Pusta. Odpowiada jej tylko cisza. Nieważne, jak długo by wzywała, nie uzyskuje odpowiedzi. Wewnętrzny Świat jest pusty. Nie ma wiatru, który poruszałby wodą w jeziorze. Została tylko pusta huśtawka i deszcz. Strugi deszczu spływające w kompletnej ciszy. Stała się martwa, choć wciąż jest żywa.


Nie chciała się budzić, choć martwa cisza ją przerażała. Gdyby mogła pozostać nieświadoma, głucha na to wszystko, zanurzyć się w pięknych snach, w których nie było bólu. Dlaczego cały czas coś próbuje ją obudzić? Te głosy, odgłos burzy i deszczu za oknem, szelest pościeli, czyjeś kroki. Czemu nie chcą zostawić jej w spokoju?

Uśmiechnęła się, czując ciepło dłoni na policzku. A może to wszystko było tylko złym snem, z którego warto się obudzić? Przecież jest ktoś, z kim za chwilę będzie się z tego śmiała, przy kim zapomni. Może to nie takie złe rozwiązanie?

Otworzyła oczy. Jasne pomieszczenie było oświetlone łagodnym światłem.

– Nie podnoś się. – Usłyszała.

Spojrzeniem odnalazła właściciela głosu, którego szare oczy spoglądały na nią z niepokojem, ale też ulgą. Chciała się do niego uśmiechnąć, gdy poczuła ból zadanych ran i pustkę.

– Yukikaze – szepnęła.

To nie był zły sen, lecz stało się naprawdę. Jej Zanpakutou została skradziona. Przy łóżku leżała katana o zielonej rękojeści, po którą bez wahania sięgnęła. Nie dosięgła jednak, a próba naciągnięcia się spowodowała ból rozchodzący się po ciele. Hisagi podał jej miecz, obserwując ją ze smutkiem. Corrie wystarczyło jedno dotknięcie, nie wyczuła obecności ducha miecza. Yukikaze zniknęła.

– Próbowaliśmy go ścigać, lecz umknął.

– To nie wasza wina, Shuuhei – odparła. – Mogłam być ostrożniejsza.

W milczeniu wysłuchała wieści. Gdy dostali prośbę o pomoc z Trzeciego Oddziału, byli już w drodze powiadomieni przez Dwunastkę o pojawieniu się przeciwnika w rejonie, do którego została posłana. Mimo to na miejsce dotarli już po kradzieży. Aya próbowała jeszcze coś zrobić, zmierzyć się z białowłosym, choć zdawała sobie sprawę, że nie ma szans. Gdyby nie ich przybycie, dziewczyna prawdopodobnie skończyłaby martwa. Przeciwnik uciekł, dostał, co chciał i nie zamierzał mierzyć się ze wściekłymi vice-kapitanami, którzy od razu ruszyli w pościg, Corrie pozostawiając pod opieką Isane. Gdyby nie obecność Kotetsu, mogłaby się wykrwawić. Do tego kobieta odkryła w organizmie Shiroyamy truciznę, która osłabiła ją w czasie walki, a potem szybko zniknęła z organizmu. Po powrocie do Seireitei i badaniach nie było po niej śladu. Najprawdopodobniej właśnie w ten sposób działali za każdym razem, gdy atakowali shinigamich.

Pościg za białowłosym trwał niemal cały dzień. Bez powodzenia jednak. Nagle po prostu zniknął wraz z Yukikaze, którą umieścił w skradzionym wcześniej Asauchi. Próbowali go jeszcze szukać, lecz nic nie zdziałali i musieli wrócić do Seireitei z pustymi rękami i smakiem porażki w ustach.

– Kapitan Sui-Feng będzie chciała cię przesłuchać – poinformował ją na koniec.

Pokiwała głową. Nie miała pojęcia, co teraz z nią będzie. Bez miecza była bezwartościowa, stanowisko vice-kapitana to za dużo. Nie to jednak było najważniejsze. Znów straciła ważną część swojego życia. Yukikaze od początku miała ciężki charakter. Wredna, ironiczna, bezpardonowa nie powstrzymywała się przed użyciem przemocy, uwielbiała zastraszać i torturować swych wrogów, a jej techniki były przejawem okrucieństwa. Corrie trudno było się z tym pogodzić, zaakceptować taką moc. Mimo to Zanpakutou stała się dla niej przyjaciółką i powierniczką. Odkąd tylko nauczyła się jej imienia, były nierozłączne. Zawsze mogła na nią liczyć, choć czasami głośno narzekała i zarzekała się, że jej nie znosi.

– Corrie?

Spojrzała na Hisagiego. Wyglądał na zmęczonego, chyba siedział przy niej, odkąd tylko wrócili i zdali raport.

