- C-co? – zapytała cofając się o kilka kroków – Co powiedziałeś?

Świat stanął na głowie. Wszystko stanęło na głowie, wszystko się zmieniło, jakby wpadła nagle w jakiś koszmar, jakby coś odcięło ją od rzeczywistości. Hogwart przestał istnieć, wszystko było już nieważne, tylko on… „Canis Lupus"… Przecież to niemożliwe…

- Wiesz doskonale.

- N-nie, ja...

- Nie bój się, Cassie. – jego głos był spokojny i łagodny, jakby na siłę starał się uspokoić przerażoną dziewczynę – Nikt się nie dowie.

- Ale...Ja n-naprawdę.

Gra nie miała sensu, wiedziała o tym, zwłaszcza, że zdradziło ją własne ciało, ale wciąż uparcie starała się zaprzeczać temu, co przed chwilą usłyszała. Przecież teraz wszystko miało się ułożyć…

Remus zrobił krok do przodu, patrząc jej prosto w oczy. Przez kilka sekund stali w milczeniu; w końcu dziewczyna wzięła głęboki oddech i zapytała cicho:

- Skąd wiesz?

Gra skończona. Determinacja, jaka pojawiła się nagle w jej oczach niemal całkowicie wyparła opanowujące ją jeszcze przed chwilą przerażenie. Nie wytrzymał jej spojrzenia.

Po raz pierwszy od początku całej sprawy poczuł się jak szpieg. Podły szpieg, który naruszył granice obcego królestwa.

- To raczej długa historia… - zaczął w końcu, zezując na jej buty – I sam nie wiem, jak…

Krzyk Jake'a przerwał mu nagle i oboje spojrzeli w kierunku nadbiegającego chłopca.

Zdyszany, dopadł do siostry i spojrzał na nią błagalnie.

- Wszędzie cię szukam. Cassie, proszę, musisz mi…

- Daruj sobie, Jake. – powiedziała słabo - On wie.

- Co… ?

Spojrzeli na siebie w milczeniu. Chłopak omiótł wzrokiem bladą twarz siostry i porozrzucane wokół książki.

- Ale… jak?

Cassie spojrzała na niego żałośnie, nie mogąc wydusić siebie ani słowa.

- Niech to szlag. – zaklął Jake, chwytając za różdżkę.

- Pogięło cię? – syknęła, łapiąc go za nadgarstek; poczuła, jakby nagły ruch brata wyrwał ją wreszcie z tego dziwnego letargu – Chcesz go załatwić na środku korytarza? O ósmej wieczorem?

- A co, wolisz zaczekać, aż wyśpiewa Dumbledorowi, że Cassidy Collins to władca zwierząt? Szlaban mnie teraz szczególnie nie interesuje! – szarpnął mocno ręką, lecz nie był w stanie wyswobodzić się z jej uścisku.

- To niech cię zainteresuje fakt, że zbliża się do nas prefekt Ravenclawu i ja nie zamierzam mu tłumaczyć, skąd mój jedenastoletni brat zna Obliviate! – warknęła, wyrywając mu różdżkę.

Remus poczuł, że sytuacja zaczyna wymykać mu się spod kontroli. Nim jednak zdążył zaprotestować, siódmoklasista podszedł do nich, spoglądając z góry na całą trójkę.

- Coś się stało, Lupin?

- Wszystko gra. – ucięła krótko Cassie. – Mamy po prostu za dużo książek.

Chłopak zmierzył ją wzrokiem i spojrzał na Remusa, szukając u niego potwierdzenia.

Ten skinął głową. Nie wiedział, czy mądrze robi odsyłając Krukona, jednak doszedł do wniosku, że woli to załatwić w mniejszym gronie. Poza tym wątpił, by ktokolwiek był w stanie obronić go przed dwójką Collinsów.

- Pomóc wam?

- Nie. – odparli równocześnie, patrząc na niego znacząco.

- Więc pozbierajcie to i idźcie już. Pani Pince nie byłaby zadowolona widząc, jak traktujecie książki.

Prefekt odszedł powoli. Cassie machnęła krótko różdżką i podręczniki ustawiły się w równym rzędzie.

- Weź to. – powiedziała szybko, wciskając bratu książki.

Jego różdżka wciąż spoczywała w jej kieszeni.

- I co dalej? Jak decydujesz? – zapytał Jake niezadowolony.

- Na razie nijak. Musimy się stąd ulotnić, to przecież korytarz. Nie mam ochoty tłumaczyć kolejnej osobie, co tu robimy.

- Gdzie chcesz iść? – zapytał powoli Remus.

Rodzeństwo spojrzało na siebie uważnie.

- Do Pokoju Życzeń. – powiedzieli równocześnie.

Drogę przeszli jak w transie. Niektórzy z mijanych uczniów uśmiechali się do nich lub machali na powitanie, jednak Cassie i Jake zbywali ich krótkim skinieniem głowy. Remus nie potrafił zdobyć się nawet na to – widać w przypadku Collinsów wieloletnie ćwiczenia przynosiły właśnie swoje owoce.

- Pytanie mam tylko jedno… – powiedziała Cassie, siadając już na sofie vis a vis Lupina – Skąd się dowiedziałeś?

Remus westchnął cicho.

- To długa historia…

- To już słyszałam. – warknęła. – Pytam o szczegóły.

Chłopak spojrzał na nią zdziwiony. Odkąd tylko pamiętał, jego koleżankę cechował niewypowiedziany spokój. Ostatni raz widział ją rozgniewaną, gdy wrócili z lekcji Runów, nigdy jednak nie przypuszczał, że zobaczy ją w takiej sytuacji. Cassie nie była tylko zła; była przeraźliwie służbowa, jakby się w ogóle nie znali. Pierwszy szok minął i teraz jedyne, czego potrzebowała, to informacje.

- Więc… zacząłem się tym interesować po incydencie z białym wilkiem nad drzwiami Wielkiej Sali. Tak jak uwierzyłbym jeszcze w teorie prasy dotyczące tego czarnego, tak potem wiedziałem, że coś wymyka się nam spod kontroli. To, że te wydarzenia były ze sobą powiązane stało się dla mnie oczywiste, nie mogłem tylko znaleźć wspólnego mianownika. Zacząłem więc szukać w bibliotece - w krótkim czasie dowiedziałem się o wilkach zwykłych i magicznych naprawdę wiele, jednak nic mi nie pomogło. Próbowałem też odtworzyć ślad na brzuchu tego białego – narysowałem chyba setki różnych szkiców i doszedłem tylko do wniosku, że tam był jakiś znak. Niewiele mi to dało, chociaż przetrząsnąłem mnóstwo książek, a nawet konsultowałem się z Hugh.

Twarz Cassie stężała nagle, a Remus po raz pierwszy poważnie się wystraszył. Wyglądała tak, jakby była gotowa go zaatakować w każdej chwili.

- Spokojnie, on w ogóle się tym nie interesował. – zapewnił szybko, czując, jak puls mu przyspiesza – W każdym razie, nie tak, jak ja. Powiedział mi tylko mniej więcej, jaki znak widział i to wszystko. Był już zmęczony różnymi teoriami.

