Mój problem z tym opowiadaniem polega na tym, że zazwyczaj nie mam weny, a kiedy ją mam - przynajmniej mi się wydaje, że ją mam - piszę rozdział, który w rezultacie jest beznadziejny. I tak za każdym razem, aż powstaje kilka różnych wersji i żadna nie jest wystarczająco dobra. Minęły miesiące, w końcu wzięłam się do prawdziwej pracy. Najnowsza wersja wymagała poprawek, więc siadłam i z lecącą w tle muzyką rockową zaczęłam zmieniać. Ostatecznie zmieniłam bardzo wiele. Jestem świadoma, że to jeszcze nie to, ale po ponad pół roku ciszy postanowiłam opublikować kolejny rozdział. Czy jest dobry? O tym zdecydujecie sami. Liczę na szczere komentarze, konstruktywną krytykę i odpowiedź na pytanie: czy to opowiadanie dąży w odpowiednim kierunku?

W poniższym tekście poznacie skrywaną przed Hermioną tajemnicę Draco oraz dowiecie się, że jest jeszcze coś, o czym on wie, a ona nie, a co wydarzyło się we wcześniejszym rozdziale.

Tak więc... enjoy!


Ktoś z impetem trzasnął drzwiami. To była pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie tego ranka, oraz pierwszy dźwięk zarejestrowany przez mój wrażliwy umysł. Następnie usłyszałam dwa podniesione głosy, które nagle ucichły jak za machnięciem różdżki.

Quietus lub Silencio.

Wciąż czułam się senna. Ziewnęłam przeciągle, próbując przy tym rozciągnąć odrobinę zdrętwiałe kończyny. Przetarłam zaspane oczy i postawiłam nogi na podłodze. Na palcach stóp podeszłam do drzwi. Nie usłyszałam żadnego dźwięku.

Definitywnie Silencio.

Nie można było tak od razu?!

Niespiesznie włożyłam dżinsy i beżowy sweterek. Przejechałam dłonią po dość krótkich włosach, co przypomniało mi, że poprzedniego wieczoru postanowiłam zmienić ich długość. Zastanawiałam się, jak na ten widok zareaguje Malfoy. Uszczypliwie skomentuje mój niezbyt trafny wybór czy może ta zmiana przypadnie mu do gustu?

Wystarczyłoby spiąć jakoś tę miotłę...

Dlaczego te słowa tak bardzo zapadły mi w pamięć? Nie powinnam przejmować się opinią tego dupka. Zwłaszcza gdy na domiar złego przyprowadził do naszego mieszkania jakiegoś faceta, bo niewątpliwie wcześniej dobiegające zza drzwi głosy należały do mężczyzn. Zaczęłam się obawiać, że to jego kolejny beznadziejny plan, a przecież ten dzień miał być ostatnim w przeszłości. Wystarczająco dużo niebezpiecznych spraw mieliśmy do załatwienia, po co go jeszcze bardziej komplikować?

Z cichym westchnieniem, uzbrojona w różdżkę i nieprzyjazną minę, przekroczyłam próg salonu. Widok był zaskakujący. Zgodnie z moimi podejrzeniami w mieszkaniu znajdowało się dwóch czarodziejów, nie sądziłam jednak, że będą do siebie tak podobni. Jeden nieco starszy, z tym swoim chytrym uśmieszkiem na ustach i spojrzeniem stalowoniebieskich oczu przenikającym człowieka do głębi. Drugi z dłuższymi włosami, mniej przystojny, rozpostarty na kanapie jak na tronie. W tym miejscu różnice między nimi się kończyły.

Czy to możliwe? Czy ten bezmyślny Ślizgon przyprowadził ze sobą...

-Obudziliśmy cię? - spytał szczerze zdziwiony Draco, zdejmując uprzednio zaklęcie wyciszające. - No cóż, jak widzisz, przyprowadziłem gościa. Lucjuszu, poznaj, proszę, moją tymczasową współlokatorkę, Hermionę Granger. Uwierz mi, umie uderzyć pięścią lub klątwą, więc radzę nie kombinować.

Miałam problem z pozbieraniem myśli, co zdarzało się bardzo rzadko. Różne słowa mieszały się ze sobą, pytania cisnęły się na usta, a to wszystko przyćmiewał komentarz młodego Malfoya. Gdybym nie trwała w nieco paraliżującym szoku, najpewniej bym się roześmiała lub wypięła dumnie pierś.

