O to, by rozdział prezentował się jak należy, zadbała Himitsu.
Felly, cieszy mnie, że są osoby, które lubią Daphne. Osobiście uważam, że jest całkiem urocza :). Co do Regulusa - będzie o nim trochę więcej w poniższym rozdziale. W każdym razie, powiem tylko krótko, że Izar przyzwyczaił się do myśli, że nie ma ojca - w ogóle go nie zna, nie ma pojęcia, czego może się spodziewać. Nie zna swojej historii. Wie tylko, że z jakiegoś powodu został oddany do sierocińca. I tak, zawsze możesz spróbować oryginał - gdyby okazał się za trudny, zawsze możesz wrócić do tego tłumaczenia ;). Xena, spojlery, wybacz, nic nie powiem na temat Daphne i jej ewentualnego związku z Izarem. Rozumiem, dlaczego można nie lubić Daphne, ale i tak mam nadzieję, że z biegiem czasu chociaż trochę się do niej przekonasz :). Savannah, miło mi słyszeć, że odpowiadanie ci się podoba :). Osobiście uważam, że jest świetne i po prostu nie mogłam patrzeć na to, że pozostaje nieprzetłumaczone. Mam nadzieję, że dalszy rozwój wydarzeń cię nie zawiedzie :). Rome, ach, Blackowie jeszcze będą spokojnie - akurat w tym opowiadaniu pojawiają się dość często, w różnych sytuacjach :). W każdym razie, mówiłaś, że czekasz na Regulusa, więc jestem ciekawa, co będziesz miała do powiedzenia na jego temat po dzisiejszym rozdziale. Rolę Snape'a na razie pominę, nie będę zdradzała po której dokładnie jest stronie i jak ogólnie prezentuje się jego sytuacja. Niestety rozdziału nie udało mi się wrzucić przed sesją - mam jednak nadzieję, że świetnie dasz sobie na niej radę (powodzenia!), a rozdział będzie przyjemnym przerywnikiem w nauce ;). Exciter, masz rację, Tom to bardzo inteligentna i spostrzegawcza osoba, a Izar to ktoś, na kogo z pewnością warto mieć oko. I on o tym wie :). Daphne, Daphne... no cóż, na jej temat nic na razie nie powiem. W każdym razie nie zniknie w ciągu kilku najbliższych rozdziałów. Podobieństwo Syriusza do tego z kanonu przyznam, że trudno mi ocenić, bo dawno kanonu nie czytałam. Ale myślę, że nie powinno być tragicznie :).
Oczywiście z całego serca dziękuję za wszystkie komentarze – tym, których wymieniłam powyżej, ale również tym, którym odpowiedziałam już prywatnie, czyli Meerevel, goldenplated, Shailila, Narcyza Malfoy, Avinn Nivo, hulk12 oraz Itami Namida. Przepraszam też od razu, że rozdział pojawia się tak późno – uwierzycie mi, jeżeli powiem, że naprawdę nie miałam na to wpływu?
Miłego dnia! I mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba :).
Gdy umiera dzisiaj
Część pierwsza
Rozdział jedenasty
Hogsmeade wyglądało dokładnie tak samo jak za każdym razem, kiedy Izar odwiedzał je wcześniej. Było zatłoczone, zabiegane i pełne nieokrzesanych ludzi. To dlatego właśnie unikał uczestniczenia w wycieczkach do tej wioski.
Wraz z tłumem kierował się w stronę Świńskiego Łba. Jego twarz ukrywał zarzucony na głowę kaptur, bo jeżeli ktoś by go rozpoznał, z pewnością skierowałby na niego uwagę innych i najprawdopodobniej skończyłoby się to tym, że kilku uczniów poszłoby za nim do pubu. Zresztą nie tylko uczniów, a pewnie również nawet i dorosłych.
Syknął na przysadzistą kobietę, która wbiła mu łokieć w brzuch.
- Trzymaj ręce przy sobie, kiedy się tak żałośnie zataczasz, ty okropna kobieto! – warknął Izar, czym przysporzył sobie ostrego spojrzenia czarownicy.
Wyślizgnął się z tłumu i w końcu dotarł do zakurzonego i startego progu Świńskiego Łba. Przybył tutaj, ale czy był gotowy na to, co go czeka?
Uznając swoje obawy za śmieszne, Izar otworzył drzwi do pubu, słuchając wydawanego przez nie znajomego pisku. Był już tutaj wcześniej kilka razy, znajdując w tym dziwnym pubie miejsce ucieczki. Owszem, klienci byli dość podejrzani, ale to mu się podobało. Większość uczniów uciekała z tego pubu tak szybko, jak tylko była w stanie. Nie krzątały się w nim żadne hałaśliwe dzieciaki.
Za ladą stał Aberforth Dumbledore, którego zapadnięte oczy obserwowały uważnie Izara, podczas gdy ten ściągnął swój kaptur. Kiedy twarz Izara została ujawniona, po zwykle markotnej twarzy Aberfortha przesunął się mały uśmieszek. Ale nie tylko jego zadowolił ten widok. Siedzący obok drzwi mężczyzna zagruchał wulgarnie, a jego nikczemne oczy przesunęły się obsesyjnie po sylwetce Izara.
- Hejooo, szkrabie – wyszeptał mężczyzna tak cicho, by tylko Izar to usłyszał, po czym zachichotał. Jedynym widocznym pod kapturem elementem jego twarzy były bardzo zniszczone zęby i spierzchnięte usta.
- Cześć, Aberforthcie – przywitał się cicho Izar, mijając włóczęgę i podchodząc z wdziękiem do pustego baru. Nie chciał spoglądać na resztę znajdujących się w pomieszczeniu osób, zbyt zdenerwowany stawieniem czoła ojcu. Pozwolił, by to Regulus do niego podszedł, nie na odwrót.
Izar starał się uniknąć przesunięcia po ziemi swoim jedynym przyzwoitym płaszczem. Podłoga była taka brudna… Wyglądała tak, jak gdyby pub został zbudowany na gołej ziemi. Zewnętrzną stroną dłoni wytarł kurz i brud ze stołka, zanim na nim usiadł.
- Izarze – chrząknął Aberforth, rękami przecierając kubek, który nie był w najlepszym stanie. – Słyszałem, że udało ci się zdobyć odrobinę chwały – mężczyzna wymamrotał coś w tym stylu. Trudno było usłyszeć go poprzez tę jego gęstą brodę.
- Tak – wycedził Izar. – Wiecznej chwały.
Przyglądające się Izarowi jasnoniebieskie oczy mogły rywalizować z tymi posiadanymi przez starszego brata Aberfortha.
