A, dzięki za info. Faktycznie, co za głupi błąd, o czym ja myślałam, pisząc? :D Poprawię w wolnej chwili. :)
W tym tempie fanfic zakończy się gdzieś w okolicach przyszłego piątku - tak gwoli informacji :)
Rozdział XI
Nastąpił ten dzień. Kurogane oficjalnie otrzymał kilka dni wolnego i teraz razem z Fayem stali przed powozem, który miał ich zawieźć do Markartu. Na swoje nieszczęście natrafili na tego samego woźnicę, który dowiózł ich kiedyś do stolicy. Kurogane, nauczony doświadczeniem, zastrzegł, że zapłaci mu tylko wtedy, jeśli dojadą do Markartu szybko i bez problemów.
Woźnica jedynie rzucił im ponure spojrzenie i pogonił konia. Fay usadowił się na ławie, z głową na kolanach Kurogane i patrzył w niebo, które dziś było oślepiająco błękitne. Z jego ust unosił się obłoczek pary.
Droga miała zająć kilka godzin. Markart leżał na południu, a droga była tak prosta, że Kurogane poprzedniego wieczora zastanawiał się nad wynajęciem dwóch koni od Legionu i udaniu się tam na własną rękę, ale w końcu zrezygnował z tego pomysłu.
Wiedząc, ile warte są konie Legionu, miał świadomość, że nie wypłaciłby się w przypadku możliwego zranienia lub śmierci zwierzęcia – o ile wojna domowa oficjalnie się zakończyła, niedobitki Gromowładnych i mściwi Renegaci mogli błąkać się po traktach i polować na wyróżniających się jeźdźców. Dokładnie z tego samego powodu Kurogane ubrał zwykłą skórzaną zbroję, bardzo popularną wśród tutejszej ludności z powodu jej niskiej ceny, a nie cesarski rynsztunek.
– Tak w ogóle czyim koniem jechaliśmy wtedy? – Zapytał Kurogane parę godzin później, gdy przypomniał sobie o zwierzęciu, na którego grzbiecie Fay przybył do obozu w Gwieździe Zarannej.
– Wypożyczyłem od stajennego po znajomości – oparł Fay. – Na ogół nie wynajmuje pojedynczych koni, ale dał się przekonać.
Kurogane pomyślał, że przydałby mu się własny koń. Mieszkańcy trzymali swoje zwierzęta w stajniach na farmie pod Samotnią i płacili niewielką kwotę za ich przechowanie. Chociaż miał na tyle odłożonych pieniędzy, by kupić wierzchowca, dotąd wstrzymywała go myśl, że wkrótce opuści Skyrim.
– Patrz – Fay lekko uniósł się i wyciągnął przed siebie rękę.
Kurogane powiódł wzrokiem po szczytach Gór Druadach, wzdłuż których jechali od Samotni. Wysokie pasmo górskie stanowiło jedną ze granic Skyrim, a gdzieś w tych okolicach kryć się miało kolejne przygraniczne miasto. Dopiero po chwili Kurogane dostrzegł u podnóża gór kamienne mury, ledwo widoczne na tle nagich skał.
W miarę jak wóz się zbliżał, Kurogane widział coraz więcej. Miasto rozsiadało się w naturalnym półokręgu stworzonym przez górskie granie, co czyniło je twierdzą. Wejścia do miasta chronił mur wtapiający się w skały tak naturalnie, jakby sam był stworzony przez naturę. Jedyną częścią miasta widoczną z zewnątrz była wysoka wieża o złotym dachu.
– Krasnoludy zbudowały to miasto? – Zapytał Kurogane.
– Tak, uznaje się, że to Dwemerowie – przytaknął Fay. – A pod samym Markartem ciągną się podziemne ruiny jeszcze starszego krasnoludzkiego miasta, Nchuand-Zel. Dwemerowie używali głównie metalu, to można zobaczyć w każdych ruinach, jakie po nich pozostały, tylko Markart jest kamienny. Uczeni dotąd się spierają, czy Dwemerowie stworzyli Markart w obecnej formie z powodu dużej dostępności kamienia, czy też Markart wybudowali Nordowie, którzy przyszli po nich.
