The Spy

I'm a spy in the house of love

I know the dream that you're dreamin' of

I know theword that you long to hear

I know your deepest, secret fear

I know your deepest, secret fear

I know your deepest, secret fear

I'm a spy, I can see

What you do

And I know


Will budzi się wcześnie rano, bierze prysznic a potem znosi swoją mikroskopijną walizkę do lobby hotelu. Jest świadom tego jak okropnie wygląda. Przez ostatnie pięć godzin przewracał się z boku na bok, bez większych rezultatów.

Jest parę minut po czwartej rano kiedy przygotowuje sobie kubek rozpuszczalnej kawy w hotelowym lobby. Teraz, kiedy posmakował kawiarnianego espresso i kawy którą przygotował dla niego Hannibal, ta kawa smakuje jak brudna woda.

Dom Hannibala. Kolacja. Dzisiaj.

Ta myśl trochę go otrzeźwia, chociaż Will nadal czuje się jakby potrącił go autobus. Odstawia walizkę na podłogę, i opada na fotel po czym przerzuca nogi o uchwyt walizki. Siedzi tam przez dziesięć minut, po czym zaczyna się pocić po raz drugi w ciągu tygodnia myśląc o tym, że zagubił się w Williamsport w Pennsylwanii.

Po jakimś czasie dołącza do niego Price, który wygląda tak samo okropnie jak Will się czuje. Pozdrawiają się z roztargnieniem. Price to miły facet, ale nie rozpoczyna nigdy rozmów bez wyraźnie określonego wcześniej tematu. Jeżeli mu go brakuje, tak jak teraz, siedzą razem w milczeniu. Will spogląda na niego czasami aby upewnić się, że Price przysypia w swoim hotelu. Po chwili Will prawie bierze z niego przykład i wylewa sobie kawę na nogawkę spodni. Kawa być może i jest obrzydliwa ale nadrabia brak smaku temperaturą.

To już drugi raz kiedy Will przegrał walkę z kawą w tym hotelu. Sam by się z tego śmiał gdyby nie był tak wyczerpany. Teraz jednak ledwie czuje kawę parzącą jego nogę a potem stygnącą na jego spodniach zostawiając nie wiele znaczącą plamę na jego kolanie.

O wpół do piątej w lobby pojawia się Zeller. Uderza palcami o ramię Price'a i udaje fanfary.

-Odejdź Brian. - Price zamierza się na niego przez ramię zwiniętym magazynem. Ledwie omija twarz Zeller'a.

-Jezu, chłopaki, wyglądacie jak zombi. - Zeller siada obok Price'a i zabiera mu magazyn zwinięty niczym pałka.- Jaki jest twój powód, Price? - Will jest jednocześnie zażenowany i wdzięczny, że Brian nie wspomina tego, co przydarzyło mu się w domu pogrzebowym. Z jakiegoś powodu, bycie wyłączonym sprawia, że to co się stało jest o wiele bardziej widoczne i okropne.

Wstyd, jaki czuje z powodu napadu boli go niczym niewidzialna kończyna a nawet bardziej przez jego empatię. Katz wyściskała go wczoraj kiedy natknął się na nią po wyjściu z pokoju w poszukiwaniu jedzenia. Teraz Zeller stara się nie wspominać tego co się stało, prawdopodobnie z szacunku dla Willa. Will wie, że oni starają się uporać z tym co się stało z finezją i ostrożnością. Finezja mu nie przeszkadza. Will bardziej martwi się tym jacy nagle stali się ostrożni.

Nawet Alana wysłała mu po pogrzebie ostrożnego SMS'a. Zaprosiła go w nim na swoją dzisiejszą sesję z Abigail i dodała, znacząco, że mógłby przyprowadzić ze sobą Hannibala.

Dom Hannibala. Kolacja. Dziś wieczorem.

-Ty i ta kelnerka z Denny's? No, no...kolego.-Will mruga i orientuje się, że Price i Zeller rozmawiają o czymś z ożywieniem. Price z rezygnacją słucha plotki. Zeller wygląda na zaintrygowanego. - Jak ona ma na imię? Dolores?

-Dorothy. - Poprawia go Price. - To miła dziewczyna.

-Na to wygląda. - Uśmiecha się Zeller.

-Do niczego nie doszło. - Macha ręką Price. - Źle mnie zrozumiałeś. Ona jest lesbijką. - Mina Zellera rzednie.

-Słucham?

-Pociągają ją kobiety.

-Nie...ty...Mądralo. Chodzi o to, że nie rozumiem. Dlaczego się z nią umówileś skoro wiedziałeś, że nie masz z nią szans?

-Wolno mi poznawać nowych przyjaciół, Zeller.

-Poznałeś ją dwa dni temu a dzisiaj wyjeżdżasz. Jaki to wszystko ma sens?

-Wydawała mi się interesująca. - Wzrusza ramionami Price. - Kompletnie mnie upiły. Ona i jej partnerka...- Price chwyta grzbiet swojego nosa i zamyśla się zamykając oczy. - Kira...to całkiem ładne imię. - Price ziewa. Will zdaje sobie teraz sprawę z tego, że Price ma kaca i dlatego wygląda jakby przepuszczono go przez wyżymaczkę.

-Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? - Zeller wygina usta w podkówkę a Price sarka.

-Poprosiłem cię, żebyś poszedł ze mną. Wczoraj o dziesiątej trzydzieści. Ale niestety ty już spałeś.

-Chłopaki, nie sądzę aby Will zgodził się zostać waszym terapeutą. - Mówi podchodząca do nich Katz. Wygląda na kompletnie przytomną i gotową do drogi. Jest za kwadrans piąta. Za piętnaście minut wyjeżdżają. Will szuka wzrokiem Hannibala ale nigdzie go nie dostrzega. Może już pojechał na lotnisko. Zeller wydaje z siebie dźwięk niezadowolenia a Price się uśmiecha.

-Być może. Ale za to, świetnie słucha. Nie mogłem się powstrzymać. - Wzdycha dramatycznie Price. Will potrząsa głową nie wiedząc w jaki sposób stał się tematem ich rozmowy.

-Ja też potrafię słuchać, ty idioto. - Wybucha śmiechem Katz.

-Dobra, proszę was. Mówcie szeptem. - Price natychmiast wygląda na zmęczonego. Will wpatruje się w zimny brunatny płyn w swoim kubku. Wstaje, wylewa go i uzupełnia kubek zawartością innego termosu. Ta kawa jest trochę lepsza ale nadal nie do porównania z kawą Hannibala. Nic nie może się równać z Hannibalem ani tym w jaki sposób on robi różne rzeczy.

