Miłego czytania!
Rozdział 11
Zaspana, poczłapałam do kuchni. Była już dziesiąta rano, a ja najchętniej znów wróciłabym do ciepłego łóżka.
Zaglądnęłam do lodówki. Jogurt. Fuj. Jednak o tej porze jestem w stanie zjeść tylko to. Albo coś słodkiego.
Z zadowolonym uśmiechem otworzyłam szafkę, gdzie zazwyczaj kładłyśmy wszystkie słodycze, ale zamiast nich, zauważyłam kartkę, która spadła na podłogę obok moich stóp.
Ściągnęłam brwi. Podniosłam ją i prychnęłam, zauważając, że jest to liścik. Napisany przez Bonnie.
Najukochańsza (ehem, ehem), nie myśl sobie, że tym razem damy sobie wmówić, że masz migrenę. Dziś wieczór z Eleną przesłuchujemy cię i najwyraźniej masz dzisiaj być tylko nasza, więc się z nikim nie umawiaj, przede wszystkim nie z pewnym niebieskookim (tak, dobrze myślisz, Care). Ach, i pozdrów małą Amelię.
Wariatki. To wpadłam, jak śliwka w kompot. Wczoraj udało mi się od nich uciec, bo same były nieco zajęte, ale dzisiaj chyba nie obejdzie się bez babskiego wieczoru.
Pozdrowić Amelię? Dlaczego miałabym pozdrowić Mie?
Spojrzałam w bok, na kalendarz ze zdjęciami modelów. Zanim spojrzałam na cyferki, dłużej zawiesiłam wzrok na chłopaku z Abercrombie&Fitch. Co, jak co, ale dziewczyny potrafiły zrobić świetny prezent urodzinowy.
17 grudzień.
Otworzyłam buzie.
Cholera. 17 grudzień!
Pod spodem, czerwonymi, dużymi literami napisałam Mia. Zabije mnie.
Złapałam kluczyki od forda, w holu przeglądnęłam się w lustrze. Cała na czarno: spodnie, bluzka z krótkim rękawem, bluza i do tego jeszcze skóra. I czarne adidasy. Poza tym, jak ja wyglądałam? Zwykły kitek i zero makijażu. No dobra, Mii będzie musiało wystarczyć tylko tyle. Widziała mnie po sylwestrze i się nie przestraszyła, więc nie będzie tak źle. Zresztą, nie miałam na nic czasu. Było już po dziesiątej, a miałam po nią przyjechać o jedenastej. Jestem ciekawa czy w ogóle mój ford odpali.
Jak mogłam w ogóle zapomnieć? Przecież nie od zawsze mam wolne piątki! Dlaczego nie pomyślałam, jakim cudem nie pracuję dzisiaj? Ha, po prostu cieszyłam się, że nie muszę się budzić o siódmej rano i nie zastanawiałam się, dlaczego wzięłam wolne już miesiąc wcześniej.
Mia przyjeżdżała tak rzadko. Wzięłam pierwszą lepszą torbę, otworzyłam drzwi i... wpadłam na coś wielkiego i twardego.
- Ał. - Mruknęłam. Dotknęłam ramienia. Pewnie będę miała siniaka. Podniosłam wzrok na intruza, choć wiedziałam, kim on był. Jego zapach był zbyt charakterystyczny.
Klaus Mikaelson patrzył na mnie z naganą i zarazem lekkim rozbawieniem w swoich niebieskich oczach. Był w czarnym płaszczu, a pod spodem miał idealny garnitur. Ach, to była ta wersja Mikaelsona. Chłodny, egoistyczny prezes sieci firm, który sądzi, że każdego można kupić za pieniądze.
- To już chyba nasza tradycja, hm? - Szepnął ze zdystansowanym uśmiechem. Przytaknęłam, uśmiechając się miło. - Wychodzisz gdzieś?
Geniusz z ciebie, Klaus. No dobra, nie będę złośliwa.
- Aha, spieszę się.
