Tysiąc wersji Tego, Co Mogłoby Się Stać. Część druga.

Sherlock i John przyjeżdżają do domu wieczorem o dziewiątej trzydzieści. Detektyw niesie zapakowany prezent urodzinowy od Molly. Dziewczyna była jak zwykle zakłopotana, roztrzepana i wesoła, mimo że zlekceważono jej propozycję wypadu do pubu. Wciąż żałowała Sherlocka, że musiał pracować w swoje urodziny, i uśmiechała się do Johna, ponieważ John kilka miesięcy temu usunął z jej życia największe źródło nieustannego stresu i przespał się z Sherlockiem. Molly wyprostowała ramię, podając prezent. Do oka wpadł jej kosmyk włosów i bardzo przypominała kota, który właśnie zjadł kanarka.

- Myślę, że to zgodne z twoimi zainteresowaniami, Sherlock – powiedziała.

Sherlock, który zdążył się zapoznać z podstawowym angielskim, wziął od niej prezent i podziękował jej grzecznie, gdyż nie do końca jeszcze mógł sobie przypomnieć, jak zachowują się ludzie, a już na pewno, jak on się zachowuje. Musiał działać instynktownie.

- Jesteś teraz taki milutki – żartuje z niego John, zatrzymując taksówkę. – Taki dobrze wychowany i w ogóle. Jak myślisz, długo to potrwa?

Sherlock piorunuje go wzrokiem. Po czym bierze Johna za rękę i nie puszcza jej przez całą drogę do domu.

Teraz siedzi przy ich stole służącym do jedzenia i eksperymentów, gapi się na kubek herbaty, który podał mu John, i czuje się niemal normalnie. A może nie normalnie – po prostu tak jak zwykle. Spogląda na Johna, który, ciągle w fartuchu, wpisuje do ich kalendarza swój grafik w klinice. John Lekarz. John, który mówi martwymi językami. John, który podarował mu kiedyś krew. Którego myśli przypominają jasno błyszczące, malutkie, żywe spiralki.

- Nie wiem, co powiedzieć – mówi Sherlock.

- Ja, w tej chwili, też nie. Nie mogę się skoncentrować. Może to dlatego, że się nie rozebrałeś. Myślałem, że jesteś tak piękny, iż niemal biologicznie niemożliwy. – John odwraca się i uśmiecha. – No, co Molly ci dała? Wygląda mi na książkę.

Cienki papier łatwo zedrzeć. Sherlock spogląda na okładkę, by przeczytać tytuł.

- „Pachnidło" – raportuje – „Historia mordercy", autor: Patrick…

- Jasna cholera.

Nagle, zanim zdąży mrugnąć, bardzo aktywny wojskowy doktor wyszarpuje mu książkę z rąk, po czym natychmiast przechodzi na drugą stronę stołu.

- Chwila! – protestuje Sherlock z irytacją.

John mocno trzyma książkę, odrobinę chowając ją za plecami, jakby jej treść można było odczytać przez zamkniętą okładkę. Jego brwi są uniesione, jak zawsze, gdy musi postawić na swoim. Sherlock nie rozumie, dlaczego.

- Nie będziesz tego czytał – stwierdza John, podchodząc do zlewu i wyrzucając prezent do kosza.

- To moje – warczy Sherlock.

- Nie, teraz należy do śmietnika. Chociaż to miło ze strony Molly.

- Co ty, do ciężkiej cholery…

- Sherlock, perfumy wcale cię nie obchodzą, prawda?

- Obchodzą w kontekście zbrodni. I było napisane „morderca".

John ujmuje twarz w dłonie i pociera ją.

- Tak. To prawda. Słuchaj. Nie będziesz tego czytał. I tak masz gdzieś powieści.

- Wyjaśnij mi, czemu zabierasz mi moją własność, a potem wyrzucasz ją do śmieci na moich oczach.

John wypuszcza powietrze między zębami, podchodzi do Sherlocka i wpycha się między jego kolana. Skóra doktora pod fartuchem jest ciepła, muskuły jego ud ocierają się o przyrodzenie Sherlocka i jakże elegancka jest ta prostota; to, jak się w siebie wpasowują. Tak jakby Sherlock ulepił Johna z gliny, a potem tchnął w niego życie.

- To ci się nie uda – mówi Sherlock, naburmuszając się odrobinę wbrew sobie.

- Uda, uda.

- Wytłumacz mi…

- Od czego mam zacząć? – John delikatnie skubie jego szyję. – To, że jesteś wspaniały, czy to, że cholernie piękny, czy też może to, że o obu tych faktach myślę bez przerwy? Ty. Mnie. Dekoncentrujesz. Najbardziej podniecający seks od wieków, a ja nawet nie mogłem sobie na ciebie porządnie popatrzeć. Trzeba to naprawić.

- Ale czemu wyrzuci…

- Bo mnie uwielbiasz, ty nieznośne dzieło sztuki.

- Tak, ale…

- Tak jest bezpieczniej, zaufaj mi. I jeśli sobie myślisz, że przetrwasz całe swoje urodziny bez bzykanka, to chyba śnisz. Przestań myśleć o literaturze, i tak nie masz o niej pojęcia.

John skubie jego ucho.

- Nie, żebym miał coś przeciwko – wzdycha Sherlock. – Ale jestem trochę…

- Wyczerpany – zgadza się John. – Otumaniony. Ogłuszony. Spowolniony. Naćpany. Ogłupiony. Przesłodki.

- Zamknij się. Chodziło mi o to, że…

- Wiem, o co ci chodziło. Zajmę się tym. Ostatni raz tak bardzo chciałem cię pieprzyć, kiedy miałeś na sobie frak i śledziliśmy pasera, który próbował sprzedać skradzionego Greuzego.

To działa.