Will myśli o tym odkąd obudził się o ósmej wieczorem i poszedł szukać jedzenia. Widział się tylko z Katz ponieważ wszyscy poza nią wyszli na kolację. Kiedy spytał ona nie mogła powiedzieć mu dokąd poszli. Po przymusowym uścisku i mowie motywującej, poszli razem do kuchni gdzie Will szukał bajgli i krakersów podczas kiedy Beverly flirtowała z młodszymi i kompletnie zażenowanymi pracownikami hotelu.

Już wtedy myślał o Hannibalu. O uczuciu jego dłoni dotykających go przez ręcznik i palącym go w najlepszy z możliwych sposobów. O silnych i umięśnionych ramionach Hannibala, które obejmowały go kiedy mężczyzna opadł przed nim na kolana. Will nigdy nie przypuszczał, że zobaczy Hannibala w tej pozycji. Nie sądził, że to w ogóle było możliwe.

Klęczę przed tobą, Williamie.

To wspomnienie napawa go niezwykłą mocą. Will ma ochotę bardziej ją zgłębić, kiedy tylko Hannibal mu na to pozwoli – dzisiaj po kolacji.

Wizja intymnego posiłku z Hannibalem staje się coraz bardziej zniechęcająca im dłużej Will o tym myśli. Hannibal obiecał pójść z nim do łóżka. Nie musieli nawet rozmawiać o seksie, to było ustalone. Hannibal jest gentlemanem. Nie obnosiłby się z faktem, że Will jest czymś pewnym. Jest czymś pewnym. Hannibal o tym wie. Will chce być z tego powodu poirytowany ale czuje jedynie niecierpliwość, zdenerwowanie i jest bardziej podniecony niż jest gotów się do tego przyznać.

Pragnie Hannibala; pragnie go. To takie proste a jednocześnie nie mogłoby być bardziej skomplikowane.

Hannibal dostrzega Willa. Potrafi zajrzeć do jego wnętrza i je zrozumieć. Nie stara się go naprawić, nie chce go zmieniać. Bierze go za takiego jakim jest i robi wszystko, by pokazać Willowi, że to kim jest wystarczy. A nawet, że Will może stać się kimś więcej.

Unosi głowę kiedy wydaje mu się, że słyszy, głos Katz wymawiający jego imię, ale jego otoczenie się zmieniło. Na początku wydaje mu się, że jest w zagajniku za swoim domem ale otaczają go inne drzewa. To może być zagajnik otaczający dom, w którym mieszkała kiedyś rodzina Hobbs'ów. Albo wytwór jego wyobraźni. Jedyna rzecz jakiej w tej chwili pewien jest Will to to, że nie jest tutaj sam. Jego umysł nie przeniósłby go tam jeśli nie chciałby aby Will nie spotkał się ze swoim starym, znajomym jeleniem.

-Zastanawiałem się, gdzie się podziewałeś.

Wyszedłem z Jackiem, żeby kupić kawę. Ta jest twoja, jeśli chcesz.

Jeleń przed nim rozmywa się odrobinę zmieniając ciemność w pulsujące światło tam gdzie realność hotelu stara się przerwać miejsce w którym Will przebywa z jeleniem. Will nie wie czy to on zmienia rzeczywistość wokół niego czy może robi to jeleń. W swoim umyśle widzi jedynie jelenia oraz miejsce w którym dotyka jego sierści. Nie pamięta kiedy wyciągnął dłoń.

-Chcę wszystkiego co możesz mi dać. - Mruczy Will wtulając twarz w futro zwierzęcia. Pachnie ono ziemią, deszczem i dymem. Zapach jest trochę podobny do wina Sangiovese.

Williamie.

Czuje dotyk rogów jelenia kiedy zwierzę jak zwykle przestawia głowę tak jak zawsze, w każdym śnie. Will przesuwa dłonią po rozrostach poroża i czuje porastające je mięciutkie włoski. Tym razem Will nie czuje potrzeby połamania poroża. Zdał już tamten test.

-Co teraz?

Williamie.

Will otwiera oczy i pierwszą rzeczą jaką widzi jest zielona kamizelka. Jego policzek jest wtulony w jedwabisty materiał z którego została uszyta. Nadal siedzi w fotelu ale jego ciało przekręciło się tak, że jego twarz jest wtulona w brzuch Hannibala. Dłoń Hannibala spoczywa na jego karku i kciuk głaszcze skórę tuż za jego uchem. Will obejmuje dłonią jego drugi nadgarstek.

Odsuwa się gwałtownie, dopiero po chwili myśląc o kubku z kawą, który trzymał w dłoni. Zauważa go na stojącym niedaleko stoliku. Na szczęście Hannibal wyjął mu go z ręki zanim spróbował go obudzić.

-Czyżbym zasnął? - Will niepewnie wstaje z fotela.

Katz, Zeller i Price wyszli na zewnątrz. Przez obrotowe drzw Will dostrzega Price'a pocierającego oczy. Promienie wschodzącego słońca zabarwiły chodnik przed hotelem na jasno niebiesko. Will zastanawia się kiedy oni wyszli i ile widzieli. Zaczyna bawić się suwakiem kurtki kiedy zażenowanie dodaje mu energii chociaż nie robi nic aby zagłuszyć hałas w jego głowie.

Hannibal kładzie dłonie na jego ramionach, i Will czuje uderzenie gorąca. Wyobraża sobie jak te same ramiona zmuszają go aby uklęknął. Wyobraża sobie siebie samego wypowiadającego słowa Hannibala. Klękam tylko przed tobą.

-Twoje oczy były otwarte. Czy przypominasz sobie co powiedziałeś?

-Hmm...- Will oklepuje koszulę widoczną między połówkami jego niezapiętej kurtki. - To zależy od tego co powiedziałem.

-Zapytałeś co teraz?- Hannibal zapina guziki marynarki a Will czerwieni się kiedy dociera do niego, że prawdopodobnie je rozpiął.

-Naprawdę powiedziałem tylko tyle?

-Tak. - Will przygląda mu się uważnie, chociaż tak naprawdę nie wie, jak Hannibal wygląda kiedy kłamie. - Znowu śniłeś o jeleniu? - Will przytakuje skinieniem głowy. Hannibal przygląda mu się uważnie.

-Nie, tym razem nie próbował mnie zabić.