- Nie jesteś z tego wyboru zbyt szczęśliwy, co?
Izar wysłał mężczyźnie mały uśmieszek.
- Och, a skąd niby taki pomysł?
Aberforth chrząknął, chwytając wypolerowany – albo może raczej na wpół wypolerowany – kubek i nalał do niego trochę płynu.
- Masz trochę kremowego, na mój koszt. – Starszy mężczyzna przesunął kubek po barze, rozlewając płyn za jego krawędź, kiedy Izar zatrzymał go dłonią. Nieco zaskoczony chłopiec spojrzał na dość brudny kubek. Aberforth nie był zbytnio znany z rzucania na lewo i prawo darmowymi drinkami.
- Nie, nie, mogę za to zapłacić… - urwał niepewnie, przesuwając rękami po kieszeniach. Wiedział, że nie miał przy sobie żadnych pieniędzy. Cholera, kiedy w ogóle miał ze sobą jakieś pieniądze?
- Nie wydurniaj się – warknął Aberforth, wyjmując kolejną brudną szklankę, którą zaczął polerować. Szmata, którą trzymał w ręce miała pełno dziur i pozostałości po wcześniejszych brudnych naczyniach. Izar zmusił się do zapamiętania, że Madame Pomfrey była w stanie wyleczyć rozstrojone żołądki, na wypadek gdyby kiedyś nabawił się czegoś z powodu picia z takiego brudnego kieliszka. – Kiedy wygrasz Turniej, będziesz mógł zapłacić mi za to trzykrotnie większą sumę.
Izar pochylił się, sącząc unoszącą się na płynie pianę. Rozgrzała ona jego gardło, a następnie ciało, kiedy ciepło przesunęło się wzdłuż żołądka. Był świadomy tego, że pierwszy łyk, może dwa, będą prawdopodobnie jedynymi, z których będzie w stanie czerpać przyjemność. Wyczuł, że ktoś podchodzi do niego od tyłu.
Zdjęcia w gazecie w ogóle nie przedstawiały go w odpowiednio dobrym i obiektywnym świetle.
Regulus spojrzał na Izara spod swojego kaptura, owijając palce wokół kubka. Pierścienie, które się na nich znajdowały stuknęły o szkło, a on pochylił się do przodu, napawając się widokiem swojego syna. Nie zbliżył się do niego od razu, a zdecydował przyjrzeć mu z daleka.
Dość szybko spostrzegł, że Izar wyglądał podobnie jak on, kiedy był w jego wieku. Albo raczej miał w sobie wiele cech charakterystycznych dla Blacków. Jednak pomimo tego, że jako piętnastolatkowie byli do siebie podobni, Regulus stwierdził, że Izar był zdecydowanie bardziej idealny i piękny. On sam był trochę niezgrabny i posiadał wiele wad, z Izara natomiast wszystko wręcz promieniało.
Mieli podobne włosy, u obu były one atramentowo czarne i falowane, przez co kręciły się przy końcach. Izar posiadał ostre rysy Blacków, arystokratycznie wystające kości policzkowe, delikatność i ostrą linię szczęki. Prosty nos znajdował się w idealnym miejscu nad pełnymi wargami. A jego oczy… nawet ze swojego miejsca Regulus był w stanie zobaczyć, że ich zarys był dokładnie taki sam jak Lily. Miały kształt migdałów, a ich grafitowy odcień zabarwiony był okruszkami żywej zieleni.
Regulus w żadnym wypadku nie powiedziałby, że jego syn wygląda kobieco. To byłoby obrazą zarówno dla niego, jak i Izara. Zamiast tego, określiłby go mianem kogoś oszołamiająco arystokratycznego.
Jeżeli zaś chodziło o drobną posturę Izara, to również Regulus był kiedyś mały jak na swój wiek. Przyśpieszenie wzrostu w jego wypadku nastąpiło znacznie później niż u reszty rówieśników, bo dopiero wtedy, gdy miał osiemnaście lat.
Czy to samolubne z jego strony, że cieszy się, iż Izar wygląda bardziej jak on niż Lily? Nie. Miał całkowite prawo do czucia dumy z tego powodu. Izar miał nawet wdzięk typowy dla rodziny Blacków. A z miejsca, w którym się znajdował, był w stanie usłyszeć suchy, cyniczny ton głosu swojego syna. Nie było to coś, czego Regulus spodziewał się od kogoś tak atrakcyjnego jak Izar. Już bardziej oczekiwał, że ton chłopca będzie pełny pewności siebie, jeśli nie arogancji.
Zamiast tego z rozbawieniem zauważył, że całkiem dobrze naśladował głos Severusa Snape'a.
Było wiele rzeczy, których nie wiedział o swoim synu. Do diabła, nic w ogóle o nim nie wiedział. Lily musiała go wychować. Tylko dlaczego, w takim razie, jego nazwisko brzmiało „Harrison"? Dlaczego Izar miał na sobie szaty, które wyglądały, jakby były z drugiej ręki? I adidasy, które sprawiały wrażenie raczej poturbowanych?
Przyjrzał się szatom Izara, zauważając kolory Ravenclawu. Na początku Regulus poczuł krótkie rozczarowanie, że Izar nie został Ślizgonem jak reszta jego rodziny. Zniknęło ono jednak, kiedy przypomniał sobie o tym, jakim szacunkiem obdarzało się Krukonów i jak genialni oni byli. Zarówno Lily, jak i Regulus byliby wspaniałymi Krukonami. W końcu oboje skończyli jako Niewymowni, chociaż w przypadku Regulusa praca ta była bardzo krótka.
Wstał gwałtownie, kiedy zauważył, że siedząca blisko drzwi szumowina zaczyna zbliżać się od tyłu do Izara.
Minęło wiele lat od czasu, kiedy Regulus nawiązywał jakiekolwiek kontakty z ogólnie pojętymi ludźmi. Po prostu miał nadzieję, że pomiędzy nim a synem pojawi się jakaś wieź. Nie chciał, by Izar poczuł się zawiedziony lub uznał go za szorstkiego.
Izar spodziewał się, że to Regulus zajdzie go od tyłu. Tym, czego nie oczekiwał, były zimne i tłuste dłonie zaciskające się na jego karku i ogarniający go cuchnący zapach niemytego ciała. Jeśli był to Regulus, Izar odwróci się na pięcie i wyjdzie z pubu, nie oglądając się za siebie.
Jego oczy rozbłysły, kiedy spojrzał na przyciskającego się do niego mężczyznę. Na całe szczęście nie był to Regulus. Pech sprawił jednak, że był to człowiek, który siedział wcześniej przy drzwiach, dokładnie ten, który przywitał go z takim perwersyjnym uśmiechem.
