przy wychodzeniu z wanny. Zdejmij obrożę i odłóż ją do wysuszenia. Zawiń się w ręcznik. Okryj szlafrokiem. Za godzinę powinna przyjechać zamówiona dostawa jedzenia, więc nie zasypiaj na razie. Byłaś dzisiaj bardzo dzielna - szeptał czule. - Ja niestety zaraz będę kończył, choć popatrzyłbym jeszcze na twoje piękne ciało. Cudownie wyglądasz z mokrymi włosami. Chyba mam już pomysł na sesję po moim powrocie z Hongkongu. Porozmawiamy o tym później. Dobranoc, słodka Ginny.

- Śpij dobrze, Loki - powiedziałam, choć nie byłam pewna, czy dosłyszał.

Zarzuciłam na siebie szlafrok, włosy okręciłam drugim ręcznikiem i zabrałam laptopa z łazienki. Siadłam w salonie, nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Byłam wykończona po tej sesji - głównie psychicznie, więc najchętniej wychyliłabym jakiegoś niewielkiego drinka na ukojenie nerwów, włączyła jakiś rozrywkowy film i zdrzemnęła się jeszcze trochę.

Zamiast tego jednak zadzwoniłam do mojej psychoterapeutki. Wciąż czułam się wytrącona z równowagi powrotem Emila. Miałam też nieco obaw związanych z moją relacją z Lokim. Potrzebowałam jej porady. Chciałam się komuś wygadać, dostać jakąś radę. No i ciekawiło mnie, co powie o mojej obecnej sytuacji.

- O, moja ulubiona pacjentka dzwoni - odezwała się słysząc mój głos w słuchawce ciepłe powitanie. Natasha zawsze brzmiała nieco dziwnie, jak serdeczna ciotka ze wschodniej Europy, a nie renomowana psychoterapeutka w okolicach czterdziestki. - Ginny, do świąt jeszcze trochę czasu, nie za wcześnie na życzenia? - wiedziałam, że nie chciała zapytać wprost, z jaką sprawą dzwonię.

Odchrząknęłam, żeby oczyścić gardło.

- Pani dok... - urwałam i poprawiłam się szybko – Natasho... nie dzwonię, żeby złożyć noworoczne życzenia. Muszę pogadać. Trochę mi się w życiu poprzewracało.

- Widziałam - powiedziała całkiem szczerze. Zszokowała mnie i chyba zrozumiała, że się zdziwiłam, bo zaraz pospieszyła z wyjaśnieniami. - Twój toksyczny ex-facet wrócił, prawda? Emil Blonsky, dobrze pamiętam? Widziałam u was ripostę na jego artykuł w Bussiness Review – westchnęła. - Próbował się z tobą kontaktować?

- Nie tylko - odpowiedziałam, po czym opowiedziałam jej o dwóch wizytach Blonsky'ego w moim i Jane domu. - Na razie wyprowadziłam się od Jane do znajomego. Na kilka dni, póki sytuacja się nie uspokoi.

- Znajomego? - głos Natashy nie zdradzał żadnych emocji, poza ciekawością.

- Wydaje mi się, że może to rokować całkiem ciekawie, ale o tym nie chcę rozmawiać przez telefon, bo tak czy siak chciałabym się spotkać z tobą na jakiejś sesji. Albo dwóch. Wracając jednak do sprawy z Blonskym, byłam zszokowana spotkaniem z nim. Ale... - westchnęłam przeciągle - wydaje mi się, że zachowałam wtedy zimną krew. Nie pozwoliłam mu przejąć inicjatywy. Nie dałam dojść do głosu. Z resztą, mam wrażenie, że jego urok na mnie już nie działa.

Cisza w słuchawce zdradziła mi, że doktor Romanoff czeka na ciąg dalszy.

- Emil... cóż, zestarzał się i to brzydko. A wszystko co kiedyś mnie w nim pociągało zaczęło mnie irytować. Jego buta, pewność siebie, arogancja, samozadowolenie. To wszystko zaczęło mnie tak niezmiernie wkurzać, że Blonsky nie ma nade mną władzy. Kiedyś jedno jego słowo wystarczało, żebym mu uległa, ale teraz... chyba nad tym panuję. Ale to nie znaczy, że jeśli zacznie na mnie naciskać, nachodzić... nie wiem, czy to wytrzymam.

- Ginny, wiem na pewno dwie rzeczy. Po pierwsze nie jesteś już tą samą osobą, którą byłaś sześć lat temu, kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy. Po drugie, z tego co mówisz wynika, że Blonsky nie jest w stanie już na ciebie wpływać - Natasha brzmiała na zadowoloną. - Dobrze, że na razie przeniosłaś się do tego znajomego.

- Cieszę się, że wspierasz moją decyzję - odpowiedziałam jej, z dużą ulgą przyjmując jej zadowolenie. - Mimo wszystko chciałabym się z tobą spotkać w twoim gabinecie. Nie o wszystkim chcę rozmawiać przez telefon. Masz jakieś terminy w tym miesiącu?

Odpowiedziała mi chwila ciszy. W tle, bardzo cicho usłyszałam szelest kartek terminarza. Prawie zapomniałam, że moja psychoterapeutka darzy uwielbieniem papier, kompletnie gardząc elektronicznymi sposobami organizacji czasu. Chyba na święta podaruję jej jakiś ładny terminarz w zestawie ze stylowym piórem, zamiast zwyczajowej butelki wina.

- Najwcześniej możemy się spotkać w przyszłym miesiącu, niestety - powiedziała ze smutkiem.

- Wpisz mnie proszę na pierwszy wolny termin. I w takim razie do zobaczenia - pożegnałam się.


Kolenje rozdziały prawdopodobnie mogą zawierać podobne ilości erotyki. Przynajmniej ten najbliższy. Potem może jej być mniej, co za dużo to wszak nie zdrowo ;P