-Nazwałbym to poprawą gdybym wiedział co dla ciebie oznacza jeleń.

-Powiedziałeś, że to reakcja mojego umysłu na pracę jaką wykonuję. - Parafrazuje Will a potem spogląda na zegarek i łapie swoją walizkę. Hannibal łapie go za łokieć kiedy zamierza odejść.

-Twoja kawa, Williamie. - Hannibal podaje mu do ręki kubek. Will nie rozpoznaje wypisanej na nim nazwy, To bardzo niszowa kawa. O bogatym ale delikatnym smaku.

-Dzięki. - Will rusza wtedy kiedy robi to Hannibal. Jego dłoń nadal leży na ramieniu Willa. Willowi to nie przeszkadza. Hannibal nadal promieniuje spokojem. To więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek był skłonny mu dać. Więcej niż Will miał kiedykolwiek nadzieję otrzymać. - Gdzie są twoje rzeczy?

-W samochodzie. Pomyślałem, że podwiozę cię na lotnisko.

Will nie odpowiada. Nie musi.

Powietrze na zewnątrz jest chłodne ale zimno które niesie ze sobą wiatr jest orzeźwiające. Will nadal czuje ciepło dotyk dłoni Hannibala spoczywającej na jego ramieniu, nawet przez kurtkę i koszulę. Jest niezwykle świadom ich otoczenia i onieśmielony z powodu śmiałości jaką sobie okazują ale przebywanie z Hannibalem jest na tyle miłe, że Will przestaje się tym wszystkim przejmować. Spokój Hannibala sprawia, ze Will o wiele lepiej radzi sobie ze stresem sytuacji. Kiedy podchodzi do nich Jack, palce Hannibala nie zaciskają się ani nie uciekają z jego ramienia. Nadal na nim leżą.

-Dzień dobry, Williamie. - Jack skupia wzrok na twarzy Willa.

-Dzień dobry Jack.

-Rozmawiałem z Doktorem Lecterem o tym jak będziemy siedzieć w samolocie. Powiedział, że powinieniem cię wcześniej uprzedzić, ale obaj stwierdziliśmy, że lepiej będzie jeśli zamienimy się miejscami.

-Czuję się obrażony. - Przerywa mu Zeller. - Jestem świetnym towarzyszem podróży. - Katz tylko przewraca oczami.

-Widzisz z kim ja pracuję? - Will spogląda na Hannibala, na jego zaciśnięte szczęki, które tylko stwarzają pozory zrelaksowanych.

-Tak, widzę to całkiem wyraźnie.

Kiedy Jack i reszta odchodzą, Will znowu chwyta swoją walizkę. Jack i reszta ekipy pojadą na lotnisko służbowym samochodem. Will i Hannibal idą powoli w kierunku Sentry.

-Nie dałeś Jackowi pozwolenia na to aby zamienił się z tobą miejscami. - Zauważa Hannibal kiedy mija ich samochód ekipy. Will przełyka kawę.

-Jack i tak zrobi co zechce. - Will zatrzymuje się kiedy robi to Hannibal.

Samochód jest zaparkowany trochę dalej. Budynek hotelu osłania ich od ulicy i o ile Will może powiedzieć, obecnie znajdują się w miejscu niewidocznym z żadnej z sześciu kamer bezpieczeństwa. Są całkowicie sami. Iskra w jego żołądku przypomina trochę strach ale jest na niego zbyt ciepła i uporządkowana. Uczucie zbiera się w jego żołądku i nabiera głębi i siły kiedy Will czuje na sobie spojrzenie Hannibala.

Will wie, że to co czuje to pożądanie. Hannibal popycha go na najbliższą ścianę i trzyma go tam. Walizka Willa spada na podłogę a on układa głowę tak, żeby Hannibal mógł go pocałować. Zamiast tego Hannibal wącha jego włosy. Wciąga głęboko powietrze i przyciska usta do małżowiny usznej Willa. Will uśmiecha się. Jego ruch stał się teraz tak znajomy, że Will nie ma tyle siły żeby udawać, że to mu się nie podoba.

-Kiedyś subtelniej okazywałeś swoją chęć obwąchania mnie.

-Teraz nie muszę tego przed tobą ukrywać. - Wzdycha Hannibal i przygryza ucho Willa zębami. Will przekłada kubek z kawą do drugiej ręki i obejmuje szyję Hannibala lewym ramieniem.

-Nie, nie musisz. - Will przygryza skórę jego szyi. Zmiana w oddechu Hannibala jest subtelna, ale on i Will są tak blisko, że Will nie mógł jej nie usłyszeć. Są prawie jedną istotą. Will czuje drżenie oddechu Hannibala na swoim uchu. Sprawia ono, że krew Willa, wrze. - Obiecałeś, że wszystko mi pokażesz.

-Pokażę ci. - Hannibal uśmiecha się w ucho Willa. Całuje go w policzek a potem trochę się odsuwa. - Dzisiaj wieczorem.

-To będzie ta noc. - Mówi Will wsuwając dłoń we włosy Hannibala, który subtelnie odchyla głowę do tyłu. Sposób w jaki oblizuje usta, wcale nie jest subtelny.

-Tak, dzisiaj jest ta noc. - Powtarza Hannibal, potem pochyla się i zamyka usta Willa delikatnym pocałunkiem, który kończy się jękiem Willa. Hannibal odsuwa się od niego i pochyla się aby przejąć jego walizkę. - Chodź, Williamie.

Will drży i podąża za Hannibalem do samochodu.

W samolocie do Filadelfii Will zajmuje miejsce Jacka, między Alaną a Zellerem. Zeller przez cały czas gawędzi z siedzącym w rzędzie przed nimi Price'em i przez to powoduje uczucie dezaprobaty u wielu współpasażerów. Kobieta siedząca po jego prawej stronie jest z jakiegoś powodu naprawdę wściekła. Jej frustracja doprowadza Willa niemal na skraj szaleństwa. Jest gorąca i gęsta niczym para wodna. Kilka razy wydaje mu się, że prawie powtarza jej słowa. Alana pyta czy dobrze się czuje, kiedy zauważa jak Will zakrywa usta dłonią. Rozmowa z nią odwraca jego uwagę od gęstniejącej wokół niego atmosfery.