Detektyw myśli, ze naprawdę trzeba by tak częściej. Cudownie jest być rozebranym i delikatnie pchniętym na łóżko przez Johna, i cudownie jest zostać ułożonym na boku z lekko zgiętymi kolanami i miękką poduszką pod głową, i cudownie jest wiedzieć, że to dlatego, iż John jest o piętnaście centymetrów niższy. Cudownie jest też mieć wycałowane ramię i przedramię, i kark, podczas gdy John powoli porusza się z tyłu. Podczas pierwszego razu, po tej kłótni o Charlesa, Sherlock wyobrażał sobie, iż jego kręgosłup się rozprostowuje, jakby rozplątywano ciasno splecioną nić sięgającą aż do jego mózgu. To było trochę straszne, mimo niekończących się spazmów przypominających drobne dawki heroiny. Bo chociaż Seb zdecydowanie wolał być na górze, a Sherlock wtedy bardzo chciał raz w życiu pozostać uległym, to coś takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Ani z Sebem, ani z nikim innym. Ale z Johnem wszystko rozpadło się na kawałki. Nigdy czegoś takiego nie przeżył. Ale teraz jest już na to przygotowany, na ręce Johna na swoim biodrze i we włosach. Czuje, jak jego umysł rozpruwa się i nie martwi się, że John chce go całkiem rozłożyć na części pierwsze i rzucić na wiatr nad Tamizą. John mówi „przepiękny", gdy Sherlock drży gwałtownie, „tak cholernie piękny", a więc bycie rozpruwanym jak sweter z dziurą jest w porządku. Wszystko jest w porządku.

- Ty – mówi John dwadzieścia minut później, już po tym, jak wziął szybki prysznic i wrócił do łóżka, pachnąc mydłem – jesteś bardzo sprytnym chłopcem. To twoje urodziny, a to ja mam radochę.

Sherlock mocniej wtula twarz w szyję Johna. Jego kostka jest zarzucona na johnową. Ociera je o siebie leniwie.

- To nieprawda, że nie mam pojęcia o literaturze – mówi uparcie, wydymając usta – I wciąż chcę wiedzieć, czemu nie można mi pozwolić na czytanie. Jak mam pogłębić swoją wiedzę o literaturze, skoro nie pozwalasz mi na książki? Czemu ją wyrzuciłeś?

- Profesorze Hawking, czego dokładnie pan uczy na uniwersytecie?

Sherlock piorunuje go wzrokiem. Przypuszcza, że to doda mu więcej powagi niż roześmianie się. Ale nie wytrzymuje zbyt długo. Spojrzenie jest krótkie i powierzchowne, i zmienia się w krzywy półuśmieszek, zanim Sherlock może zmianę powstrzymać.

xxx

W kolejnym tygodniu Sherlock dostaje od Lestrade'a informację o bardzo dziwnej sprawie.

Kiedy przyjeżdżają, inspektor wręcza im kilka zdjęć. Atmosfera w pokoju jest napięta, niemal można ją kroić nożem. Ale pomieszczenie jest czyste i ładnie udekorowane, całe w paskach i błękitach, a Anderson szuka odcisków palców na pianinie. Sherlock wyobraża sobie jego głowę eksplodującą niczym dynia zrzucona z wieżowca, po czym zajmuje się zdjęciami.

- Mój Boże – wzdycha John.

Zdjęcia przedstawiają parę mężczyzn. Obaj mają szeroko otwarte oczy, twarze wykrzywione w wyrazie dzikiego bólu, wrzeszczą coś do aparatu. To zdjęcia z miejsca zbrodni, nikt więc nie przejmował się estetyką i wyglądają jak kadr z horroru. Ratownik właśnie podaje jednemu z mężczyzn zastrzyk. Drugi śmieje się w najbardziej przerażający z możliwych sposobów.

- To George i Owen Tregennisowie – wyjaśnia Lestrade. – Zupełnie im odwaliło, przynajmniej wczoraj rano, kiedy ich tu znaleziono. Wcześniej nie mieli takich zjazdów. Spotkałem się z nimi godzinę temu, na żywo są jeszcze bardziej uroczy.

- Kogoś mi przypominają – mruczy Anderson znacząco.

Sherlock ignoruje go i przenosi wzrok na kolejne zdjęcie. Jest na nim kobieta, która wcześniej mogła być bardzo ładna. Sądząc po podbródku, siostra poprzedniej dwójki. Jej twarz jest szalona i wykrzywiona przerażeniem. Siedzi na krześle przywiązana za dłonie do stolika, na którym stoi sporo butelek z piwem. Jej usta są otwarte, oczy szkliste i opętane. Jest bardzo martwa. Sherlock nie wie, w jaki sposób umarła, ale wygląda, jakby… przestraszono ją na śmierć.

- Prześliczne, co? – mówi Lestrade sucho.

- Fascynujące – wzdycha Sherlock.

- Obrzydliwe – mamrocze Anderson.

- A mówisz o wierności małżeńskiej czy o tym, czego oni się naćpali? – pyta John słodko.

Sherlock spogląda na przyjaciela i uśmiecha się do niego.

Dowiadują się od policji tyle, ile są w stanie. Na przykład, Brenda miała narzeczonego, znanego lekarza, którego John kojarzy, pracującego w Afryce nad kwestiami powiązanymi z AIDS. Obecnie jest on w Londynie, ale ma niepodważalne alibi, bo wygłaszał wykład o mięsie dzikich zwierząt przed pięćdziesięcioma osobami. Zamierzał właśnie wrócić do swoich badań w dżungli. Trójka ofiar ma jeszcze jednego brata, który był nieobecny podczas tych wydarzeń, ale jeszcze przed nimi odwiedził braci i odkrył, co się dzieje, kiedy wrócił następnego dnia po zapomniany parasol. Lestrade twierdzi, że facet jest w szoku. Nazywa się Morty. Morty uważa, że jego rodzeństwo zażyło jakieś narkotyki, może źle odmierzoną metamfetaminę albo LSD, podczas imprezy poprzedniego wieczora, nie znając zagrożenia. Sherlock, który obecnie rozgląda się i węszy, nie jest o tym przekonany. Podobnie jak John.

- To mógł być czysty przypadek – mówi John rozsądnie. – Ale matko, jaka paskudna śmierć. Coś strasznego. I skoro wszyscy wzięli tę samą dawkę, dlaczego tylko dziewczyna zmarła? Nie różni się od nich specjalnie wagą. Macie już wyniki toksykologii, Lestrade?

- Jeszcze nie. Ale nie znaleźliśmy na ich ciele śladów po strzykawkach, nie zostawili też żadnych przedmiotów. Pobraliśmy facetom krew, ale jeszcze nic z tego nie mamy. Sherlock, czemu gapisz się na kominek? Już po Świętach.

Sherlock gapi się na kominek, gdyż, jeśli wierzyć zdjęciom, Brenda siedziała najbliżej niego. A Sherlock ma bardzo wyczulony węch. I coś w tym pokoju jest Nie W Porządku. Wskazuje palcem.