Wóz zajechał pod stajnie, a właściwie kamienne boksy kryte kopułowatym dachem. Kurogane z niechęcią zapłacił woźnicy pełną sumę – ten najwidoczniej wziął sobie do serca jego groźbę i nie sprawiał żadnych problemów w czasie podróży.
Weszli na duże, kamienne schody, patrząc na pokryte zdobieniami i okienkami strzelniczymi mury. Wrota chowały się głęboko w murach, a stojący obok nich cesarscy żołnierze postąpili o krok na ich widok.
– Ze względu na ostatnie wydarzenia musimy panów przestrzec, że noszenie broni na ulicach może wywołać niechciane incydenty – odezwał się do nich jeden z żołnierzy, ponuro i nieufnie lustrując ich wzrokiem. – Zmuszony więc jestem prosić o oddanie broni na przechowanie, o ile nie mają państwo odpowiednich zezwoleń…
Kurogane pokazał mu signaculum, na co żołnierz się rozpogodził.
– Aaa, kolega po fachu. To przepraszam. Legion oczywiście może nosić broń. Rozumiesz, jaka jest sytuacja… – dodał ciszej żołnierz. – Legitymujemy każdego, kto wchodzi do miasta, Renegaci się ukryli i pewnie planują nowe posunięcia. Pana będę musiał prosić jednak o pozostawienie broni, jeżeli jakąś pan posiada – dodał do Faya. – Przykro mi, takie środki bezpieczeństwa.
Mag uśmiechnął się uprzejmie i ku zdziwieniu Kurogane wyjął zza szat krótki sztylet o wąskim ostrzu, wykonanym z ciemnego metalu i ozdobionego zawijasami na rękojeści.
– Ależ proszę – Fay podał żołnierzowi broń. – Ostrożnie, jest… dość ostry.
Żołnierz lekko dotknął opuszkiem palca ostrza i kiwnął głową.
– Ebon. Dobra robota, ktokolwiek to wykonał. Zaklęty? W Zimowej Twierdzy kiedyś takie robili, pamiętam. Niech pan się nie martwi, wszystkie przedmioty są strzeżone, później otrzyma pan sztylet z powrotem.
– Nosisz przy sobie broń? – Mruknął Kurogane, gdy przekroczyli bramy miasta.
– Od niedawna – odparł cicho czarodziej. – Myślę, że… że to podpalenie nie było dziełem przypadku.
Kurogane zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział. Patrzył na Markart, po raz pierwszy dostrzegając jego urok.
Z otulających miasto skał spadały kaskady trzech wodospadów, łącząc swoje wody w bystrej rzece płynącej łukiem przez miasto. Co rusz widać było mosty, kładki, schody wiodące na kolejne tarasy miasta na zboczu góry, pozornie bez ładu i składu. Domy wtapiały się w kamień, a potężne bryły kończyły bieg ulic. W centrum wznosiła się ogromna skała, a pnące się w górę ulice i schody prowadziły do wybudowanych na szczycie wieży i świątyni.
– Ładnie tu – stwierdził Kurogane zwięźle, chociaż był pod wrażeniem kunsztu, z jakim stworzono to miasto. Nawet w tej wielkiej skale wykuto domy i sklepy!
– Poczekaj, aż zobaczysz Gród Podkamień – Fay uśmiechnął się do niego. Potem jego uśmiech zbladł. – Najpierw… idźmy do banku.
Jak Kurogane się wcześniej dowiedział, tutejszym miastem rządziła rodzina Srebrno-Krwistych. Do nich należały kopalnie, gospoda, bank i parę innych posiadłości. Po upadku powstanie Gromowładnych stracili część wpływów i ucichli, nosząc w sobie nienawiść do Cesarstwa, które z powrotem odzyskało kontrolę nad Markartem.
Miał nadzieję, że ich wizyta w banku przebiegnie bez problemów. Kierując się szyldami – Kurogane – i uprzejmym zagadywaniem przechodniów – Fay – dotarli do jednego z okazalszych budynków. Kurogane posłał magowi spojrzenie, które w jego mniemaniu było pocieszające i razem weszli do środka.
Podczas gdy Fay wyjaśniał znudzonej kobiecie za kontuarem, w jakiej sprawie przybył, Kurogane rozglądał się dookoła, ignorując wymownie spojrzenia pracownicy skierowane na jego broń.