- Nie było cię dzisiaj w pracy.
Zmarszczyłam czoło. A skąd on to wie?
- Eee, jadę dzisiaj po swoją kuzynkę. Rzadko ją widuje.
Zmrużył oczy, mierząc mnie wzrokiem. Ugh, nie cierpiałam tego uczucia. Czułam się wtedy, jak niepewna siebie nastolatka z wielkim pryszczem na czole.
- W ten mróz? Tym twoim gratem?
Zacisnęłam pięści.
- Niklaus, już przeprowadzaliśmy tą rozmowę. Raz się ugięłam.
- To ugniesz się drugi. - Z zaciśniętymi ustami i srogością w oczach nie przypominał tego samego człowieka, który wczoraj kupił mi lody czekoladowe i zabrał mnie na moją wymarzoną randkę. Był taki męczący.
- I przestań obrażać mój samochód.
- To coś, co nazywasz...- Wzdrygnął się. -...samochodem, w żadnym stopniu jego nie przypomina.
- No cóż, panie wszechwiedzący, nie każdy ma tyle forsy, ile ty!
Uśmiechnął się uroczo.
- I właśnie, dlatego mój szofer może cię zawieźć do twojej kuzynki czy kogokolwiek, z kim się spotykasz.
Wybałuszyłam oczy. Szofer? Zawieźć mnie? A co najgorsze, Klaus wyglądał tak, jakby uważał, że jest to jeden z lepszych pomysłów, na jakie ostatnio wpadł.
- Nie rób tego, Niklaus. - Mruknęłam bezsilnie.
- Zależy mi na twoim bezpieczeństwie.
Pomińmy już to, choć nie miałam bladego pojęcia, dlaczego tak bardzo się tym przejmuje.
- Chodzi mi o te sprzeczne sygnały. Już ci o tym mówiłam. Nigdy nie wiem, czego mam się przy tobie spodziewać.
- To zła rzecz? - Spytał, ciekawy.
Hm, i oto jest pytanie, na które sama nie znam odpowiedzi.
Westchnęłam.
- Po co przyszedłeś? - Postanowiłam dać sobie spokój. To, jak walka z wiatrakami.
Znów w jedną sekundę nastąpiła całkowita zmiana nastoju. Wzruszył ramionami nonszalancko, podniósł brwi do góry, a w oczach igrały szelmowskie iskierki.
- Zaprosić cię na bal.
- Na jaki bal?
Wzruszył ramionami lekceważąco.
- Jak zwykle, urządza go moja matka, jednak ten jest nieco bardziej kameralny. I nudniejszy...- To po co mnie zaprasza? - Ale nie z tobą.
Prychnęłam, nieco udobruchana. Zapraszał mnie na bal.
- To, po co idziesz?
- Bo to tradycja w mojej rodzinę od dziesięciu lat. Poza tym, poznasz moją matkę.
Zdumiona, otworzyłam buzię.
- Poznam?
Uśmiechnął się szarmancko.
- Chce cię poznać.
Przegryzłam wargę, zakłopotana.
- Mówiłeś jej o mnie? - Przytaknął szybko. Naprawdę wyglądał, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie.
Albo była, a ja wyobrażałam sobie nadprzyrodzone rzeczy. Jednak poznać jego matkę? To tak, jakby myślał, że... coś z tego wyjdzie. Że to, co jest między nami nie jest jakąś przelotną znajomością.
Poczułam dreszcz na plecach.
- Ale, nie wiem czy przyjdę. - Burknęłam.
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Oczywiście, że przyjdziesz.
Wpuściłam powietrze przez zęby.
- Niklaus... - Mruknęłam. Boże, jeśli tak mają wyglądać nasze relacje, to będzie to naprawdę... ciężkie.
- Słowo nie, nie istnieje w moim słowniku, Caroline.
Westchnęłam głośno, wyrażając swoje niezadowolenie.
- Pomyślę, a teraz muszę już naprawdę jechać.