Lestrade i Sherlock pochylają się nad paleniskiem. Większość popiołu wygląda normalnie, ale na jednym miejscu na kracie pojawił się dziwny, szary proch.

- Nieźle. To może coś znaczyć. Hej, Anderson, weź z kominka tyle próbek, ile zdołasz. Czy ta śmierć była przypadkowa czy też nie, to, jak przyjęli narkotyk, może nam pomóc w odpowiedzi.

- Myślisz, że to było w powietrzu – zastanawia się John, kiedy zatrzymują taksówkę i każą kierowcy skierować się do New Scotland Yardu, podczas gdy Lestrade podąża za nimi radiowozem. – Ta trucizna, czym by nie była.

- Myślę, że to coś nowego – szepcze Sherlock.

- Alleluja, naprawdę. Mógłbym się obyć bez „czegoś nowego", wielkie dzięki.

Morty Tregennis okazuje się być architektem krajobrazu, zarośniętym i spoconym, o wrednych oczkach i czerwonym nosie. Zaznacza, że jego rodzeństwo nie wylewało za kołnierz. To byli kochani ludzie, ale lubili eksperymentować z narkotykami. Kto wie, co wciągali z lusterek tym razem? A może coś ugotowali? Słyszy się o takich rzeczach. Ma złamane serce, biedna, kochana Brenda, i czy George i Owen czują się już lepiej?

- Raczej nie – mówi szorstko Lestrade.

- To takie straszne – Morty niemal płacze. – Co za okropny widok. Nie mogłem tego znieść, a gdy przyjechało pogotowie, wszyscy tak strasznie pobledli.

Sherlock próbuje nie uśmiechnąć się złośliwie, słysząc te nowiny, co nie do końca mu wychodzi. John spogląda na niego, ale nic nie mówi. Wychodzą z Yardu po przysięgnięciu Lestrade'owi, że tym razem, na miłość boską, Sherlock będzie go o wszystkim informował.

Ale już w tym momencie, w bardzo wczesnej fazie śledztwa, nie wszyscy są tak dobrze poinformowani, jakby chcieli.

Na przykład, Lestrade nie wie, że Sherlock zabrał kilka gramów pyłu z samego dna paleniska w domu Tregennisów, gdy nikt nie patrzył. To było wtedy, gdy poprosił Lestrade'a, by sprawdził, czy w łazience nie ma tabletek, które rodzeństwo mogło zażyć.

Anderson, gnojek jeden, też nic nie zauważył. Gdy zostawiono go ze Świrem, odwrócił się do niego tyłem bardzo, bardzo znacząco.

Nic też nie wie John. Przeglądał wtedy zawartość kuchni, szukając dowodu, że rodzinka Tregennisów mogła gotować swoje własne mikstury. Nie ma o niczym pojęcia, gdy opuszczają duszne mieszkanie; nie ma pojęcia, gdy wychodzą z Yardu; nie ma też pojęcia, gdy jadą do domu; i nie ma pojęcia, kiedy płaci za taksówkę, bo Sherlock nigdy nie ma przy sobie gotówki; i gdy mamrocze, ile dokładnie przysług Sherlock oczekuje każdego dnia, a Sherlock zauważa, że John lubi robić mu przysługi; i nie ma pojęcia, kiedy wychodzi do sklepu na rogu ulicy po kanapkę i paczkę chipsów. Ostatecznie John często robi się głodny.

I wtedy Sherlock jest sam w mieszkaniu. Wyciąga pył, który zeskrobał do torebki na dowody i przygląda mu się.

Kładzie go na stole kuchennym.

Sięga po szkiełko przedmiotowe.

Sherlock wie, że w takiej sytuacji zawsze ma się wybór. Nigdy nie jest się do niczego zmuszonym. To, że czuje przymus, by coś zrobić, nie oznacza jeszcze, że jego uczucia wygrały z umysłem. Nigdy. Gdy patrzył na własną rękę, która podsuwała mu do ust zatrutą tabletkę taksówkarza, czuł, że ma prawo do wyboru. Czuł się bezpieczny. Ale to nie zmieniło faktu, iż bliskość śmierci była tak samo zachwycająca jak zawsze. Z dzisiejszego punktu widzenia pójście samemu na spotkanie z Jimem Moriartym było rozpaczliwie głupie, ale to była jego własna decyzja i nie może zaprzeczyć, że kochał to ryzyko.

Sherlock nie może tak myśleć, bo nigdy się nie patyczkuje.

Więc gdy zużyty proszek (jest zużyty, prawda?) ląduje na szkiełku (nie widział nigdy takiego narkotyku, to nowy gatunek, to cud) i gdy próbuje wymyślić, jak go zidentyfikować we własnej kuchni (metoda analityczna musi być wybrana ze starannością, gdy chodzi o tak małą próbkę), a nie w Barts (zbyt wielkie ryzyko, że ktoś mu przeszkodzi, to subtelna robota), doskonale wie, że podpalenie go będzie niebezpieczne.

Być może niezdrowe.

Ale nie śmiertelne. Prawda?

Kocha ten znak zapytania tak, jak niemal nic innego.

Więc zapala zapalniczkę i przytrzymuje ją pod szkiełkiem.

Najpierw nic się nie dzieje.

Po czym nagle ostry zapach, jakby haszysz wymieszany z chemikaliami używanymi w kostnicach, atakuje jego nozdrza. Sherlock gwałtownie łapie powietrze i krztusi się. Czuje, jak w gardle rośnie mu wielka gula.

Zły pomysł.

