Rozdział XI

Gayi i elwence dziękuję za betowanie :]

Pozdrowienia dla Kreta, który wyjechał, by być rozchwytywanym.

James naprawdę miał nadzieję, że bez problemu prześpi przynajmniej parę godzin. Gdy wreszcie dotarł do dormitorium, był tak zmęczony, że dał radę ściągnąć jedynie szatę i buty. Wpełzł pod kołdrę, schował różdżkę pod poduszkę i zasnął w chwili, gdy zamknął oczy.

Przebudził się z koszmaru tuż przed świtem. Usiadł gwałtownie, uderzając plecami o drewniany zagłówek. Przez chwilę uspokajał oddech, mocno zaciskając dłonie na wymiętej kołdrze.

Nienawidził śnić o martwych ludziach. Nienawidził śnić o Macnairze. Nienawidził, gdy mężczyzna klękał przed nim i uśmiechał się, czekając, aż James poderżnie mu gardło.

Ile razy miał już ten koszmar? Cztery, pięć? Na litość Morgany, jego podświadomość powinna sobie już z tym poradzić. Zresztą, dlaczego ma przeżywać śmierć jakiegoś frajera, który próbował go zabić? Macnair był wrogiem. Nawet dobrze, że go ubili.

Tylko te koszmary…

James rozejrzał się niepewnie. Za oknem dopiero szarzało i było stanowczo za wcześnie, aby wstawać. Ledwo widział stojące obok łóżko i kaktus Neville'a, który zajął honorowe miejsce na szafce. Z drugiej jednak strony Rainbow wątpił, aby zdołał znów usnąć.

Odetchnął głębiej, aby upewnić się, że żebro zostało prawidłowo zaleczone. Lekko potrząsnął głową i z ulgą zauważył, że nie czuje ani bólu, ani mdłości. Wreszcie wstał, uważając, by nie szturchnąć przypadkiem roślinki.

Odszukał różdżkę i rzucił Lumos. Harry wymamrotał coś przez sen, ale się nie obudził. Rainbow zastanowił się, jak proste byłoby porwanie go i skrzywił się. Może proszenie Tiary, aby przydzieliła go do Gryffindoru, nie było wcale takie mądre? Teraz będzie musiał znaleźć dobre wytłumaczenie, dlaczego nie może po prostu porwać Pottera w nocy.

Trzeba sprawdzić, czy działają tu świstokliki, pomyślał ze znużeniem.

W kufrze znalazł czystą koszulę, opakowanie tabletek przeciwbólowych i wymiętą paczkę papierosów. Upewnił się przy okazji, czy paczuszka, którą zabrał z domu, jest wciąż bezpiecznie owinięta w dwie pary skarpet. Po chwili namysłu wyciągnął z kieszeni kurtki przedmiot, który podarował mu Chupacabra – małą książeczkę w miękkiej oprawie.

Rozejrzał się jeszcze raz, nim wyszedł, cicho zamykając drzwi.

Pokój wspólny był pusty, co wyjątkowo mu odpowiadało. Ruchem różdżki przesunął jeden z foteli pod okno, ostrożnie lawirując nim pomiędzy stolikami. Następnie zgarnął parę poduszek i wymościł nimi wytarte siedzisko. Wreszcie odemknął okiennice i przez chwilę bezmyślnie przyglądał się okolicy. Słońce jeszcze się nie pojawiło, lecz niebo na wschodzie pojaśniało. Zakazany las odcinał się na jego tle czernią, jakby został spalony.

Ostrożnie usiadł w fotelu, nogi przerzucając przez jego krawędź. Skrzywił się mimowolnie. To, że sińców nie było widać, nie znaczyło, że zniknęły. Nigdy nie nauczył się zaklęcia, które je usuwało, bo prościej było posmarować skórę odpowiednią maścią. Była tania, powszechna i skuteczna, zaklęcie tymczasem żmudne i czasochłonne. Teraz jednak żałował swojego lenistwa.

Denerwowało go to, że nie może po prostu skoczyć na Nokturn. Zupełnie, jakby wylądował w więzieniu.

Przełknął tabletkę i odpalił papierosa od różdżki. Wreszcie zajął się książeczką Chuapacabry.

Był to hiszpański przekład „Komety nad Doliną Muminków", ale chłopak nigdy dotąd nie widział tego wydania – praktycznie mieściło mu się w dłoni. Na niebieskiej okładce, tuż pod napisem „La llegada del cometa" znajdował się prosty rysunek Ryjka. James zerknął na stworka przelotnie, a następnie przeleciał wzrokiem parę losowych stron. Kojarzył tę historię słabo, ale – o ile mógł to stwierdzić – Chupacabra w żaden sposób w nią nie ingerował.

W pierwszym odruchu nie wiedział, co zrobić, ale później przypomniał sobie, jaką osobą jest jego były szef.