Will zapomniał się i spakował słuchawki do walizki, myśląc że nie będą mu one potrzebne ponieważ prawdopodobnie prześpi cały lot. Zwykle słuchał muzyki podczas długich lotów. Ale większość podróży powrotnej spędzą na lotnisku w Filadelfii czekając a lot do Richmond. Will nie sądził, że będzie ich potrzebował ponieważ śledztwo w sprawie Preston, i to co stało się później, kompletnie go wykończyło.

Zeller i Price zaczynają rozmawiać o artykule Pekki Nuortevy na temat tego, że niepylak apollo zdaje się znikać z Finlandii, a siedząca obok niego kobieta krzywi się do Zellera. W samolocie nie jest cicho. Wyruszyli jakieś dwadzieścia minut temu, zostało im jeszcze trzydzieści zanim wylądują w Filadelfii.

Alana szybko odgaduje istotę jego problemu. Kiedy zauważa, że Will nie potrafi skupić się na książce, którą próbuje czytać, podaje mu swojego iPoda. Jest inteligentna, i trochę wie o jego problemach. Will przegląda playlistę z wdzięcznością, chociaż podchodzi do tego nieco sceptycznie. Jego palce zastygają w bezruchu kiedy odnajduje Kind of Blue wśród innych albumów.

Alana uśmiecha się zauważając jego wybór, podczas kiedy Will wtyka do uszu słuchawki. Słyszy trąbkę i saksofony i timpani i czuje się cudownie ponieważ nie słyszy żadnych słów i ukrytych wśród nich motywów. Jest tam tylko muzyka. Will zamyka oczy. Trzydzieści minut mija w mgnieniu oka i Alana musi go obudzić kiedy lądują.

Kiedy samolot ląduje o ósmej rano na filadelfijskim lotnisku Will odnajduje Hannibala a potem zjada kanapkę. Hannibal siedzi obok niego cichy i nieskazitelnie czysty. Will jest pewien, że prawdopodobnie przypomina bezdomnego siedząc obok Hannibala z rozczochranymi włosami i w poplamionych kawą spodniach. To, że umiera z głodu tylko pogarsza sytuację ponieważ na jego twarzy jest pełno okruchów. Hannibal zdaje się nie zauważać wyglądu Willa ani spojrzeń, które przemykają po nim aby zawisnąć krytycznie na Willu.

Will czuje każde spojrzenie niczym skaleczenie żyletką. Przełyka ostatni kęs a potem odkasłuje i odzywa się do Hannibala.

-Alana zaprosiła nas w odwiedziny do Abigail.

-To bardzo miłe z jej strony.

-Chcesz ją odwiedzić? Wiem, że mamy plany...

-Chętnie zobaczę się z Abigail. - Mówi z uśmiechem Hannibal. -Możemy pojechać razem do Baltimore.

-Będę musiał najpierw zatrzymać w domu.

-Oczywiście.

Kiedy wszystko jest ustalone, Will kończy kanapkę. Strzepuje okruchy ze spodni i wyciera twarz serwetką. Kiedy spogląda na Hannibala i zauważa jego rozbawienie. Przyjmie rozbawienie o wiele chętniej niż obrzydzenie, ale jest przygotowany by powiedzieć coś sarkastycznego.

Hannibal przesuwa kciukiem po policzku Willa absurdalnie wysoko dla zapomnianej drobiny jedzenia. Will zamiera, kiedy Hannibal pochyla się i dotyka ustami jego brody. Jego język przesuwa się szybko po jego skórze. Will zastanawia się czy czuł musztardę czy majonez. Hannibal prostuje się na tyle aby pocałować Willa i ich języki ocierają się o siebie trzy razy. Chodziło o musztardę.

Otaczający ich ludzie już na nich nie patrzą. Will uśmiecha się w podłogę.

Dwadzieścia minut przed wejściem na pokład drugiego samolotu, Will wyjmuje z walizki słuchawki i pakuje na ich miejsce książkę, którą zabrał na pokład w Williamsport. Rozstaje się z Hannibalem przy bramce. Will zajmuje miejsce Price'a i nie odwraca się by sprawdzić czy dzięki temu kobieta siedząca obok Zellera uspokaja się nieco. Teraz ma swoją muzykę, więc uczucia tej kobiety nie mają znaczenia.

Kiedy samolot ląduje w Richmond o 10:45 Hannibal i Will odnajdują na parkingu samochód Willa. Podróż do Wolf Trap zajmie im dwie godziny. Czas mija a Hannibal siedzi cierpliwie u jego boku. Nie wierci się ani nie rozpoczyna żadnych rozmów. Słuchają stacji radiowej nadającej muzykę klasyczną i kiedy Will skupia się na drodze, chociaż nadal widzi Hannibala kątem oka, wyobraża sobie, że Hannibal siedzi obok niego ubrany w dżinsy Levi's i pogniecioną koszulę. Wyobraża sobie jego nagie stopy tak jak widział je podczas medytacji. Po pewnym czasie stwierdza na głos, że powinni się tam kiedyś wybrać.

To ryzykowne, mówić o tak dalekiej przyszłości. To ekscytujące i przerażające. Hannibal mógłby tak łatwo go odrzucić i zranić. Ale Hannibal uśmiecha się i potwierdza, że powinni to zrobić. Może nawet mogliby zabrać Abigail jeśli chciałaby z nimi pojechać.

To wszystko stanowi początek rozmowy, którą powinni odbyć dawno temu. Will nie ucieka od tematu. Z jakiegoś powodu chce rozmawiać o przyszłości i o tym co go czeka po dzisiejszym wieczorze.

-Czy to w ogóle będzie możliwe?

-Co masz na myśli, Williamie?

Will nie ma pojęcia czy tym razem Hannibal naprawdę chce usłyszeć jego odpowiedź na swoje pytanie. Jego zaskoczenie wydaje się prawdziwe. Will przygryza dolną wargę i zjeżdża z autostrady. Nie chce mknąć z prędkością siedemdziesięciu mil na godzinę w momencie kiedy Hannibal oświadczy, że to co się między nimi dzieje nie potrwa długo z tego czy też innego powodu. Wjeżdża na osiedle i zatrzymuje samochód przy krawężniku.

-Chodziło mi o to, że to wszystko...jest jakieś inne. - Jego żołądek wiruje ciepły, nieznośny i dziki.

- W jakim sensie inne? - Hannibal nie ma pojęcia o czym mówi Will. Serce wpada mu do żołądka.