Bank mógł opisać dwoma słowami – kamień i metal. Okazało się, że pomarańczowo-złoty stop, z którego wykonywano tutaj drzwi, ozdoby i wiele innych rzeczy, w tym broń, jest mu kompletnie nieznany, chociaż wydawało mu się, że jeśli chodzi o metalurgię, jako żołnierz trochę o niej wie. W Skyrim po prostu nazywano go krasnoludzkim metalem i pozyskiwano z ruin dwemerskich. Do Cyrodil nie docierał.
– Proszę za mną – kobieta w końcu pojęła, o co chodzi magowi i spojrzała krzywo na Kurogane. – Żadnych głupstw – dodała ostrzej. Posępny, postawny mężczyzna stojący przy ścianie, pełniący rolę ochroniarza, pokiwał żarliwie głową i postąpił za nimi, trzymając się na dystans.
Kobieta poprowadziła ich wąskim korytarzem o sklepieniu kolebkowym, ciasnym i ciemnym. Minęli wiele metalowych drzwi, śledzeni przez ochroniarza. Fay na chwilę wsunął dłoń w dłoń Kurogane, w zamian otrzymując krótki uścisk. Potem kobieta otworzyła przed nimi jedne drzwi i wpuściła ich do środka. Zostali sami, nie licząc mężczyzny, który oparł się o ścianę na korytarzu, zapewne pilnując, by nie połasili się na jakąś inną skrytkę.
– Ashura wystawił mi pełnomocnictwo – mruknął Fay, patrząc na zgromadzone w niewielkim kamiennym pomieszczeniu skrzynie i szkatułki z drewna. – Ale i tak czuję się źle, że cokolwiek stąd biorę… byłem w stanie sam się utrzymać…
Kurogane stanął z boku, patrząc jak Fay otwiera poszczególne skrzynie i kufry. W pierwszym napotkanym były septimy. Fay bez słowa zaczął wkładać złote monety do sakiewki.
– Będzie ciężko wrócić do interesu – szepnął mag. – Na mieszkanie w gospodzie wydam sporo pieniędzy, a same przybory alchemiczne sporo kosztują… nie mówiąc już o jakimkolwiek zapasie składników.
– Nie zamieszkasz w gospodzie – Kurogane zacisnął zęby i przykucnął przy czarodzieju, pomagając mu pakować monety.
– Nie mogę całe życie mieszkać w koszarach – Fay posłał mu smutny uśmiech. – Pozwolili mi tylko dlatego, że zrobiłem dla Legionu sporo mikstur. Poza tym… – mag nagle się zawahał. Spojrzał na Kurogane niepewnie, a ten poczuł, że to już czas, by oznajmić na głos to, co zdecydował.
– Nie myśl, że cię zostawię – powiedział bardzo cicho Kurogane. – Podjąłem decyzję. Zostaję w Skyrim. Z tobą. I, na gnaty Shora, zrobię wszystko, byśmy mieli dom. Nasz dom.
Nie spodziewał się, że Fay porzuci sakiewkę i po prostu rzuci mu się na szyję. Ochroniarz zerkający od czasu do czasu do środka cofnął się znacznie i udawał bardzo zainteresowanego podłogą, podczas gdy Kurogane, leżąc już na zimnej posadzce, próbował opanować atak czułości ze strony czarodzieja.
– No już – mruknął we włosy maga, nie przepuszczając jednak okazji, by je pocałować. – Patrz dalej, może znajdziemy coś przydatnego.
Fay uśmiechnął się do niego szeroko, chociaż jego oczy lśniły wilgocią wzruszenia. Tym razem Kurogane przyłączył się do przeszukiwania skrzyń. Znaleźli szaty – Fay przymierzył kilka w kącie i okazały się pasować – trochę biżuterii, którą można było spieniężyć, parę sztuk sztyletów… w ostatniej skrzyni, którą otworzył Fay, znajdowały się tomy obite w skórę.
– Och – powiedział Fay takim tonem, że natychmiast zwrócił on uwagę Kurogane.
– Co to jest? – Żołnierz porzucił sprawdzanie ostrości zwykłego stalowego sztyletu i podszedł do maga.