James zaciągnął się papierosem, następnie wyjął go z ust i stuknął różdżką w otwartą książeczkę, mówiąc:

– Hasło, hasło.

Nic się nie wydarzyło, ale nie zraziło go to. Spróbował ponownie:

– Hasło, administrator. Hasło, admin.

Gdy wypowiedział dwa ostatnie słowa, litery zaczęły blednąć, aby w końcu zniknąć. Chłopak wrócił do początku książki i tak, jak się spodziewał, znalazł tam strony zapisane schludnym pismem Chupacabry. Na samej górze pierwszej z nich znajdowało się polecenie:

Pisz ołówkiem."

Więcej James nie zdążył przeczytać. Usłyszał, że do Pokoju Wspólnego ktoś wchodzi, więc zatrzasnął książeczkę i spojrzał w bok, unosząc różdżkę, aby oświetliła pokój.

Hermiona właśnie przeszła przez okrągły otwór. Rozglądała się po pomieszczeniu, wolną ręką machając koło swojej twarzy. W drugiej trzymała książkę. Wyglądała trochę śmiesznie, jakby próbowała opędzić się od muchy. James chciał zapytać, czy wszystko jest w porządku, ale nie zdążył.

– Zadymiłeś cały pokój – oskarżyła go, podchodząc bliżej. Wyglądała na naprawdę wściekłą i chłopak poczuł się nieco niepewnie.

– Bez przesady. Okno było otwarte. – Uśmiechnął się odruchowo, co nie okazało się najlepszym rozwiązaniem.

Hermiona wciągnęła głęboko powietrze, jakby szykowała się do naprawdę długiej tyrady, po czym rozkaszlała się na dobre. Rainbow wykorzystał ten moment, aby zniknąć papierosa. Rzucił zaklęcie bezgłośnie, nie spuszczając z dziewczyny wzroku. Wreszcie usiadł w fotelu normalnie i zapytał z troską:

– Chcesz wody? – W tej samej chwili uświadomił sobie, że nie powinien tego mówić. Nie wiedział, gdzie jest kuchnia, a jednak trochę głupio było proponować jej kranówkę z łazienki. Szczególnie, że Marta mogłaby być zazdrosna.

Na szczęście Hermiona pokręciła głową i otarła wierzchem dłoni załzawione oczy. Mimochodem James zauważył, że ma wilgotne włosy, jakby niedawno brała prysznic. To uświadomiło mu, że sam prawdopodobnie cuchnie. Dobrze, że chociaż koszulę zmienił…

– Trzeba się jakoś pozbyć dymu. Tutaj zaraz przyjdą dzieci… I masz szlaban – powiedziała dziewczyna. Jednak z powodu lekkiej chrypy te słowa nie zabrzmiały odpowiednio groźnie. Chyba sama to wyczuła, bo mimochodem dotknęła odznaki prefekta, przypiętą do jej szaty.

Chociaż, co James uświadomił sobie po chwili z pewnym zdumienie, mogła to zrobić nieświadomie.

– Mam, McGonagall mi wlepiła – pożalił się, próbując równocześnie nie okazać rozbawienia, które nagle go dopadło. Chciałby, żeby szlabany były jego największymi problemami. – I jeszcze nie powiedziałaś, jak mam ci wynagrodzić tamtą bijatykę. O ile, oczywiście, w ogóle można to tak nazwać.

– To nie jest zabawne – prychnęła, kładąc książkę na najbliższym stoliku. – Pomóż mi otworzyć okna.

Podniósł się powoli, wsadzając Muminki do kieszeni. Przy okazji spojrzał na tytuł tomiszcza, który przytargała dziewczyna i zamarł. Na czarnej okładce wytłoczono ozdobny, srebrny napis: „CZARNOKSIĘŻNICY I WIEDŹMY XX WIEKU". Poniżej zaś zwykłą i bardziej przejrzystą czcionką informowano: „Kompendium wiedzy o potworach i potwornościach, oraz tych wszystkich rzeczach, o których nie chcecie wiedzieć."

– Za papierosa chcę wypracowanie o zgubnym wpływie palenia na organizm człowieka. – Hermiona mocowała się z oknem, wciąż zirytowana. – Za Malfoya… nie wiem… może o sposobach nieagresywnego rozwiązywania konfliktów. Oba na stopę, do czwartku.

Prawie jej nie słuchał. Otworzył książkę tam, gdzie leżała biała, tekturowa zakładka. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, było zdjęcie jego matki. Akurat to, które najchętniej umieszczano na listach gończych. Emily balansowała na balustradzie i uśmiechała się. Tak, ona zawsze potrafiła się uśmiechać.