- Odsuń się, Gorgon, to tylko chłopiec ze szkoły – warknął Aberforth, którego twarz wykręciła się z niechęcią.
Gorgon, ten koślawy mężczyzna, sapnął i przysunął się bliżej do Izara. Wyciągnął rękę, przesuwając palcem wzdłuż jego pozbawionej emocji twarzy.
- Chciałem jedynie zobaczyć, czy może nie chce się trochę zabawić, Ab. Nie musisz tak sobie zawracać tym głowy. – Oleiste oczy zwróciły się w stronę Izara, który w odpowiedzi jadowicie spojrzał na mężczyznę. – Co ty na to, skarbeńku? – Gorgon pochylił się, oblizując swoje wargi.
Czyjaś ręka dość brutalnie odsunęła głowę mężczyzny. Zanim ten mógłby zrozumieć, co się dzieje, jego czołem brutalnie uderzono o blat baru. Na Izara i na ladę skapnęło kilka kropel krwi, a Gorgon osunął się na ziemię nieprzytomny. Izar dostrzegł na ręce swojego wybawiciela rzucający się w oczy pierścień rodzinny i od razu wiedział, że był on Regulusem Blackiem.
Izar westchnął ciężko, starając się ukryć lęk wywołany tym, że w końcu spotyka tego człowieka.
Wytarł niewielką ilość krwi, która znalazła się na jego rękawie, lamentując w milczeniu z powodu poplamienia swojej przyzwoitej szaty. Następnie w końcu zebrał się w sobie i uniósł wzrok na Regulusa, co skończyło się spoglądaniem w udręczone oczy ojca. Izar nie widział nigdy nikogo, kto posiadałby równie wyraziste oczy, co jego, ale teraz, siedząc tutaj, w końcu spotkał mężczyznę, po którym odziedziczył ich kolor. Blady i żywy grafit ścierał się upiornie z twarzą Regulusa.
- No cóż – zaczął trochę ponuro Izar – przynajmniej nie cuchniesz. Nie pogniewałbym się jednak, gdybyś trochę o siebie zadbał.
Gdyby miał określić Regulusa jednym słowem, doskonale pasowałyby do tego szorstkość i nieobliczalność. Pod tym całym zarostem prawdopodobnie ukrywały się arystokratyczne cechy, ale Izara rozkojarzyła nieufność, którą promieniował i nawiedzone spojrzenie, które widniało na jego twarzy. Kozia bródka właściwie nie wyglądała tak źle. Była krótka, ale kontrastowała z wysokimi kośćmi policzkowymi Regulusa i jego wyrafinowanymi rysami twarzy. A jeżeli Izar nauczył się czegoś od Daphne, to tego, że arystokratom nie pasował zarost.
Gdyby tutaj była, prawdopodobnie ganiałaby już za Regulusem z golącym zaklęciem na ustach, jęcząc nad stratą, jaką było ukrywanie pod zarostem jego dobrych rysów.
Ponure usta jego ojca wykrzywiły się w uśmieszku, kiedy mężczyzna pogładził swoją bródkę. Pierścień błysnął na Izara z jego wskazującego i środkowego palca.
- Zwykle nie noszę brody i nie pozwalam na to, by moje włosy tak bardzo urosły, ale dzisiaj trochę mnie to kryje. – Izar zauważył, że jego głos nie był często używany. Stał się chrapliwy i przypominał jego własny, kiedy przez dłuższy czas nie rozmawiał z innymi ludźmi.
- Chcesz, by ludzie pomylili cię z twoim bratem.
To była prawda. Pomimo że Regulus miał w sobie więcej arystokratycznych cech i mniejszą klatkę piersiową oraz węższe ramiona, to z tymi wszystkimi włosami przypominał trochę Syriusza. Opadały mu one na ramiona, falując lekko i były dokładnie tej samej długości, co te posiadane przez jego nauczyciela.
Niespodziewanie, Regulus ujął w swoje dłonie twarz Izara i pochylił się, całując go w czoło. Następnie mężczyzna wziął go w swoje ramiona i przycisnął do swojej klatki piersiowej.
- Nie mogę zmusić się do uściśnięcia ręki z synem, którego utraciłem – szepnął mu szorstko do ucha Regulus. – Wybacz mi, moje dziecko.
To różniło się całkowicie od wszystkiego, co wyobrażał sobie Izar. Myślał, że Regulus pojawi się pełen zdrowia i zadowolenia z siebie. Myślał, że rozpocznie od formalnego podania sobie dłoni lub w ogóle od niczego. Nie spodziewał się, że zobaczy mężczyznę, który wyglądał, jak gdyby ciągle przed czymś uciekał lub ukrywał się, a już na pewno nie oczekiwał, że pierwszy uścisk, jaki otrzyma w swoim życiu da mu jego dawno zaginiony ojciec.
Izar siedział sztywno, nie wiedząc co zrobić z dziwnym uczuciem, które ogarnęło jego żołądek.
- W takim razie sam musisz mi wybaczyć, że jeszcze ci nie ufam – mruknął w odpowiedzi Izar, czując, że Regulus powoli się od niego odsuwa.
Twarz Blacka pozostała niewzruszona, kiedy odciągnął Izara od stołka, z dala od wścibskich spojrzeń.
- Musiałeś o mnie słyszeć – Regulus rozpoczął rozmowę, kiedy tylko usiedli przy stoliku w rogu pomieszczenia. Izar siedział przy nim sztywno, żałując, że nie przyniósł ze sobą swojego piwa kremowego. – Nie zareagowałeś tak, jak myślałem, kiedy nazwałem cię „synem". Z tego wnioskuję, że Lily musiała ci o mnie powiedzieć. – Twarz Regulusa pociemniała, a uśmiech przesunął się po jego twarzy. Uśmiech ten nie był bynajmniej pocieszający, odsłaniał przed nim inną stronę Regulusa, którą Izar musiał dopiero poznać. Była mroczna, okrutna, bardzo podobna do Bellatriks. – Mogę tylko wyobrazić sobie, jakie kłamstwa ci o mnie nagadała. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle zechciałeś się ze mną spotkać.
I wtedy rozejrzał się po pubie z niemal szaleńczym wyrazem twarzy, który pojawił się, kiedy pomyślał, że nagle z któregoś kąta mogłaby wyskoczyć Lily z Dumbledore'em lub być może Voldemort.
Izar odchylił się na krześle, marszcząc brwi na poharatany stół, zanim znów spojrzał na Regulusa. Mężczyzna naprawdę nic nie wiedział. Zupełnie nic.
Z gorzkim uśmiechem Izar pochylił się do przodu.