Przytaknął i zrobił mi miejsce w drzwiach. Zamknęłam drzwi.
- Zawiozę cię.
- Nie ma takiej potrzeby, abyś...
- Nie chcesz, aby zawiózł cię mój szofer, więc zawiozę ciebie ja.
- Ale...
- Nie nadużywaj mojej dobroci, Caroline.
Sfrustrowana zrobiłam dwa głębokie oddechy. Najwyraźniej będę musiała się do tego przyzwyczaić.
- Ile ma lat?
Odwróciłam się w stronę Klausa. Przez moje ramie obserwował małą brunetkę bawiącą się śniegiem przed domem.
- Mia? W tym roku będzie dwanaście. To córka mojej cioci.
Przytaknął. Mia ze słodkim uśmiechem pomachała do nas. Była mistrzynią w udawaniu aniołka. Odmachałam szybko.
- No dobra, idę. Dziewczyna nie będzie na mnie czekać godzinami. - Uśmiechnęłam się, otulając szyje szalikiem. - Dzięki za podwózkę. Po raz kolejny.
Niezdarnie wyszłam z jego samochodu.
- Pa. - Mruknęłam, zamykając drzwi.
Ruszyłam do Mii, która udawała, że lepi bałwana, a tak naprawdę niemal robiła zeza, próbując ukradkiem zobaczyć Klausa. Przynajmniej podglądała z ogładą.
- Hej!
Odwróciłam się w stronę BMW Klausa. Nachylał się przez siedzenie pasażera, otwierając okno.
Podniosłam brwi pytająco.
- Załóż coś ładnego na ten bal, Bella.
Wybałuszyłam oczy, obserwując, jak uśmiecha się szelmowsko i w mgnieniu oka odjeżdża z piskiem opon.
Bella? Nazwał mnie Bellą? Odwróciłam się powoli do Mii. Z ironicznym uśmieszkiem lepiła śnieżkę, patrząc w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stał samochód Klausa.
- Bella? Czy to nie... tandetne? - Spytała wprost. Zgromiłam ją wzrokiem.
Tak, poznajcie Mie, dwunastolatkę z zadziwiająco wysokim IQ. I jeśli spytacie mnie, myślała stanowczo zbyt racjonalnie, jak na dziecko w tym wieku.
I była szczera do bólu.
Uśmiechnęłam się krzywo.
- A potem oglądniemy Dumę i uprzedzenie. Tylko tą wersje z Colinem Firthem. Obiecujesz? - Spojrzałam błagalnie na tę małą diablice, która właśnie usadowiła się wygodnie naprzeciwko mnie.
Rozglądnęłam się po kafejce błagalnie.
- Po raz, który? – Spytałam.
- Nieważne. Powiedziałaś, że będziemy robić wszystko, co chce.
- To nie znaczy, że jakbyś powiedziała, że skaczemy z bungee, to od razu bym się zgodziła, prawda?
- Nie bądź głupia, ciociu.
Ciociu. Ach, uwielbiałam, jak tak na mnie mówiła, choć tak naprawdę byłyśmy kuzynkami. Jednak chyba fakt, że Mia była tak dobrze wychowana, a między nami była piętnastoletnia różnica wieku sprawiał, że zwracała się do mnie per "Ciociu". Ach, uwielbiałam być ciocią.
- To tylko film. - Dodała po chwili.
Przewróciłam oczyma.
Tak, i tylko oglądałam go tysiąc razy. I połowę z tego tysiąca razem z Mią.
- Ta, jak na osobę tak przyziemną wydajesz się być naprawdę romantyczką. - Powiedziałam. Uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Ciociu, jestem tylko dzieckiem. - Spojrzałam na nią uważnie.
No właśnie. Czy znacie jakiekolwiek dziecko, które tak by mówiło? Zazwyczaj chcą być takie dorosłe, bla, bla, bla. A ta tutaj była mądrzejsza od Einsteina! No, przynajmniej tak to wyglądało. Naprawdę nie wiem, po kim Mia odziedziczyła tą mądrość. No, bo na pewno nie po wujku.