-Faktycznie, ta młoda kobieta z oczami szeroko rozwartymi ze zdumienia wygląda niezwykle przerażająco. - Sarkastyczny ton głosu długowłosego mężczyzny pomógł mi oprzytomnieć. - Niepotrzebnie ją wtajemniczasz. Czy nasza rozmowa nie powinna pozostać tajemnicą?

Nie spodziewałam się żadnych miłych, powitalnych słów, ale jego słowa naprawdę mnie oburzyły. Skrzyżowałam ramiona na klatce piersiowej, lecz zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, uprzedził mnie drugi z Malfoyów:

-Nie rozumiem twojego zdenerwowania, ojcze. Przecież gdy tylko stąd wyjdziesz, zapomnisz o całym zdarzeniu, a Granger... mogę śmiało powiedzieć, że to jedyna osoba, którą ostatnio darzę zaufaniem.

-Co? - jęknęłam niechcący głośniej, niż zamierzałam. - Znaczy, co ty wyprawiasz, Malfoy? Czego chcesz od tego człowieka, myślisz, że pomoże ci odnaleźć swoją przyszłą wersję?

Niesamowite, jak ten człowiek potrafił mnie zaskakiwać. Robił coraz bardziej niedorzeczne rzeczy, wymyślał bezsensowne plany oraz raczył swojego rozmówcę na zmianę komplementującymi i oskarżającymi lub wyśmiewającymi komentarzami. Jako że tym razem to nie ja znajdowałam się w centrum zainteresowania, przypadł mi ten pierwszy rodzaj.

Lucjusz miał, mówiąc iście współczesnym stylem, przerąbane.

-Poważnie myślisz, że jestem takim idiotą? - spytał Draco i zanim przypomniałam sobie, o czym rozmawiamy, bez namysłu pokiwałam głową. - Tak też sądziłem. Dla twojej wiadomości, nie zamierzam wypytywać go o przyszłość, chcę się tylko czegoś dowiedzieć. - Prześliznął się po mnie wzrokiem, przez co wstrzymałam oddech. - Granger - zawahał się przez chwilę - bądź tak dobra i przynieś nam kawę.

Mruknęłam coś na temat wykorzystywania ludzi oraz bycia nadętym dupkiem - czy naprawdę nie mogłam wymyślić dla niego innego przezwiska? - po czym niechętnie weszłam do kuchni, odprowadzana chichotem Draco i znudzonym westchnieniem Lucjusza. W innych okolicznościach zapewne bym się na to nie zgodziła, tym razem jednak za bardzo mi zależało na usłyszeniu rozmowy Draco z członkiem rodziny. Do ojca na pewno odnosił się inaczej niż do kolegów ze szkoły.

Przygotowując gorący napój, nie tylko myślałam o różnorodności w sposobie zachowywania Malfoya, ale również o niepewności i smutku, gdy na mnie spojrzał. Tu nie chodziło o włosy ani nawet o to, w co jestem ubrana. Musiało się coś stać, skoro Draco tak po prostu ukazywał uczucia, nie ukrywał pod maską obojętności.

-Tak więc, ojcze, tato, Lucjuszu, czy jak tam chcesz, aby cię nazywać - podjął wspomniany wyżej blondyn, ruchem różdżki zapalając papierosa. - Początkujący śmierciożerca, tak? Co cię w tym kręci? Zabijanie szlam, wywyższanie się nad nimi, posiadanie władzy? Wróć, jakiej władzy? - Roześmiał się. - Voldemort zrobi z ciebie gówno.

Drgnęłam odruchowo. Słowa Ślizgona wydawały mi się zbyt ostre, zwłaszcza, że jego towarzysz nie znał przyszłości i o wielu sprawach nie miał pojęcia.

-Uważasz, że za pomocą kpin uda ci się nakłonić mnie do zmiany zdania na temat ludzi? Otóż mam swój określony pogląd i nie zmienią tego żadne groźby nieuchronnej klęski. - Usłyszałam skrzypnięcie kanapy. - Czy nie wspomniałeś przypadkiem o wymazywaniu pamięci? Wobec tego, po co te pytania? Nawet jeśli twoje argumenty do mnie trafią, co jest mało prawdopodobne, zapomnę o tej rozmowie, a przyszłość pozostanie taka sama. Czyż nie?