- Lily mnie nie wychowała. Właściwie, nigdy z nią nie rozmawiałem – skłamał Izar, rzucając małe kłamstewko. Skrzywił się. – Dorastałem w brudnym, mugolskim sierocińcu.
Maska Regulusa opadła, ukazując zmęczenie. Mężczyzna przesunął ręką po twarzy, może aby to ukryć, a może by zapewnić sobie odrobinę komfortu. Grafitowe oczy otworzyły się, kierując na Izara żarliwe spojrzenie.
- Skąd więc o niej wiesz? Skąd wiesz o mnie? – Regulus westchnął. – Nie rozumiem, dlaczego to zrobiła…
Izar zignorował jego ostatnią wypowiedź, wpatrując się w zgaszoną świecę, która stała na środku ich stolika.
- Kiedy miałem trzynaście lat, uwarzyłem eliksir dziedziczności. – Uśmiechnął się ponuro. – Chciałem poznać imiona moich mugolskich rodziców, być może odnaleźć ich i zobaczyć, czy wciąż żyją. Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy zrozumiałem, że ktoś umieścił blokadę na moim rodowodzie, przez co nie mogłem go poznać, bez względu na to, ile razy warzyłem eliksir. Zdałem sobie sprawę, że mój ojciec albo moja matka byli pochodzenia magicznego i nie chcieli, bym się o nich dowiedział. – Spojrzał ostro na Regulusa. – Przestałem zawracać sobie głowę tym, kim są moi rodzicie, kiedy uwierzyłem, że mój ojciec był czarodziejem czystej krwi, który pieprzył się z jakąś mugolką. Musiał wstydzić się swojego bękarta, zatem oddał go do mugolskiego sierocińca po tym, jak usunął znaki mojego pochodzenia. To dość ironiczne, bo na to wygląda, iż rzeczywiście wszystko było przypadkiem.
Regulus uderzył pięścią w stół, z łatwością przewracając świecę, która między nimi stała. Mężczyzna pochylił się do niego z niebezpiecznym błyskiem w oczach, a jego usta wykrzywiły się szyderczo.
- Nie tak to wszystko było, do cholery. – Odetchnął głęboko przez nos, zanim wyciągnął rękę i chwycił nią dłoń Izara. – Musisz wiedzieć, że nie miałem pojęcia o twoim istnieniu. Okłamała mnie, zdradziła, była i jest okrutną suką. Znalazłem cię tylko dzięki "Prorokowi". Twoje zdjęcie… wyglądasz podobnie do mnie, kiedy byłem chłopcem. Twój wiek pasował doskonale…
- Gdzie byłeś? – zapytał gorzko Izar. – Wszyscy myślą, że nie żyjesz. Lord Voldemort myśli, że nie żyjesz. Jak udało ci się ich oszukać?
Regulus rozejrzał się po pubie, po czym podwinął swój lewy rękaw. Czy Izara rozszerzyły się, kiedy ten spojrzał na nieskazitelną skórę Regulusa.
- Nie jestem śmierciożercą – wyszeptał cicho mężczyzna. – Moja rodzina była bardzo lojalna wobec Czarnego Pana i jako młody chłopak bardzo przysłużyłem się zarówno jemu, jak i celowi, do którego zmierza. Nigdy nie zostałem naznaczony. On nie daje Znaku dzieciom, które wciąż znajdują się w Hogwarcie. – Twarz Regulusa spochmurniała pod wpływem wspomnień. – Owszem, zgrabiłem go, ale to już całkowicie inna historia. Historia, w której udział Lily jest równie wielki, co mój. Rozkazano Severusowi Snape'owi zabić mnie. W końcu Czarny Pan był zbyt ważny, by samemu zgładzić prostego czarodzieja.
Izar wziął głęboki oddech, zaczynając rozumieć.
- Profesor Snape złamał rozkaz Czarnego Pana? Sprawił, by wszyscy wierzyli, że nie żyjesz i pozwolił ci uciec? Naprawdę jest nielojalny wobec Czarnego Pana?
Regulus spojrzał na niego nieco podejrzliwie.
- Severus wciąż jest lojalny wobec Czarnego Pana. Jednak przyjaźń między mną a nim przewyższyła nawet jego lojalność względem Lorda Voldemorta. Kazał mi obiecać, że pozostanę z dala od Wielkiej Brytanii i nigdy więcej nie ujawnię przed nikim swojej twarzy. Przeniosłem się do jednej z rezydencji Blacków w Rosji i zamknąłem wszystkie inne nieruchomości rodu, które znajdują się w pobliżu Anglii. Ale nie mogę trzymać się od tego wszystkiego z daleka, kiedy dowiaduję się, że mam syna. Syna, który został wychowany przez mugoli. – Regulus uśmiechnął się szyderczo, jego oczy błyszczały. – Nawet jeśli nie jestem poszukiwany przez Ministerstwo, nie mogę ujawnić swojej twarzy, ponieważ wtedy Severus znalazłby się w wielkim niebezpieczeństwie.
Regulus odchylił się, intensywnie skupiając swój wzrok na Izarze, kiedy ten próbował uporządkować wszystkie informacje, które właśnie uzyskał.
- Chciałbym jednak wiedzieć – kontynuował cicho Regulus, a w jego głosie rozbrzmiała nieznacznie ochronna nuta – jak dowiedziałeś się o mnie i Lily, skoro twój rodowód został zablokowany.
Izar wiedział, że w końcu padnie to pytanie. Lepiej, by Regulus dowiedział się teraz, a nie później. I tak wydawało mu się już, że mężczyzna ma swoje podejrzenia.
- Moja kuzynka miała na tyle przyzwoitości, aby dostarczyć mi tę informację. Powiedziała mi, że była świadkiem twojego żałosnego romansu z Lily…
Regulus zmrużył oczy i pochylił się do przodu, zaciskając szczękę.
- A w jaki sposób skontaktowałeś się z Bellatriks? Ostatnio, kiedy sprawdzałem, była poszukiwana przez Ministerstwo w celu przesłuchania i postanowiła pozostać w ukryciu. – Grafitowe oczy zerknęły na ramię Izara. – Jak udało ci się z nią skontaktować, Izarze?
- Naprawdę musisz pytać, skoro już wiesz? – splunął gorzko Izar. – Należę do Czarnego Pana. Spotkałem ją podczas swojej inicjacji, niecały miesiąc temu. To właśnie tam rzuciła mi w twarz, że posiadam… nie tylko matkę, która wciąż żyje, ale również i ojca.
Regulus roześmiał się gorzko.
- Czarny Pan daje teraz Znak dość młodym osobom, prawda? Musi cierpieć na niezły brak popleczników.