Sherlockowi udaje się podejść do zlewu i włożyć szkiełko pod strumień wody dokładnie w tej chwili, gdy otwierają się drzwi wejściowe. To pewnie John. Tak, to John, bo teraz coś mówi, upuszcza torby, które miał w rękach, rzuca się do okien, otwiera je na całą szerokość, zaciąga Sherlocka do sypialni, rzuca go na łóżko i wcale nie jest delikatny, zamyka drzwi, by odciąć dopływ tego-co-zatruwa-właśnie-salon i…

~~~~~~~~~~~~~ssssssssssssssssssssssssssss ssssssssssssssssssssssSSSSSS SSSSSSSSSSSSSSSSSSSSS

Sherlock drży i przyciska dłonie do uszu. Gdzieś ponad krzykami pojawiło się straszne syczące skrzypiące wyjące wysokie piszczenie. I narastające poczucie grozy. Jest przyzwyczajony do wrzasków swojego umysłu, zawsze je słyszał, zawsze będzie je słyszał, więc może uodpornił się na prawdziwy lęk spowodowany przez ten narkotyk. Ostatecznie to, co ma w głowie, nie przypomina spacerku leśną dróżką. Nie ma halucynacji, a ciemność w nim samym nie jest gorsza niż zwykle. Nie chce mu się krzyczeć, tak jak krzyczeli ci na fotografiach, by ukryć się przed strachem. Ale jego serce wali jak oszalałe, płuca wydzierają zamykającemu się gardłu każdy łyk powietrza, a John usiadł na nim okrakiem, krzyczy coś, a jego ciemnoniebieskie oczy szaleją. Odrywa dłonie Sherlocka od jego głowy.

- …przysięgam na Boga, przysięgam na swoje życie, gdybyś tylko nie był takim zajebiście popieprzonym dupkiem. Sherlock. Odpowiedz, do diabła. To była trucizna, znalazłeś ją. Trucizna z…

- Myślę że umieram – zdaje sobie sprawę Sherlock.

I w tym samym momencie rozumie, że, w gruncie rzeczy… jest w porządku.

Wszystko jest w porządku.

Mogłoby być o wiele gorzej. To jest właściwy sposób.

John jest przy nim. Więc w porządku.

Tak naprawdę to taka ulga, że wszystko się kończy. John jest obok, więc nie umrze sam, spędzi ostatnie sekundy ze swoim przyjacielem. Nie zasłużył na to, ale dokładnie to dostaje. Swoje życzenie śmierci. Tak mniej więcej.

Naprawdę, marzenie stało się rzeczywistością.

- Nie. – John zaciska pięści na koszuli Sherlocka. – Nie. Wcale nie. Sherlock, oddychaj wolniej. Uspokój się. Zaraz poczujesz się lepiej, po prostu…

Ale nie czuje się lepiej. Sherlock nie zamierza oddychać wolniej, bo to, co się dzieje, jest interesujące, a oddychanie to nuda. I nie może nic na to poradzić. A jego serce…

jego serce

- Nie. Sherlocku Holmesie, nie możesz mi, kurwa, tego zrobić.

Sherlock zaciska oczy. Ból jest nie do zniesienia. Myśli, że na to zasłużył, bo jego przyjaciel brzmi, jakby cierpiał. Nigdy nie słyszał takiego tonu głosu. John powtarza jego imię, wciąż i wciąż, łamiącym się głosem, „Sherlock" i to brzmi tak, jakby się o coś modlił. To cudowne. Sherlock powinien się pożegnać. Teraz jest na to czas. Ale John nie powinien wyglądać na tak przerażonego. Czemu tak wygląda? Przecież wszystko jest w porządku. Tak, jak powinno być. Co chciałby powiedzieć Johnowi, nie mając czasu, by to tłumaczyć; tak, żeby było właściwe od początku do końca, żeby angielski go nie zawiódł jeden, ostatni raz?

- Gdyby nie było cię na świecie – mówi Sherlock – nie warto byłoby tu w ogóle być.

John krzyczy coś w odpowiedzi, ale Sherlock tego nie słyszy.

Sądzi, że to jego imię.

Cóż za wspaniały sposób, by rozpocząć przygodę największą ze wszystkich.

xxx

Tuż przed śmiercią Sherlock zapada w sen.

Albo też przenosi się do jakiegoś dziwnego wymiaru „pomiędzy". Nie ma pewności.

Ktoś w jego głowie śpiewa piosenkę, raz słyszaną w małym sklepiku muzycznym i – ma przerażająco dokładną pamięć – jest w stanie przypomnieć sobie jej każde słowo, podczas gdy spada poza krawędź świata. Mimo że, gdy słyszał ją pierwszy i ostatni raz, był zajęty podduszaniem szantażysty w dziale z jazzem.

Musiałeś być dzielny, by uciec

To było straszne

Ktoś gonił cię tam, gdzie zamykałeś oczy

To noc na afgańskiej pustyni. Przed Sherlockiem stoi John i jest wyraźnie szczęśliwy, że go widzi. Jego ramiona są wyprostowane, jakby zrzucił z nich ciężar troski. Oświetla go jasnoszare światło niezliczonych gwiazd ponad nimi.

Przywitaj się z potworem w domu

Który krąży wokół, gdy myśli, że jest sam

Światła są szokujące, jak z innego świata. Nie ma księżyca, ale takich gwiazd Sherlock nie byłby sobie w stanie wyobrazić, co jest bardzo znaczące. Jest ich nieskończenie wiele i niemal porażają blaskiem skontrastowanym z hebanowym tłem. Światło, które emitują, jest ostre niczym szkło i dwa razy bardziej bolesne, gdyż palą się zimno. Sherlock nie musi pytać, by wiedzieć, że jest w dystrykcie Maiwand, na ruchomych piaskach na północ od Kandaharu i, że rozgwieżdżone niebo naprawdę tam tak wygląda – gwiazdy są groźne, ostre, w jakiś sposób śmiercionośne. Tak jak niektórzy ludzie, którzy pod nimi żyją. Sherlock zawsze uwielbiał gwiezdny blask, ale ten jest inny, niemal trudny do zniesienia. Konstelacje, które zawsze, nie wiedząc czemu, doceniał, teraz rażą go w oczy.

- Jesteś tu – mówi John z radością. W świetle gwiazd wygląda jak czarnobiała fotografia.

- Zawsze tu teraz przychodzę – odpowiada Sherlock.

- Nie, teraz jest inaczej. Tym razem zostajesz. Tak się cieszę.