– Nic mi nie będzie – powiedziała bez przekonania.

– To nie mnie trzeba pocieszać – odparł.

Przesiadł się na łóżko tak, żeby mogła się przytulić bez urażenia ran. Nie mówił nic więcej, bo żadne słowa tu niczego nie zmienią. Zrobił tyle, ile mógł wściekły, że wróg im umknął. Może gdyby go schwytali, mogliby jeszcze odwrócić proces, a tak były na to niewielkie szanse.

Starała się płakać cicho, żeby nie zwracać zbytnio uwagi. Nie chciała w ogóle przy nim, to nie było w jej stylu. To się nie powinno tak skończyć. Nie miała sił powstrzymywać głupich łez, nie martwić innych swoim beznadziejnym stanem. Dała się podejść, osłabić, a teraz na wszystko było zbyt późno. Może Ichimaru miał rację, że jest zbyt słaba, żeby ją wypuszczać na prawdziwe misje? Może nadawała się tylko do pilnowania porządku w Oddziale i wypełniania papierków?

Gdy obudziła się ponownie, Hisagiego nie było obok. Za oknem wstawał dzień, gdzieś w budynku słyszała kroki medyków. Podejrzewała, że długo każą jej tu zostać, a potem wydalą ze służby, skoro nie mogła jej już pełnić bez Zanpakutou. Będzie musiała wynieść się do Rukongai i tam jakoś zacząć żyć. Tylko jak? Znała jedynie życie tutaj, w Seireitei, żadne inne. Nie miała pewności, czy sobie poradzi i to ją przerażało bardziej od współczujących spojrzeń shinigamich.

Po śniadaniu i zmianie opatrunków pojawiła się u niej kapitan Sui-Feng. Omaedę zostawiła na korytarzu, Corrie wyraźnie słyszała ich rozmowę. Całe szczęście, bo w tym przypadku by go nie zdzierżyła. Nigdy za sobą nie przepadali i każde spotkanie sprawiało, że miała ochotę dać mu porządną nauczkę. Może nie miała Yukikaze, ale jakieś kidou mogłoby ugodzić ten tłusty tyłek.

– Chyba już ci zapowiedzieli moją wizytę. Każdy szczegół będzie przydatny.

Corrie opowiedziała wszystko, co pamiętała z tej feralnej, nocnej walki. Szczególnie podkreśliła radość wroga, gdy rozpoznał Yukikaze, choć nie miała pomysłu, do czego mogła być im ona potrzebna. Zachowała też zimną krew, choć w środku wszystko wyło z rozpaczy. Nie pokazała jednak łez.

– Jeszcze coś?

– Nie, pani kapitan. Tylko tyle pamiętam. Resztę z pewnością uzupełniła drużyna wsparcia.

Sui-Feng kiwnęła tylko głową. Zachowała dla siebie uwagi, które przyszły jej na myśl, gdy obserwowała Shiroyamę. Nie trudno było zauważyć czerwone, zapuchnięte oczy dziewczyny, a jednak obyło się bez zawodzenia, płaczy i błagań o zwrot Zanpakutou. Była silniejsza, niż można było się spodziewać, do tego dumna. Nie chciała, żeby ktoś wiedział o jej słabościach.

Może właśnie dlatego kapitan Drugiego Oddziału na krótko położyła dłoń na jej ramieniu, nim wyszła. Było to dość niespodziewane zachowanie ze strony oschłej dowódczyni Omnitsukido, choć nawet ona ma przecież uczucia.

Po jej wyjściu Corrie ponownie chwyciła katanę i położyła sobie na kolanach. Ta pustka była najgorsza, wbijała się w świadomość niczym tysiąc mieczy. Teraz to zwykłe ostrze. Puste. Zimne. Jakby obce.

– Czego chcesz? Powiedzieć „a nie mówiłem"? – warknęła.

Nie musiała podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto jest jej kolejnym gościem. Nieproszonym.

– Aż tak źle mnie oceniasz, Shiroyama-san? Dzielnie walczyłaś.

– Odejdź, Ichimaru. Nie mam siły się z tobą użerać.

Mimo to nie wyszedł od razu. Przyglądał się podwładnej, która mimowolnie głaskała rękojeść miecza z czułością, choć spojrzenie miała zagniewane. Nie chciała go tutaj, dla niej był wrogiem, którego należało odsunąć od własnych słabości, bo tak klasyfikowała swój pobyt w Lecznicy. Tutaj nie była w stanie wiarygodnie skłamać, że czuje się dobrze i może nadal wykonywać powierzone jej obowiązki. Było widać, że jest w rozsypce.