– Dzienniki Ashury – wyszeptał Fay, dotykając dłonią okładki jednej z nich. Tomów było dużo, może dwadzieścia. – Zapomniałem o nich… pisał je przez lata, ale nigdy ich nie dotykałem, więc…
Zastygł z dłonią na woluminie, wyglądając na kompletnie zdezorientowanego. Rzucił spojrzenie na Kurogane, jakby z nadzieją, że ten podejmie decyzję za niego.
– Tam może być rozwiązanie zagadki – powiedział cicho Kurogane.
Fay zagryzł wargi.
– Wiem – powiedział cicho. – Przepraszam, Ashuro. – I otworzył pierwszy tom.
Nazywam się Ashura. Wczoraj były moje szesnaste urodziny i mój ojciec uznał, że to czas, bym rozpoczął naukę w Tajemnym Uniwersytecie. Sam na to nalegałem, więc strasznie się cieszę, że będę mógł w końcu studiować magię tak jak prawie wszyscy członkowie naszej rodziny, ale… i tak trochę się boję tego co nastąpi. Muszę opuścić Bravil i pojechać do Cesarskiego Miasta.
Otrzymałem prezent. Ojciec powiedział mi, że te przedmioty przechodziły w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Gdy tylko wziąłem je do rąk, poczułem, że nie są zwykłe i kryje się za nimi jakaś zagadka.
Pierwsza rzecz to sztylet. Ojciec powiedział mi, że nosi imię: Czerwony Smok. Trochę się zdziwiłem, gdyż sztylet jest srebrny. Jest piękny, misternie wykonany, ale wciąż po prostu srebrny. Ojciec nie potrafił powiedzieć mi, dlaczego sztylet jest Czerwony. Taka po prostu jest tradycja naszej rodziny i mam przekazać go dalej swojemu synowi.
Drugim przedmiotem był zwój. Jest bardzo krótki i bardzo zniszczony. Ktokolwiek był jego autorem, narysował na nim ideogramy, które są kompletnie niezrozumiałe. Nikt z moich przodków nie zadał sobie trudu, by je rozszyfrować, pozostawiając to następnym pokoleniom. A ja… poczułem, że to mój czas.
Kurogane czytał wraz z Fayem kolejne wpisy pierwszego tomu. Mimo upływu wielu lat strony były świeże, a atrament czarny jak noc. Piękne pismo cyrodilskiego czarodzieja opisywało jego pierwsze dni na Tajemnym Uniwersytecie.
– Zabierzmy je ze sobą – powiedział cicho Fay. Gardło miał ściśnięte. – Zbyt dużo… czasu zajmie ich przejrzenie.
Kurogane wstał i podał mu rękę. Fay przytulił się do niego na moment, a potem zaczął układać dzienniki w ramionach.
– Taaa – mężczyzna w gospodzie wpisywał ich irytująco wolno do księgi meldunkowej. – Mamy jeden pokój, dwa łóżka. Tylko na noc? Dobrze. Córka panów zaprowadzi.
Drobna, nastoletnia Nordka o zarumienionej twarzy poprowadziła ich korytarzem, wskazała metalowe drzwi i uciekła, nim się obejrzeli. Kurogane bez słowa wsunął klucz do zamka i przekręcił. Drzwi ustąpiły bez skrzypienia.
Pokój nie był duży. Na kamiennych ławach leżały posłania, a na równie kamiennym stoliku pomiędzy nimi stał świecznik. Kurogane zerknął na łóżka – i tak były dwa razy większe niż to, na którym nocował. Nocowali, uściślając.
– To… chcesz przejrzeć dalej te dzienniki?
– Tak – przyznał Fay zbliżając się do niego. – Ale… w tej chwili mam nieco inną potrzebę – przyznał cicho, poważniejąc na moment. – Być. Z tobą. Teraz.
Kurogane bez słowa wziął go w ramiona. Gdy początkowo niewinnie czuły pocałunek zaczął przeobrażać się w bardziej intymną bliskość składającą się na błądzące dłonie i spragnione wargi, Fay lekko pchnął go na łóżko i…
– Tu jest całkiem dużo miejsca – mruknął z łobuzerskim błyskiem w oku, sadowiąc się na posadzce. – Pamiętasz Chutliwą argoniańską pokojówkę?