John szczerzy zęby w uśmiechu i krzyżuje ramiona na piersi. Sherlock nie pamięta, by kiedyś widział go tak szczęśliwego, i nagle orientuje się, że pod swetrem w czarno-białe paski i zwykłymi jeansami nie ma żadnych blizn. John jest nietknięty. Idealny. To niewłaściwe. Sherlock czuje nieprzyjemne dreszcze. Może nie należy pytać gdzie są, tylko - kiedy?

- Jeszcze nikt cię nie zranił – mówi Sherlock niepewnie. – Jeszcze się nie zaciągnąłeś. Ale to jest Afganistan. Wiem to. To przez twoją krew o nim śnię.

- Blisko – przyznaje John. – Prawie trafiłeś. Ujdzie w tłoku. Jesteśmy gdzie indziej. Spodoba ci się tu, Sherlock. Wiesz, czekanie mnie męczyło. To znaczy… mógłbym czekać w nieskończoność, ale tak jest lepiej. Dobry chłopiec.

Sherlock obraca się wokół własnej osi, rozglądając się. Jak okiem sięgnąć, tylko pustynia. Niekończąca się pustynia, nie widać żadnych gór na horyzoncie, to niewłaściwe, niebo jest zbyt blisko i jest zbyt jasne, a John jest zbyt szczęśliwy i wszystko jest przeszywająco zimne.

Nikt nie słyszy twojego krzyku – mówi John łagodnie.

Nie, to piosenka.

- Posłuchaj, Sherlock – instruuje John – Ale nie piosenki, kochany. Nie słuchaj tego, co jest tam. Nie słuchaj świata. Tu jesteśmy. Posłuchaj przez chwilę. Posłuchaj.

Sherlock przechyla głowę i… i nic już nie słyszy. Żadnej piosenki, żadnego nieokreślonego bzyczenia, żadnego buczenia maszyn. Żadnych zwierząt. Żadnego wiatru. Nie słyszy nawet oddechu Johna. Nie słyszy własnego pulsu. Dlaczego nie słyszy tego, co powinno odbijać się echem w jego uszach, skoro ma tak wyostrzone nerwy? Gdzie tętno, gdzie niezmordowane bicie?

Sherlock przykłada sobie palce do nadgarstka i odkrywa, że jego serce się zatrzymało.

To wiele wyjaśnia.

John uśmiecha się. Jest otwarty i stęskniony.

- Czy to nie tego zawsze chciałeś?

Tak, dokładnie tego.

To wspaniałe.

Dokładnie tak powinien wyglądać koniec świata.

I Sherlock to docenia: ciszę i gwiazdy, i Johna. Ale coś nie jest w porządku.

- O czymś zapomniałem – ogłasza Sherlock. – Z innego miejsca.

- Przedmiot? Osoba?

- Nie. Rozliczenie – mówi powoli Sherlock – Równowaga.

John po raz pierwszy zamiera. Sherlock zastanawia się, skąd wie, że John jest nietknięty pod ubraniem, ale ma taką pewność. Skóra Johna jest gładka, jakby właśnie się urodził, i ta wiedza zjada detektywa od środka, chociaż cisza wypełnia jego pierś chłodnym, płynnym spokojem, a oczy zaczynają się przyzwyczajać do przeszywających gwiazd.

- Nikt nie zostawia po sobie równowagi – protestuje John. – Nikt. Zostaniesz tu ze mną. Nie potrzebujesz niczego innego. Prawda?

- Z czego będziemy żyli? – dopytuje się Sherlock ostrożnie. W ramach testu.

- Z gwiezdnego pyłu i miejsc zbrodni – odpowiada John, a jego głos wypełnia nieskończona czułość. – Tak jak zawsze.

To brzmi słusznie.

Prawda?

Oni, we dwaj, żyjący z gwiezdnego pyłu i miejsc zbrodni.

Tak. To pasuje.

Tak jak zawsze.

Pożegnaj się ze swym pokojem

Pogaś światła, nadchodzi wirujący księżyc

W twoim łóżku jest ramię na twą głowę albo śmigło helikoptera

- Nie słuchaj już siebie – mówi John cierpliwie – Nawet nie lubisz słuchać samego siebie. Nigdy nie lubiłeś.

- Utraciłem coś – naciska Sherlock – To było coś ważnego. Coś związanego z tobą.

- Ale ja tu jestem. I wszystko ze mną w porządku.

Sherlock bierze głęboki oddech i zamyka oczy. Nagle orientuje się, że oddychanie jest bardzo bolesne, boli bardziej niż cokolwiek, co przeżył w swoim wypełnionym bólem życiu. I jest zbyt zimno. Johnowi to chyba nie przeszkadza, ale jest nieziemsko zimno. To ten rodzaj powietrza, który wypełnia płuca bólem.

- Sherlock, na miłość boską. No dalej.

– Powiedziałem ci, żebyś tego nie słuchał – przypomina cichy, nietknięty John.

Czy choć kącikiem oka widzisz, że stoję u twego boku?

Nic nie ma sensu. To nie do zniesienia. Sherlock zaciska mocno zęby. Bolą go pozbawione powietrza płuca.

- Nie chciałem…

- Oddychaj. Dla mnie. Chociaż raz. Proszę.

- Chcę cię wynagrodzić, a ty tak mi się odwdzięczasz? – pyta John ze smutkiem.

- Przepraszam. Podoba mi się tu. I ty tu jesteś, ze mną, ale chyba nie mogę zostać. To coś związanego ze szpitalem. Dałeś mi coś, czego zawsze chciałem, o czym nawet nie przypuszczałem, że mogę to mieć.

- To chyba nie byłem ja.

- Ależ tak. I jeszcze ci za to nie odpłaciłem. Co by to nie było.

Powiedziałeś, że nigdy nie odchodzę

Ale byłem już wszędzie

Sherlock zgina się wpół, ma wrażenie, że jego uszy krwawią, i oddycha płonącą benzyną. Coś boli w jego klatce piersiowej, tak jakby była tam pękata torba wypełniona po brzegi płynem i grożąca wybuchem. Nic nie powinno tak boleć. A na pewno nie tutaj. Przypuszcza, że znalazł się w piekle. Cała wieczność w tym stanie będzie naprawdę nieprzyjemna. Coś miażdży jego pierś, niczym but rozdeptujący skorupkę ślimaka. Jego obojczyki wyginają się, żebra trzeszczą i już chyba lepiej byłoby oddychać siarką…

- Nie. Nie, nie. Oddychaj, do cholery. Oddychaj, proszę.

- Żegnaj – mówi John, którego nigdy nie dosięgła kula, i macha ręką. – Bardzo, bardzo chciałem, żebyś tu został. Jestem tu taki samotny.

