Derek ocknął się pokryty warstewką potu i przetarł twarz. Jego dłonie drżały i nie potrafił uspokoić oddechu. Stiles wciąż spał w pewnej odległości od niego, ale dzięki nikłemu światłu prześlizgującemu się poprzez kotary widział krzywiznę jego ciała. Chłopak wyglądał niemal bezbronnie w ciemności.
Wiedział, że śnił. To było dla niego oczywiste od pierwszej chwili, ale jednocześnie nigdy wcześniej nie widział niczego wyraźniej. Wszystko to mogło się tak naprawdę wydarzyć, ponieważ Stiles był tym, który wyrywał się do przodu, nie ustępował, nie kajał się przed nikim i stawiał na swoim.
Jednak cała abstrakcyjność sytuacji uderzała go tym bardziej. Stiles nigdy nie mówił o matce. Derek wiedział, że kobieta zmarła w jakimś punkcie, ale ponieważ nie przeprowadziła się nigdy do Rezerwatu musiało to oznaczać, że sen kłamał. Nie mogła być Iskrą. Inaczej nie związałaby się w tak młodym wieku z szeryfem. Do ustabilizowania więzi na bezpiecznym poziomie potrzebowaliby lat jak Marin i Alan.
Zresztą – gdyby ją zamordowano, jego własna matka nie dopuściłaby do sytuacji, w której komukolwiek uszłoby to bezkarnie.
Nie potrafił się wciąż uspokoić i zaczynał wątpić czy zaśnie. Obecność Stilesa nie wpłynęła na niego tak kojąco jak sądził, ale sen chłopaka też nie wydawał się całkiem przyjemny. Wargi omegi zaciskały się w wąską kreskę raz po raz, jakby walczył z krzykiem, który cisnął mu się na usta.
Derek wyczuwał jego stres z łatwością i nie musiał nawet obserwować reakcji jego ciała. Stiles jeszcze nigdy wcześniej nie był tak otwarty i tak bezbronny.
Położył mu dłoń na ramieniu, ściskając je lekko, ale omega nie obudził się. W zamian jednak odrobinę uspokoił i chociaż nawet wcześniej nie rzucał się na łóżku, teraz po prostu wydawał się całkowicie odprężać.
Kategorycznie musieli zacząć więcej się dotykać, ponieważ istniało zagrożenie, że całkiem im odbije. Nie chciał nawet dopuszczać do głowy tak nieprawdopodobnego przypadku jak ten, że Stiles mógłby być jakimś dalekim krewnym Deucaliona. Alfa nie miał rodziny. Znany był z tego, że nie posiadał słabych punktów, a tak traktował każdego, kto zbliżył się do niego za bardzo.
Miał ochotę zaśmiać się, gdy zdał sobie sprawę, że ten sen naprawdę mocno wciągnął go w tę alternatywną chorą rzeczywistość. Jego wyobraźnia zaczynała płatać mu figle zapewne przez tajemniczość omegi, z którą mieszkał. Tak bardzo łaknął informacji, że zaczynał dobudowywać sobie elementy z życia Stilesa, które nie istniały. Może powinien był zainteresować się bliżej pisarstwem, ponieważ fantazja na pewno go ponosiła.
Stiles przewrócił się na drugi bok, odkrywając lekko. Usiane pieprzykami plecy były wygięte w delikatny łuk i chłopak pewnie nieświadomie wypychał pośladki w jego stronę. Cienkie bokserki nie pozostawiały mu wiele do wyobraźnie i Derek zaczynał zastanawiać się czy Stiles wiedział jak dobrze alfy faktycznie widziały w ciemności.
Sięgnął po kołdrę, gdy zdał sobie sprawę, że skóra na ramionach omegi zaczyna pokrywać się gęsią skórką i Stiles próbuje objąć się rękami. Zbliżały się pierwsze chłody i powinien pomyśleć o podwyższeniu temperatury w mieszkaniu. Przeważnie było mu zbyt gorąco nawet w zimie, ale Stiles nie miał w sobie aż tak silnych instynktów przetrwania. Ewolucja uczyniła go słabszym pod tym względem, ale nie słabym i zależnym. Derek zdawał sobie z tego sprawę.
Stiles musnął jego dłoń przelotnie, gdy przez sen objął nasuwaną na niego kołdrę. I obaj zamarli na tę krótka chwilę.
Kategorycznie musieli zacząć się częściej dotykać.