Dziewczyna zmarszczyła brwi. Bardziej od jej wzroku Lunatyk bał się niezręcznej ciszy, więc chcąc, nie chcąc kontynuował swoją historię:

- Kiedy na błoniach pojawiły się te runy od razu postarałem się o zdjęcie z gazety, ale sprawdzanie tego było jeszcze trudniejsze. Nawet nie umiałem ich dobrze porównać, to było straszne. Godzinami siedziałem nad jednym zdjęciem, badając je cal po calu, a i tak nie byłem w stanie dokładnie ich odtworzyć. A potem.. nagle… zupełnie przypadkiem… trafiłem na „Legendy i Baśnie" To…

- Mówiłam! – krzyknęła Cassie, patrząc z wyrzutem na Jake'a – 2% to cholernie dużo!

- Zaraz, zaraz, to ty twierdziłaś, że teraz nie mamy na to czasu!

- Bo nie mieliśmy! Ale mogłeś mi potem chociaż przypomnieć!

- To co, to moja wina?

- Przestańcie! – krzyknął Remus, podnosząc dłoń.

Spojrzeli na niego zaskoczeni. Sam Lupin zdziwił się swoim nagłym wybuchem gniewu – widać nerwowa atmosfera w pokoju udzielała się także jemu. Doszedł jednak do wniosku, że Cassie krzycząca na niego była w o wiele lepszym położeniu, niż on krzyczący na Cassie.

– Już starczy. – powiedział ciszej - Jeśli to wam pomoże, z tą książką i tak utknąłbym w ślepym zaułku.

Popatrzyli na niego ze zdumieniem, jednak nie powiedzieli już ani słowa.

- Kontynuując - podjął, przyglądając im się uważnie – Ta książka wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem i gdyby nie fakt, że moją uwagę przykuł jeden z rysunków, nigdy bym po nią nie sięgnął. Potem jeszcze ujrzałem tam kolejny, znajomy znak. Choć co do tego na początku nie miałem pewności.

- Wafalme? – zapytała Cassie.

Skinął głową.

- Zabrałem ją więc do siebie i przeczytałem wszystko o władcy zwierząt i magicznych stworzeń. Wtedy… gdy wypisałem sobie najważniejsze cechy... zmiennokształtność, ogromna siła, zaawansowana magia, własny język… wreszcie, znak Wafalme, przypominający ten na brzuchu białego wilka … zrozumiałem. Choć wciąż nie byłem pewien, bo w moim wyobrażeniu wilkołak powinien od razu uciec na widok władcy, a nie z nim walczyć, to coś mi podpowiadało, że trafiłem na dobry trop. W końcu sam Dumbledore miał ogromne problemy z usunięciem runów i zdjęciem białego wilka z ramy, a niewiele rzeczy jest go w stanie zaskoczyć. Zrozumiałem też, że jeśli miałem rację, to władca zwierząt jest gdzieś w tej szkole i że najprawdopodobniej jest to właśnie Canis Lupus. Bo, jak wyczytałem, używacie łacińskiego nazewnictwa. Nie miałem tylko pojęcia, kto to jest.

- Więc?

Cassie i Jake zrozumieli, że historia Lupina zbliża się ku końcowi, toteż ze zwiększonym napięciem czekali na ostatni element łamigłówki. Czując coraz bardziej przytłaczającą atmosferę przesłuchania, Remus westchnął nieznacznie, gotów wyrzucić z siebie ostatnią cześć swojej opowieści.

- Zacząłem skupiać się na samej osobie władcy. Co o nim wiem, poza tym, że ma ogromną moc? Pojawił się w pełnię, ratując Sue, Petera i Kettleburna. Z tego, co słyszałem, doznał wtedy pewnego … uszkodzenia. W momencie, w którym dowiedziałem się o władcy zwierząt pewnie już dawno się wykurował, ale starałem sobie przypomnieć wszystko z okresu tuż przed pełnią. Z opowieści Sue doszedłem do wniosku, że ten wilk był świetnie przygotowany do walki – co oznaczało, że nie mogłem szukać wśród pierwszo- czy drugoklasistów. Opanowanie tak ogromnej mocy na pewno zajmuje trochę czasu, wątpiłem więc, czy jedenastolatek – z całym szacunkiem, Jake – zdołałby to zrobić.

Chłopiec skinął głową i spojrzała Cassie, uśmiechając się pod nosem. Dziewczyna zagryzła wargi i szturchnęła go w bok. Lunatyk podniósł głowę z nadzieją. Po raz pierwszy od początku rozmowy zachowywali się jak normalni ludzie. Jak brat i siostra, a nie dwójka aurorów przesłuchujących najwierniejszego sługę Voldemorta. Collinsowie najwyraźniej zauważyli reakcję Lupina, bo odrobinę spuścili z tonu. Gdy Cassie odezwała się po raz kolejny, jej głos stracił wreszcie tę chłodną, służbową nutę.

- Mów dalej, Remusie.

Chłopak skinął głową, zbierając myśli.

- Zakładałem, że być może władca zwierząt znał którąś z niedoszłych ofiar. Oczywiście, mógł się tam zjawić przypadkiem, ale… cóż, dużo poświęcił dla Sue i Peta. Może, gdyby byli mu obcy, próbowałby … nie wiem, jakoś uspokoić wilkołaka z bezpiecznej odległości, tak, by nie widzieli kto im pomaga. Nie znałem do końca twoich mocy, nie wiedziałem więc, jak daleko mogę się posunąć w moich teoriach. Z drugiej strony, władca chyba nie myślał o ostrożności, gdy w grę wchodziło życie drugiego człowieka. Nawet, jeśli ich nie znał, byli uczniami tej samej szkoły. Wolałem jednak na razie założyć opcję numer jeden, w końcu znacznie zacieśniała krąg podejrzanych. Najpierw chciałem przyjrzeć się znajomym Petera, ale potem stwierdziłem, że cóż – najciemniej pod latarnią. Wtedy, przypadkiem usłyszałem, jak Sue i Lily rozmawiały o Leilii.

Cassie i Jake zaśmiali się cicho.

- Tak, ona nam teraz trochę przeszkadza.

Remus uniósł brwi.

- W każdym razie… – kontynuował – widziałem, że Leila ostatnio rzadko przebywa w towarzystwie przyjaciółek, ale wcześniej się tym nie interesowałem. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę, jak przychodzi do salonu godzinę po ostatnim zawodniku ze swojej drużyny, zmęczona do tego stopnia, że nawet Rogaty na najgorszym treningu nie doprowadziłby jej do takiego stanu. Podsłuchałem też kilka krótkich kłótni między nią a Lily, kiedy tamta chciała się od niej czegoś dowiedzieć. Leila ostatnio chodziła rozdrażniona, zmęczona i jakby nieobecna – co idealnie pasowało do profilu władcy. Cokolwiek się działo, miał na pewno spore kłopoty, a to musiało odbić się na jego samopoczuciu. Nie poznałem jego świata na tyle, by móc zrozumieć, o co chodziło, ale domyślałem, się, że ktoś najwyraźniej kwestionował jego władzę. Miałem rację?

Cassie skinęła głową w milczeniu. Remus ucieszył się w duchu, jednak zachował kamienną twarz – jego uśmiech w tej chwili mógłby być mylnie interpretowany.