-To nic takiego. Zapomnijmy o tym. - Will spuszcza wzrok i śmieje się sam z siebie. Drżącą ręką stara się uruchomić silnik. Hannibal zatrzymuje go jednak kładąc dłoń na jego udzie, tuż nad kolanem. To znajomy dotyk. To w tym miejscu Will po raz pierwszy poczuł Hannibala, kiedy był pod wpływem Fontaine Preston. Jego noga napina się i rozluźnia. Will wzdycha i opiera łokieć o drzwi samochodu.

-Powiedz mi co czujesz, Williamie.

Will zamyka oczy i stara się skupić.

Zapomina o wszystkim. Skupia się jedynie na dotyku Hannibala i emanującym od niego falami spokoju. Myśli przez chwilę. Kiedy odnajduje właściwe słowa musi przełknąć strach i zmusić się aby wypowiedzieć je głośno.

-Wydaje mi się, że budujemy trwały związek. - Mówi cicho. Dźwięki samochodów przejeżdżających autostradą obijają się o cichy samochód niczym hałas w muszli albo szeleszczące na wietrze liście. Will czeka. Hannibal ściska jego nogę.

-A więc ty także to czujesz.

Napięcię wewnątrz Willa opada niczym przechodząca gorączka. Odchyla się a oparcie fotela i oddycha z ulgą. Przez chwilę wydawało mu się, że wszystko zniszczył, że stracił jedyną szansę na bycie szczęśliwym z drugą osobą.

Siedzą razem w całkowitej ciszy przez bardzo długą chwilę aż Hannibal proponuje, że przez resztę drogi do Wolf Trap to on poprowadzi. Will zgadza się i pozwala Hannibalowi przejąć kierownicę. Hannibal wyprowadza samochód z powrotem na autostradę i żaden z nich nie przerywa ciszy wypełnionej niskim pomrukiem donośniej muzyki. Przez chwilę DJ ćwierka o napisanej przez Bacha Passacaglii i Fudze C-moll a potem zapowiada Śmierć i Dziewczynę Schuberta. Tekst śpiewany jest po niemiecku.

Will słucha ze wzrokiem skierowanym na przesuwający się za szybą krajobraz aby móc obserwować mijane budynki kiedy od czasu do czasu otwiera oczy. Jest słonecznie a po blado niebieskim niebie przemykają czasami niegroźne deszczowe chmury. Asfalt jest śliski jak gdyby niedawno przez okolicę przeszedł deszcz. Will przysypia kiedy krajobraz za oknem robi się znajomy. Hannibal budzi go zjeżdżając z na podjazd prowadzący do domu Willa.

Zanim Will może nawet pomyśleć o zaprotestowaniu, Hannibal wyciąga z bagażnika jego walizkę i niesie ją na werandę. Czeka, aż Will otworzy drzwi wejściowe oczekując, że psy Willa natychmiast przybiegną ich przywitać. Will otwiera szeroko drzwi i psy wybiegają na podwórko. Potrafią się zachować nawet kiedy są podniecone, Bogu dzięki, Will nie ma pojęcia co by zrobił gdyby skoczyły na Hannibala.

Pozwala psom obwąchać Hannibala a potem zaprasza go do środka. Psy z chęcią same rozejrzą się po podwórku. Kiedy Hannibal dołącza do niego wewnątrz domu, Will przeciąga się. Słychać chrzęst kości w jego ramionach i kręgosłupie i Hannibal rzuca na niego badawcze spojrzenie.

-Jesteś nadal spięty po podróży, Williamie?

-Jestem spięty z różnych powodów, Doktorze. - Will odbiera od Hannibala swoją walizkę a Hannibal idzie za nim do jego sypialni gdzie Will odstawia ją na podłogę obok szafy.

-Może mógłbym pomóc ci się rozluźnić?

Serce Willa natychmiast przyspiesza. Kiedy Hannibal ostatni raz mu coś takiego zaproponował skończyło się na medytacji.

-Great Falls Park?

-Miałem raczej na myśli masaż.

Serce Willa zamiera na moment. Podchodzi do łóżka i uderza o nie tyłem kolan. Hannibal zbliża się do niego zdejmując marynarkę i przewieszając ją przez ramę łóżka niedaleko miejsca w którym stoi Will. Jego ramię dotyka w tym czasie przelotnie ramion Willa. Will siada na brzegu łóżka.

-Chcesz się położyć, czy wolisz siedzieć tak jak w tej chwili?

-Powinienem zostać w tej pozycji. - Will mówi raczej do siebie niż do Hannibala. Jeżeliby się położył łatwiej byłoby mu zagubić się w uczuciu Hannibala dotykającego jego ciała.

-Dobrze więc. - Mówi Hannibal, zdejmując buty. Will nie pyta ale przygląda się Hannibalowi ciekawie.

Hannibal okrąża łóżko a następnie klęka na materacu. Zbliża się do Willa zanim ten ma szansę zaprotestować lub zmienić zdanie. Jego dotyk jest ciepły i stanowczy. W tym jak jego palce uciskają łopatki Willa nie ma nic intymnego. To nie zmienia jednak rezultatu. Will jęczy i odchyla do tyłu głowę i nieumyślnie łapie z kontakt wzrokowy z górującym nad nim Hannibalem. Jego spojrzenie jest łagodne. Will siada prosto przerażony tym co mogłoby się stać jeśli Hannibal nadal będzie tak na niego patrzył.

Dłonie Hannibala zagłębiają się w jego mięśnie. Poruszają się powoli wzdłuż środka pleców Willa ugniatając go z precyzją i wydajnością. Z ust Willa wydobywają się ciche dźwięki rozkoszy. Na początku to szepty, westchnienia i powstrzymywane jęki, ale po jakimś czasie nabierają struktury i wkrótce zmieniają się w pogmatwany, nieskrępowany ciąg pochwał. Hannibal jest tak blisko. Will czuje ciepło jego ciała i słyszy jego oddech za każdym razem kiedy palce Hannibala uciskają mięśnie Willa.

-Twoje dłonie. Hannibalu. Boże...jesteś...- Mówi kiedy Hannibal zabiera się za bolesne miejsce na jego ramieniu. - Ach...uwielbiam.

Nagle usta Hannibala przesuwają się po gardle Willa, który nie może oddychsć ponieważ dłonie Hannibala nadal masują jego ciało. Jest cudownie. Jest idealnie. Hannibal jest idealny. Will nie potrafi powstrzymać słów, które wydobywają się z jego ust tak łatwo jak oddech cz przekleństwo. Powtarza to raz za razem.

-Jesteś idealny.