Zasnął, chociaż nie miał pojęcia jak mu się to udało. Kiedy obudził się kolejny raz, serce Stilesa akurat też zaczynało szybciej bić. Powieki chłopaka zacisnęły się mocniej, gdy walczył ze zbyt mocnym światłem. Derek jak urzeczony obserwował jego twarz. Jak zawsze Stiles nie potrafił po prostu wyglądać na zaspanego. Mimika jego twarzy przechodziła od tej zawiedzionej, że już ranek, przez zirytowaną, że już ranek po lekko zdezorientowaną, gdy otworzył oczy i zobaczył go.
Tym razem jednak nie było paniki. Stiles przyglądał mu się przez dłuższy czas, a potem ziewnął nim zdążył się powstrzymać.
- Przepraszam – powiedział szybko omega, zasłaniając usta.
- O której spotykasz się z Lydią? – spytał spokojnie.
Stiles zdrętwiał lekko, jakby nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
- Po południu – przyznał ostrożnie chłopak. – Na obiad jesteśmy umówieni z alfą Hale. Zebranie – dodał.
Derek pokiwał po prostu głową. Stiles wyglądał na bardziej spiętego teraz, gdy wymienił imię jego matki. Ten antagonizm zapewne miał nie zniknąć. I nawet nie chodziło o to, że Stiles jej nie lubił. Był po prostu ostrożny, gdy jej temat przenikał do rozmów.
- Lubię twojego ojca – rzucił, ponieważ w zasadzie nie porozmawiali na temat wczorajszej kolacji.
- Faktycznie bywa lepszy w kontaktach, gdy nie próbuje kogoś postrzelić – odparł Stiles, uśmiechając się kącikami ust.
- Co sądzisz o mojej rodzinie? – spytał Derek ciekawie.
Nigdy nie przedstawiał nikomu wszystkich. Laura i Peter przeważnie wchodzili w jego życie z buciorami i zapoznawali się z jego znajomymi spoza watahy zanim decydował czy to w ogóle miało sens. Jednak Stiles poznał ich jako jego partner. Wcześniej miał kontakt z Laurą na poziomie czysto zawodowym, jeśli Derek mógł to tak nazwać.
Wiedział, że jego najstarsza siostra szanowała Stilinskiego już wcześniej. To ona zmyła mu głowę za karygodne zachowanie, za co był jej teraz wdzięczny. Może nawet brała Stilesa pod uwagę jako potencjalną omegę. Jednak sytuacja naprawdę nie była najłatwiejsza.
- Lubię Laurę – odparł Stiles. – Wątpię, aby możliwym było polubienie Petera. Nie sądzę nawet, że Anna go lubi. Kocha go, ale go nie lubi – uściślił chłopak.
Derek nie mógł się bardziej zgodzić z tym osądem.
- Peter nie jest łatwym człowiekiem – zgodził się po prostu.
- Mam wrażenie, że bardzo osobiście potraktował naszą nagłą więź. Chyba sądzi, że została zawiązana tylko po to, abyś za kilka lat wyglądał na godnego stołka po swojej matce. Jako alfa bez partnera nie wzbudzałbyś zaufania i szacunku – ciągnął dalej Stiles.
Derek prychnął.
- Pytałem czy lubisz moją rodzinę, a nie czy Peter za kilka lat nie sięgnie po watahę – powiedział dość rozbawiony.
- Spodziewacie się tego – odgadł Stiles z łatwością.
I nie wyglądał na zaskoczonego.
- Twoja matka od samego początku wiedziała, że twoim partnerem nie może być normalna omega. Nikt nie zniósłby zachowania Petera. Alfa lub beta pewnie podołałaby, ale omegi z natury są bardziej uległe – ciągnął dalej Stiles.
- Chyba, że mówimy o tobie – wtrącił Derek.
Stiles przyglądał mu się przez dłuższą chwilę w milczeniu.
- Przeszkadza ci to? – spytał Stilinski całkiem szczerze.
Derek nie znał odpowiedzi na to pytanie. Czasami wolałby, aby wszystko ze Stilesem było łatwiejsze. Może dostawałby łatwe odpowiedzi, ale takie życie wydawało się nudne. I to nie byłby Stiles. Nie wstawałby każdego dnia ze świadomością, że jego partner jest na tyle silny, aby stanowić dla niego wyzwanie.
- Nie – odpowiedział patrząc mu prosto w oczy. – Nie przeszkadza mi to. Gdyby nie to, raczej nie przyciągnąłbyś mojej uwagi – dodał.
Stiles nie wydawał się zaskoczony jego ostatnią uwagą. Odchrząknął.
- Nie jesteś tak całkiem głupi jak na alfę – powiedział chłopak i zapewne miało to brzmieć jak komplement.
- Jesteś dupkiem – stwierdził Derek bez wahania.