– Alohomora. – Hermiona machnęła różdżką i okno odskoczyło. – Miałeś mi pomóc – przypomniała, odwracając się do niego. W jednej chwili cała złość z niech uleciała, zastąpiona niepewnością. – James…

– Mogłaś po prostu zapytać – stwierdził, przesuwając palcami po zadrukowanej stronie. – Emily Rainbow z rodu Rainbow, urodzona drugiego czerwca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego – przeczytał. Jego głos był obojętny i nieco znudzony, jakby miał przed sobą wyjątkowo źle napisany podręcznik do historii. – Tak, to na pewno moja matka. Dwóch młodszych braci, w tym jeden przyrodni, też się zgadza. O, była szukającą na siódmym roku, tego nie wiedziałem. Wy, Anglicy, macie chyba jakiegoś świra na punkcie quidditcha.

– James, nie chciałam, żeby tak wyszło. Po prostu zainteresowało mnie to, co powiedział Neville. – Hermiona otrząsnęła się z początkowego zakłopotania. Skrzyżowała ręce na piersi. – Chciałam ci ją później pokazać.

– Miło z twojej strony. – Również wziął się w garść. Uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem, aby dziewczyna poczuła się swobodniej. Ten grymas zdawał się mówić: ale niezręczna sytuacja, co? Dobrze, że jeszcze nie zaczęliśmy gadać o pogodzie.

Bezmyślnie przerzucił parę kartek, spojrzał na książkę i jego opanowanie trafił szlag.

Obie strony zajmowało jedno czarnobiałe zdjęcie. Pejzaż, który na nim uwieczniono, był wyjątkowo monotonny. Pod szarym, bezchmurnym niebem rozciągała się jałowa, biała niczym kość ziemia. Słaby wiatr podrywał pył i niespiesznie przetaczał go nad równiną, od czasu do czasu ciskając w obiektyw aparatu. W prawym górnym rogu kołysał się fragment liścia, to znikając, to pojawiając się w kadrze. Właściwie fotografia nie była szczególnie interesująca lub straszna…

… gdyby nie podpis na samym dole strony, tak drobny, że James ledwo go odczytał.

„Brazylia (stan Roraima, okolice rzeki Branco), 16.06.1988, fot. Estevan Chawez Nascimento"

Nigdy nie dowiedział się, jakiego zaklęcia użyła matka. Kiedy zapytał ją o to parę lat później, wzruszyła jedynie ramionami.

– Trochę mnie poniosło. Ich zresztą też – stwierdziła, rękawem ocierając sadzę z twarzy. Następnie wróciła do pracy nad kominkiem, który zabezpieczała. – Właściwie jesteśmy kwita – dodała nagle, po prawie kwadransie milczenia.

Byli kwita, pomyślał chłopak, błądząc wzrokiem po fotografii. Można i tak to ująć.

Emily zabiła ich, zmieniając przy tym hektary dżungli w jałową pustynię. Tylko że, na litość Slytherina, dali jej dobry powód.

James nie pamiętał tego, choć była to przede wszystkim jego historia. Gdyby nie blizny, nie zorientowałby się nawet, że stracił wspomnienia. Nie był pewien czy przeszkadza mu ta pustka, biała plama w życiorysie. Przecież nikt normalny nie chciałby pamiętać, jak… kiedy oni…

Tiara powiedziała, że jest „niekompletny". Tak jakby była to jego wina. Może nie próbował odzyskać tych wspomnień, ale naprawdę wystarczało mu, że wiedział, co tam się stało. Czasami też żałował, że nie zapomniał wydarzania, przez które trafił do tamtego kraju. Na przykład dziś.

„Tam był Snoopy, nie ja. Taki mały gnojek", odpowiedział jej, starając się, by nawet w myślach zabrzmiało to wesoło.

To była – w pewnym sensie – prawda. Kiedy pierwszy raz matka powiedziała mu, co się stało, czuł się tak, jakby słuchał opowieści o kimś znajomych, całkiem bliskim, może o przyjacielu. I wciąż nie potrafił do końca uwierzyć, że to on był tym chłopcem.

To Snoopy wylądował w szpitalu w Alvarães. To jego zabrali stamtąd aurorzy. To on służył za przynętę. To Snoopiego torturowali.

James nie miał z tym nic wspólnego.

– Och, wiesz. To byli aurorzy, myślałam, że będą przestrzegać prawa. – Kiedy Emily mówiła o Brazylii, uśmiechała się lekko, jakby wspominała przyjemną przygodę. – I nieźle się zdziwiłam, kiedy przysłali mi tamte wspomnienia. Wiesz, miałeś wtedy siedzieć w Peru. Specjalnie cię nie brałam, żeby się pobawić… W sumie najpierw myślałam, że są podrobione, bo to my robimy takie rzeczy. Aurorzy to w końcu ci dobrzy, elita i śmietanka. Chciałam kiedyś pracować w tym zawodzie, ale nie złapałam owutemu z eliksirów. – Spojrzała na niego nagle uważniej. – Coś tak zmarkotniał? Ej? Wiesz, jeśli cię to pocieszy, to brata tego jednego gnoja załatwiłam porządniej. Z finezją. Dwa tygodnie nad nim pracowałam. Powolutku, starannie… Mogę ci wspomnienia pokazać, jeśli chcesz.