Potem całują się a ramiona Hannibala znalazły sposób aby przyciągnąć go bliżej klatki piersiowej Hannibala. Jego kolana obramowują biodra Willa, który nie wie, czy zawsze tam były, czy Hannibal przysunął się do niego po jakimś czasie. To wydaje mu się niebezpieczne ale również zamierzone.

Mimo wszystko jest idealnie. Ich usta otwierają się a języki ocierają jeden o drugi. Wypełniający jego płuca oddech Hannibala jest ciepły i kojący a Will pragnie Hannibala. Dłoń przytrzymująca jego brzuch zsuwa się niżej i rozpina jego spodnie. Jego prawa dłoń odnalazła pod koszulą sutek Willa. Will nie potrafi skoncentrować się na tym co robi prawa dłoń Hannibala od kiedy czuje palce przesuwające się po jego członku by wydobyć go ze spodni. Dłoń Hannibala zaciska się w mocną pięść wokół jego ciała i Will nieumyślnie wygina plecy w łuk odpychając swoje ciało od torsu Hannibala i wciskając czubek głowy w jego obojczyk. Hannibal jęczy mu do ucha.

Po tym jak Hannibal wziął go do ręki i przesunął po nim kilka razy dłonią, udaje mu się przesunąć całe ciało na przód Willa. Płynnym ruchem udało mu się zsunąć z łóżka na podłogę między nogi Willa. Jego usta zamykają się wokół Willa, który zawzięcie walczy z orgazmem tylko po to aby móc popatrzeć na Hannibala kilka sekund dłużej. Jego spojrzenie jest pełne zażartego, pierwotnego głodu. Głowa Willa opada na jego klatkę piersiową a dłonie zaciskają się wokół głowy Hannibala, kiedy Will dochodzi z krzykiem.

Jego ciało jest wypaloną świecą. W jego żyłach nadal wrze krew a ciało nie potrafi wykonać płynących z mózgu rozkazów. Will mruga kilka razy zanim dociera do niego, że to na co patrzy nie jest oślepiającym białym światłem orgazmu a raczej sufitem w jego sypialni w Wolf Trap w Virginii. Czuje to jak Hannibal chowa go z powrotem w spodnie i słyszy słaby i oddalony dźwięk zapinanego rozporka.

Hannibal podczołguje się do miejsca w którym Will opadł na łóżko i delikatnie całuje go w usta. Will przytrzymuje tył jego głowy drżącą dłonią i przyciąga go do siebie, Wsuwa język do jego ust i czuje swój smak na ustach, języku i podniebieniu Hannibala. Will wzdycha kiedy Hannibal przerywa pocałunek.

-Chcesz żebym...? - Pyta Will kiedy Hannibal wstaje z łóżka.

-Mogę poczekać. - To nie jest żart ani obelga. To rozkaz. Hannibal może poczekać i poczeka. Will jest mu w zasadzie wdzięczny ponieważ nie wie jak poradził by sobie z czymś co wymaga zręczności. Czuje jednak swoją zwinność, która może być skutkiem masażu, ale raczej jest wynikiem tego, że po tamtym orgazmie każdy mięsień i każda kość w jego ciele wydają się być zrobione z galarety. Will jest pewien, że Hannibal mógłby świetnie wykorzystać jego obecną elastyczność ale tylko siada na łóżku żeby założyć buty. Po bardzo długiej chwili Will także podnosi się i opiera czoło o ramię Hannibala.

-Wydaje mi się, że lepiej będzie jeżeli to ty odwieziesz nas do Baltimore.

-Z przyjemnością. - Will słyszy uśmiech w jego głosie i sam również się uśmiecha.

Kwadrans przed trzecią po południu podjeżdżają pod Szpital Psychiatryczny Port Haven. Alana prosiła by pojawili się tam o trzeciej więc wysiadają z samochodu i idą do głównego holu żeby wpisać się na listę odwiedzających. Kiedy wchodzą do pokoju Abigail, ona pisze coś w dzienniku. Wiatr wpadający do pokoju przez otwarte okno pachnie mokrą ziemią oraz niesie ze sobą zapach piekarni oddalonej o kilka przecznic od szpitala. Pokój Abigail jest, jak zawsze, czysty. I tylko na pierwszy rzut oka Abigail wydaje się w nim zadomowiona.

Kiedy Will i Hannibal przekraczają próg jej pokoju Abigal zamyka pamiętnik oprawiony w twarde okładki i siada, chociaż wcześniej leżała na brzuchu.

-Witaj, Abigail. - Hannibal skłania głowę.

-Cześć. - Dziewczyna odkłada książeczkę nie starając się wcale ukryć faktu, że przed chwilą coś w niej notowała. Łapie przy tym spojrzenie Willa. - Doktor Bloom mówi, że powinnam codziennie spisywać swoje myśli. - Z tonu jej głosu Will wnioskuje, że ona nie zgadza się z tym. Wie, że ona zna swoje myśli na tyle dobrze, że spisywanie ich wcale nie zmieni tego jak się z nimi czuje. Jej szyja jest owiązana różową apaszką. Stanowi ona ciekawy kontrast z bladą skórą i niebieskimi oczami Abigail.

-Terapia ekspresyjna to standardowa metoda leczenia psychiatrycznego. - Will podchodzi do okna i wygląda przez jasnoniebieskie firanki. Tutaj padało mocniej niż w Wolf Trap. Liście orzecha włoskiego rosnącego tuż za oknem pokoju Abigail lśnią od wilgoci.

-Czy Doktor Bloom też dzisiaj przyjdzie? - Pyta Abigail a Will nie jest pewien czy robi to dlatego, że chce aby oni sobie poszli, czy dlatego, że nie chce widzieć się z Alaną. Żaden z tych scenariuszy nie go nie uspokaja. Wraca do miejsca gdzie stoi Hannibal i staje tak, ich ramiona się stykają.

-Niedługo powinna tu być. Zaprosiła nas abyśmy dzisiaj ci towarzyszyli.

-Acha. Dobrze. - Kiwa głową Abigail. - To znaczy, że wasza obecność nie będzie problemem.

-Zdecydowanie, nie. - Uśmiecha się Hannibal. Will odrobinę się rozluźnia. Odwraca wzrok, kiedy przyłapuje samego siebie na wpatrywaniu się w Hannibala co sprawia, że jego spojrzenie natychmiast pada na Abigail. Ona obserwuje ich z przechyloną na bok głową i trudnym do określenia wyrazem twarzy.

-Czy wy...