Stiles uśmiechnął się do niego tak jak wtedy w Rezerwacie, gdy omawiali kwestie patroli. Nic go bardziej nie ucieszyło.
Czuł się dziwnie, gdy wspólnie wyszli z mieszkania. Przeważnie Stiles wymykał się wcześniej, tuż po śniadaniu tłumacząc się spotkaniem z Lydią, ale zapewne ze względu na zaplanowane obiady i kolacje z rodziną i okolicznymi watahami, ograniczyli swoje eksperymenty do koniecznego minimum.
Derek nie wiedział co tak dokładnie badają, ale jego matka wydawała się całkiem w temacie. Stiles zresztą raz napomknął, że starają się zrozumieć fundamenty. Skąd Iskry brały się tak naprawdę oraz jak przenosiły swoją moc na innych. Te czynniki mogły pomóc zrozumieć im całą resztę, więc i doprowadzić do podzielenia Iskry lub jej opanowania bez zabijania przeciwnika.
Stiles twierdził, że z własnej woli po stronie Deucaliona nie stanąłby nikt magiczny, ale Derek naprawdę wątpił. Stary alfa był sprytny i podstępny. Jeśli nie zmusiłby Iskier do współpracy, na pewno znalazłby inną metodę przejęcia jakoś ich mocy.
Sen i wspomnienie niejakiego Ethana, który opowiadał o Iskrach zabijanych przez Deucaliona wrócił jak żywy i mimowolnie zadrżał.
Sięgnął w dół po balansującą wciąż na wolności dłoń Stilesa. Była zaskakująco ciepła, jakby chłopak korzystał z magii, aby ograniczyć działanie wiatru na swoją skórę.
Trącił palcami jego rękę i zerknął kątem oka w stronę Stilesa, który z zaskoczeniem najpierw obserwował ich dłonie, a potem spojrzał w górę wprost w jego oczy. Omega niby przypadkiem przesunął opuszkami po jego skórze, wywołując u niego delikatną gęsią skórkę. Derek znał zabawy tego typu, więc chwycił go za nadgarstek i kciukiem zaczął gładzić wrażliwą skórę jego dłoni od wewnątrz z przyjemnością obserwując jak rumieniec na policzkach Stilesa staje się bardziej widoczny.
Chłopak wyrwał swoją dłoń tak gwałtownie, że Derek zaczął podejrzewać, że popełnił błąd. Omega jednak po prostu splótł ich palce razem i już tak weszli do budynku watahy, domu jego matki.
Nie rozmawiali na ten temat. Stiles tylko spoglądał od czasu do czasu na ich złączone dłonie i nie puścił go aż weszli do środka. Peter oczywiście wychwycił wszystko jak zawsze.
- Och, młoda miłość – westchnął jego wuj.
Laura wydawała się szczerze zainteresowana tym co widzi, ale nie skomentowała tego. Stiles zresztą puścił jego rękę zanim do pomieszczenia weszła jego matka.
- Jakieś nowe wieści z frontu, droga siostrzyczko? – spytał Peter jak zawsze o wiele zbyt lekkim tonem.
Derek nienawidził spotkań podczas których musiał być obecnym. Jednak od chwili, gdy jego matka zdecydowała, że jego jej jedyny syn zostanie alfą watahy, nie miał innego wyjścia. A to oznaczało znalezienie sposobu na to jak radzić sobie z Peterem. Stiles o wiele częściej współpracował z jego wujem i najwyraźniej jego metodą była kompletna ignorancja.
Chłopak nawet nie drgnął, jakby nigdy nie usłyszał tych słów.
Rozsiedli się wygodniej w czymś, co jeszcze do niedawna było gabinetem jego ojca. Zamienione na salę obrad pomieszczenie wydawało się teraz o wiele bardziej przestrzenne. Ściany pełne były map, na których zaznaczano wyraźnie ekspansję Deucaliona przez ostatnie piętnaście lat.
Rezerwat został oznaczony zielonym neutralnym kolorem, ale już kolejne mapy wykazywały, iż i ten teren należał do nich. Nie był pewien czy z tego powodu czuć ulgę.
- Przybywają nowi uciekinierzy – poinformował ich Deaton, wchodząc zaraz za jego matką do pomieszczenia.
Marin towarzyszyła mu niczym cień.
Derek zesztywniał.
- Trzy Iskry i dwie Powinowate – ciągnął dalej Alan i Derekowi zrobiło się o wiele lepiej.
Prychnął pod nosem, bo naprawdę zaczynał wariować. Nie istniało coś takiego jak prorocze sny, a jeśli już ktoś je miał to na pewno Iskry. Sam nie miał w sobie magii, więc musiało go ponieść, gdy przebywał tak blisko Stilesa.