Izar nie odpowiedział, czując lekkie pieczenie swojego Znaku. Wyjrzał na zewnątrz poprzez zaparowane i brudne okno. Tam właśnie zobaczył zbliżającego się do Świńskiego Łba Czarnego Pana.
Cholera jasna.
Izar szybko odwrócił się w stronę Regulusa.
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli wrócisz do Rosji. Jestem lojalny Czarnemu Panu, Regulusie, ale zdradzę go ten jeden raz, bo czuję trochę sympatii względem Severusa Snape'a i niechętny szacunek wobec ciebie. Doceniam twoją próbę stania się częścią mojego życia, ale nie potrzebuję ani ciebie, ani Lily. Od kiedy pamiętam, sam o siebie dbałem, zatem i teraz sobie z tym poradzę.
Regulus pokręcił głową, a jego twarz przybrała uparty wyraz. I to właśnie wtedy Izar zobaczył w mężczyźnie trochę z samego siebie.
- Nie mogę tego zrobić, Izarze.
Chłopiec wstał. Sięgnął ręką ponad stołem i założył kaptur na głowę Regulusa. Ukrył jego rysy twarzy, czując, jak gdyby przecinał właśnie więzi ze swoim idealnym obrazem ojca.
- W takim razie zaryzykujesz nie tylko swoje życie, ale także Severusa i moje. – Izar pozwolił, by jego palce przez sekundę przesunęły się po policzku Regulusa, zanim je odsunął.
Dłoń chwyciła jego nadgarstek, nie pozwalając odejść jego ręce.
- Jesteś moim dzieckiem…
- Mam na uwadze wyłącznie twoje bezpieczeństwo… pochyl głowę i nie idź za mną – rozkazał cicho Izar. Regulus zmarszczył brwi, ale jego palce puściły nadgarstek Izara.
Krukon przeszedł przez pomieszczenie w stronę baru, a drzwi otworzyły się. Jeśli to w ogóle możliwe, atmosfera w pubie stała się o wiele bardziej mroczna i nieco chłodniejsza. Izar usiadł na stołku barowym, oglądając się przez ramię. Natychmiast zauważył, że Czarny Pan nie miał na sobie swojego glamour. Cała otaczająca go magia niemal krzyczała radośnie, kiedy lodowato owijała się wokół znajdujących się dookoła niego czarodziei. Ludzie przyciągnęli bliżej siebie swój alkohol, kuląc się i unikając nawiązania kontaktu wzrokowego z tym nieznajomym człowiekiem, który właśnie wszedł.
Izar nie sądził, by był kiedykolwiek w stanie przyzwyczaić się do magii Czarnego Pana. Za jej sprawą po jego kręgosłupie przebiegały dreszcze ekscytacji, przypominając mu, że ma do czynienia z mistrzem podstępu i mocą… z mężczyzną, który z nikim się nie wiąże, a wykorzystuje ludzi w swojej własnej grze w szachy. To właśnie prawdopodobnie tak bardzo pasjonowało wielu śmierciożerców. To był powód, dla którego podążali za tak okrutnym i bezwzględnym mężczyzną. Wierzyli, że sprowadzi on na nich moc i sławę podobne do tych, które sam dzierży.
Izar nie by na tyle głupi, aby w to wierzyć. Sam zaczął wspierać Voldemorta z powodu celów, do jakich ten dąży. A także dlatego, że przyjemność sprawiało mu patrzenie na to, jak Voldemort gra w tę swoją gierkę.
Był trochę ciekawy tego, co takiego zrobił Regulus, że zdradził Czarnego Pana, skoro nie był nawet śmierciożercą. Ale Izar wiedział, kiedy powinien pytać, a kiedy tylko słuchać. Nigdy w żaden sposób nie zasugeruje Czarnemu Panu, że w jego głowie pojawiają się myśli dotyczące Regulusa. Właściwie to Izar próbował obecnie najlepiej jak tylko był w stanie oczyścić swój umysł ze wszelkich myśli związanych ze spotkaniem z ojcem. Cicho modlił się do Merlina, aby Regulusowi udało się wymknąć z pubu, nie zostając przy tym wykrytym.
Izar zauważył kątem oka, że czarny płaszcz Voldemorta uderza w ladę pubu, zaledwie kilka stóp od niego. Krukon zacisnął dłonie wokół swojego średnio już ciepłego piwa kremowego, robiąc co w swojej mocy, aby nie zerkać na Czarnego Pana. Nie było to łatwe, zwłaszcza, że czuł, iż czerwone oczy przesuwają się po jego twarzy.
Mężczyzna zachichotał ponuro, a wargi Izara drgnęły, tworząc uśmieszek.
- Ile kosztuje wynajęcie pokoju na piętrze? Potrzebuję go najwyżej na godzinę – Voldemort wydał z siebie uprzejmy, ale groźny syk, a jego głos nieco różnił się od tego, który posiadał jako polityk.
Aberforth przesunął wzrok pomiędzy Izarem a Czarnym Panem.
- Galeon. – Aberforth uniósł brew, kiedy przyglądał się, jak Voldemort wyciąga aksamitny worek z pieniędzmi i przesuwa po barze jednego złotego galeona.
Właściciel pubu podniósł go, a następnie przygryzł, po czym wyjął z kieszeni klucz, który podał Czarnemu Panu. Izar odstawił swój kubek, kiedy poczuł na karku chłodny dotyk palców Czarnego Pana.
- Ty, dziecko, pójdziesz ze mną.
Izar zsunął się ze stołka i podążył za wysoką postacią Czarnego Pana z dala od zatłoczonego pubu do niewielkiej przestrzeni, jaką zajmowały schody. Zanim zniknął, poczuł na sobie śledzący go wzrok Regulusa.
Nie myśl o tym…
- Dlaczego nie dziwi mnie to, że cię tutaj znajduję? – zaczął Voldemort. Izar nie odezwał się, a jedynie obserwował, jak Czarny Pan wsuwa klucz do zardzewiałego zamka i otwiera drzwi. To nie mogło skończyć się dobrze, Izar nie był głupi.
Kiedy drzwi zatrzasnęły się za nimi, a zamek przekręcił ponownie w drzwiach, Voldemor odwrócił się do niego, zsuwając kaptur. Jak przewidział wcześniej Izar, Czarny Pan nie miał na sobie glamour, którego brak odsłonił teraz jego nieskazitelną, bladą skórę i oszałamiające, czerwone oczy. Jego proste, czarne włosy związane były na karku, podkreślając tym samym kości policzkowe.