W tym momencie słychać pukanie do drzwi i w pokoju pojawia się Alana. Niesie ze sobą kosz.

-Już jesteście, to dobrze. - Mówi odstawiając kosz na łóżko i kiwa głową kiedy Abigail patrzy na nią pytająco. Abigail zdejmuje z kosza pokrywę i zagląda do środka – Wszyscy mieliśmy ciężki tydzień, więc pomyślałam, że dzisiaj w pewnym sensie weźmiemy wolne.

Abigail sięga do kosza i wyjmuje z niego szklany słoiczek wypełniony pestkami dyni. Patrzy na niego zdziwiona a potem wybucha śmiechem.

-Uwielbiam pestki dyni.

-Tak myślałam. - Alana uśmiecha się do Abigail i podaje jej płaszcz wiszący do tej pory koło drzwi. Abigail zakłada go na siebie i łapie kosz a potem wychodzi z pokoju i zbiega po schodach prawdopodobnie w kierunku szpitalnego ogrodu.

-Miała ciężki tydzień? - Pyta Will okrążając Hannibala żeby móc lepiej spojrzeć na Alanę.

-Cóż, jej koszmary nie minęły. Stały się gorsze. Właściwie nie rozmawia z nikim poza lekarzami i innymi uczestnikami terapii grupowej.- Alana odwraca się w kierunku drzwi. - Zapewnienie jej normalności od czasu do czasu może jej tylko pomóc. - Alana spogląda przez ramię na Hannibala, który dotyka ramienia Willa w odpowiedzi na jego zdumione spojrzenie.

-Skąd wiedziałaś, że ona lubi pestki dyni? - Pyta Will kiedy zeszli po schodach i Alana otwiera drzwi prowadzące do ogrodu.

Wszyscy troje zatrzymują się i patrzą jak Abigail rozpościera czerwony koc, który wyjęła z kosza. Rozkłada go niedaleko ławki, prawdopodobnie myśląc o dorosłych, którzy nie chcieliby usiąść na ziemi. Trawa wygląda na bardziej suchą niż drzewo. Nie zostawia mokrych śladów na bucie Willa kiedy ten ją sprawdza.

-Kiedy mieszkała w Colorado, jej rodzina hodowała dynie. Domyśliłam się. - Wyjaśnia Alana. - Jej ojciec był myśliwym, więc rośliny prawdopodobnie hodowała jej matka.

-Świetna robota. - Chwali ją Hannibal a Alana się uśmiecha.

Abigail przywołuje ich nieśmiałym gestem. Wygląda na znacznie młodszą kiedy wyciąga pestki ze słoiczka i otwiera je zębami. Przypomina Willowi jego samego, jedzącego z ojcem pistacje nad Zatoką Meksykańską i rzucającego łupiny tak daleko jak tylko mógł. Robili to o zachodzie słońca i odbijające się od wody promienie sprawiały, że Will nie widział zbyt dobrze, ale jego ojciec zawsze zapewniał go, że jego łupiny lądowały dalej niż te rzucone przez jego ojca.

-Chodźmy.-Alana prowadzi ich w tamtą stronę. Will idzie obok Hannibala i jest zaskoczony kiedy Hannibal klęka a potem siada obok Abigail. Alana uśmiecha się, i siada na ławce zostawiając ostatni róg koca Willowi. Will pozwala Abigail wysypać kilka pestek na swoją dłoń i wkłada je do ust po czym wypluwa łupiny do leżącej w koszu popielniczki.

-Jak to zrobiłeś?

Will reaguje śmiechem na pytanie i kątem obserwuje Hannibala, który wyjmuje z kosza prostokątny pojemnik. Will odbiera od Abigail kolejne pestki i trzyma jedną między kciukiem i palcem wskazującym.

-Musisz zrobić w pestce szczelinę do około jednej czwartej długości, tutaj albo tutaj, tak żeby pestka nie chrupała. Abigail bacznie śledzi go wzrokiem. - Jeżeli ci się to uda, łupiny nie powinny się rozpaść ale da się je odróżnić od pełnych nasion.

Abigail postanawia spróbować z garścią, która wydaje się trochę za duża jak na pierwszy ale Will stara się jej dorównać. Will wyjmuje z ust puste łupiny i stara się powstrzymać śmiech kiedy Abigail wypluwa przegryzioną na pół pestkę.

-To wymaga wprawy, tak jak wszystko inne.- Mówi poważnie Will chociaż czuje się głupio porównując łuskanie pestek dyni do życia.

Oczy Abigail błyszczą jak gdyby chciała się roześmiać ale powstrzymywało ją to, że w ustach nadal miała pełno pestek.

-Gdzie się tego nauczyłeś?- Mówi Abigail po wyrzuceniu resztek pestek do popielniczki. Will idzie jej śladem a potem rozsiada się wygodniej.

-Robiłem takie rzeczy z ojcem.

-Urządzaliście sobie pikniki? - Abigail podpiera się na łokciu i uważnie przygląda Willowi.

-Może nie do końca.- Odpowiada Will przesuwając dłonią po zaroście na jego policzku. - Czasami chodziliśmy na plażę i rzucaliśmy łupiny do wody kiedy skończyliśmy.

-Śmieciarz. - Drażni go Alana ponad butelką wody. Will uśmiecha się szeroko.

-Czy działo się to kiedy mieszkałeś w Luizjanie czy w Missisipi? - Pyta Hannibal unosząc do ust widelec z kawałkiem kiwi.

-W Missisipi. Na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej, w Biloxi. - Wyjaśnia Will starając się nie patrzeć na usta Hannibala. Abigail miesza widelcem w pojemniku z owocami i nabija na niego ciemne winogrono. Podaje Willowi widelec a on częstuje się kawałkiem arbuza.

-Sama to przygotowałaś? - Pyta spoglądając w górę na Alanę, która wygląda jak księżniczka siedząca nad nimi na ławce ubrana w pasujące do siebie czerwone ubrania.

-Tak. - Odpowiada. - Zajęłam się tym po powrocie z lotniska.

-Jest pyszne.

Alana wyciąga w kierunku Willa butelkę z wodą. Hannibal odbiera ją od niej i podaje dalej niczym pałeczkę. Jego palce dotykają przez moment palców Willa, który czuje rumieniec na karku. Zjada kolejny kawałek arbuza, potem kawałek ananasa i truskawkę. Mógłby zjeść więcej, nawet po kanapce zjedzonej na lotnisku. Ale mając w perspektywie kolację, Will nie chce zepsuć sobie apetytu.