- Zauważyłem też jedną ważną rzecz. – gdy znikała Leila, często po krótkim czasie odchodził Mike. Nie raz to on ją wyciągał od przyjaciółek pod pozorem treningu na boisku czy pomocy z zadaniem domowym. To było genialne w swojej prostocie, a jednak po dłuższym czasie mogło wzbudzać podejrzenia. Władca zwierząt na pewno potrzebował kogoś do pomocy, a brat, nawet pięć lat młodszy, może się okazać dobrym partnerem.

Wciąż jednak nie miałem ostatecznego dowodu. – uśmiechnął się pod nosem – Choć mogłem go zdobyć już dawno. Nie wiem, czy James mówił wam nad czym pracowaliśmy z chłopakami przez ostatnie dwa lata?

Spojrzeli na niego zaskoczeni i pokiwali przecząco głowami.

- Widzicie, stworzyliśmy mapę Hogwartu, na której widać wszystkie osoby znajdujące się na terenie zamku lub w jego pobliżu.

- CO? - Cassie i Jake podskoczyli na sofie, spoglądając na Remusa z niedowierzaniem. – Wszystko? Gdzie są? Co robią?

- Tylko gdzie są. – sprostował Lupin – Którejś nocy zabrałem więc tę mapę czekając, aż zobaczę jak Leila z Mikem się wymykają, ale… zobaczyłem coś innego.

Cassie pobladła nagle, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowana.

- Zobaczyłem… was. - przełknął ślinę – Pojawiliście się nagle na siódmym piętrze, o trzeciej w nocy… pewnie wracaliście z Pokoju Życzeń. Jakimś cudem weszliście do Pokoju Wspólnego nie budząc Grubej Damy i…

- Zaraz, zaraz. – Cassie spojrzała na niego uważnie. – To było w noc po wypadzie do Hogsmeade, tak?

Remus skinął głową.

- Mówiłam ci, że coś słyszałam! – zwróciła się do brata z triumfem. – Ktoś był w Pokoju Wspólnym, to nie były tylko oddechy śpiących uczniów.

- Sama potem twierdziłaś, że to pewnie chłopaki się wykradają…

- Tak, wiem. – przytaknęła niecierpliwie, przecierając czoło – Raczej nie zakładałam TAKIEJ możliwości. Dobra, mów dalej. Weszliśmy, Gruba dama wciąż śpi, a ty, jak podejrzewam, nie widzisz nikogo w salonie, tak? Co dalej?

- Dalej… - westchnął Lupin, opierając się łokciami o kolana – Pozostała już tylko obserwacja. Widziałem, jak… eee… wyskakujesz z okna, odbierasz Jake'a z sypialni i … oddalacie się. Jednak za każdym razem, gdy wychyliłem się na zewnątrz nikogo nie widziałem, czasem tylko zdawało mi się, że słyszę jakiś szum. Mapa jest w fazie testów, ale nigdy nie pomyliła się aż tak. Gdy nie wychodziliście tym sposobem, widziałem w jak szliście w stronę Pokoju Życzeń. Rzadko zdarzało się, byście szli razem, najczęściej dzieliło was kilka minut.

Jake'owi opadła szczęka. Cassie patrzyła na Remusa z mieszaniną rozpaczy i zdezorientowania.

- Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Byłaś naprawdę ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewał. Dopiero teraz wszystko staje się dla mnie jasne. Gdybyś zachowywała się tak jak Leila, nie utrzymałabyś swojej tajemnicy nawet przez pół roku.

Cisza, jak zapadła po tych słowach dała Remusowi jasno do zrozumienia, że istnienie Mapy Huncwotów wyraźnie przeraziło rodzeństwo Collinsów. Jake zdawał się właśnie zaliczać stan przedzawałowy, podczas gdy Cassie najwyraźniej wpadła w letarg. Gdy odezwała się po raz kolejny, jej głos był przeraźliwie słaby i cichy.

- Nie miałam pojęcia… Wiesz, jak to może się skończyć?

- Musimy porozmawiać z Shourim, Cas. – szepnął Jake - Jeśli można ogłupić Namiar, można i to.

- Przecież każdej nocy mogli nas zobaczyć! – jęknęła.

- Chłopaki na razie nie korzystają często z mapy, bo cały czas ją udoskonalamy. – powiedział szybko Remus – Jak chcesz wykradnę ją dla ciebie, żebyś mogła…

Przerwała mu ruchem ręki.

- To później. Teraz musimy ustalić najważniejsze.

- To znaczy?

- Co robimy z tobą?

Chłopak poczuł, jak zasycha mu w gardle.

- A co chcecie zrobić?

Cassie i Jake zaśmiali się, widząc jego minę.

- Nic bolesnego, chociaż jednego wieczoru kilkukrotnie przyprawiłeś nas o zawał, więc tak właściwie należy ci się nauczka.

- Tu chodzi o twoją pamięć, Remusie. – podjęła Cassie – Naszym zadaniem jest ochrona mojej tajemnicy za cenę życia.

- Co nam ostatnio świetnie wychodzi. – burknął jej brat.

- Nie musisz mnie pogrążać. – mruknęła, przeczesując ręką włosy. – W każdym razie…

- Posłuchajcie – przerwał jej Remus, domyślając się, do czego zmierza – Znałem waszą tajemnicę już od jakiegoś czasu i nikomu nie zamierzałem o niej powiedzieć. Na początku nie chciałem nawet wyjawić tego wam, bojąc się takiej właśnie reakcji. Doszedłem jednak do wniosku, że to będzie niesprawiedliwe w stosunku do ciebie, Cassie. Naprawdę, naprawdę nie musisz się niczego obawiać z mojej strony.

Dziewczyna potarła oczy.

- Nie rozumiesz. Mogę wierzyć w twoje dobre intencje, ale pamiętaj, że w naszym świecie nie trzeba słów, by wyjawić komuś jakąś tajemnicę. Modyfikowaliśmy pamięć wszystkich, którzy mieli ze mną jakikolwiek kontakt, mimo faktu, że nie znali mojej tożsamości. Pozostawienie ciebie w takim stanie jest naprawdę ryzykowne.

Lupin zawahał się.

- Ale…

- Chcesz zostać aurorem? – wszedł mu w słowo Jake.

- Nie wiem. – wzdrygnął ramionami – Myślałem o tym.

- Więc będziesz miał styczność z różnymi typami. – stwierdziła Cassie – I nie łudźmy się, kto będzie twoim największym wrogiem. Lord Voldemort rośnie w siłę. – powiedziała głośno, a Remus mimowolnie się wzdrygnął – Ma swoich popleczników, a on sam jest mistrzem legilimencji, z tego, co słyszałam.

- Nie posuwasz się odrobinę za daleko? – zapytał niepewnie.

- Mówię o dobru kilku milionów istot, ostrożność to podstawa. – stwierdziła rzeczowo. – Wafalme i Hasira już tak wyjawili na świat rzeczy, o których nikt nie powinien wiedzieć. Całe szczęście, że zdjęcie wilka nie poszło do prasy.

- Spokojnie, posłuchaj. – Remus stonował od razu, widząc, że stąpa po cienkim lodzie – Ja rozumiem wasze obawy, doskonale rozumiem, naprawdę, ale… jest sposób na legilimencję. Może są ludzie, którzy potrafiliby…

- Człowieku, wiesz o czym mówisz? O oklumencji najwyższego stopnia! – powiedział głośno Jake – Rozumiesz, co to znaczy? Całkowite oczyszczenie swojego umysły z emocji podczas gdy stoisz twarzą w twarz z Voldemortem? To tak, jakbyś patrzył w oczy diabła. Nie wiem, jak silnej woli trzeba, by oszukać jego spryt.