– Kiedy? Przecież później od razu się zwinęliśmy – przypomniał jej cicho.

– Później? Nie, wcześniej…

Hermiona dotknęła ostrożnie jego ramienia. Wzdrygnął się i odsunął odruchowo. Przez chwilę był zupełnie rozkojarzony i nie mógł sobie przypomnieć, gdzie się znajduje.

– James, wszystko w porządku? – Dziewczyna patrzyła na niego z niepokojem.

– Jasne. – Przeczesał włosy palcami, przyjmując rozluźnioną, wręcz nieco nonszalancką postawę. – A co?

– Przez chwilę wydawałeś się trochę… nieobecny. – Z jej twarzy wyczytał, że ta „chwila" trwała niepokojąco długo.

– Czasem tak mam, szczególnie o tej nieludzkiej godzinie. – Spojrzał w okno, a następnie zgasił różdżkę. Słońce zaczęło już wstawać, zalewając okolicę ciepłym, żółtym blaskiem. Kątem oka zauważył, że Hermiona wciąż przygląda się mu z uwagą, najwyraźniej nieczuła na piękno świtu.

Westchnął, opadając na swój aktualnie ulubiony fotel. Wszystkie siniaki zaprotestowały gwałtownie, ale udało mu się nawet nie skrzywić.

– Okej, to możesz zapytać teraz – powiedział.

– Naprawdę nie musimy o tym rozmawiać – zapewniła szybko.

– Chodziło mi raczej o pytania w stylu: czy planujesz brutalne morderstwo na Harrym Potterze? – Nie uśmiechał się, nie żartował, w tym momencie był wyjątkowo poważny.

Hermiona w pierwszej chwili wyglądała, jakby chciała mu powiedzieć, żeby przestał się wygłupiać. Zmieniła jednak zdanie i przysunęła sobie krzesło. Siadła naprzeciwko niego, lecz tak, by nie oślepiało ją słońce.

– I tak zaprzeczysz, więc po co mam pytać?

– Dla spokoju sumienia? A może dlatego, że chcę ci odpowiedzieć? – Złapał jej spojrzenie, przelotnie spojrzał na leżącą obok niej książkę, wreszcie odwrócił wzrok.

– Dlaczego tutaj jesteś? – spytała wreszcie, akurat w tym momencie, gdy zwątpił, aby ta rozmowa im wyszła.

– Naprawdę się nie domyślasz? – Znów na nią spojrzał, tym razem uśmiechając się lekko, jakby z goryczą. – To było jedyne miejsce, do którego mogłem zwiać przed Czarnym Panem.

Zauważył, że zesztywniała lekko i zastanowił się, czy jednak nie przesadził ze szczerością.

– Nie wydaje mi się, żeby on był szczególnie zainteresowany dziećmi – powiedziała po chwili. Z tonu jej głosu jak na złość nie mógł niczego wyczytać.

– Czy mam się za to „dziecko" obrazić? – spytał, a dziewczyna uśmiechnęła się słabo. Westchnął, ponownie przeczesując palcami włosy, tylko po to, by zająć czymś ręce. – Wiesz, wszyscy oczekują, że pójdę w ślady matki – dodał, uważnie obserwując jej reakcję. – Ona też i w sumie to jest główny problem.

– Jeśli masz z nią kontakt, może mógłbyś pomóc aurorom… – zasugerowała z przesadną ostrożnością. Nie pozwolił jej dokończyć.

– Pomóc im ją zabić? – Skrzywił się. – Pewnie zasłużyła, ale nie. Cholernie nie.

– Nie wiedziałam... – Lekko zbladła, ale nie uciekła wzrokiem.

– Tego, że skazano ją na pocałunek dementora? To raczej łatwo wywnioskować. – Machnął ręką w kierunku „Kompendium wiedzy…". Parę razy odetchnął głębiej. – Zresztą nawet nie wiem, gdzie jest. Odzywa się tylko, gdy czegoś chce. Ciężko to nawet nazwać kontaktem.

Znów przez chwilę milczeli. Hermiona wydawała się zakłopotana i zamyślona równocześnie. James tymczasem analizował dotychczasową rozmowę. Stwierdził wreszcie, że za bardzo się odsłonił jak na pierwszy raz. Dziewczyna mogła zacząć podejrzewać, że próbuje nią manipulować, niech to szlag…

– Jednego nie rozumiem – powiedziała, wciąż zamyślona. – Dlaczego próbujesz zaprzyjaźnić się z Harrym?

Ucieszył się z tego pytania.

