Było już dawno po północy, gdy ostatni goście wyszli z domu. Wieczór wigilijny był udany. Jak co roku spędziłam go z rodziną. Gdzieś podczas kolacji dotarł do mnie cichy szept Severusa w głowie.

- Wesołych Świąt. Tutaj spokojnie. Ale kogoś mi brak. Baw się dobrze. – ciepło rozeszło się gdzieś po moim brzuchu. Ale nie miałam możliwości odpowiedzieć. W domu za dużo się działo, i nie mogłam zostawić gości, by sobie pomedytować. Wieczorem spróbowałam dostać się do głowy Severusa, ale najwyraźniej spał, bo jego umysł był zamknięty na cztery spusty.

Leżałam jeszcze przez jakiś czas wpatrując się w sufit, gdy pojęłam, że brakuje mi jeszcze jednej osoby, której nie widziałam od swoich urodzin. Skupiłam się i pofrunęłam w swoim umyśle. Po chwili znalazłam się w domu Lucjusza. Miotał się po łóżku najwyraźniej nie mogąc zasnąć. Musnęłam jego świadomość. Usiadł zdziwiony na łóżku, rozejrzał się po pokoju nie rozumiejącymi oczami. Nikogo nie dostrzegł. Dotknęłam jego dłoni gdy zaczynał wstawać z łóżka, by sprawdzić co go tak poruszyło.

To ja Lou. – powiedziałam wślizgując się do jego umysłu.

Agata… jak?

– Po cichu. – uśmiechnęłam się łagodnie. – Tęskniłam. Wszystkiego najlepszego piękny ślizgonie. – Powiedziałam i pocałowałam go delikatnie w policzek. Pachniał cynamonem. – Smakowicie pachniesz.

Nie mogłem się zjawić… chciałem, ale nie miałem kiedy… Wiesz, że nie potrafię na takie odległości się przemieszczać między jaźniami… Ja…

- Cicho już. – odpowiedziałam – Dlatego tutaj jestem. Opowiesz jak ci minęła wigilia? – spytałam kładąc się na jego łóżku. Wzruszył ramionami i położył się obok. Jego głowa leżała na moim brzuchu. Jego dłoń gładziła moje ramię.

Byłem dziś u Dracona. Andromeda zrobiła pyszne ciasto… Ty wiesz, że z dyni można zrobić pierniczki? Były w kształcie węży oczywiście, nawet zachowałem jednego by ci go dać jak się spotkamy… tylko nie wiem kiedy to nastąpi. – posmutniał. – Mam strasznie dużo pracy. Polujemy teraz na gościa, który od tygodnia wysadza sklepy z magicznymi zwierzętami… ucierpiało naprawdę dużo żab, kilka sów ma na prawdę paskudne poparzenia. Tylko koty zawsze jakimś cudem wychodzą z tego cało.

– Brakowało mi ciebie Lou. Próbowałam przejść nad tym do porządku dziennego. Ale nie potrafię. Chcę zasypiać w tym domu. Otulona twoim zapachem. Nie chcę wstawać rano w pustym mieszkaniu. Mimo, że ten przeklęty koala pachnie tobą nie jest w stanie ciebie zastąpić.

– Och, jestem tego świadom. Mnie nie da się zastąpić. My Malfoy'owie jesteśmy przecież unikatowi – powiedział radośnie. – Wierz mi, że mi też sen nie przychodzi z łatwością.

– To może teraz czas na bajkę na dobranoc?

– Nie usypiaj mnie jeszcze, bo potem znikniesz.

– Planowałam zostać tu na noc… ale jeśli wolisz żebym wróciła do siebie… - Chwycił moją dłoń.