Świece powoli dogasały. Kurogane siedział na drugim posłaniu i przeglądał kolejne tomy. W wynajętym pokoju słychać było jedynie szelest przewracanych kartek i spokojny oddech śpiącego czarodzieja. Kurogane zerknął na maga. Fay spał otulony kocami, spod których wystawały nagie ramiona. Kurogane zrezygnował z przykrywania go po tym, jak po raz siódmy śpiący czarodziej się odkrył, stwierdzając, że to kompletnie bezcelowe.
Ashura prowadził dziennik niezwykle skrupulatnie i regularnie, więc Kurogane od pewnego czasu jedynie przejeżdżał wzrokiem przez wpisy, szukając konkretnych słów. Okazało się też, że opiekun Faya miał unikalny zwyczaj portretowania siebie na ostatniej stronie danego tomu. Kurogane w pierwszej chwili uznał to za dość dziwne, ale później stwierdził, że było to ciekawe – w prostych, ale wyjątkowo dobrze oddających jego wygląd kreskach bez problemu można było ujrzeć zmiany, jakie zachodziły w wyglądzie czarodzieja. Gdyby wpisy nie miały dat, i tak dałoby się przypisać poszczególne tomy dziennika do okresu, w jakim je pisano bez większych pomyłek.
Już trzy miesiące, odkąd studiuję. Ciężko mi uwierzyć, jak szybko pokochałem Uniwersytet. Tyle magii dookoła, tyle wiedzy… Jestem ciekawy, czy uda mi się tu rozszyfrować zwój.
Następna wzmianka pojawiła się dopiero kilka miesięcy później.
Dowiedziałem się, że zwój zapisany jest po akavirsku. Mocno się rozczarowałem, bo okazało się, że nawet magowie z Tajemnego Uniwersytetu i Gildii Magów nie wiedzą, jak go przeczytać. Język wymarł już dawno, a nie zachowała się żadna księga, która wyjaśniałaby znaczenia chociaż podstawowych ideogramów. Wątpię, by ktokolwiek w Tamriel wiedział, jak to przeczytać. Na zwoju zapisany jest krótki tekst. Ułożenie znaków pozwala mi sądzić, że może to być utwór poetycki, o ile Akaviri stosowali taki sam system zapisu jak my. Cokolwiek tam zapisano, jest krótkie. Tym bardziej irytuje mnie, że nie jestem w stanie tego poznać. Wydaje mi się, że moje poszukiwania stanęły w martwym punkcie.
Kurogane znów zaczął przewracać strony. Minęło zaledwie kilka dni, nim Ashura podjął temat Czerwonego Smoka, okazało się jednak, że wiedział niewiele.
Sztylet jest starą, piękną bronią, ale tylko bronią. Nie jest zaklęty, ale jakimś cudem nie zniszczył go czas. Nie wiem, jak długo był w mojej rodzinie, ale mój ojciec miał dostać go od swojego ojca, a on od swojego. Dowiedziałem się za to, że imiona w mojej rodzinie mają akavirskie korzenie. Wychodzi na to, że jestem odległym potomkiem Akaviri, którzy swego czasu najeżdżali Tamriel. Szkoda, że nie mam możliwości poznać swojego dziedzictwa.
Zbliżał się świt, gdy Kurogane przejrzał jeszcze kilkanaście tomów. Ledwo widząc na oczy, myślał już, że to totalnie bezcelowe. Ashura ukończył Uniwersytet i osiadł w Cesarskim Mieście, a życie wypełniły mu inne sprawy, zupełnie jakby porzucił swoją misję. Kurogane trzymały przy tej czasochłonnej robocie jedynie rzucane od czasu do czasu spojrzenia na zwiniętego w kłębek maga i okazjonalne rozprostowanie nóg, gdy szedł zapalić nowe świece.
Mam trzydzieści lat i odkryłem moc drzemiącą w Czerwonym Smoku.
Kurogane przeczytał kolejny raz to zdanie i spojrzał na czarodzieja. Zastanawiał się, czy powinien go obudzić czy też nie. Dylemat rozwiązał się sam, bo Fay poruszył się, obrócił w jego stronę i otworzył oczy.