- Jednak to jest możliwe. – wykłócał się Lupin - Nie powiesz mi, że on ma dostęp do każdego człowieka. Musi być ktoś, kto potrafi go nie dopuścić do siebie.

Cassie chrząknęła cicho, chcąc dać panom do zrozumienia, że ich rozmowa delikatnie zbacza z wyznaczonego toru. Ci jednak dalej kontynuowali dyskusję, starając się wzajemnie przekonać do swoich racji.

- Może jest ktoś taki. Obstawiałbym Dumbledore`a, to wszystko. Zresztą, Voldemort nie śmiałby włamać się do jego umysłu, ale to już inna sprawa. Tak, czy siak wiesz, ile trzeba czasu i wysiłku, by opanować oklumencję? Zresztą, to i tak nic. Tylko, gdy spojrzysz mu w oczy i będziesz umiał ukryć swoje myśli, wygrasz. Taki sprawdzian jest raz w życiu. Może też nie przyjść wcale, to kwestia szczęścia. Jednak jako auror będziesz na to narażony. To prawda, że niewielu ma „zaszczyt" walczyć z Voldemortem, a prawdopodobieństwo, że chciałby zrobić wnikliwą analizę twojego umysłu jest jeszcze mniejsze, jednakże nie można tego wykluczyć. W naszym wypadku to jest już poważne ryzyko.

- A Cassie? – zapytał nagle Remus.

- Cassie i jej umysł to zupełnie inna bajka. – odparł krótko Jake. – Mówimy teraz o tobie. Wiesz, co by się stało, gdyby jakimś cudem ktoś jeszcze się o niej dowiedział?

- Wiem, ale… Zdajesz sobie chyba sprawę, że Zaklęcie Zapomnienia nie rozwiązuje wszystkiego. Nie będzie lepiej, gdy będę się świadomie bronił? – spojrzał to na jednego, to na drugiego. Nie słysząc odpowiedzi, mówił dalej - Nie wiem, co postanowicie, ale będę musiał uszanować waszą decyzję. To w końcu twoja sprawa i twoje królestwo, Cassie. Wiem, że chcesz dla niego jak najlepiej.

Dziewczyna westchnęła głęboko i ukryła twarz w dłoniach.

- Musiałeś, Remus? Musiałeś szukać?

W pokoju zapadła cisza. Jake siedział wsparty o kolana, wpatrując się w dywan. Jego ręce drżały nieznacznie, a oświetlona blaskiem kominka twarz zastygła w wyrazie skrajnego zagubienia. Wreszcie jego siostra podniosła głowę i spojrzała zbolałym wzrokiem na Remusa.

- Nie rozumiem tylko jednego. Dlaczego ci tak zależy? Wiem, odkryłeś jedną z największych tajemnic, ale… co ci da ta wiedza, skoro nie chcesz się nią z nikim podzielić? Mówisz o oklumencji, a nie łatwiej by ci było po prostu zapomnieć?

- Ja…. – Lupin popatrzył na nią niepewnie – Może to zabrzmi głupio, ale myślałem, że na coś się przydam. Nie tylko w unicestwianiu Mapy, ale w ogóle… potem.

- Chcesz pomóc? – zapytali równocześnie, patrząc na niego ze szczerym zdziwieniem.

- Doglądać stad?

- Czytać setki raportów?

- Walczyć z kłusownictwem?

- Wymykać się z domu w Wigilię?

- Paktować z centaurami?

- Odbierać poród testrali?

- JA odbierałam ten poród. – powiedziała Cassie dobitnie.

- Pomagałem ci! – zaperzył się Jake, patrząc na nią z wyrzutem.

- Jak doszedłeś do siebie.

- Miałem siedem lat, chyba nie…

- Dobra, starczy! – przerwał im Remus. Spojrzeli na niego wyczekująco – Tak, chcę. Jeśli tylko mi pozwolicie.

- Zdajesz sobie sprawę, co to oznacza? - zapytała poważnie Cassie – Musisz opanować rzeczy, których nie uczułbyś się jeszcze przez długi czas, być gotowym do wyruszenia o każdej porze dnia i nocy. Gdy raz wejdziesz w ten świat, nie ma już odwrotu. To ciężka praca, nie zabawa. Dobrze ci radzę, odejdź, póki możesz.

- Ale ja nie chcę. – zaperzył się – Nie mam pięciu lat, mogę sobie wyobrazić, co to znaczy. I chcę pomóc. Zrobię wszystko, naprawdę, tylko dajcie mi szansę.

Rodzeństwo wymieniło niepewne spojrzenia.

- Ty decydujesz. – powiedział nagle Jake. – W końcu ty tu jesteś władcą.

Cassie zagryzła wargi patrząc na Remusa z zastanowieniem.

- Jesteś gotów uczyć się oklumencji od zaraz? – zapytała po chwili.

Skinął głową.

- Przejść cały trening bez słowa skargi?

- Tak, oczywiście.

- Gdy wyrwiemy cię w środku nocy z łóżka, każąc lecieć na drugi koniec Europy, nie będziesz narzekał?

- Nie.

- Nawet przed sprawdzianem z transmutacji?

Remus uśmiechnął się pod nosem.

- Chyba to przeżyję.

- Naprawdę jesteś gotów poświęcić połowę swojego życia dla obcego królestwa? – zapytała z niedowierzaniem.

- Nie jest mi obce. – burknął. – To, że nie mam nad nimi władzy nie znaczy, że nie obchodzi mnie ich los.

Cassie przekrzywiła głowę. W tym momencie przypominała Lupinowi zdezorientowanego wilka, który napotkał na swojej drodze nową, nieznaną do tej pory przeszkodę.

Remus naprawdę wyglądał na zdeterminowanego, ale Canis Lupus wciąż miała poważne obawy. Był obcy. Zupełnie obcy. Czy ma prawo wpuścić go do jej świata? Pokazać to, o czym tak naprawdę nigdy nie powinien się dowiedzieć? Jednak z drugiej strony… on mógł zrobić coś zupełnie innego. Gdyby wydał jej tajemnicę i jakimś cudem ją zdemaskował, otworzyłby się przed nim świat zupełnie nowych możliwości. Zamiast tego, Lupin wolał uczciwie przyznać, że sekret Cassie nie był chroniony tak dobrze, jakby się wydawało. Przez ostatnie pół godziny pozwolił sobą niemalże pomiatać, w imię czego? Bezpieczeństwa królestwa zwierząt i magicznych stworzeń. Po tym wszystkim jego jedyną odpowiedzią była oferta pomocy w unicestwieniu tej dziwnej mapy i … prośba o przyjęcie do Ekipy.

Cassie po raz pierwszy poczuła drobne ukłucie wyrzutów sumienia.

On naprawdę miał ich w garści, a mimo to wolał wystawić się na jej gniew. Na pewno się jej bał; gdy poznał jej tożsamość i jej możliwości nie mógł więcej powiedzieć, że zna Cassidy Collins. Nie znał jej, tak samo jak ona nie znała jego.