- A więc?
- No dobra, dobra. Obiecuję. - Wsadziłam jedną frytkę do buzi. Gdybym była w domu, pewnie byłaby to garść. - Jak tam w szkole?
Skrzywiła się.
- Nudno. Dopiero uczymy się głupich funkcji. - Podniosłam brwi do góry.
- Głupich, bo ich nie umiesz? - Spytałam, upewniając się.
- Głupich, bo już dawno przerabiałam je z moim osobistym nauczycielem. Są proste, jak drut i jasne, jak słońce.
Wypiłam łyk coli, uśmiechając się głupio. Ta, łatwiutkie. Szkoda tylko, że miałam ledwo, co dwóje na koniec szkoły z matmy.
- Lepiej porozmawiajmy o tym Alfie Romeo z BMW.
Zmrużyłam oczy.
- Mówi się Don Juan. I ma na imię...
- Niklaus Mikaelson. Wiem. - Moje oczy zmieniły się w jeszcze mniejsze szparki.
- Skąd wiesz? - Spytałam. Uśmiechnęła się szeroko.
- Tak czy inaczej, to dobrze, że Tyler cię rzucił. Od początku mi się nie podobał. -Stwierdziła rezolutnie.
- Tyler mnie nie rzucił.- Syknęłam.
- Klaus go do tego zmusił, ale prawda jest taka, że gdyby miał wystarczające jaja, to by z tobą nie zerwał. Czyli był palantem.
Westchnęłam, przyglądając jej się uważnie.
Długie, brązowe włosy związane w dwa warkoczyki, brązowe, duże oczy i oliwkowa cera. Przypominała aniołka, ale z chwilą, kiedy tylko otwierała buzie, człowieka spotykało rozczarowanie.
Ale uwielbiałam ją. Nawet za to, że miała dziwny sposób okazywania swojej troski.
- Następnym razem nie będę ci się zwierzać. Poza tym, masz dopiero dwanaście lat, nie powinnaś wysłuchiwać tych głupot.
- Nie! Nawet muszę. W taki sposób będę przygotowana na dżungle, jaka na mnie czeka po skończeniu osiemnastego roku życia.
Zmarszczyłam brwi. Boże, nawet Elena zwierzała się Mii. Ta młoda dziewuszka była naszą terapeutką.
- Racja.
- A Klaus mi się podoba. Jest stanowczy, pewny siebie i wie, czego chce.
- Dziękuje za błogosławieństwo, mamo. - Mruknęłam ironicznie. - Sama nie wiem. Ma dwie twarze.
- W dobrym czy złym sensie? - Spytała, składając usta w dzióbek.
- A jest dobry?
- W dobrym sensie ma dwie twarze, jednak tą lepszą okazuje tobie, a tą gorszą zostawia dla innych.
Przekrzywiłam głowę na bok.
- To jest naprawdę dobra rzecz?
Mia wzruszyła ramionami.
- Dla mnie, tak. I dla milion kobiet też. Pomyśl tylko, która nie marzy o facecie, który jest dla niej czuły, a chłodny w stosunku do innych?
- Ale, ja chce... Ja chce żeby był po prostu dobry.
Uśmiechnęła się krzywo.
- Zastanów się czy to, aby na pewno nie przereklamowane, hm? Nie mówię, że trochę dobroci w sercu to coś złego, ale... Trochę szaleństwa nigdy nie zaszkodzi.
Otworzyłam buzie, zdezorientowana. Z każdego miesiąca robiła się coraz mądrzejsza.
- I czytałam o Mikaelsonie. On nie jest facetem, który się angażuje, jednak z tobą... - Machnęła ręką, zostawiając zdanie niedokończone. - Doceń to czasami.
Uśmiechnęła się. Tym razem szczerze i radośnie. Chyba zauważyła, że to wszystko jest skomplikowane.