– Czytasz? – Zapytał cicho.
– Tak – Kurogane wziął ze sobą aktualnie czytany tom i te, w których pojawiły się wcześniejsze wskazówki i usiadł obok ukochanego. Najpierw pokazał mu to, co znalazł wcześniej, a potem razem zapoznali się z kolejnym wpisem.
Myliłem się, sądząc, że nie jest zaklęty. Tamrielscy magowie, w tym ja, przywykli do tego, że potrafią rozpoznać zaklętą broń po prostu jej dotykając. Ja musiałem prawie zniszczyć Smoka, by odkryć magię drzemiącą w jego rdzeniu. Co to za umiejętności, które pozwoliły na ukrycie zaklęcia tak głęboko, że nawet najsilniejsi nie byli w stanie go zauważyć? Akaviri musieli być bardziej zaawansowani, niż myślałem. Szkoda, że ta wiedza zaginęła. Nie potrafię odtworzyć sposobu rzucania zaklęcia tylko z jednej takiej broni.
– Och – Fay patrzył na słowa poruszony. – To… taka magia… pierwszy raz słyszę o takim sposobie zaklinania. Dalej – nakazał pośpiesznie, a Kurogane przekręcił stronę.
Gdy w końcu to zrozumiałem, skaleczyłem się sztyletem. Pierwszy raz zadałem sobie ranę celowo. Gdy krew zabarwiła ostrze, nagle mnie olśniło. Wszak bronie często robią się czerwone, a ich barwnikiem jest krew, nieprawdaż?
Nigdy nie używałem Smoka jako broni. Zawsze był dla mnie artefaktem, spuścizną i zagadką, aż zapomniałem o jego podstawowej funkcji. Teraz wszystko stało się jasne… na moment.
Użyłem pewnej sztuki. Gdy studiowałem, toczyły się nad nią gorące debaty. Mówię o krwiowidzeniu, umiejętności wykorzystującej krew do przepowiadania przyszłości, odkrywania tajemnic i wielu innych czynności. Czarodzieje od stuleci wykorzystywali tę metodę, by w jakiś sposób sobie pomóc. Dziś krwiowidzenie zostało uznane za sztukę szkodliwą i przestało się jej nauczać, ale ja jeszcze ją pamiętam.
Krew dała mi połowę mapy. Zrozumiałem wtedy, że skoro moja krew i moja broń dały mi część mapy, musi istnieć bliźniaczy komplet lub coś zbliżonego, co da mi drugą połowę. Wtedy właśnie wyruszyłem z Cesarskiego Miasta w świat.
Fay zaczął przekręcać strony w ekscytacji, ale kolejne wpisy nie dały żadnych odpowiedzi. W końcu zwolnił, a potem oparł się o Kurogane i westchnął ciężko. Wojownik znów zaczął szukać. Kolejny element zagadki znaleźli dopiero po pięciu latach wpisów. Stos tomów wokół nich rósł i rósł.
Pięć lat. Tyle błądziłem by osiąść w końcu w Bravil. Postanowiłem się tam zatrzymać, bo moje fundusze zaczęły topnieć. Zamierzałem pobyć tam kilka miesięcy, może rok, a potem znów ruszyć w podróż.
I wtedy go spotkałem. Nosił niezwykle rzadko spotykane imię o akavirskim rodowodzie – jak moje – a u boku nosił większą wersję mojego Czerwonego Smoka.
Fay spojrzał pytająco na Kurogane. Ten kiwnął głową, potwierdzając to, czego domyślał się już od pewnego czasu. Wskazał znacząco na swój miecz.
– Mam go od swojego ojca. Po nim odziedziczyłem też imię.
Nie był zainteresowany rozwiązaniem zagadki. Nie dziwiłem mu się – to był młody mężczyzna, który niedawno wrócił z Wielkiej Wojny. Teraz leczył jej koszmary i starał się zapewnić byt młodej małżonce, ślicznej dziewczynie o łagodnych oczach, która niedługo miała urodzić mu syna.