Jednak Remus potrafił jej zaufać, kładąc na szali własne bezpieczeństwo. Czy to nie powinno działać w dwie strony?

Z drugiej strony, ona narażała nie tylko siebie. W jej przypadku działała odpowiedzialność za miliony istot, ale… czy Lupin właśnie nie pokazał, że jemu również na nich zależy?

Dziewczyna zagryzła wargi. Po chwili, z pewnym ociąganiem, nachyliła się w jego stronę i wyciągnęła rękę.

- Mam nadzieję, że wiesz co robisz. Witam w drużynie.

Remus roześmiał się krótko i uścisnął jej dłoń. Jake wypuścił ze świstem powietrze i zagłębił się w oparciu fotela.

- Nie wierzę. – westchnął po chwili – Naprawdę w to nie wierzę.

Cassie opadła na sofę i przymknęła powieki.

- Shouri dostanie zawału. Muszę go odwiedzić dzisiaj w nocy, nie ma innego wyjścia. Właśnie.

Podniosła się nagle i spojrzała na Remusa.

- Jak ci tak spieszno do pomocy, oto twoja pierwsza misja. O północy masz mi przekazać

tę waszą cudowną mapę i przez następne kilka dni zadbać o to, by chłopaki wierzyli, że się zagubiła.

- O północy? Ale oni… - urwał, widząc minę rodzeństwa – Dobrze, dobrze, rozumiem. Północ. Mapa. Żadnych wykrętów. Mam cię oczekiwać przy drzwiach, czy przy oknie?

Cassie i Jake parsknęli śmiechem, widząc zagubioną minę Lupina. Mimo wszystkiego, co do tej pory odkrył, wciąż trudno było mu się odnaleźć w rzeczywistości Canis Lupus.

- Przy oknie. – odparła rozbawiona.

- Jake też będzie?

Cassie spojrzała z ukosa na brata.

- On ma męski wieczorek. – oznajmiła z przekąsem. – Lecę sama.

Lunatyk skinął głową, wzdychając ciężko.

- Wciąż jesteś pewien? – zapytała spokojnie Cassie.

Spojrzał na nią z oburzeniem.

- Oczywiście, że tak. Dajcie mi tylko trochę czasu na aklimatyzację. Zresztą… skoro już wyciągnęliście ode mnie wszystkie informacje, to czy mogę wreszcie liczyć na rewanż?

- Rewanż? – zdziwił się Jake.

- Jest tyle pytań, tyle niedomówień. Wciąż nie do końca wiem, jak to wszystko… działa.

- To długa historia. – mruknęła Cassie, uświadamiając sobie, że powtarza właśnie słowa Remusa. – Jeden wieczór może nie starczyć. Zwłaszcza, że nasz mały imprezowicz…

- Skończ już. – burknął Jake, a jego siostra zachichotała cicho. – Jest wpół do dziewiątej, za pół godziny muszę uciekać. Do tego czasu możemy odpowiedzieć na kilka pytań, nie?

- Zakładasz, że wracamy razem? A tak w ogóle, jaką miałeś wymówkę?

- Praca domowa. – odparł cicho.

Dziewczyna uniosła się na siedzeniu i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- Praca domowa? Proszę cię. To już Mike ma lepsze pomysły.

- Proste rozwiązania są najlepsze. – warknął jej brat – Zresztą, dawno czegoś takiego nie było, a ty możesz mi pomóc raz na jakiś czas.

- A Remus? – zapytała, wskazując głową na siedzącego vis a vis Lupina.

- JEGO jeszcze nie uwzględniałem w moim planie. – odparł dobitnie – Ale on często siedzi w bibliotece, więc mógł się napatoczyć po drodze.

Lunatyk puścił mimo uszu tę uwagę, koncentrując się na pytaniach, jakie chciał zadać rodzeństwu. Miał tylko pół godziny, więc z setek wątpliwości chciał wybrać te, które mogły być rozwiane już dziś.

Tak bardzo pragnął, by przez następne trzydzieści minut świat Canis Lupus odsłonił przed nim choć część ze swoich tajemnic.

- Czy mogę już zacząć? – zapytał niecierpliwie. – Nie śmiejcie się, ale czas mi ucieka.

- Strzelaj.

Cassie usiadła się wygodniej na sofie w oczekiwaniu na pierwsze pytanie.

- Czy to wszystko, co pisał Torres to prawda? To znaczy… możesz przyjąć kształt każdego zwierzęcia, tak? Ale… czy możesz też mieszać formy?

- Mogę. – odparła spokojnie dziewczyna. – Właściwie, w kwestii przemian u władców można wyróżnić trzy stadia – przemiana całkowita, mieszana i przyjmowanie właściwości. Stopień trudności wzrasta z każdą z nich. Całkowitą chyba nie muszę ci tłumaczyć, prawda? Taka rozbudowana animagia, z tym, że nawet w formie zwierzęcej mam zdolność komunikowania się z ludźmi.

- Mówisz? – popatrzył na nią ze zdziwieniem – Ale jak?

- Nie otwieram pyska, jeśli o to chodzi. – zaśmiała się krótko – To coś jak głośna telepatia.

- A co z pozostałymi dwoma?

- Drugi stopień przemiany to mieszanie form – uskrzydlone wilki, lwy z możliwością kontrolowania ognia, paskowana antylopa i tak dalej. Pełna dowolność, wszystko zależy już od wyobraźni i zaawansowania w opanowaniu mocy. Trzecie i najtrudniejsze stadium to przyjmowanie właściwości. Bez zmiany formy stajesz się szybki jak gepard, silny jak niedźwiedź czy zwinny jak gazela. Oczywiście, możesz wtedy być równie dobrze w ciele człowieka, co na przykład wilka. Chodzi o to, że posiadasz moce, których w normalnym wypadku twoja forma nie ma. To wymaga maksymalnego skupienia, dlatego na dłuższą metę w walce używa się tylko dwie pierwsze przemiany.

Remus skinął głową, próbując sobie uporządkować wszystkie zebrane informacje.

- To dlatego byłaś taka silna, jak walczyłaś z tym wilkołakiem? – wypalił nagle, przypominając sobie wydarzenia sprzed dwóch miesięcy.

Cassie przytaknęła.

- Odrzuciłam go na bok, skupiając się na sile lwów. Ciało wilka jest szybkie i zwinne, ale jeśli chodzi o siłę większe drapieżniki lepiej się sprawdzają. Choć ja i tak najlepiej czuję się we własnej Wantimie. Zresztą, nic dziwnego.

- Wantima… ? – Remus spojrzał na nią niepewnie – Zwierzę serca?

- Tak, zwierzę serca. – potwierdziła – Nie pytaj mnie, jak się je wybiera, bo to osobna historia. – dodała szybko, a Lupin uśmiechnął się w duchu.

- W takim razie… - zamyślił się na chwilę, wartościując w głowie pytania – Jak udaje wam się wymknąć co noc? Nie boicie się, że ktoś się obudzi, czy macie swoje sposoby na usypianie?

- Oczywiście, że mamy swoje sposoby. – oznajmił Jake.

- Eliksiry?

Cassie potrząsnęła przecząco głową.
- Coś lepszego. Stary sposób Władców Wybranych na usypianie niechcianych obserwatorów. Proszek ze specjalnej mieszanki ziół, który gdy go sypniesz na podłogę w odpowiedniej ilości, to w przeciągu sześćdziesięciu sekund zapewnia twardy i zdrowy sen.