Nie odezwał się już ponownie, a na jego twarzy pojawiła się powaga. Lisi uśmiech zniknął. To był jeden z niewielu momentów, kiedy Ichimaru odrzucał tę wiecznie uśmiechniętą maskę. Nie chciał drażnić Corrie, która odwracała od niego szkliste spojrzenie i chowała twarz za kurtyną włosów. Czy gdyby był wtedy w Oddziale, byłby w stanie ją powstrzymać? Nie musiała iść, mogła powierzyć tę misję Trzeciemu Oficerowi i pododdziały nie byłyby zagrożone. Stało się jednak inaczej. Teraz nie mógł już tego odwrócić. Jego zastępczyni zrobiła to, co chciała, a to pomogło wrogowi ją dopaść.

– Wszyscy w Oddziale czekają aż wyzdrowiejesz – powiedział, gdy był już w drzwiach.

Corrie mu nie odpowiedziała. Zachowywała się tak, jakby nie słyszała tych cichych słów. W tej chwili trudno było jej nawet myśleć o powrocie do obowiązków. Jak? Warunkiem otrzymania stopnia vice-kapitana było posiadanie shikai, które ona straciła. Przypinanie jej łatki najsłabszej wśród elity teraz było jak najbardziej słuszne. Ma być maskotką Oddziału odpowiedzialną za papiery? Słuchać za plecami, że jest bezużyteczna i jej miejsce jest w Rukongai? Ichimaru chyba sobie kpił. Im szybciej znajdzie kogoś nowego, tym lepiej dla Oddziału.

Pukanie odwróciło jej uwagę od czarnych myśli. W drzwiach przystanął Hisagi uśmiechający się do niej lekko.

– Co tutaj robisz o tej porze? – zapytała.

– Mashiro-san mnie przegoniła, bo podobno błądzę myślami gdzieś w okolicy tego pokoju.

– Wieść poszła w świat. – Westchnęła. – Nie dadzą nam już spokoju.

– W końcu im przejdzie. Masz ochotę zejść do ogrodu? Kotetsu-san udzieliła zgody.

Spojrzała na niego zdziwiona. Faktem było, że rany ładnie się goiły, a fizycznie szybko odzyskiwała siły nawet jak na tak poważne obrażenia, ale nie sądziła, że już dziś dostanie pozwolenie choćby na krótki spacer.

Na moment odwróciła spojrzenie na widok za oknem. Pogoda była letnia, po deszczu nie pozostał żaden ślad, więc to był dobry pomysł. Cztery ściany przygnębiały ją i pogłębiały niewesołe myśli. Wyjście na zewnątrz mogło pomóc pozbierać rozsypane elementy układanki, spojrzeć na to wszystko inaczej.

– Chętnie – odpowiedziała w końcu.

Nie zabrała ze sobą miecza, który tylko przypominał o porażce. Bez tego wyraźnie czuła pustkę i samotność, którą Yukikaze przeganiała. Teraz musiała się z tym mierzyć sama, choć u boku miała kogoś bliskiego. Już nie przyjaciela, a kogoś więcej. Ta myśl przebiła się przez całą resztę dotyczących skradzionego miecza, gdy przebudziła się po raz pierwszy jeszcze podczas burzy. Nie musiał przy niej być, nikt tego od niego nie wymagał, powinien odpoczywać po pogoni przez Rukongai, a jednak czuwał przy jej boku. To w jakiś sposób dodawało otuchy.

– Nie myśl tyle o tym. – Usłyszała, gdy spacerowali pomiędzy rzadkimi drzewami.

– Nie myślę o Yuki – odparła.

– Więc o czym?

– O tobie.

– O mnie? – zapytał z lekkim rozbawieniem. – Jestem obok, a ty o mnie myślisz?

– O tym, co się pomiędzy nami zmieniło – wyjaśniła. – Dziękuję.

– Nie musisz mi dziękować. Od tego są przyjaciele.

– Nie jesteś już dla mnie przyjacielem, lecz kim więcej – odpowiedziała cicho.

Mówienie o tym głośno było dużo trudniejsze od myślenia, przez co poczuła, że się rumieni. Spuściła głowę, chcąc ukryć twarz pod włosami. W tej chwili wiele zaryzykowała. Przekroczyli już jedną granicę i nie ponieśli konsekwencji, lecz tym razem mogło być całkiem inaczej. Jednak stało się, wypowiedziała to, co myślała. Teraz czas na jego krok.

Hisagi uśmiechnął się, słysząc jej słowa. Może niekoniecznie chciał o tym rozmawiać w takich realiach, ale stało się. Bez sensu było ją teraz okłamywać, a później próbować to odkręcać.

– Kimś więcej? – powtórzył za nią.

– Wiem, że to głupie. W ciągu kilku tygodni coś się zmieniło i nie jestem pewna, jak to nazwać. Może teraz nawet nie powinnam.