Pozwolił mi użyć Srebrnego Smoka, bo tak nazywał się miecz. Otrzymałem kroplę jego krwi, a z niej drugą połowę mapy. Byłem o krok od rozwiązania zagadki. Ba, wiedziałem, gdzie jej szukać… Spytałem jeszcze Kurogane o zwój. Powiedział mi, że nigdy nie słyszał o zwoju. Początkowo myślałem, że to dziwne, ale szybko zdałem sobie sprawę, że mój zwój nie był magiczny i jego bliźniak łatwo mógł ulec zniszczeniu dawno temu.
Życząc mu szczęścia w życiu, pożegnałem Kurogane, myśląc, że miałem już klucz do sekretu. Wspomniał jeszcze, że zamierza przeprowadzić się do Cesarskiego Miasta, gdy narodzi się dziecko. Mam nadzieję, że jest zdrów.
– Nie jest – szepnął cicho Kurogane. – Zginął, gdy miałem kilkanaście lat.
Fay mocno ścisnął jego dłoń.
Od momentu spotkania Kurogane minęło pięć lat. Osiedliłem się w Skyrim i poszukiwałem zagadki – znałem jej położenie na mapie, ale okazało się, że wejście pod ziemię musiało znajdować się gdzieś indziej. Myślę, że jestem blisko.
Przybyłem do Gwiazdy Zarannej i tu w moim życiu pojawiło się dziecko, którego obecność oddaliła chęć rozwiązania zagadki na wiele lat.
Fay otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Patrzył na napisane słowa z wilgotniejącymi oczami. Kurogane mocno przycisnął go do siebie i przewrócił kartkę.
Gdy pierwszy raz zobaczyłem Faya, był małym, wystraszonym i zziębniętym, osieroconym dzieckiem, którego nikt nie chciał, bojąc się, że nie poradzi sobie z tkwiącą wewnątrz niego magią. Nie byłem w stanie przejść obok niego obojętnie.
Teraz śpi w moim domu w Samotni, skulony pod kocami, a ja gorączkowo rozmyślam nad tym, jak zapewnić mu lepsze życie.
Dalsze tomy ukazywały życie w Dumnej Wieżycy. Fay ze smutnym uśmiechem wskazywał mu wydarzenia, które sam pamiętał. Wydawało się, że zapomniał o Smokach, pochłonięty wspomnieniami.
Wpisy mówiły o nieufności i niepewności, które w końcu, dzięki cierpliwości Ashury, przerodziły się w szczerą przyjaźń i poczucie bezpieczeństwa. Dumna Wieżyca stała się miejscem pełnym ciepła, światła i dźwięku.
Wyrzuciłem Czerwonego Smoka z moich myśli na piętnaście długich lat… i byłem szczęśliwy.
Fay wyruszył wczoraj do Akademii odebrać swój dyplom. Ukończył Akademię z najlepszymi wynikami, jestem z niego niezwykle dumny. Cieszy się jak dziecko. Chce otworzyć własną pracownię alchemiczną.
A ja… a ja postanowiłem, że dokończę to, co zacząłem. Złożę ten dziennik wraz innymi w banku w Markarcie i wyruszę. Fay zrozumie. Poradzi sobie. A jeśli mi się nie uda, wrócę i przekażę Smoka w ręce mojego syna.
– Mojego syna – powtórzył Fay na głos. – Nie… nie ma nic więcej.
Miał rację. Na tym kończył się ostatni tom. Fay nerwowo zaczął przeszukiwać księgę, aż spomiędzy kartek wypadł pojedynczy złożony arkusz.
Kurogane złapał go nim ten spadł na podłogę i rozłożył go na kolanach. To była mapa Skyrim.
– Całość mapy – wyszeptał Fay. – Poznaję lewą część. To z mojej wizji krwiowidzenia. Na złączeniu… jest krzyżyk, widzisz?
Rzeczywiście, gdzieś między Helgen a Ivarstead coś zaznaczono.
– Chcesz tam wyruszyć? – Zapytał Kurogane, chociaż wiedział, jaka będzie odpowiedź.
– Tak – Fay zacisnął palce na jego dłoni. Włosy opadały mu na oczy, częściowo kryjąc spojrzenie pełne determinacji. – Muszę go odnaleźć i sprowadzić z powrotem. A jeśli… a jeśli już nie żyje – dodał znacznie ciszej. – Chcę usypać mu kurhan. Mój ojciec na to zasługuje.