- Zaczyna nam brakować domów w Rezerwacie – przyznał Stilinski.
Talia uniosła jedna brew.
- Większość nie chciała przeprowadzać się całkiem pod wasze panowanie, chociaż przyjmuje do wiadomości, że gdy ja jestem związany z Derekiem, a on podległy tobie, staliśmy się nominalnie członkami watahy Hale. Mieszkańcami waszego terytorium – ciągnął dalej Stiles.
Uśmieszek satysfakcji na ustach Petera pojawił się niemal natychmiast,
- Nowoprzybyli powinni przebywać w azylu, żeby się uspokoić i zaufać nam. Jednak to w tej chwili niemożliwe. Alan zawsze mówi o Iskrach i Powinowatych, które pojawiają się na granicy. One jako widzące prowadzą za sobą pozostałych. Tym razem to prawie czterdzieści osób. Małe grupy jak Argentowie prawie się już nie zdarzają – dodał omega.
- Co byłoby wam potrzebne? – spytała jego matka krótko.
- Teren, który dawniej przygraniczył z Rezerwatem. Chcemy wybudować kolejny dom. Może dwa, jeśli pozwoli miejsce. McCallowie i Argentowie upewnią się, że panuje tam spokój, a mieszkańcy asymilują się – powiedział Stiles, wskazując palcem na niewielki cypel, którym wcinali się dawniej w Rezerwat.
Jego matka sądziła, że dzięki temu i patrolom dowiedzą się co tak naprawdę dzieje się na tamtym terytorium. Deaton jednak zdecydował o budowanie mieszkań z dala od tego niewielkiego punktu obserwacyjnego.
- Czy nie chodziło o przyłączenie terytorium do nas? – spytał Peter podejrzliwie. – Tymczasem żądacie ziemi…
- Gdybym czegoś żądał, dowiedziałbyś się o tym pierwszy – westchnął Stiles. – I chodzi o zapewnienie ludziom bezpieczeństwa.
- Dlaczego nie mogą mieszkać na terenie miasta? – zainteresował się jego wuj.
- Ponieważ to jak ucieczka z deszczu pod rynnę. Nie chcą mieszkać z wilkołakami. A przynajmniej nie teraz. Każda alfa jednak spotka się osobiście z alfą Hale jak to czyniliśmy wcześniej – wyjaśnił Stiles.
Pomiędzy brwiami Petera pojawiła się poprzeczna zmarszczka.
- Jeśli nie chcą mieszkać pomiędzy wilkołakami… - zaczął jego wuj.
- Nie twoją decyzją jest udzielanie schronienia. Według umów mam prawo azylu i udzielam go tym ludziom. Iskry, które prowadzą ich tutaj były prześladowane i żyły w strachu, że ich moc zostanie wykorzystana w niecnych celach. Muszą nam uwierzyć, że nie jesteśmy Deucalionem. Że nie jesteśmy alfami, które sięgnął po nie, aby wygrać wojnę, którą sami wywołują – wszedł mu w słowo Stiles. – Żadna alfa czy wilkołak ich nie przekona. Dzięki temu, że są pośród nich wilkołaki, wiedząc jak bardzo podlegli i posłuszni jesteście alfie Hale. Jej nie zaufają – powiedział, patrząc prosto w oczy jego matki.
- Znaj swoje miejsce – warknął Peter.
Stiles prychnął.
- Zaufają Iskrze – kontynuował, jakby nie słyszał słów wilkołaka. – Takiej samej Iskrze jak oni, więc moja wiara w to, co robi alfa Hale, wiara Deatona i nasze zaufanie jest w tej chwili najważniejsze. Jeśli je utracimy, nie poprowadzę Iskier na los gorszy od śmierci – powiedział całkiem szczerze.
- Co o tym sądzisz? – spytała jego matka, patrząc wprost w jego oczy.
Derek zmarszczył brwi i zrobił głębszy wdech.
- Niewielka grupa mogłaby się zorganizować w ciągu kilku godzin. Bylibyśmy w stanie postawić dom w ciągu tygodnia lub dwóch. Kiedy przybywają Iskry? – spytał spokojnie.
Stiles spojrzał pytająco na Deatona.
- Jutro – odparł krótko mężczyzna.
- Do czasu budowy, pomieścimy się w Rezerwacie. Mój ojciec zgodził się przyjąć jedną rodzinę do siebie. McCallowie zdecydowali się wrócić… Znaczy Melissa… - zaplątał się lekko Stiles i rumieniec zawstydzenia pojawił się na twarzy chłopaka.
Derek mógł tylko przewrócić oczami.