- Chcę, abyś opadł na kolana – głos Voldemorta nie był już rozbawiony, tylko chłodny. Izar oczekiwał tego, biorąc pod uwagę, że jego Znak piekł go przez cały ostatni tydzień. Mężczyzna był wściekły i Izar najwyraźniej wkrótce miał dowiedzieć się, co było tego powodem.
Osunął się na kolana, zauważając, że trudno było mu powstrzymać myśli związane z brudem i kurzem, który przez to osadził się na jego szatach. A przecież nie był to czas na to, aby myśleć o takich sprawach. Nie, kiedy Voldemort był taki wściekły.
Izar ugiął również swoje plecy, mając świadomość, że Czarny Pan nie pragnął jedynie tego, aby opadł na kolana. Chciał formalnego ukłonu i Izar dał mu go, zanim mężczyzna mógłby zacząć się o niego domagać.
- To ma ci przypomnieć, że jesteś względem mnie uległy.– Wypolerowane buty Czarnego Pana pojawiły się tuż naprzeciwko twarzy Izara. Chłopiec zamknął oczy, próbując wyobrazić sobie, że znajduje się zupełnie gdzieś indziej. – Czasami mimowolnie odnoszę wrażenie, że wierzysz, iż jesteś ważniejszy ode mnie.
- Nigdy o niczym takim nie pomyślałem, mój Panie – odpowiedział pasywnie Izar. Zastanawiał się, skąd u Voldemorta wziął się taki pomysł.
- Ale i tak chcę, abyś pozostał w tej pozycji, dopóki nie powiem ci, żebyś wstał.
Ten człowiek był sadystą. Izar zacisnął szczękę i zaczął wyobrażać sobie siebie w małej chatce w górach. Po prostu uprawiał w niej wczesnym rankiem jogę, z dala od wszystkich tych, którzy wywoływali u niego ból głowy. Znajdował się wiele mil od wszystkich swoich problemów.
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego mógłbyś wątpić w moje priorytety, mój Panie. Nie zrobiłem nic…
- Dokładnie – odparł krótko mężczyzna. – Nic nie zrobiłeś.
Izar zmarszczył brwi, opierając czoło o brudną podłogę.
- W takim razie wybacz mi, mój Panie.
Rozbrzmiał chichot. Voldemort przesunął się, kucając naprzeciw Izara. Długimi palcami przeczesał jego włosy, szarpiąc lekko ich pasma.
- Wiesz w ogóle, o wybaczenie jakich czynów prosisz, Izarze?
- Nie – mruknął Harrison, wpatrując się w znajdującą się pod nim podłogę. Zawsze wydawało mu się, że Czarny Pan posiada duże zaburzenia osobowości. Być może nawet gorsze niż Syriusza Blacka.
- Spójrz na mnie, dziecko – rozkazał Voldemort.
Izar wysłał w stronę ziemi kolejne wściekłe spojrzenie, a następnie oczyścił twarz ze wszelkich emocji i podniósł swoją głowę, spoglądając w oczy Czarnego Pana. Na twarzy mężczyzny widniał uśmieszek. Po chwili wyciągnął on do przodu swoją rękę i przesunął kciukiem po czole Izara, ścierając kurz, który się na nim osadził.
- Muszę przyznać, Izarze, że gdyby kilka rzeczy w moim życiu potoczyło się inaczej, byłbym do ciebie bardzo podobny. Ukrywał się w cieniach, pomijał posiłki, aby uniknąć skierowanej na siebie uwagi, pochłaniał wiedzę, a nie udzielał się towarzysko… Gdyby natomiast kilka rzeczy potoczyło się inaczej w twoim życiu, nie obchodziłoby mnie to, że tak się właśnie zachowujesz.
Izar miał przeczucie, że wiedział, do czego zmierza jego towarzysz. I z pewnością mu się to nie podobało.
- Niestety, te rzeczy musiały potoczyć się w taki sposób. Miałem cel. Cel stania się bardzo wpływowym politykiem i potężnym Czarnym Panem. Nie mogłem stać się nimi, pozostając w cieniu i pozwalając na to, by czas wymykał mi się przez palce z powodu takiej… bezużyteczności. – Izar nienawidził spoczywającej na jego twarzy ręki, trzymającej go w tak niesamowicie zaborczy sposób. – Chcę, byś poszedł w moje ślady. Przynajmniej uczęszczaj na posiłki do Wielkiej Sali, ty głupi chłopcze. Masz jakiekolwiek pojęcie, w jaki sposób przedstawiasz Wielką Brytanię, pozostając w ukryciu? Dość słabo idzie ci na razie reprezentowanie Hogwartu.
- Nie ukrywam się…
- Milcz – syknął Voldemort, zaciskając palce na szczęce Izara. – Bez względu na to, jak to nazwiesz, i tak ukrywasz się przed innymi, podczas gdy moim pragnieniem jest, byś został zauważony przez opinię publiczną. Gdybyś był jakimkolwiek innym czarodziejem, nie zawracałbym sobie głowy twoimi nawykami. Niestety, jesteś jednak czarodziejem, który ma zostać zauważony przez ludzi. Chcę, abyś zaczął pokazywać się na korytarzach szkoły i rozpoczął udzielać się towarzysko. Nie tylko dlatego, że jesteś reprezentantem Hogwartu, ale także z uwagi na twoją przyszłość. Jak już wcześniej powiedziałem, chcę, abyś poszedł w moje ślady. Staniesz się znaczącą postacią w świecie politycznym. Siłą, z którą wielu czarodziejów będzie obchodziło się z ostrożnością i szacunkiem.
- Ale… mój Panie, pragnę pozostać Niewymownym.
Szkarłatne oczy zwęziły się, a palce mężczyzny zacisnęły jeszcze mocniej.
- Ostatnio, kiedy sprawdzałem, Znak na twoim ramieniu symbolizował twoją lojalność wobec mnie, a nie Ministerstwa, może się mylę? – Nie czekał, aż Izar udzieli na to odpowiedzi. – Zostaniesz tym, kim chcę, abyś został.
- Skoro o to właśnie prosi mój Pan – syknął cynicznie Izar.
Voldemort roześmiał się, puszczając trzymaną palcami szczękę Izara, po czym wstał.
- Twój cięty język zawsze sprawiał mi przyjemność, Izarze. I chociaż powinieneś bardziej uważać na to w moim towarzystwie, niekiedy uważam go za dobre źródło rozrywki. – Mężczyzna podszedł do oblepionego kurzem okna, wyglądając za nie. – Eksperymentowanie jest czymś, co sprawia ci przyjemność, Izarze, a ja nie odciągnę cię od czegoś, co powoduje u ciebie taką radość. Nie zmienia to jednak faktu, że oczekuję od ciebie, iż staniesz się znany w całej Wielkiej Brytanii wśród kręgów ważnych czarodziei.