- Nie można się na niego uodpornić? To znaczy… zapewne używacie go dość często i zawsze działa?

- Na razie tak. Nie czytałam jeszcze o przypadkach, by ktoś sam z siebie oparł się działaniu tego proszku. Chociaż raz…

- Co takiego?

Jake spojrzała nią zaskoczony, a jego siostra machnęła ręką.

- Pamiętasz, jak po walce z Hasirą narzekałam, że Jess obudziła się trochę za szybko? Już wiem, dlaczego. Jedno z ziół używanych do produkcji proszku znalazło się też w tych perfumach, które kupiła sobie kiedyś w Hogsmeade. Oczywiście wciąż zasypia, ale proszek ma na nią minimalnie krótsze działanie.

- Myślisz, że to się może z czasem pogłębić?

- Wątpię. Zwłaszcza, że nieco rozcieńczyłam jej perfum. – stwierdziła, uśmiechając się zawadiacko. – Nie mniej jednak, najważniejsze w tym proszku jest to, że po kilku godzinach staje się niemalże niewykrywalny, z racji tego, że cały czas zachodzi stopniowa sublimacja. No i nie szkodzi organizmowi.

- A nigdy wam się nie zdarzyło, że nie zdążyliście? – zapytał Lupin po chwili ciszy - To znaczy…

- … że sami zasnęliśmy, tak? – podjęła Cassie - Nie, nigdy, ale mamy też w razie czego swoje antidotum. Pokażę ci wszystko następnym razem, teraz akurat nie mam niczego przy sobie.

- A co z ranami? – drążył – Po walce z wilkołakiem powinnaś odczuwać choć odrobinę bólu, a zachowywałaś się tak jak zwykle.

- To nie były poważne zranienia, nawet pani Pomfrey by sobie z nimi poradziła. – stwierdziła beztrosko - Jednakże, to prawda, nasza medycyna jest o wiele bardziej rozwinięta. Musi tak być, jeśli mamy ukrywać ślady po misjach i walkach. Ostatnio miałam poważnie poranioną prawą nogę, a Shouri zredukował tę ranę do kilku ledwie widocznych blizn.

- Shouri?

Remus słyszał już to imię i mógł tylko domyślać się, kim była ta osoba. Nie mniej jednak wpisał to pytanie na listę pierwszych dziesięciu.

- Mój pomocnik. – wyjaśniła Cassie – Każdy z nas takiego miał. Wprowadził mnie w świat władców zwierząt i magicznych stworzeń gdy miałam siedem lat. Od tego czasu zawsze mogę na niego liczyć.

- Czy twoi rodzice…?

- Nie. – powiedziała od razu – Tylko Jake … no i ty.

- I nigdy niczego nie podejrzewali? – Remus jakoś nie mógł uwierzyć, by przez cały ten czas nic nie wzbudziło ich podejrzeń.

- Wbrew pozorom, potrafimy dobrze kłamać. – wtrącił Jake, unosząc się nieco na fotelu. – Magia władców też nam nie raz pomogła. – dodała Cassie. – Można powiedzieć, że do sierpnia całkiem dobrze nam szło.

Posmutnieli nagle, a Lupin zmieszał się nieco. Zrozumiał, że od tego czasu musiało się w ich życiu wiele zmienić i po części czuł się winny, że dołożył im jeszcze jeden problem.

W tej chwili wydawało mu się, że kłopoty świata zwierząt przerastają nawet ich; dopiero teraz dostrzegł bijące od nich zmęczenie i zastanawiał się, jak wcześniej mógł tego nie widzieć. Jednak rodzeństwo szybko się opanowało: przybierając znów neutralny wyraz twarzy, spojrzeli na Remusa wyczekująco, gotowi odpowiedzieć na kolejne pytania.

- To już? – zdziwił się Jake, po chwili ciszy.

- Nie, nie… - Lunatyk spojrzała zegarek, kontrolując czas – Właściwie, to gdy wreszcie odkryłem kim jesteście, cały czas zastanawiałem się… jak się komunikujecie. Skąd wiedzieliście kiedy pójść do Pokoju Życzeń? Obserwowałem was bardzo często, jak nie naocznie, to na mapie i tylko raz zdarzyło się, żebyście rozmawiali sam na sam. Jak to działa?

Collinsowie spojrzeli na siebie z dumą i Remus od razu zauważył, że to pytanie wyraźnie ich zadowoliło.

- Już się bałem, że jesteśmy tak przewidywalni. – stwierdził Jake, uśmiechając się krótko.

Jego siostra usiadła wygodniej na sofie, zastanawiając się, od czego zacząć. Lupin czekał w ciszy.

- Nasz system… jest dość skomplikowany. Mamy trzy, a właściwie cztery opcje, jeśli wliczać w to bezpośrednią rozmowę. Opcja pierwsza to Opcja Cicha czy też „konspiracyjna", druga to „średnio-konspiracyjna", a trzecia - „mieszana" … no a czwarta to po prostu dialog.

Remus spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Co wy macie? – wykrztusił – Cztery opcje?

Cassie wyszczerzyła zęby.

- Jest kilka sposobów na komunikację, używamy je zamiennie, w zależności od okoliczności, ale wspólny mianownik jest jeden. – powiedziała, krzyżując ręce na piersiach.

- I w ten właśnie sposób Cassie przekazała mi, że spotykamy się w Pokoju Życzeń o dziewiątej wieczorem. – oznajmił Jake.

- Co?

Remus spojrzał na nich zdezorientowany, a rodzeństwo parsknęło śmiechem.

- Ale jak…?

- Godziną zero jest dwudziesta. – wyjaśniła dziewczyna – Jeśli mamy okazję spotkać się wcześniej, musimy to już ustalić twarzą w twarz, ale to rzadko się zdarza. Teraz patrz.

Dziewczyna znów skrzyżowała ręce na piersiach i powiedziała: „McGonagall zadaje nam ostatnio dwa razy więcej niż zwykle".

- Dziesiąta. – podsumował Jake.

Lupin popatrzył na nich ze zdumieniem, starając się złożyć wszystko w jedną całość.

- Podajcie sobie cyfry, które dodane do dwudziestej dają ostateczną godzinę spotkania… – zaczął powoli - A wiecie, że to chodzi właśnie o Canis Lupus, bo…

Rodzeństwo równocześnie skrzyżowało ręce na piersiach, a Remus zaśmiał się krótko.

Nagle pojawiła mu się przed oczami sytuacja z początku września, kiedy szedł z Cassie do Wielkiej Sali, po pamiętnym wybuchu na Eliksirach. Na korytarzu mijali Mike'a i Jake'a. A ona…

Ale chociaż wszyscy wiedzą, że James byłby chory, gdyby nie wysadził co najmniej czterech kociołków w tygodniu…"

Komunikowali się tuż pod jego nosem. Tuż obok! To przekraczało jego wyobrażenia.

- Genialne. – wyszeptał, patrząc na nich z uznaniem. - Tak przy okazji, która opcja to była?

- Średnio-konspiracyjna. – oznajmił Jake, a Remusowi opadła szczęka – Ewentualnie składnik mieszanej.