Zerknęłam ukradkiem na jego arystokratyczną wręcz postawę i emanującą z poważnej twarzy pewność siebie. Lucjusz Malfoy był niewiarygodnie opanowany, inteligenty oraz, w co nie wątpiłam nawet przez chwilę, niebezpieczny.

-Nie zamierzam zmieniać przyszłości, po prostu chcę cię zrozumieć. - Draco także zachowywał spokój. Z tego powodu podobieństwa między nimi stały się wyraźniejsze. - Widzisz, w mojej teraźniejszości jesteś przetrzymywany przez groźnego śmierciożercę, który ma w rękach kontrolę nad Ministerstwem oraz tobą, matką i mną. Masz przesrane, chłopie, chyba że twój kochany synek cię uratuje. Właśnie dlatego się tu znalazłem. Ale czy warto ratować taką szumowinę?

Powoli przeszłam kilka kroków dzielących kuchnię od salonu i postawiłam na stole parujące kubki. Próbowałam nie ukazywać po sobie zniesmaczenia i szoku, będących skutkami tej balansującej na krawędzi rozmowy. Czy on szczerze wyraził się tak o własnym ojcu? Ojcu, któremu przez wiele lat pragnął zaimponować, wyżywając się na innych? Czy naprawdę aż tak się zmienił?

-Posłuchaj, Draconie. Nie mogę żałować czegoś, co się jeszcze nie wydarzyło, ale jestem pewien, że jako twój rodzic nigdy nie chciałem zniszczyć twojego życia. A teraz zakończmy już to wołające o pomstę do nieba spotkanie. Jestem spóźniony na zajęcia.

Malfoy podniósł się z kanapy, lecz Draco okazał się szybszy. Dosięgnął ojca i przygwoździł go do ściany. Czubek różdżki przystawił mu do gardła, zgaszony papieros upadł na podłogę i potoczył się po jasnobrązowym dywanie.

-Oczywiście, że chciałeś, ty zasrany hipokryto! - wykrzyknął. - Robiłeś wszystko, by je spieprzyć, wiesz? Nie, nie wiesz, ponieważ to się w twoim marnym życiu jeszcze nie wydarzyło, wciąż jesteś głupiutkim Ślizgonem marzącym o świecie wypełnionym jedynie czystą krwią. Powiem ci, jak potoczy się twój los. Otóż będziesz znany, silny i groźny, ale uzależniony od woli Voldemorta! Pod twoim dachem będą działy się okropne rzeczy, w których wezmą udział nie tylko tacy jak ty, ale też twoja żona i jedyne dziecko!

-Draco, przestań! - Położyłam mu rękę na ramieniu. - To nic nie zmieni. Pozwól mu odejść.

W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. W końcu, po nieznośnie długich sekundach, Malfoy odsunął się od ojca i oparł o parapet. Szybko rzuciłam zaklęcie na Lucjusza i odprowadziłam do wyjścia. Gdy drzwi zamknęły się za nim, spojrzałam na Draco, który zapalił kolejnego papierosa.

-Palę, kiedy się denerwuję. Taki nawyk - mruknął, patrząc albo na własne odbicie w szybie okiennej, albo na rozpościerający się za nią widok Hogwartu. - Sukinsyn. Tak myślę o nim po tych wszystkich latach. Jednocześnie wciąż chcę go uratować. Ironia, nie sądzisz?

Przyjrzałam mu się dokładniej. Zwróciłam uwagę na sposób, w jaki trzymał papierosa. Robił to delikatnie, jakby chciał, żeby ten wypadł mu z ręki. Wargi miał lekko rozchylone, blond włosy po raz pierwszy, odkąd go znałam, nieułożone, rozczochrane. Z jego postawy, w przeciwieństwie do ojca, emanowało ogromne zmęczenie.

-To znaczy, że go kochasz. Że jesteś dobrym synem i człowiekiem. Zmieniłeś się - odpowiedziałam, pewna bardziej niż kiedykolwiek.

Malfoy uśmiechnął się ledwie widocznie i po raz ostatni wypuścił z ust szarawy obłok dymu.


Po drodze do zamku, ku mojej uciesze, zauważyłam siedzącego pod drzewem Remusa. Na mój widok zamknął czytaną przezeń książkę i uśmiechnął się niepewnie, ruchem dłoni zapraszając mnie do siebie. Usiadłam obok i wzięłam do rąk jego lekturę pod tytułem Zwariowane zaklęcia dla lekko stukniętych magów. Uniosłam brwi.