– Właściwie to był pomysł Snape'a. Stwierdził, że jeśli chcę ochrony Dumbledore'a, powinienem na nią zapracować. – Wzruszył ramionami, próbując znów złapać z nią kontakt wzrokowy.

– Nie rozumiem – przyznała, otrząsając się z zamyślenia.

– Najprościej mówiąc, mam robić za ochroniarza – uśmiechnął się krzywo. – W sumie przyjemna fucha, jeśli się pomyśli o alternatywie.

– To chyba bez sensu? To znaczy jesteś w naszym wieku, a Hogwart to bezpieczne miejsce. Sam tak powiedziałeś – wytknęła mu natychmiast.

Przez chwilę zastanawiał się, jak ubrać w słowa swoje myśli. Hermiona czekała cierpliwie.

– Jest bezpieczniejsze od innych, ale to tylko szkoła. Masa ludzi, rozległy teren, niewielu nauczycieli. Na dobrą sprawę, gdybym się uparł, mógłbym porwać Harry'ego prosto z pociągu. Wystarczyłoby wpuścić do przedziału coś usypiającego, jakiś dym może? Lub starym sposobem, poczęstować wszystkich czymś podrasowanym. Jest parę specyfików, które by się do tego nadawały, część nawet tanich. Później z górki, otwarte okno, gościa na miotłę, a na ziemi aportować się łącznie. Z pięć minut roboty? Albo jeszcze prościej, przygotować wcześniej świstoklik…

– Rozumiem – przerwała mu. Nagle wydała mu się bardzo młoda i zagubiona. – A ty masz być tym, który zawsze myśli o takich rzeczach?

James przygasł nagle. Przygarbił się, zapatrzył na kominek w głębi pomieszczenia, jakby szare kamienie nagle stały się wyjątkowo interesujące.

– Tak mnie wychowano – wymamrotał.

– James, nie zrozum źle następnego pytania – poprosiła. Chłopak przygotował się więc na coś osobistego lub obraźliwego. – Tylko dlaczego? My jesteśmy jego przyjaciółmi, ale ty pojawiłeś się nagle, znikąd.

– I tak nie mogę być neutralny – stwierdził tylko.

– Na pewno dyrektor zrozumiałby, gdybyś nie chciał tego robić.

Spojrzał na nią i nie odrywał wzorku na tyle długo, by poczuła się niezręcznie.

– Hermiono, zwyczajnie nie chcę, żeby ten skurwiel wygrał wojnę. Jeśli więc pragnie z jakiegoś powodu zabić Pottera, to będę Harry'ego bronić. Taki kaprys, wiesz? I pozwól, że odpowiem też na to pytanie, które głupio ci zadać. Dlatego, że nie jestem psycholem i nie chcę, aby władzę przejął skurwysyn, który planuje wybić ludzkość. Zadowolona? – Trochę go poniosło. Ze zdumieniem uświadomił sobie, że wyprostował się i zacisnął pięści. Akurat tego nie zaplanował.

– Akurat nie o tym myślałam – zapewniła go z zaskakującym spokojem. – Nie wkładaj mi w usta słów, których nie powiedziałam, proszę.

– Każdy o tym myśli – wzruszył ramionami, wciąż rozdrażniony. Mimowolnie zerknął na stolik.

A przynajmniej każdy, kto kojarzy moją matkę, pomyślał.

Hermiona zauważyła to i nagle zatrzasnęła książkę. Wzdrygnął się, zaskoczony.

– Więc teraz ty mnie posłuchaj, James – powiedziała dziewczyna, pochylając się do przodu lekko i łapiąc jego spojrzenie. – Harry jest moim przyjacielem, więc jeśli to, co mi opowiadałeś, jest bzdurą, naprawdę pożałujesz swoich kłamstw. Nadal nie podoba mi się, że chcesz się koło niego kręcić, ale jeśli Snape potwierdzi twoją wersję, jakoś to przeżyję. Wciąż ci nie ufam i twoja matka nie ma z tym nic wspólnego.

– Ta, jasne – wtrącił, lekko oszołomiony. – Ale jakbym był dzieciakiem aurorów, jakoś łatwiej by ci się spało?

Dziewczyna skrzywiła się.

– Przed wakacjami syn dyrektora jednego z departamentów ministerstwa próbował zabić Harry'ego. Więc nie, martwiłabym się tak samo.

– Nie wiedziałem – przyznał. Następnie wzruszył ramionami. – Ja… przepraszam. Jestem przewrażliwiony.

Hermiona uśmiechnęła się słabo.

– To nie tak, że nie chcę się z tobą zaprzyjaźnić. Tylko staram się być rozsądna – powiedziała niepewnie, patrząc na dywan i bezmyślnie skubiąc rękaw szaty. Znowu James odniósł wrażenie, że rozmawia z kimś, kto próbuje bardzo szybko dorosnąć do swojej roli, ale czasami się zapomina.