- Częsty składnik mieszanej. – dodała Cassie. – Ale od początku. Opcja Cicha również opiera się na podaniu godziny w ten sposób, ale zamiast wypowiedzenia na głos cyfry musimy ją sobie pokazać. Najczęściej poprzez odpowiedni uchwyt jakiegoś przedmiotu, gdy drugie z nas jest w pobliżu. – chwyciła pasek leżącej na podłodze torby w taki sposób, że wyprostowała tylko kciuk, palec wskazujący i środkowy. Remus patrzył na nią z obłędem w oczach – Jedenasta. Jednak, żeby mieć stuprocentową pewność, że ten uchwyt nie był przypadkowy, wcześniej zwracamy na siebie swoją uwagę.

- W jaki sposób? – zapytał powoli.

- Wstając od posiłku zostawiamy sztućce w pewnym… uporządkowanym nieładzie, układając je w literę „L". – odparł Jake.

Cassie skinęła głową i dodała:

- Albo gdy jesteśmy w pobliżu i są choć znikome szanse na uchwycenie lub choćby ujrzenie siebie nawzajem…

Nachyliła się w kierunku stołu i wystukała na blacie pewien rytm. Z pozoru mógł brzmieć jak nic nie znacząca melodia, będąca jedynie oznaką znudzenia, jednak Remus zbyt dobrze ich znał, by podejrzewać, że są to przypadkowe nuty.

- Mors. – wyjaśnił Jake – Litery „C" i „L". Ten sposób działa sprawniej, gdy ja jestem tym wystukującym, bo ona ma lepszy słuch. Kiedy Cassie to robi, skupiam się bardziej na ruchach palców niż samym dźwięku.

- Poza tym, mamy jeszcze system gazetowy.

- Jeszcze coś? – jęknął Remus, czując, że głowa mu zaraz pęknie od nadmiaru informacji.

Collinsowie wyszczerzyli zęby.

- Shouri na zmianę wysyła do nas raporty w postaci zmodyfikowanych gazet; wiemy, że to od niego, rozpoznając tę samą płomykówkę. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się za bardzo, ale ma pewne cechy charakterystyczne. Kiedy musi nam coś wysłać, przechwytuje sowę z „Prorokiem", modyfikuje co trzeba i wypuszcza Iskierkę. Głównie dlatego prenumerujemy tę gazetę. Jeśli akurat Shouri niczego nie wysłał, a my chcemy się między sobą gładko porozumieć, sposób, w jaki któryś z nas trzyma gazetę podczas czytania daje drugiemu do zrozumienia, że coś w niej jest. Ostatnio tak było krótko po tej nocy z wilkołakiem, nie, Jake?

Chłopak skinął głową.

- Podszedł do mnie pod pozorem szukania towarzystwa i po jakimś czasie pożyczył gazetę. Wskazałam mu mimochodem na rubrykę sportową mówiąc, że tam jest artykuł o jego ulubionej drużynie.

- Dzięki temu od razu wiedziałem, gdzie szukać.

- Podsumowując. – po dłuższej chwili milczenia Lupin starał się uporządkować sobie każdy system komunikacji – Opcja Cicha polega na przekazaniu godziny spotkania bez wypowiedzenia jednego słowa tak? – widząc, jak Collinsowie przytakują, kontynuował – Mors, talerze, gazeta, uchwyt. Opcja średnio-konspiracyjna to… wypowiedzenie cyfry w „przypadkowym" zdaniu, ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami. W mieszanej… to już raczej oczywiste.

- Z reguły w cichy sposób zwracamy swoją uwagę, ale dla pewności przekazujemy sobie godzinę werbalnie. – powiedział Jake.

Remus pokiwał głową z podziwem. Uśmiechnęli się, widząc jego minę.

- Wy to tak… sami?

- Tak po prawdzie, wymyślanie tych wszystkich kodów sprawiło nam wiele radości. – przyznała Cassie – Pierwszy rok przebywamy razem w jednej szkole, więc musieliśmy stworzyć dobry system komunikacji. W lipcu nadarzyło się kilka wolnych wieczorów, to mogliśmy to dokładnie przedyskutować, a potem przetestować. Czuliśmy się jak wykwalifikowani szpiedzy.

Zaśmiali się równocześnie. Remus złapał się za głowę, czując pulsujący pod czaszką ból.

- Nie woleliście wymyślić jakiegoś magicznego sposobu? Może poszłaby dużo.. prościej.

- Widzisz, to jest właśnie problem współczesnych czarodziejów. Za bardzo ufają magii, przez co przestają logicznie myśleć. Czasem dobrze jest zachować w sobie odrobinę z… mugola. Oni muszą kombinować o wiele bardziej niż my.

- Chyba za dużo czasu spędzamy z Cindy. – mruknął Jake, a jego siostra zaśmiała się cicho.

- Całkiem możliwe.

Remus spojrzał na nich zdezorientowany.

- Cindy to nasza mugolska kuzynka. – wyjaśniła Cassie – Nie każ mi tłumaczyć pokrewieństwa, bo jest dość zawiłe, ale mamy z nią lepszy kontakt niż z niejednymi z naszej bliskiej rodziny. Jest naprawdę niesamowita. Zupełne przeciwieństwo Petunii. Nie czuje się zazdrosna o to, że nie jest czarodziejką, uważa, że zarówno nasz świat jak i jej jest ciekawy. Lubi posłuchać o Hogwarcie jakbyśmy jej opowiadali dobrą bajkę. Ostatnio właśnie stwierdziła, że robimy się zbyt uzależnieni od magii. „To trochę jak my od techniki" – powiedziała – „Tylko że technika powstała dzięki logice. Nie wiem, ile logiki jest w magii, ale coś mi podpowiada, że gdyby wam ją odebrano potrzebowalibyście więcej czasu na aklimatyzacje niż my, gdyby odcięto nam prąd".

Lunatyk uniósł brwi. Ten dość uszczypliwy komentarz skierowany w stronę społeczności czarodziejskiej wydawał mu się całkiem trafny. Znał mniej więcej przywiązanie niemagicznych do ich całej „elektryczności", ale mimo to, chcąc nie chcąc, był gotów przyznać Cindy rację.

- To rzeczywiście niezwykłe. Pierwszy raz spotkałem się z takim podejściem mugola. – odparł z uznaniem – To jej słowa was natchnęły do stworzenia tak zawiłego systemu?

- Między innymi. – przyznali równocześnie.

Remus skinął głową i przymknął powieki.

- Masz jeszcze jakieś pytania? – Jake brutalnie wyrwał go z rozmyślań, spoglądając nerwowo na zegarek. Cassie skarciła go wzrokiem.

- Tylko kilka. Jak na dzisiaj. – oznajmił Lunatyk, przecierając oczy – Wracając jeszcze do waszej komunikacji… Jeśli umawiacie się na dziesiątą, to idziecie do Pokoju Życzeń, czy spotykacie się już w dormitorium?

- Z reguły w dormitorium, z racji tego, że o tej porze na korytarzach kręci się jeszcze za dużo nauczycieli. – wyjaśniła Cassie - Dziesiąta jest o tyle niewdzięczną godziną, że musimy wtedy od dziewiątej powoli dawkować naszym współlokatorom sen. Dlatego zazwyczaj wybieramy ósmą lub dziewiątą na krótsze spotkania lub jedenastą i późniejszą na dłuższe.