-Och, to dla Syriusza - przyznał zrezygnowany Gryfon. - Chciał, żebym znalazł mu ją w bibliotece. Sam nie śpieszy się do wypożyczania książek, zwłaszcza, gdy jest w pełni pochłonięty swoją nową zdobyczą, jak to on mówi, choć wolę określenie dziewczyną, z Hufflepuffu.

Zachichotałam na myśl, jak bardzo ci dwaj przyjaciele się różnią.

-Czyżby Huncwotom skończyły się pomysły? - zapytałam, przewracając kolejne kartki. - Lekko stukniętych magów, hmm. Niewątpliwie Syriusz znajdzie tu coś dla siebie, a i James nie powinien być zawiedziony.

Podniosłam głowę, by spojrzeć na roześmianego Remusa. Musiałam przyznać w duchu, że ten widok był niezwykle przyjemny. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam mojego dawnego nauczyciela w tak dobrym humorze. Chciałam zachować w głowie ten obraz, wiedząc, że to najprawdopodobniej nasz ostatni wspólny moment.

-Wiesz, Hermiono... - zaczął chłopak poważniejszym tonem. - Nie miałem przedtem okazji, by przeprosić cię za to, co stało się w Hogsmeade. Łapa i Rogacz nie rozumieją, że ich żarty mogą sprawić komuś przykrość, a ja z Peterem powinniśmy zareagować, zamiast bezradnie przyglądać się tej scenie.

-Nie mnie należą się przeprosiny. - Chwyciłam go za rękę, myśląc o przyszłej wizycie u Severusa. - Nie rozmawiajmy o tym. Właściwie, powinnam już iść...

-Panie Lupin, niech pan uspokoi swoich nieroztropnych przyjaciół, którzy zamiast pomaszerować na lekcje, kradną bieliznę koleżankom z Gryffindoru - powiedziała profesor McGonagall z wyrazem twarzy świadczącym o tym, że przeprowadziła właśnie nieprzyjemną rozmowę i z trudem powstrzymała się przed zabiciem zwariowanych uczniów. -Nawet zagrożenie szlabanem u pana Filcha nie robi na nich żadnego wrażenia. Panie Lupin!

Zauważyłam, że kobieta wpatruje się w nasze złączone dłonie. Remus odsunął się ode mnie i schował książkę do torby.

-Spróbuję przemówić im do rozsądku, pani profesor - rzekł do nauczycielki, nieumiejętnie maskując odbijającą się w oczach wesołość. - Do zobaczenia później, Miona.

Pomachałam mu ze smutkiem, zastanawiając się, gdzie, u licha, podziewał się Malfoy. Miał niebawem do mnie dołączyć, tymczasem wciąż go nie było, a Severus zapewne czekał z eliksirem.

-Żywię ogromną nadzieję, że wybrała już pani kandydatów na stypendium, panno Granger - zwróciła się do mnie McGonagall. W jej spojrzeniu dostrzegłam nieufność i charakterystyczną surowość.

Ugh, znowu te stypendium.

-Ach, tak, nazwiska podam pani profesor po południu, szykuje się długa lista...

-Doprawdy? - Kobieta wyglądała na szczerze zaskoczoną. - Wydawało mi się, że młodych ludzi posiadających potencjał i ambicje w tych czasach można policzyć na palcach jednej ręki. Nie wiem, co się z nimi dzieje, naprawdę nie wiem. Choćby taki Black lub Potter. Nawet pani nie zdaje sobie sprawy, jak wiele nerwów kosztuje mnie przebywanie z nimi w jednym pomieszczeniu.

McGonagall westchnęła zrezygnowana. Kiedy już weszła do zamku, a jej sylwetka zniknęła w panującym wewnątrz półmroku, dałam ujście hamowanemu od kilku minut rozbawieniu i roześmiałam się. Oczywiście, że wiedziałam. W końcu z Fredem i Georgem niegdyś było tak samo.

Do czasu wojny. Do czasu śmierci Freda.

-Dam sobie rękę uciąć, że przed chwilą zauważyłem uśmiech. Gdzie jest teraz?