– To fajnie. Znaczy, ja wiem, że z tego wszystkiego wychodzi, że jestem jakimś, bo ja wiem… sam nie wiem. Chodzi mi o to, że przecież nie będę za wami latać w prochowcu i jeśli się nie dogadamy, to nie będę się narzucał. Zbyt nachalnie przynajmniej. Znaczy, fajnie mi się z wami gadało w pociągu i chodzi mi o to, że… właściwie to nie wiem o co mi chodzi, zapętliłem się. – Rozłożył ręce bezradnie.

Uśmiech dziewczyny stał się trochę bardziej wesoły i szczery.

– Mi też przyjemnie się z tobą rozmawiało – stwierdziła.

– To zostaje tylko jedna sprawa. – Machnął ręką w kierunku dormitoriów. – Jak powiedzieć o tym Harry'emu, tak, żeby się nie wkurzył, że dostał niańkę?

Dziewczyna zmarkotniała.

– On jest taki przez te głupoty, które wypisuje Prorok – powiedziała, nie precyzując, co oznacza „taki". – Ale zazwyczaj jest całkiem rozsądny – dodała szybko.

– Powiedz mi po prostu, kiedy będzie w odpowiednim humorze – poprosił ze zrezygnowaniem w głosie.

xxx

Harry Potter był w paskudnym humorze.

James zauważył to z ulgą. Im bliższa była lekcja eliksirów, tym bardziej był niespokojny i rozkojarzony. Wolał w takim stanie nie przeprowadzać żadnych ważnych rozmów. I tak miał wrażenie, że kompletnie zawalił tę z Hermioną.

Głupiś ty i wszystkie działania twoje, pomyślał filozoficznie, sięgając po sok dyniowy.

Śniadanie trochę poprawiło mu nastrój, przede wszystkim dlatego, że jak na razie nikt nie próbował go zabić. James naprawdę doceniał tę odmianę. Niestety jednak nie znaczyło to, że pozwolono mu konsumować w spokoju.

Przywitał się z wszystkimi gryfonami ze swojego rocznika, których imiona, mimo jego najszczerszych chęci, wciąż kompletnie mu się mieszały. Następnie naprawdę subtelnie sugerował wszystkim, że historia jego życia nie jest czymś, co można opowiadać nad stygnącą jajecznicą. Wspiął się przy tym na wyżyny dyplomacji, ale dwie dziewczyny z jego klasy i tak wyglądały na nieco urażone. Hermionę z jakiegoś powodu jego sytuacja wyraźnie bawiła.

James na razie starał się nie narzucać. Przede wszystkim nie miał odpowiedniego nastroju i zdawał sobie z tego sprawę. Najchętniej zwinąłby się w jakimś kącie i warczał na każdego, kto odważyłby się do niego podejść. Zamiast tego przysłuchiwał się ich rozmowie, uśmiechał w odpowiednich momentach i starał się nie wyglądać na zbyt aspołecznego.

Pewnej rozrywki dostarczył mu Malfoy. James wypatrzył go przy ślizgońskim stole i pomachał do niego. Chłopak pobladł i przez chwilę wyglądał, jakby miał zejść na zawał. Rainbowowi na razie to wystarczało. Nie miał siły, aby obmyślać bardziej wyrafinowaną zemstę.

Główny problem polegał na tym, że nie mógł złapać Malfoya na którymś korytarzu i po prostu przywalić mu klątwą. Po pierwsze gnojek nie ruszał się nigdzie bez obstawy, po drugie, gdyby sprawa się wydała, James miałby większe kłopoty. Poza tym, choć nigdy nie przyznałby tego głośno, nie chciał sprawić Narcyzie przykrości.

Nie znaczyło to, że Malfoy nie będzie cierpiał. James przymknął oczy, uśmiechając się mimowolnie. Skoro Ślizgon chciał wojny, Rainbow nie zamierzał mu odmawiać.

Gdy przyleciały sowy, o mało nie wylał na siebie soku. Nagle pod zaczarowanym, pochmurnym sklepieniem zaroiło się od ptaków. Rainbow obserwował jak ta chmara chaotycznie ląduje i zastanawiał się, jakim cudem nie doszło jeszcze do wypadku. Część sów wpadała do jedzenia, a część zaraz po przylocie próbowała je zwędzić. Niektóre lądowały wprost na ramionach uczniów, a inne upuszczały paczki, nawet nie racząc zwolnić lotu. Co najciekawsze wszyscy uczniowie, oprócz paru dzieciaków, wydawali się nie zwracać na tę sytuację większej uwagi.

To uświadomiło Jamesowi, że prawdopodobnie każde śniadanie tak wygląda. Przerażające.

Przed Hermioną wylądowała smukła płomykówka i otrząsnęła pióra z wody. Trzymała w dziobie rozmokłą gazetę.