- A w „systemie gazetowym" Shouriemu zawsze udaje się przechwycić sowę?

- Chyba zapomniałeś, z kim masz do czynienia. – zażartował Jake – Cas już wszystko ustaliła. Sowy niosące jej pocztę mają nieco inną trasę, dzięki czemu Shouri nie ma problemu ze ściągnięciem ich na ziemię.

- Dogadałaś się z nimi? – nawet teraz, po tym wszystkim czego się dowiedział, to zdanie brzmiało wyjątkowo dziwnie.

- To bardzo inteligentne stworzenia. – powiedziała dziewczyna spokojnie. – Rozmowa z nimi to czysta przyjemność.

Lupin opadł na fotel i zamknął oczy. Przez chwilę siedział tak bez ruchu, słysząc w głowie setki urywanych słów.

Przyjmowanie właściwości.

Zaawansowana medycyna.

System gazetowy.

Kody.

Szpiedzy.

Płomykówki.

- Hej!

Cassie pstryknęła krótko palcami, chcąc sprowadzić chłopaka na ziemię.

- Nie chcę ci przeszkadzać, ale powoli musimy się zwijać. Jake, masz dla mnie raport, prawda?

- Iskierka przyniosła? – jęknął Remus z fotela, a Collinsowie wybuchnęli śmiechem.

- Tak, Iskierka. Przeczytałaś już ostatni?

- „Tajemnice Azji"? – burknęła Cassie, wyjmując z kieszeni kilka zwitków pergaminu.

Remus otworzył oczy. Z pozoru wydawało mu się, że dziewczyna trzyma w rękach zwykłe kawałki papieru, ale nauczony doświadczeniem nie ufał już własnym zmysłom.

- Jestem w połowie.

- To się pośpiesz, bo Shouri nadesłał Amerykę Południową.

Umilkli nagle. Cassie odebrała od Jake'a kolejny raport, szepnąwszy krótko „Czyli następna będzie Północna". Brat uścisnął szybko jej dłoń.

- To idziemy. – powiedział w końcu, a jego głos zadrżał nieznacznie. – Chyba, że chcecie tu jeszcze zostać.

- Nie, nie. – Remus podniósł się od razu. – Skoro dziś planowaliście krótsze spotkanie, nie chcę, żebyś potem musiała się niepotrzebnie tłumaczyć.

Cassie doceniła jego starania, zdając sobie sprawę, jak bardzo musiał walczyć z własną ciekawością. Zauważyła też, że przez cały czas nie zadał pytania dotyczącego białego wilka i kwestionowania jej władzy – albo domyślał się, że odpowiedź może zająć więcej niż pół godziny, albo stwierdził, że Cassie sama mu o tym opowie, gdy będzie gotowa. To właśnie najbardziej w nim ceniła – Remus zawsze potrafił wyczuć, które tematy są swoistymi tematami tabu. Nawet w tak nieznanych mu dziedzinach.

- Czy… - chłopak stanął nagle w drzwiach, blokując rodzeństwu przejście – Czy możecie zrobić dla mnie mały wyjątek i przekazać mi w miarę … eeee … po ludzku godzinę następnego spotkania? Tylko ten jeden raz.

Cassie uśmiechnęła się łagodnie.

- W takim razie wpadniemy po ciebie jutro koło pierwszej. Tylko się nie wystrasz.

- Jasne. A dziś o północy mam ci przekazać mapę. – powtórzył. – Wszystko gra.

- To idziemy.

Cassie stanęła na chwilę przy drzwiach i w bezruchu nasłuchiwała, czy ktoś nadchodzi. Na szczęście, o tej porze korytarz na siódmym piętrze nie był szczególnie zaludnionym miejscem, więc mogli bez przeszkód wymknąć się z Pokoju Życzeń. Wyjąwszy szybko kilka książek z torby, wetknęła je bezceremonialnie w ręce Lupina i szepnęła cicho:

- Gdy dojdziemy na miejsce, przytakuj, jasne?

Droga do Salonu Gryfonów nigdy nie wydawała mu się tak krótka. Nim się obejrzał, stał już w Pokoju Wspólnym, widząc nadchodzące w jego stronę przyjaciółki Cassie.

- Jesteś wreszcie! – Jess podeszła do nich szybko, patrząc na Cassie z uwagą – Bałyśmy się, że te książki cię przygniotły. Wybacz, że tak cię zostawiłyśmy.

- Spokojnie, nie ma sprawy. Na szczęście Remus był w pobliżu i mi pomógł. Doszłabym wcześniej, ale KTOŚ nie douczył się na sprawdzian. – stwierdziła, patrząc znacząco na brata.

- Więcej cię o pomoc nie poproszę. – burknął. – To było tylko kilka zagadnień.

- Idź już. – westchnęła, a Jake z urażoną miną podreptał do swojej sypialni.

- Z czego mają ten sprawdzian? – zapytała Lily, patrząc za oddalającym się chłopcem.

- Z transmutacji. – odparła krótko Cassie, odkładając na ławę książki; Remus szybko poszedł w jej ślady.

- Dzięki za pomoc. – zwróciła się do niego z uśmiechem – Musiałeś się nieźle wynudzić.

- Nie było tak źle. – odpowiedział, dbając o spokojny ton wypowiedzi.

Musiał przyznać, że był całkiem zadowolony ze swojej gry. Cassie po chwili odwróciła do niego wzrok, a chłopak pojął, że to jest ten moment, w którym i on ma się powoli wycofać.

- To na razie. – rzucił do dziewczyn, a te pomachały mu krótko.

W kilku krokach znalazł się przy siedzących nieopodal Huncwotach i zajął swoje miejsce.

- Znowu w bibliotece? – zapytał Syriusz, w spektakularny sposób miażdżąc Glizdogona w szachach – Pół życia tam stracisz.

Lupin mruknął coś pod nosem, patrząc jak skoczek Łapy blokuje ostatnią drogę ucieczki czarnego króla. Cassie, obserwując kątem oka tę rozmowę, zwróciła się ponownie do przyjaciółek.

- Leila już przyszła?

Jess prychnęła pod nosem.

- Coś ty. Jak ją znam, nie będzie jej jeszcze dłuższy czas.

- Ile można wybierać nowego szukającego? – jęknęła Ruda. - Nie rozumiem, co oni widzą w tym Quidditchu.

Cassie uśmiechnęła się pod nosem.

- Idziesz już na górę? – zapytała Sue.

- Za momencik. Chcę jeszcze przejrzeć mój esej.

- Jak wolisz. My się powoli zbieramy.

Dziewczyna odprowadziła wzrokiem swoje przyjaciółki i powoli opadła na kanapę. Wyjąwszy z torby swoje wypracowanie położyła je na stole, po czym szybkim ruchem sięgnęła do kieszeni. Kilka zwitków pergaminu znalazło się nagle wśród zadania domowego, a Cassie, rozłożywszy się wygodnie na kanapie, zabrała się do czytania.

Siedzący nieopodal Lupin spojrzał na nią z ukosa. Wyglądała jak zwykła uczennica, porównująca gotowy esej z własnymi notatkami. A jednak on wiedział, że w tych zwitkach znajdują się dane, do których większość ludzi nigdy nie będzie miała dostępu.

I nagle Remus stwierdził, że w całym swoim życiu nie widział niczego tak niezwykłego.