Sherlock opada na piasek, na kolana, a z jego ust wyrywa się na wpół zduszony krzyk. Coś wygina jego ciało, a on nie chce zostawiać Johna samego, nie w tym zimnie pod bezlitosnymi gwiazdami, nigdy by tego nie zrobił, nigdy by nie porzucił…

- Nie. Wróć. Boże, kochany, proszę, nie. Nie zostawiaj mnie tu samego.

Nie jesteś ślepy

- Zabijasz mnie – jęczy w agonii Sherlock.

- Nie możesz mnie zostawić w taki sposób.

Na niebie nie ma żadnych gwiazd

- Będę na ciebie czekał – mówi John. – Zawsze tu będę. Ale to jak umieranie. Codziennie. Kawałek po kawałku.

To jak umieranie.

Umieranie…

UMIERANIE

- Sherlock…

Światło przypomina eksplozję.

Rozdziera go jak detonacja, jak sny o chlorze, jak miękki, irlandzki akcent, jak czerwona kropka laserowa na czaszce Johna.

- Och, dziękuję. Właśnie tak. Tak. Tak. Spokojnie. Spokojnie. Jestem tu, jestem. Przestań się miotać.

Sherlock nie miał pojęcia, że się miota. Natychmiast zamiera. To chyba głos Johna. W uszach nadal mu coś dzwoni, ale jakby z daleka. I znów ma puls:

I nic wcześniej go tak nie bolało.

Nigdy.

Nawet wtedy, zanim Się Zgubił.

Jest pewien, że w jego klatkę piersiową wbito gwoździe i teraz z niej sterczą.

Ktoś wydaje z siebie cichy dźwięk, cichutki jęk. Sherlock podejrzewa, że to on sam. Na pewno nie jego przyjaciel. Bo on mówi.

- Ciii. Już w porządku. Spokojnie. Już dobrze.

Sherlock nie jest w stanie poprawnie oceniać mijającego czasu, ale przypuszcza, że odzyskiwanie oddechu zajmuje mu jakieś dziesięć minut. Przez ten czas jego głowa puchnie i kurczy się niczym miech. Jego płuca płoną. Pompowanie krwi odczuwa tak, jakby ktoś bez przerwy uderzał go w pierś. Wciąż leży na plecach, na łóżku, John położył się tuż obok, szepcze coś miękko i nie odrywa palców od pulsu na szyi Sherlocka. Po prostu wyczuwa rytm. Jakby ten znów miał się zatrzymać. Sherlocka uderza, że dłoń Johna nie drży. Jest bardzo ciepła i spokojna, jak serce Johna.

Gdy mija wystarczająca ilość czasu, Sherlock podnosi się i siada. John natychmiast robi to samo.

Detektyw mruga i wciąga powietrze. To było bardzo szybkie, bardzo śmiertelne, bardzo dezorientujące.

Ale chyba znów odzyskuje siebie, chociaż nie sądził, że to możliwe.

- Lepiej? – pyta John ponuro.

Sherlock kiwa głową.

- Już nie umierasz?

Kręci głową.

- Jasne.

Uderzenie jest zupełnie nieoczekiwane. Efektywny, szybki, gwałtowny cios, zadany otwartą dłonią człowieka, który świetnie wie, jak posługiwać się rękami. Głowa Sherlocka odskakuje, a bok twarzy zaczyna piec.

Interesujące.

No ale John przede wszystkim jest nieprzewidywalny.

- Jak śmiałeś? – warczy John przez zęby.

Sherlock pociera twarz i zastanawia się, jak zacząć. To nie będzie… przyjemne. Tak naprawdę uderzenie – chociaż fascynujące – było pewnie dużo milsze od tego, co nadchodzi.

- To mógł być nieodpowiedzialny eksperyment – przyznaje nieco drżącym głosem. Ale to chyba dobry początek? – Jednak musiałem wiedzieć…

- Nie – prycha John. – Nie musiałeś „wiedzieć", jak to będzie. Nie musiałeś „wiedzieć", jaki ja będę, gdy odkryję, że postanowiłeś się zabić dowodem z miejsca zbrodni. My nie musieliśmy tego wiedzieć.

- Nie miałem pojęcia, że efekt będzie tak błyskawiczny – mówi Sherlock. To najczystsza prawda. – Ani tak intensywny.

Na chwilę zapada cisza.

- I nie zadziałało na mnie tak, jak na innych – zauważa Sherlock po chwili. – Na przykład nie doprowadziło mnie do szaleństwa.

- Nie musiało tego, kurwa, robić – warczy John. – Eksperymentowanie z trucizną rozpylaną w powietrzu przez podpalenie jej? Już jesteś szalony. Istnieją szalone eksperymenty, ale to było… Mam ochotę cię rozerwać na strzępy.

- Ale Boże, gdybym tylko mógł umrzeć w taki sposób – mówi Sherlock do siebie, zamykając oczy i wspominając. – Kiedyś.

- Podobałoby ci się, co? – Głos Johna stał się dziwny. Jakby pusty i chrapliwy. – Zostawić mnie w ten sposób, w tym koszmarze… Umiesz być tak… okrutny. Szokujące. Czy ty masz pojęcie, jak to jest, kiedy człowiek taki jak ty się w tobie zakochuje?

- Nie – przyznaje Sherlock.

- Chciałeś odejść. Widziałem. Chciałeś umrzeć. Więc po co wróciłeś?

Sherlock otwiera oczy. John płacze.

Sherlock nigdy wcześniej nie widział Johna płaczącego. Ta nowa strona Johna jest dziwna, nieziemska i przepiękna, bo żołnierze nie płaczą, a John nigdy nie wydawał się być do tego zdolny. Sherlock próbuje z całej siły nie wyglądać na zachwyconego, ale jest z góry skazany na porażkę. Wystarczą trzy sekundy, a już z radością kataloguje nowe dane. John nie wykrzywia boleśnie twarzy jak inni ludzie, gdy płaczą. Jego twarz jest zrelaksowana, chociaż doktor częściej niż zwykle mruga, a jego usta wyglądają na bardziej miękkie, mniej jak spokojna, prosta, łagodna linia. Płaczący John to najbardziej fascynująca rzecz, jaką Sherlock w życiu widział. Nawet nie wiedział, że mu brakuje tego faktu. To aspekt tak tajemniczy, iż przeoczony. Tak jakby przewrócił stronę w książce i nagle odkrył, że jest ona trójwymiarowa. Przypomina trochę fraktal i kolor fioletowy, ale na pewno w ogóle nie jest zgodny z wyobrażeniami Sherlocka.