- O wilku mowa. - Mruknęła. Spojrzałam w stronę okna, przy którym siedziałyśmy. Klaus wychodził właśnie z restauracji naprzeciwko i nie wyglądał na zadowolonego. A tak naprawdę, to wyglądał, jakby był ostro wkurzony. - I wilk jest chyba zły.
Prychnęłam.
- Witaj w moim świecie, młoda.- Mruknęłam.
Nadal obserwowałam go, kiedy zakończył z kimś rozmowę przez komórkę i sfrustrowany stanął przy krawężniku. Nerwowo spojrzał na zegarek. Czekał na coś.
- Zadzwoń do niego.
- Co? Oszalałaś? - Syknęłam.- I niby, pod jakim pretekstem?
Westchnęła.
- A musisz mieć pretekst? No dobra. Zadzwoń i zgódź się na ten bal o, którym wcześniej mi opowiadałaś.
- Co? Zwariowałaś?
- Powtarzasz się, ciociu.
- Ja...
Mia przesunęła moją kurtkę do siebie i wyjąwszy z niej komórkę podała mi ją szybko.
- Zadzwoń.
- Jesteś wścibska, moja droga. - Mruknęłam, szukając jego numeru.
- Uczę się od najlepszych.- Powiedziała słodko. Westchnęłam, wciskając zieloną słuchawkę.
Obie, błyskawicznie spojrzałyśmy na Klausa.
Bez spojrzenia na ekran, podniósł telefon do ucha.
- Czego? - Syknął.
O boże, był naprawdę wściekły. Zacisnął szczękę, ciskając gromy na bezbronnych przechodniów.
- Ee, to ja.
Bez tchu patrzyłam, jak z jego twarzy schodzi napięcie, nawet pojawia się coś na pokrój leciutkiego uśmiechu, ale już po chwili znów zmrużył oczy i rozglądnął się wrogo.
- Caroline. Coś się stało?
Zachichotałam nerwowo.
- Nie! Nie, oczywiście, że nie. Co miałoby się stać? Także tego, chciałam ci tylko powiedzieć, że, no... Namyśliłam się i jednak postanowiłam pójść na te przyjecie.
Ściągnął brwi, jednak uśmiechał się drwiąco.
- Caroline, zdajesz sobie sprawę, że poszłabyś na nie, czy miałbym cię zaciągnąć tam siłą czy nie.
Roześmiałam się cicho.
- Udawajmy, ze byłoby inaczej.
- Jeśli chcesz. Jak tam Mia?
Uśmiechnęłam się.
- Jak każde przemądrzałe kuzynostwo.
Uśmiechnął się szeroko.
- Ach, ten typ.
- A, jak tam praca? - Spytałam niepewnie.
Przebiegł dłonią po prawym policzku, westchnąwszy.
- Okropnie. Nie wiem, za co płacę tym wszystkim idiotom.
Odchrząknęłam. Byłam zaskoczona, że w ogóle podzielił się ze mną tym spostrzeżeniem.
- No dobrze, to do zobaczenia.
- Czekam z niecierpliwością, Caroline.
Parsknęłam.
- Nawzajem, Niklaus.
Odłożyłam komórkę na stół. Po Klausa przyjechał szofer i z lekkim uśmiechem zniknął we wnętrzu samochodu.
Odetchnąwszy głęboko, spojrzałam na Mie. Patrzyła na mnie ze zbytnio otwartą buzią.
- No to cię wzięło.
Dotknęłam swoich rozpalonych policzków.
Że niby, co?