Izar odetchnął cicho z ulgą, czując się nieco lepiej dzięki świadomości, że Czarny Pan nie zamierza żądać od niego porzucenia pracy Niewymownego.
- Rozumiem, czego ode mnie chcesz, mój Panie. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jestem dobrym rozmówcą. – Przyglądał się temu, jak Voldemort odwraca się od okna z powrotem w jego stronę. – Nienawidzę ludzi.
Czarny Pan wyglądał na nieźle rozbawionego.
- Uważasz, że mnie samego cieszy przebywanie wśród ludzi, maleńki? – Ciemne brwi uniosły się. – Jesteś Blackiem, a Blackowie są urodzonymi tancerzami politycznymi. – Izar spojrzał na Czarnego Pana spode łba. – Wybacz mi – kontynuował Voldemort, ani trochę skruszony. – Obiecałem, że nie będę o tym wspominał, prawda?
- Na to wygląda, że o tym zapomniałeś – odpowiedział pogardliwie Izar. Podczas jego inicjacji mężczyzna obiecał, że nigdy nie wspomni nic o jego pochodzeniu. Wszystko wskazywało jednak na to, że zamiast tego mężczyzna uznał całą sytuację za dość zabawną.
Czarny Pan machnął lekceważąco ręką.
- Możesz zacząć od czegoś małego; zacząć brać udział w rozmowach prowadzonych przez twoich rówieśników. Pomyśl o tym jak o grze, w końcu lubisz grać na ludzkich emocjach, prawda, Izarze? Odnajdź ich słabości, a następnie wykorzystaj je, dowiedz się o nich wszystkiego, co tylko możliwe. Zabaw się nimi. – Zdecydowanie nie brzmiało to dla Izara jak coś zabawnego. Voldemort z łatwością odczytał wyraz jego twarzy. - Pomogę ci. W tym roku nie będzie na to zbyt wiele czasu, ale w następnym zabiorę cię na zgromadzenia w Ministerstwie.
- W następnym roku? – powtórzył podejrzliwie Izar. – Planujesz się ujawnić, prawda? Zamierzasz pokazać światu, że istnieje Czarny Pan o imieniu Voldemort, mam rację?
Jego plecy wciąż wygięte były w ukłonie, a Riddle był na tyle okrutny, aby nie podnieść Izara z tej pozycji.
- Tak, Lord Voldemort ma zamiar się ujawnić. Tom Riddle natomiast wciąż pozostanie zwykłym politykiem. – Mężczyzna nie podał mu żadnych kolejnych wskazówek na temat tego, kiedy ukaże się przed światem i Izar wiedział, że lepiej nie męczyć go o uzyskanie na to odpowiedzi. – Możesz wstać.
Spokojnie podniósł się na nogi, otrzepując swoje szaty z kurzu. Jego stawy trzasnęły nieprzyjemnie z powodu zbyt długiego przebywania w pozycji klęczącej.
- Jest również inny powód, dla którego cię tutaj sprowadziłem. – Voldemort ruszył w jego stronę, niemal raźnym krokiem. Izar zmrużył podejrzliwie oczy. – Mam dla ciebie zadanie. – Mężczyzna zaczął krążyć drapieżnie wokół Harrisona. – To również zatrzyma cię z dala od innych… - Voldemort zatrzymał się, unosząc swoją różdżkę. Izar zmrużył na nią oczy, czując, że na widok jego obecnej obsesji przebiega mu po ciele dreszcz. - …nieposłusznych projektów, które chodzą ci obecnie po tej twojej głowie.
I jakby sytuacja nie była już okropna, Voldemort przycisnął różdżkę do policzka Izara, powoli przesuwając nią po linii jego szczęki. Ten mężczyzna był takim pieprzonym draniem. Krukon starał się nie myśleć o różdżce na swoim policzku, spoglądając w przepełnione kpiną szkarłatne oczy Voldemorta. Przynajmniej był już tego teraz pewny – Czarny Pan jakimś cudem dowiedział się o dotyczącym poznania rdzenia jego różdżki planie Izara.
Przez krótką chwilę zastanawiał się, jak długo torturowałby go Voldemort, gdyby wyciągnął teraz rękę i chwycił jego różdżkę. Wystarczyło jedno, drobne zaklęcie i Izar poznałby jej rdzeń.
- Jakie znalazłeś dla mnie zadanie, mój Panie? – zapytał krótko Harrison, marszcząc nos i starając się udawać, że w ogóle nie interesuje go ta różdżka.
- Potrzebuję świstoklika. – Voldemort odsunął swoją różdżkę po ostatnim, ostrym klepnięciu nią o policzek Izara. – Może nie do końca świstoklika, ale chcę, by to urządzenie, wynalazek, który wymyślisz, było małe i niewykrywalne. Chcę, by można go było przymocować do innego obiektu, znacznie większego i takiego, który ktoś może chwycić.
- Więc, w zasadzie, potrzebujesz małego świstoklika, który przymocowany zostanie do czegoś, co nie może zostać w niego zamienione? – dopytywał się Izar, nieco zdezorientowany.
- Dokładnie. – Voldemort ostro skinął głową. – Szczerze mówiąc, będzie to miało takie samo zastosowanie jak świstoklik. Chcę jednak, by było małe i by można je było do czegoś przymocować. Chciałbym również, by był to swego rodzaju czasomierz. Chcę, by ten świstoklik przenosił ludzi do danego miejsca pod wpływem dotyku ich dłoni. Tylko że te dłonie nie dotykałyby bezpośrednio tego małego świstoklika.
- Wiesz – wycedził Izar – wszystko byłoby znacznie łatwiejsze, gdybyś po prostu powiedział mi, w jakiej sytuacji zamierzasz go użyć.
Umilkł, kiedy Czarny Pan wysłał mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Będzie używany w czasie rajdów. Na przykład, gdybym znajdował się w Ministerstwie, dotknąłbym twojego wynalazku. Ten przeniósłby mnie do miejsca, w którym czekaliby na mnie moi śmierciożercy. Chcę, by ten świstoklik był w stanie przetransportować całą moją armię z powrotem do Ministerstwa tak, by ta nie musiała dotykać świstoklika. Jak wszakże cała moja armia miałaby się stłoczyć w jednym miejscu, by dotknąć jednego, małego przedmiotu? To nie byłoby możliwe.