Odwróciłam się do Malfoya. Z jego twarzy zniknęło wcześniejsze przygnębienie, wydawał się zdeterminowany i gotowy do działania. Ruszyłam przed siebie.

-A więc mi ufasz? - spytałam uszczypliwie, celowo zmieniając temat.

-Wiedziałem, że prędzej czy później wspomnisz moje słowa. - Uśmiechnął się figlarnie. - Nie myśl jednak, że się dowiesz, co mam zamiar dzisiaj zdobyć od Dumbledore'a.

-Dlaczego jesteś taki uparty? - Stanęłam przed prowizoryczną pracownią Snape'a. - Jesteśmy w tym razem, prawda? Pomagam ci, a więc zasługuję na szczerość.

Położyłam dłoń na klamce. Draco pokiwał głową, następnie delikatnie przejechał opuszkami palców po moim policzku. Momentalnie zrobiło mi się cieplej, poczułam lekkie mrowienie pod wpływem jego dotyku. Na ogół zimne oczy spojrzały na mnie z niespotykaną dotąd czułością.

-Najwidoczniej coś nas łączy, bo ty też jesteś cholernie uparta. - Musnął kciukiem dolną wargę, co wywołało skurcz w żołądku i wędrujące po moim ciele pożądanie przypominające płynący przez kabel prąd elektryczny. - Gdzie tymczasem podziała się twoja bystrość? Powinnaś zrozumieć, że czym mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie.

Czy to możliwe? Czy ukrywał przede mną prawdę, bo chciał mnie chronić? I dlaczego nic, na brodę Merlina, nie wspomniał o moich włosach? Przecież powinien już dawno się do nich przyczepić!

Zanim zdążyłam zadać jakiekolwiek z tych pytań, usłyszałam pełen bólu krzyk. Natychmiast pociągnęłam za klamkę i wpadłam do przepełnionej zapachem spalenizny, róż oraz wody kolońskiej pracowni. Wystarczająco szybko zakryłam rękawem swetra nos i zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu Severusa.

-Malfoy, musisz jak najszybciej...

Nie zdążyłam dokończyć. Draco zatoczył się na ścianę, dłonie przyłożył do twarzy. Okazało się, że nawdychał się już wystarczająco dużo, gdyż bezwładnie opadł na podłogę, pogrążając się w znanych tylko jemu koszmarach.


Severus rozpaczliwie łykał powietrze, jego powieki kolejno podnosiły się i opadały. Przykładałam zimny okład do bladego czoła, na którym pojawiły się kropelki potu. Wyczyściłam resztki po zniszczonym eliksirze, lecz mimo starań nad nami wciąż unosiła się delikatna mgiełka o zapachach źle nam wszystkich się kojarzących. Nie wiedziałam, co czuł Snape, ale słyszałam imię powtarzane przez niego, zanim udało mi się go obudzić.

Lily. Śniła mu się Lily.

Pod ścianą tymczasem, ze wzrokiem utkwionym we własnych dłoniach, siedział przygarbiony Malfoy. Z trudem oddychał, w stalowoniebieskich tęczówkach dostrzegłam ból. Zastanawiałam się, co zobaczył. Stawiałam na jego rodziców, jednak z własnych doświadczeń wiedziałam, że w tym koszmarze pojawia się więcej osób. A może to zależało od śniącego?

Czy Snape zobaczył jedynie Lily?

-Jak to się w ogóle stało? - spytałam cicho, odsuwając się odrobinę od wyraźnie przygnębionego Severusa.

-Wypadek przy pracy - skomentował oziębłym głosem. - Nie mam więcej. Musisz sobie poradzić bez niego.

Kiwnęłam głową na znak zrozumienia. Miałam nadzieję, że to nie był przypadek. Że chłopak zniszczył eliksir, ponieważ nie chciał, aby ktoś go użył.

-Draco? - szepnęłam, umyślnie zwracając się do niego po imieniu. - W porządku?

-Nie, kurwa, nie jest w porządku! - krzyknął, podnosząc się chwiejnie. Po raz kolejny tego dnia złość wzięła nad nim górę. - Co to miało być, do cholery? Czy właśnie straciliśmy jedyną szansę na obezwładnienie Dumbledore'a?

-Tak, ale możemy wymyślić coś...

-To wymyślaj, Granger. Nie poddam się tak łatwo. Zdobędę Czarną Różdżkę za wszelką cenę!