Pomaga Abigail z kolejną garścią pestek ale rezultaty są tak samo mizerne jak za pierwszym razem. W pewnym momencie Willowi udało się, całkiem przypadkiem, tak bardzo ją rozśmieszyć, że wszystkie pestki wylądowały w popielniczce. Jeśli Hannibal i Alana są tym zniesmaczeni, nie okazują tego. Pogrążyli się w rozmowie podczas kiedy Will i Abigail zajęli się jedzeniem.

Po jakichś dwudziestu minutach Abigail zamyka pojemnik z pestkami i wstaje aby opróżnić popielniczkę w znajdującym się niedaleko nich koszu a potem znika w budynku. Po chwili jednak wraca z wypłukaną popielniczką a Will cieszy się, że Alana nie zrobiła jej awantury o oddalenie się z dosyć ciężkim przedmiotem, którego można użyć jako broni. To popołudnie było zbyt miłe aby je niszczyć z tak błahego powodu. Abigail kuca by schować pojemnik z pestkami i popielniczkę do kosza a potem znowu się prostuje.

-Przejdę się trochę, Doktor Bloom.

Alana uśmiecha się wyrażając pozwolenie. Hannibal również wstaje jak zawsze elegancki i zwinny. Will zauważa, z nutą zazdrości, że nawet nie gniecie koca.

-Pójdę z tobą.

Abigail uśmiecha się i czeka aż Hannibal dołączy do niej a potem odwraca się i kieruje w stronę strategicznie posadzonych drzew tworzących baldachim nad otoczoną murem ścieżką. Hannibal wygląda jak jej ojciec a ona wygląda na jego córkę.

Alana obserwuje Willa obserwującego ich dwoje. Will nerwowo odwzajemnia jej łagodne spojrzenie a potem odwraca wzrok. Alana odstawia zamkniętą butelkę wody na ławkę i siada obok Willa na kocu. Siedzi na kolanach i nadal wygląda jak królowa. Jest tak podobna do Abigail, że mogłaby być jej matką. Matką księżniczki spacerującej wśród drzew z rycerzem Hannibalem.

-A więc Williamie...- No to jedziemy.

-Słucham, Doktor Bloom?

-Oj przestań. - Alana śmieje się uderzając go w ramię. Will także chichocze. Naprawdę dobrze się bawi. Lepiej niż myślał że jest to możliwe.

-Chcesz porozmawiać o Hannibalu.

-Wydaje się on być bezpieczniejszym z dwóch tematów, które chciałabym z tobą poruszyć. - Mówi powoli Alana. Jej spojrzenie jest nadal życzliwe. Nie ocenia go, nie jest jej go żal, o nic go nie podejrzewa. Ona po prostu się o niego martwi. Tylko tyle. Will wzdycha.

-O tę drugą sprawę też możesz zapytać. - Will kieruje wzrok na Hannibala i Abigail.

Zatrzymali się prawie na końcu alejki i Will ledwie może odczytać wyrazy ich twarzy. Twarz Hannibala z oddali wydaje się być maską, Abigail uśmiecha się do niego i kiwa głową. Will chciałby usłyszeć co powiedział jej Hannibal.

-Wszystko w porządku?

-Czy to twoje jedyne pytanie?

-Mam więcej pytań ale na razie chcę wiedzieć to. - Mówi spokojnie Alana. - Mamy miły dzień. Nie chcę go zepsuć.

-Dziękuję ci za uwagę. - Mówi bez uczucia Will. Jest jej wdzięczny, naprawdę. Ale ona stara się być ostrożna co sprawia, że Will czuje się bardziej jak jej pacjent niż przyjaciel. Odsuwa od siebie tę myśl. Alana jest po prostu uważna. Troszczy się o niego. To nie to samo co traktowanie go jakby był pękniętym kawałkiem szkła, który zaraz mógłby rozpaść się na tysiące malutkich kawałeczków i pokaleczyć samego siebie. - Naprawdę, bardzo ci dziękuję. - Powtarza z większym przekonaniem Will wpatrując się w jej czoło. Ona uśmiecha się do niego.

-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - Jej głos jest cichy i figlarny, i jednocześnie poważny. Ona naprawdę się o niego martwi.

-Czasami czuję się nawet lepiej niż po prostu dobrze. - Mruczy tęsknie Will patrząc jak Abigail sięga do gałęzi o stopę wyżej nad jej głową. Podskakuje i ledwie dotyka liści czubkami palców. Hannibal spogląda w górę i zdaje się rozumieć o co jej chodzi. Wyciąga rękę i wykonuje ruch nadgarstkiem. Potem opuszcza ją trzymając w dłoni błyszczące jabłko. Abigail odbiera je od niego.

-Wydaje mi się, że Hannibal ma na ciebie dobry wpływ. - Will spogląda na Alanę. - Na początku miałam pewne wątpliwości ale on jest stabilny. - Alana kiwa poważnie głową, chociaż Will zauważa jej aprobatę. Will popija wodę czując, ulgę z powodu tego, że to nie będzie rozmowa na temat etyki zawodowej, albo, co gorsza, o ptaszkach i pszczółkach. Coś w jej spojrzeniu zmienia się. - Poza tym uroczo razem wyglądacie.

Will krztusi się wodą. Posyła jej gniewne spojrzenie a ona odpowiada mu uśmiechem. Znowu klepie go po ramieniu. Will wyczuwa jednak, że coś wisi w powietrzu kiedy Alana zbiera się by spytać go o to co naprawdę chce wiedzieć.

-Gdyby coś było nie tak, zwierzyłbyś się komuś, prawda?

Will przygląda się opadłemu owocowi orzecha włoskiego. Zielona otoczka ochronna rozszerzyła się z jednej strony. Po bliższym zapoznaniu się z nią Will odkrywa, że wnętrze zostało wyjedzone przez wiewiórkę albo mysz. Unosi wzrok na drzewo rosnące tuż za oknem Abigail.

-Tak. - Mamrocze odrzucając pustą łupinę.

Abigail podrzuca do góry jabłko. Hannibal zdjął marynarkę i przewiesił ją sobie przez ramię. Wygląda teraz elegancko i po ojcowsku. Abigail jest urocza i wygląda na szczęśliwą.

-Naprawdę uważam, że będzie wam razem dobrze. - Mówi Alana podnosząc się z kolan. Will także wstaje.

-Ja też tak myślę. - Słyszy własne słowa.