– Nie tylko ty masz mętlik w głowie z tego powodu. Druga miłość też nie jest łatwa, ale teraz mi ulżyło.

Spojrzała na niego pytająco. Nie do końca rozumiała, co ma na myśli.

– Potrafisz się wycofać w najmniej oczekiwanym momencie – wyjaśnił. – Trudno było mi orzec, czy rzeczywiście odwzajemniasz moją miłość czy to dla ciebie nadal tylko pociąg fizyczny.

– Naprawdę masz mnie za taką płytką? – Zaśmiała się.

Oboje wybuchli śmiechem, po czym Corrie wtuliła się w niego. Nie potrzebowali więcej słów, rozumieli się wzajemnie, choć dziewczyna nadal nie wiedziała, co się z nią teraz stanie. Westchnęła cicho, co nie uszło uwadze Shuuheia.

– Czym się jeszcze martwisz? – zapytał.

– Teraz żaden ze mnie shinigami.

– Bez Yukikaze nadal masz wiele do zaoferowania.

– Już zapomniałam, jak to jest żyć bez niej – przyznała. – Dokuczała, kpiła, obnażała moje słabości, opieprzała, gadała głupoty, ale zawsze była w pobliżu. Czasami było to krępujące lub wkurzające, ale teraz jest dziwnie. Tak jakbym straciła rękę albo nogę.

– Dasz sobie radę. Zanim zostałaś shinigami, nieugięcie parłaś do celu. Teraz też dasz radę.

– Dobrze, że chociaż ty w to wierzysz. – Westchnęła.

– Nie szerz ponuractwa. Yukikaze zaraz by cię pogoniła.

– W tej chwili miałaby na myśli całkiem coś innego. – Uśmiechnęła się.

– Co takiego?

Przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Pewnie trwałoby to dłużej, gdyby nie poczuła bólu jednej z ran. Odsunęła się i dotknęła tego miejsca.

– Potrzebujesz jeszcze paru dni, żeby dojść do siebie – stwierdził.

– Racja.

Wrócili do budynku, żeby dziewczyna się nie przeciążyła. W innym przypadku Hisagi dostałby zakaz odwiedzin, żeby mogła spokojnie wyzdrowieć, a to nie byłoby obojgu w smak. Wykorzystywali chwile, które zostały do bitwy z przeciwnikiem. Ta mogła nadejść w każdej chwili, zanim odkryto by, czemu akurat Yukikaze była dla nich tak cenna.


Czarnowłosa dziewczyna ze znudzeniem przysłuchiwała się tej naradzie. Wielkie słowa małych ludzi. Fakt, obraz destrukcji bardzo ją nęcił, dawno nie miała możliwości rozwinąć skrzydeł w walce, lecz gadanie o tym niczego nie zmieniało. Do tego sposoby, których użyli. Trochę tchórzliwy styl walki świadczący o różnicy klas pomiędzy nimi a przeciwnikami. Gdyby nie ta zabawa w kotka i myszkę, już dawno zostaliby rozniesieni. Sama mogłaby to zrobić, gdyby nie te magiczne pęta. To ją wkurzało najbardziej. Nie była głupim, bezmyślnym narzędziem do ich zemsty. Za kogo oni ją w ogóle mieli?

Czarne oczy przywódcy spojrzały na nią. Drapieżny uśmiech zwycięzcy wpłynął na jego usta, gdy tylko odwzajemniła spojrzenie.

– Teraz pamiętasz? – zapytał.

Zawsze pamiętała, a przynajmniej ta część jej, która nie miała nic wspólnego z obecnym życiem. Nie lubiła jednak do tego wracać. Sama wybierała ścieżki, którymi chodziła. Przynajmniej do tej chwili.

– Pamiętam, Asagorze – odparła ze znudzeniem.

– Więc już rozumiesz?

– Słuszny gniew dawnych duchów – ziewnęła ostentacyjnie.

– Za cztery dni wyruszamy. Mam nadzieję, że wtedy przestaniesz lekceważyć naszą misję.

– Moglibyśmy to zrobić już dzisiaj. – Wzruszyła ramionami i przewróciła się na plecy.

– Za cztery dni będziesz w pełni sił – powtórzył. – Wtedy nikt nas nie powstrzyma.

– Jak tam sobie chcesz, Asagorze. Lepiej wiesz. W końcu jesteś przywódcą Sarurecco.

Machnęła na niego, jakby odpędzała natrętną muchę. Asagor zazgrzytał tylko zębami, ale zostawił ją w spokoju. Może słowa miała krnąbrne, lecz swoje zadanie wykona perfekcyjnie, siejąc zniszczenie i śmierć. Wtedy dokona się ich zemsta.