- Rozumiem. – Izar kiwnął głową, a jego myśli szalały. To było stosunkowo proste, musiałby po prostu skurczyć świstoklik i sprawić, że ten sam by się aktywował, zabierając ze sobą znajdującą się w określonej odległości grupę istot żywych. – Chociaż, oczywiście, istnieją ograniczenia. Jak duży powinien być promień świstoklika? Jak długi czas ma odmierzać czasomierz? Czy śmierciożercy będą już na swoich pozycjach, kiedy przybędzie świstoklik? I co z lokalizacją? Na jakie miejsce chciałbyś ją ustawić?
Wargi Voldemorta wykrzywiły się.
- Promień powinien być na tyle duży, by przetransportować wszystkich śmierciożerców. Jednak przy tym konkretnym świstokliku wystarczy, by miał on zaledwie pięć metrów. Co do czasomierza, ustaw go na dwadzieścia sekund, nie mniej, nie więcej. Lokalizacja? Proszę, spraw, bym sam mógł ją ustalić. – Jego wzrok przesunął się po Izarze. – Myślisz, że sobie z tym poradzisz? Jeżeli nie, mogę zapytać innego…
- Nie – przerwał mu szybko Izar, urażony. – Mogę to zrobić bez problemu.
Czarny Pan skinął głową.
- Nie chciałem cię obrazić, po prostu zastanawiam się, czy uda ci się zrealizować ten projekt z wiszącym ci nad głową Turniejem.
Izar wzruszył oschle ramionami.
- Kiedy zauważę, że nie mam na to wystarczająco czasu, przyjdę do ciebie, mój Panie, i cię o tym poinformuję. Wierzę jednak, że uda mi się skończyć to przed przerwą bożonarodzeniową. – Uniósł śmiało brodę, rozbawiony zadowoleniem, które przemknęło przez twarz Czarnego Pana.
- Dobrze. – Voldemort skinął w stronę drzwi. – Teraz cię już puszczę. Wykorzystaj resztę czasu swojej wizyty w Hogsmeade.
Izar ukłonił się sztywno, po czym odwrócił do drzwi. Zanim mógłby bezpiecznie się przez nie przemknąć, powstrzymał go od tego głos Voldemorta.
- Przy okazji, Izarze, kim był ten mężczyzna, z którym wcześniej rozmawiałeś w pubie?
Krukon wiedział, że jego serce się wtedy zatrzymało.
- K-który mężczyzna, mój Panie? – udało mu się z łatwością odzyskać głos, chociaż na początku załamał się on odrobinę.
- Ten mężczyzna… w kapturze… wierzę, że kiedy przybyłem, leżał nieprzytomny koło twojego stołka. – Izar odwrócił się, czując ulgę. Wyraz jego twarzy pozostał niewzruszony, kiedy spojrzał na równie pozbawioną emocji twarz Voldemorta. Zanim mógłby odpowiedzieć, mężczyzna kontynuował: - A myślałeś, że o kim mówiłem? Na pewno nie myślałeś przecież, że pytam o tego siedzącego w rogu mężczyznę, na którego palcu widniał rodzinny pierścień rodu Blacków, prawda?
Po chwili zastanawiania się nad swoją reakcją, Izar odwrócił wzrok od tych czerwonych oczu i parsknął.
- Właściwie, był to Syriusz Black – wymamrotał z nutą odrazy. – Pomyślałem, że wyszłoby mi na dobre, gdybym poprosił go o pomoc w nauce pojedynkowania się. Mam na myśli trochę walki jeden na jednego, bo nie jestem w tym zbyt dobry. Pomyślałem, że biorąc pod uwagę Turniej i w ogóle, będę potrzebował przy tym nieco więcej pomocy. – Oczywiście jąkał się, ale w żaden sposób nie okazał po sobie, z jakim trudem przychodziło mu wymyślenie tych słów.
Voldemort wydał z siebie zainteresowany dźwięk, a jego brwi uniosły się do góry. Jego czerwone oczy uważnie się mu przyglądały, nie mając w sobie choćby krzty łagodności. Izar wiedział, że Czarny Pan mu nie uwierzył.
- Pojedynki, hmm? – Voldemort nie przestawał udawać, że wierzy w jego historyjkę. – To dość sprytne posunięcie z twojej strony, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, na czym będzie polegało drugie zadanie. – Chociaż Voldemort pogrywał sobie z Izara, Krukon zastanawiał się, skąd mężczyzna wiedział, że to właśnie z Regulusem wcześniej rozmawiał.
Izar skinął głowę, zdając sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. W tej chwili Voldemort nie wyglądał na wściekłego z powodu kłamstwa Izara, chociaż z drugiej strony Czarny Pan dość umiejętnie ukrywał emocje na swojej twarzy i w swojej magii. To sprawiło, że Izar zaczął zastanawiać się, czy Voldemort wiedział, iż to właśnie Regulus znajdował się w pubie, czy może tylko miał wobec tego podejrzenia.
Czarny Pan splótł swoje ręce za plecami, mrugając do Izara.
- W takim razie dobrze. Podejrzewam, że powinieneś skończyć teraz swoją rozmowę z profesorem Blackiem i ustalić z nim harmonogram waszych zajęć.
Izar ponownie skinął głową w dość głupim geście, otwierając drzwi, aby przez nie przejść. Stąpając ostrożnie, udało mu się wyjść przez nie bezpiecznie na korytarz, nie otrzymując przy tym żadnej rzuconej od tyłu klątwy. Zatrzymał się, odwracając, aby spojrzeć na Czarnego Pana. Mężczyzna wciąż stał w bezruchu, uśmiechając się lekko do Izara.
Nie tracąc ani chwili dłużej, Izar odwrócił się na pięcie i uciekł z pokoju, mając nadzieję, że nie poczuje na swoich plecach żadnego Cruciatusa.
Kiedy zszedł do holu, z wdzięcznością zauważył, że nigdzie nie było już w nim widać Regulusa.
Jedyny problem?
Izar naprawdę musiał poprosić teraz Syriusza Blacka o pomoc w nauce pojedynkowania się.
I… prawdopodobnie błagać Severusa Snape'a o to, by ten nauczył go oklumencji. Z drugiej strony jednak, Voldemort przyznał kiedyś, że nie wchodzi do ludzkich umysłów zbyt delikatnie. Rozrywa go boleśnie, a w czasie ich spotkania Izar nie poczuł wewnątrz swojego umysłu zupełnie nic, nawet najmniejszego łaskotania.
Izar miał przeczucie, że ten mężczyzna po prostu był w tym wszystkim taki dobry. Nikt nie mógł ukryć niczego przed Czarnym Panem. No cóż, Severus Snape był wyjątkiem. W końcu był w stanie sfałszować śmierć Regulusa tak, że chociaż raz Voldemort nie był tym najmądrzejszym.
Prawda?