– Po co nadal to czytasz? – zapytał Harry z irytacją, kiedy dziewczyna płaciła.

– Przynajmniej mogłaś sprawdzić, czy nie jest świstoklikiem – dodał James, rzucając jej naprawdę znaczące spojrzenie.

Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej, bo usłyszał za sobą bardzo znaczące kaszlnięcie. Obejrzał się i odkrył, że tuż za nim stoi niska, brązowowłosa dziewczynka. W ręce trzymała ropuchę, która rozpaczliwie próbowała się wyrwać. Parę sekund zajęło mu skojarzenie, skąd zna tę Gryfonkę.

– Cześć, Alicjo – powiedział, uśmiechając się z sympatią. – Co tam u cioci?

– Ciocia zabroniła mi z panem rozmawiać – odpowiedziała, przyglądając się mu intensywnie. – Bo pan może być niebezpieczny i niezrównoważony psychicznie. Nie wygląda pan na niebezpiecznego – dodała z namysłem.

Rainbow starannie zignorował Rona, który zakrztusił się płatkami.

– Przepraszam – powiedział, ponieważ tylko to przyszło mu do głowy. Palcami przeczesał włosy, jeszcze wilgotne po prysznicu. – I możesz mi mówić James, tak w ogóle.

– Jedna pani poprosiła mnie, żebym powiedziała, że chce się z tobą widzieć. Stoi na korytarzu.

James odruchowo spojrzał na nauczycielski stół. MgGonagall siedziała obok Umbridge w puchatym, obrzydliwie różowym sweterku. Nauczycielka transmutacji wydawał się z jakiegoś powodu niezbyt zadowolona. Chłopak odwrócił szybko wzrok i zauważył, że mała nadal stoi dwa kroki od niego, przyglądając mu się z zaciekawieniem.

– Coś jeszcze, Alicjo? – zapytał.

– Nie – odpowiedziała wesoło. Nadal jednak się nie ruszyła. Ropucha w jej dłoniach wyglądała tak, jakby zaczynało brakować jej powietrza.

James spojrzał błagalnie na Hermionę, ale ta wzruszyła tylko ramionami i ukryła się za Prorokiem Codziennym. Wstał więc, porwał ze stołu szklankę soku i rogalika, po czym ostrożnie wyminął dziewczynkę. Miał wrażenie, że do drzwi odprowadza go co najmniej parę rozbawionych spojrzeń.

Na korytarzu czekała na niego Tonks.

To tyle, jeśli chodzi o unikanie ważnych rozmów, pomyślał.

Dziewczyna spróbowała się uśmiechnąć na jego widok, lecz nie wyglądało to przekonująco. Sprawiała wrażenie przygnębionej. Jej włosy były rzeczywiście różowe, ale ich kolor okazał się mętny, przybrudzony. Zwisały smętnie, równo przycięte nad ramionami, co nie pasowało do dziewczyny tak samo jak nijaka, ciemnoszara szata, którą założyła.

James poczuł się jak skończony, egoistyczny dupek. Jego sumienie, trochę przykurzone od nieczęstego używania, postanowiło wreszcie się odezwać. Miało dużo do powiedzenia.

– Cześć – wymamrotał, podchodząc.

– Hej – odpowiedziała cicho.

Chłopak zauważył, że wszystkie portrety w okolicy ucięły sobie drzemkę. Nie miał jednak ochoty się nad tym zastanawiać.

Przez chwilę stał przed dziewczyną, wbijając wzrok w kamienną posadzkę i próbując zebrać myśli.

– Przepraszam, że zwiałem.

– Przepraszam, że cię zostawiłam.

Powiedzieli to praktycznie równocześnie i spojrzeli na siebie z zaskoczeniem. Tonks parsknęła krótko, co zabrzmiało prawie jak śmiech. James wykorzystał to.

– Nie wiem, co mi strzeliło do głowy – stwierdził, odwracając wzrok. – W ogólnie nie pomyślałem… Kretyn ze mnie po prostu. I za tę różdżkę przepraszam. Zaraz ci ją oddam. Nie chciałem, żebyś miała kłopoty, naprawdę Tonks. Cholera, nie chciałem, żeby tak wyszło…

– Nie no, ty naprawdę jesteś dureń – powiedziała ze szczerym zdumieniem w głosie. – Przepraszasz mnie, bo zawaliłam zadanie?

– O czym ty mówisz? – Zdziwił się, mimowolnie czując lekką irytację. Naprawdę szczerze kajał się tak rzadko, że ludzie mogliby mu w tych momentach nie przeszkadzać.

– O tym, że pleciesz bzdury – powiedziała poważnie. – Farmazony, idiotyzmy i banialuki.

– Przecież przepraszam!