Ale dlaczego ja jednak wróciłem?

To byłby cudowny sposób, by umrzeć. Po postu odpłynąć, opaść jak kołujący płatek śniegu albo popiół z wypalonego Malboro, słysząc, jak John wymawia jedyne imię, które teraz powinien pamiętać. Głos Johna – ostatni dźwięk, jaki się usłyszało w życiu. No i wrzaski by się urwały. Sherlock może nie wierzyć w Niebo, ale w to wierzy z całego serca i, jak przypuszcza, tak może pojmować wiarę w Niebo osoba, której cały świat jest wywrócony do góry nogami. Gdyby umarł, wszystko byłoby blade i ciche. W ramach rekompensaty.

- Myślę, że to dlatego, że byłem ci coś winien – mówi Sherlock niepewnie.

To nie brzmi dobrze, a John zakrywa usta ręką i kręci głową. Wydaje z siebie zduszony dźwięk, który może być przekleństwem. Łzy nie ustają, a Sherlock jest za to wdzięczny, bo jak często coś takiego będzie się zdarzać? Oczywiście, że rzadko. On sam będzie unikał wywoływania w przyszłości takiej reakcji, ponieważ ludzie opuszczają tych, którzy zbyt często doprowadzają ich do płaczu. Wszyscy o tym wiedzą. To absolutna podstawa. Ale w tym konkretnym momencie to jak patrzeć na gwiazdę, która zamienia się w supernową. Szczególnie brwi Johna robią coś niesamowitego i nowego. A doprowadzenie Johna do płaczu jeden raz powinno być akceptowalne.

Ale bardzo szybko Sherlock czuje znajome uderzenie paniki. Wie, że się gapi, i nagle bardzo chce wiedzieć, czemu John wygląda na przerażonego.

- Jeśli chcesz już przestać płakać, to możesz. To niesamowite, ale nie zdenerwuję się, już to zapamiętałem – mówi Sherlock na wydechu.

I boże, boli go głowa, ale tak kocha Johna! Podczołguje się na łóżku i przyciska usta do jego oka, a John musi wiedzieć, że to trochę pocałunek, a trochę wymówka, by skosztować johnowych łez, ale John musi też wiedzieć, że w gruncie rzeczy obie te motywacje są jedną i tą samą. Teraz już na pewno to wie. Jeśli nie, to jego wyczucie kontekstu jest zupełnie spieprzone. Wargi Sherlocka rozchylają się lekko, dotykając miękkich i wyglądających na bardzo delikatne rzęs.

I to jest oszałamiające.

Smakują nieco jak ostrygi, jak manna; płyn jest gęstszy niż woda, lecz bardziej rozcieńczony niż pot.

To jest niezwykłe.

Sherlock nie może powstrzymać szczęśliwego westchnięcia, które wyrywa się z jego nie do końca otwartych ust.

- Och Boże, John, jesteś idealny, jesteś... Nie. Nie o to mi chodzi. To znaczy... Nie płacz. Powinienem ci powiedzieć, żebyś nie płakał? Pewnie tak.

John wydaje z siebie ten sam dźwięk, który ucieka z jego ust, gdy Sherlock delikatnie odcina dopływ powietrza do jego płuc. Dłonie lekarza błądzą po koszuli Sherlocka.

- Wróciłeś tylko dlatego, że byłeś mi coś winien, do cholery? Kasę za benzynę, na przykład? Albo zmywanie?

- Tak, jestem ci winien za... To było dobre.

- Żyjesz, ponieważ jesteś mi coś winien. W końcu przegiąłeś. To jest... To za dużo, Sherlock.

Sherlock Holmes nie radzi sobie ze sformułowaniem „za dużo". Ale świetnie je zna. Niezależnie od pory roku, niezależnie od Bożego Narodzenia.

Za dużo.

Za dużo _.

kokainy.

dźwięku.

kolorów.

Andersona.

światła.

wiedzy.

chciwości.

ruin.

ludzkości.

melodii.

gadania.

przestrzeni.

nieba.

na raz.

znaczeń.

bezmyślności.

morfiny.

życia.

pustych rozmówek.

pustki.

głupoty.

uśmiechu.

odczuć.

brzydoty.

ciszy.

nieuczciwości.

danych.

cudowności.

bólu.

czasu.

Sherlocka.

Jasna cholera.

Za dużo Sherlocka, on tak myśli, John myśli tak samo jak ja.

- Słuchaj, naprawdę, cieszę się, że to zrobiłem – mówi Sherlock w narastającej desperacji - Inaczej nie zobaczyłbym, jak płaczesz.

John odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem. To nie jest zrównoważony śmiech, a już na pewno nie wesoły. Jest za to pełen cierpienia, brzmi boleśnie i oznacza, że Sherlock bardzo się pomylił. Łzy były piękne, ale nie podoba mu się ten dźwięk pochodzący od Johna. Jest gwałtowny, nieprzyjemny i w jakiś sposób bardziej wypełniony smutkiem niż łzy. John zdecydowanie odpycha od siebie detektywa, po prostu już nie chce być blisko, a Sherlock chwilę później mocno chwyta go za sweter.

Niestety. Ale właśnie tak jest, właśnie to się dzieje, myśli Sherlock, a świat w ciągu dwóch sekund robi się zupełnie beżowy, kiedy nie wiesz, co powinno się teraz wydarzyć.

- Cholera, John, powiedz mi, co mam powiedzieć - błaga Sherlock. - Nie chcę, żebyś był nieszczęśliwy. Spójrz tylko, nadal mam truciznę w organizmie, więc dosłownie jestem miejscem zbrodni. Kochasz miejsca zbrodni.

- Sherlock, przestań mówić. - John gwałtownie wciąga powietrze. - Z każdą sekundą nienawidzę cię coraz bardziej. Kocham cię i nienawidzę, i mogę ci to dziś powiedzieć, bo prawie od nas odszedłeś, prawda? Od tego kurewskiego pokazu slajdów, którego tak nie znosisz. Nie mogę... Po prostu... proszę, przestań. Przestań chcieć, żebym myślał o truciźnie w twoich żyłach jak o świetnej zabawie, przestań mówić, że cieszyłeś się, że płaczę. Kocham cię i chyba łamiesz mi serce.

- Na odwrót. Ja kocham ciebie, a nawet nie powinienem mieć serca.