No dobra, po raz kolejny, dziękuję wszystkim za komentarze :) I po prostu nie będę już pisać nic więcej, bo wszystko co chciałam napisać, napisałam wcześniej. Te wszystkie opinie, miłe słowa itd. znaczą dla mnie niezmiernie DUŻO :D No i znów odpowiem na parę komentarzy, to już chyba stanie się tradycją :)
Gosiaczek - Jeszcze się pytasz, czy przeczytam jakieś opowiadanie o Klaroline? Boże, jestem od nich uzależniona :) No tylko jest problem, bo nie za bardzo wiem, gdzie jest twoje dzieło, bo, jak zauważyłam, nie masz konta, więc nie wiem :D Może masz je opublikowane gdzieś indziej czy coś :) Jeśli tak, to daj znać, z chęcią je przeczytam :) PS: właśnie zauważyłam twój kolejny komentarz :D Ahaha, DZISIAJ ;)
orgin Boże, słyszałaś, że Elena ma UKRAŚĆ sukienkę Caroline? Normalnie... ręce opadają. Przyjaciółki, nie? Ugh, to jest kolejny powód dlaczego Caroline powinna wyjechać z Klausem do Nowego Orleanu, bo spójrzmy prawdzie w oczy, co ją trzyma w Mystic Falls? "Przyjaciółka", która kradnie jej wymarzoną sukienkę na bal? Chłopak, (phi, jaki chłopak)? Mama? No, to rozumiem. No, ale reszta? Caroline nie ma szansy na rozwinięcie swoich skrzydeł, jeśli wiesz o co mi chodzi :D Po prostu, wyjazd do Nowego Orleanu, byłby najlepszym wyjściem. No, ale, jak wspominałam, w końcu to Julie Plec, kobieta, która uwielbia nas drażnić. Tak czy inaczej, dzięki za komentarz :)
Margarietta - No, nie wiem co napisać, oprócz tego, że się cieszę, że Ci się podoba i dziękuję :)
ChastityCass - Klaus, hmmm, co KAŻDA kobieta dałaby, aby go spotkać w prawdziwym życiu :D Ahaha, po prostu od kiedy pamiętam, uwielbiałam takich tajemniczym facetów, którzy z jakiegoś powodu interesują się tylko tobą :) Ha, marzenia. No, ale zawsze można mieć wiarę, nie? Choć nie widzę swojej przyszłości zbyt kolorowo :) Przynajmniej zostają mi książki i moja wyobraźnia :) Dzięki, wena była ze mną, zobaczymy, jak będzie dalej ;)
Harmony66 - Ach, ja też lubię takie sytuację :) Wiadomo, nie może być cały czas słodkości itp, no, ale od czasu do czasu nikomu jeszcze nie zaszkodzi :D Zresztą, jestem nieuleczalną romantyczką :D Dziękuję i Klausa na pewno będzie więcej w kolejnym rozdziale ;)
Maaa - Dziękuję, nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy :) Co do pisania z punktu widzenia Klausa, próbowałam, przyrzekam :D Ale nic nie wyszło, po prostu nie mogłam wejść w jego charakter, z Caroline jest to o milion łatwiejsze, bo ja sama jestem tak zwariowana, jak ona, ale Klaus? To już wyższy poziom i chyba nie jestem jeszcze gotowa :) No, przynajmniej tak wywnioskowałam po tych paru stronach, które napisałam z punktu widzenia Klausa :D Ugh, okropieństwo z tego wyszło, ahah :D Tak czy inaczej, mam nadzieję, że nie oszalałaś i, że ten rozdział także ci się podobał ;)
JeanneVanjean - Cieszę się, że Ci się podobało :) Postaram się nie zawieść oczekiwań ;)
Ashara - Rozumiem, że nie każdemu podobają się takie "słodkie" momenty :) Gusta i guściki. Mam przyjaciółkę, która krzywi się na widok jakiegokolwiek pocałunku czy czegoś podobnie słodkiego :D Przyzwyczaiłam się. Osobiście nie lubię książek, gdzie jest non stop akcja, rozmowy i bla, bla, bla :D Lubię też te przeurocze randki i w ogóle :) Już taka jestem; nieuleczalna romantyczka :D Dziękuję za śledzenie mojego opowiadania i mam nadzieję, że kolejne rozdziały spodobają się ;)
Dzięki jeszcze raz za wszystko i do napisania!