Odważył się na nią spojrzeć i odkrył, że Tonks się uśmiecha. Z powodu, którego nie potrafił określić, strasznie go to zabolało. Aurorka chyba to zauważyła, bo spoważniała.

– James, posłuchaj mnie przez chwilę, okej? Oboje wtedy zachowaliśmy się głupio, zgoda. Tylko że ty, o ile jeszcze pamiętasz, byłeś wtedy pokiereszowany…

– Co nie znaczy, że nie myślałem o tym co robię – wtrącił, po czym natychmiast się poprawił: - To znaczy, że wiedziałem co robię. Z myśleniem to tam różnie było.

– James, zaczynam podejrzewać, że ciebie na kogoś podmienili – powiedziała, patrząc na niego surowo. – Przestań na chwilę ekscytować się tym, jakim to złym człowiekiem jesteś, dobrze? I zacznij myśleć.

– Ja się nie ekscytuję – zaprotestował. Po chwili zastanowienia dodał jednak: - No, może trochę. Ale byłem całkiem szczery.

– Przecież wiem. – Mrugnęła do niego, a jej włosy stały się różowe jak guma balonowa. – Różdżkę potraktuj jako prezent. Kłopotów jakiś większych też nie miałam, zmyli mi trochę głowę, ale Dumbledore wszystko załatwił. I nie, nie za to, że mi uciekłeś, ale za to, że cię nie dopilnowałam. To jest różnica, uwierz.

– I kto tu się ekscytuje? – zapytał, a aurorka rozłożyła ręce, jakby przyznawała się do winy. – Ale wiesz, nie masz czym się przejmować. Mnie się nie da upilnować.

Nagle dziewczyna westchnęła i przygarbiła się, jakby spadł na nią niewidzialny ciężar.

– Chciałam cię później znaleźć, ale Snape zaparł się jak osioł. To znaczy profesor Snape – poprawiła się bez przekonania. – Przynajmniej dobrze cię traktował?

James przez chwilę patrzył się na nią, niepewny, czy dziewczyna wie, co naprawdę się działo przez te parę tygodni. Portret za jej plecami przedstawiający niskiego, łysiejącego czarodzieja, przestał nawet udawać, że nie próbuje podsłuchiwać. James poczuł się dziwnie ze świadomością, że ich prywatna rozmowa jest starannie obserwowana.

– Było okej. To znaczy niezbyt go lubię, a on mnie nie cierpi, ale jakoś daliśmy radę – powiedział, zastanawiając się przelotnie, czy takie eufemizmy są już kłamstwami.

– On jest trudny w pożyciu… Nie wściekał się za te słowa w szpitalu?

– W sumie nie.

Chyba nie uwierzyła. Przygryzła lekko wargę, chwilę milczała, nim wypaliła:

– Na pewno wszystko było w porządku?

– Nie, zaciągnął mnie do Czarnego Pana i poczęstował Cruciatiusem – powiedział, starając się, aby w jego głosie brzmiała przede wszystkim irytacja. Przewrócił oczami. – Tonks, było dobrze – dodał, patrząc jej w oczy. – Nie przejmuj się, okej?

Zaśmiała się krótko i wtedy James uznał, że nie ma o niczym pojęcia. Jej następne słowa tylko to potwierdziły.

– Może rzeczywiście przesadzam. Ale gdybyś miał z nim jakiś problem, po prostu do mnie napisz, dobrze?

Będę miał za godzinę, pomyślał, tracąc nagle cały humor. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc napił się soku, aby zyskać na czasie.

Tonks tymczasem zaczęła grzebać po kieszeniach. Najpierw wywaliła na lewą stronę obie, które miała w szacie. Później podciągnęła ją, odsłaniając wytarte dżinsy i z tylnej kieszeni wyciągnęła kopertę złożoną na pół.

– Pomyślałam, że sama ci to przyniosę. Normalnie ministerstwo wysłałoby sowę, ale chciałam pogadać – wytłumaczyła.

Odstawił szklankę na najbliższy parapet i wziął od niej list. Koperta była gruba, wykonana chyba z pergaminu. Zamykała ją oficjalnie wyglądająca, czerwona pieczęć, która nadkruszyła się trochę z jednej strony.

– W środę masz się stawić na przesłuchanie, chodzi o Nokturn. – Aurorka spojrzała na niego ze współczuciem. – Odbiorę cię z Hogwartu o dziewiątej i razem tam pójdziemy, okej?

– Jasne – odpowiedział obojętnie. – Tylko nie siecią Fiuu.

– Nawet nie przyszło mi to do głowy – zapewniła go.

Przecież nie wsadzą cię do kicia za to, że ktoś próbował cię zabić, pomyślał. Później zaś przypomniał sobie, co wiedział o magicznym sądownictwie i pewność go opuściła.

Przynajmniej dopóki Czarny Pan na to nie pozwoli, stwierdził ponuro.