Znowu źle. John po tym wyznaniu wstaje z łóżka, wyrywając się z sherlockowych objęć. Chodzi w kółko, robi szybkie, małe kroki swoimi krótkimi nogami, ze wściekłością wycierając twarz w rękaw swetra. Wreszcie zatrzymuje się przed ścianą i uderza w nią pięścią. Cios nie jest silny na tyle, by zrobić dziurę w ścianie, ale wystarczająco, by zranić jego palce. John drga z bólu, a Sherlock wbija w niego wzrok. Dwadzieścia minut temu nie miał aż takiej pewności, że tonie.

- A więc to ci odpowiada – podsumowuje John, opierając się plecami o tapetę. Jego nogi wydają się nagle bardzo zmęczone, jak tamtego dnia na publicznym basenie, i to jest złe, bardzo złe, złe na tyle, że zatrzymuje sherlockowy oddech w gardle. - Jebać całą resztę, miejsca zbrodni i elektroencefalografię. Odpowiada ci, że jesteś oficjalnie martwy przez jakieś dwadzieścia sekund, podczas gdy ja robię ci masaż serca i reanimację usta-usta, a potem powracasz, bo czujesz się do tego zobowiązany i patrzysz, jak się rozpadam na kawałki. To... to jest dla ciebie świetna zabawa. W taki dzień warto składać deklaracje.

Chwileczkę.

Procesor Sherlocka zwykle jest nieprawdopodobnie szybki, ale to...

Och.

Ja...

Tak. Rozumiem.

Lista Nie W Porządku.

5. Idealny dzień.

Powiedzieć Johnowi, że go kochasz idealnego dnia.

Ale ja nie powiedziałem, że cię kocham, bo dzisiejszy dzień był wyjątkowy. Nie mogę być całkowicie szczęśliwy, gdy ty tak wyglądasz, gdy twoje kolana są tak słabe, jakbyś był opleciony materiałami wybuchowymi. Nigdy nie będę szczęśliwy, jeśli podpierasz ścianę jak miotła, to niemożliwość. Powiedziałem to, bo myślałem, że chcesz to usłyszeć.

I ponieważ to prawda.

W międzyczasie język Sherlocka jest twardo przyklejony do jego podniebienia.

- Mogę wiele znieść – szepcze John. - Ale jeśli to naprawdę jest twój idealny dzień, to... No cóż.

John zakłada ramiona na piersi. Przestaje mówić. Zamyka oczy, delikatne rzęsy opadają w stronę bruzd wyżłobionych przez ból i cierpienie. Stoi idealnie sztywno tuż przy ścianie, niczym porzucona miotełka do kurzu, jest też dokładnie w takim kolorze, a Sherlock widzi jak jego całe życie rozpada się na kawałki. Życie ich obu, tysiąc możliwości, spraw i dań na wynos, i morderstw, i seksu, i nieporozumień, i żartów, i obsesji, i milczących uśmiechów, i wymieszanej krwi. Wszystko znika w mgnieniu oka. Tysiąc wersji tego-co-mogłoby-się-stać płonie.

- To, że chcę umrzeć w twoich ramionach, jeszcze nie oznacza, że jest mi przykro, że nie umarłem – mówi Sherlock, gdy znów jest w stanie się odezwać. - I nie mogę powiedzieć tego, co chcesz usłyszeć, nie wiedząc, co to jest. Jesteś zbyt daleko, wróć tutaj. To nie jest tak, jak myślisz.

- Jest dokładnie tak jak myślę, Sherlock. Gdybyś mógł cofnąć dzisiejszy dzień, zmienić to wszystko, nie chciałbyś, prawda?

- Nie, ale to dlatego, że...

- Dlatego, że jesteś tak samolubny, tak popieprzony, że wolisz złamać mi serce niż nigdy nie dowiedzieć się, jak to wygląda. Po prostu nie jesteś w stanie się powstrzymać. Ty i ta twoja jebana nauka. Wolisz stworzyć sobie nowy katalog niż oszczędzić mi... Kurwa.

Sherlock kiedyś użył suchego lodu, by zachować wyjątkowo delikatną próbkę tkanki, więc oczywiście wie, jakie to uczucie, gdy suchy lód wżera ci się w skórę. Naturalnie, że eksperymentował. Ale to przypomina bardziej to uczucie, kiedy wylał sobie na nadgarstek dużo rzadszą mieszankę chemiczną. Zmrożony płomień, który drga pod boleśnie paniczną myślą NIE.

- To nieprawda. I ty o tym wiesz – prycha Sherlock, wstając.

- Więc powiedz, że wolałbyś, żeby to wszystko się nie wydarzyło. No już. Jezu. Nie jesteś w stanie, prawda?

- Nie, bo za każdym razem, gdy ratujesz mi życie, moje życie znaczy coś konkretnie dla ciebie. I nie jest to dla ciebie nic nowego. - Ziarnisty strach w jego żołądku wyostrza jego głos, tak że jeszcze bardziej niż zwykle przypomina brzytwę. - Nie znoszę, gdy udajesz, że jesteś głupi. Nie jesteś tak głupi, John. Znasz mnie. Czytasz we mnie jak w książce.

- Kiedyś czytałem też książkę o Afganistanie. A potem zobaczyłem go na własne oczy.

Potem już prawie nic nie mówią.

John odpycha się o ściany i pociera twarz dłońmi. Nie patrzy na Sherlocka, a Sherlock bardzo pragnie, by na niego spojrzał właśnie w tej chwili. Jest dobry w niewerbalnej komunikacji, a czego by w tej chwili nie powiedział, tylko by pogorszyło sprawę, skoro jest ludzką wersją Afganistanu. Wymówienie słowa byłoby jak strzelenie w dno tonącej szalupy. John podchodzi do biurka, wkłada portfel do kieszeni i sprawdza, czy ma telefon. Stoi bez ruchu jakąś minutę, po czym prostuje ramiona, co oznacza, że zmienia się w żołnierza, co ma sens, jeśli Sherlock jest pustynią, na której doktor może zostać postrzelony. Jego język dotyka dolnej wargi. Zaraz coś powie. Chociaż nie chce tego czegoś powiedzieć. A więc zastanawianie się nad tym, co powie, jest zbyt przerażające.

Trzeba to powstrzymać.

- Jeśli wychodzisz, to zapomniałeś kluczy – szepcze Sherlock.

Chce tylko odepchnąć w czasie to, co John zaraz powie.

Ale John nic nie mówi. Nawet się nie ogląda, gdy wychodzi.