Zostań. – szepnął i wtulił się we mnie. Trwaliśmy tak przez moment. Czułam jego zapach, oddech przy moim uchu. Dłonie wokół siebie. Boleśnie chciałam go pocałować, ale zamiast tego gładziłam tylko jego włosy. Mruczał cicho. Czułam jego napięcie. Drżał za każdym razem, gdy moja dłoń muskała jego kark czy ramię. – To jak będzie z ta bajką? – szepnął po chwili

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami mieszkała mała dziewczynka, która często chodziła odwiedzać swoją babcię przez las. A że nosiła czerwony płaszczyk, wszyscy nazywali ją…

#

Był Sylwester. Kręciliśmy się ze znajomymi po centrum miasta. W poszukiwaniu hałasu, rozrywki , alkoholu i kolorowych światełek nad głową. Biegałam więc o północy z butelką szampana w ręku . Obściskiwaliśmy się z przyjaciółmi, składając sobie życzenia. Po wszystkim stałam w tłumie ludzi gapiąc się na pojawiające się na niebie wzory utworzone ze sztucznych ogni. Nagle ktoś objął moje ramię, ale zanim zdążyłam się odwrócić poczułam znajomy zapach.

– Ty naprawdę nie masz życia osobistego.

– Nice to see you too. – prychnął – Chciałem… – Odwróciłam się by go pocałować w policzek

– Wszystkiego Najlepszego w nowym roku. Wiesz, Lucjuszu, spełnienia marzeń i takie tam. – Puściłam mu oko

– Takie tam? – zmarszczył czoło. Patrzyłam na niego spokojnie

– Spełnienia marzeń Aga.

– Uważaj czego sobie życzysz

– Sobie? – spojrzał uważnie w moje roześmiane oczy, po czym po chwili wziął butelkę z mojej ręki. Upił szybko kilka łyków. Prychnął gdy bąbelki z szampana próbowały wydostać się jego nosem. Zaczęłam się śmiać. – Najpierw karmisz mnie bąbelkami, a potem… Wszystkiego najlepszego.

- Wzajemnie – powiedziałam teraz szczerze, poważnie, patrząc w jego oczy. Nie mógł oderwać ode mnie wzroku. Powoli objął mnie w pasie, przyciągnął do siebie. Zaciągnął zapachem moich nowych perfum

– Pachniesz… oszałamiająco. – przemknął nosem od mojego ucha po szyi do drugiego ucha. Poczułam język i delikatne szczypanie. Czułam, że nogi się pode mną uginają. Zarzuciłam swój szalik na jego szyję. On przyciągnął mnie jeszcze bliżej do siebie. Poczułam jak delikatnie muska ustami mój policzek zbliżając się do ust. Odwróciłam niecierpliwie głowę w ich stronę i delikatnie dotknęłam jego górnej wargi. Jęknął. Poczułam jak jego język oblizuje moje usta próbując się do nich wślizgnąć. Był wąski, twardy, i wilgotny. Przebiegał po linii moich warg i cofał się. A potem poczułam jak mnie otula. Jego dłonie gdzieś na mojej talii, i wędrujące po karku. Nasze usta razem. Jęknęłam. Przycisnął mnie mocniej do siebie. Wbiłam się w niego z cała swoją siłą, ustami ramionami, biodrami.

– Nierób mi tego

– yhm – mruknęłam i chwyciłam jego włosy, wgryzając się w jego usta. Wirowaliśmy tak jakiś czas, niebo nad nami skończyło dawno wybuchać. A on mnie całował, słodko, namiętnie. Moje ręce były wszędzie. Jego przyśpieszony oddech doprowadzał mnie do szaleństwa.

– Muszę znikać

– Nie. Nie rób… - Ale jego już nie było – Argh! Lucjuszu zabiję cię! – krzyknęłam do niego w myśli. Nie wrócił. Przed oczami, w głowie, pojawił mi się jedynie jego uroczy uśmiech.

– Wrócę, moja piękna. Przysięgam. – Włożyłam ręce do kieszeni, bo zdążyły zmarznąć. Poczułam coś. Wyjęłam to ostrożnie. Na mojej dłoni leżał niewielki wąż z piernika.