Rozdział dziesiąty: Fugitivus Animus
Harry odwrócił się, jak usłyszał zbliżające się kroki. Wiedział, kto to będzie. Uczta halloweenowa musiała się już kończyć, a ta łazienka była po drodze do dormitoriów Gryffindoru.
Percy Weasley jako pierwszy wyszedł zza zakrętu. Zatrzymał się gwałtownie na widok Harry'ego i zamarł, próbując przetrawić to, co widzi. Harry patrzył na niego spokojnie, po czym spuścił głowę. Mógł wskoczyć do łazienki i się ukryć, ale to by tylko pogorszyło sprawę. I tak wszyscy by go podejrzewali, zwłaszcza, że ostatnio ogłosił, że ma mroczny dar i do tego często pojawiał się w pobliżu Luny. Biorąc pod uwagę okoliczności, pozostanie na widoku było prawdopodobnie mniej podejrzane niż próba ucieczki.
Harry zastanawiał się, czy nie powinien czuć obrzydzenia do samego siebie za to, że nawet pod wpływem szoku kombinuje jak Ślizgon i stara się przewidzieć, co się dalej stanie i jak uniknąć co większych szkód. Uznał, że ten sposób myślenia nie jest taki zły. Przynajmniej pozwalał mu być choćby po części racjonalny bez względu na okoliczności. To dar. Harry nie był pewien, czy byłby w stanie być równie spokojny i opanowany gdyby to Connor tam leżał.
To znaczy, że jesteś inteligentny, a nie obrzydliwy, powiedziała Sylarana. Chociaż odsunięcie się od tego wszystkiego na pewno by ci nie zaszkodziło.
Harry zobaczył, jak oczy Percy'ego się powiększają i musiał się z nią zgodzić.
Prefekt Gryffindoru potrząsnął głową, po czym odwrócił się i zaczął krzyczeć do młodszych uczniów, którzy właśnie zaczęli się wylewać z korytarza za nim.
– Nie podchodźcie! Mamy tutaj ranną uczennicę i ślady użycia mrocznej magii! – To mówiąc, wyciągnął różdżkę.
Harry był wdzięczny za jego słowa, zwłaszcza, że zakładały, że Luna jest tylko ranna a nie martwa, ale wiedział, że to nic nie da. Percy przyprowadził tu grupę Gryfonów a nie Puchonów. Zza zakrętu wyjrzała jedna głowa, potem kilka kolejnych, a potem ktoś krzyknął i Harry usłyszał szept, który zaczął się rozchodzić wśród uczniów.
Wiedział, co się dalej stanie. Patrzył zobojętniałym od szoku wzrokiem jak Percy klęka obok Luny i rzuca proste zaklęcie wyczuwania życia. Następnie zamknął oczy i westchnął.
– Została spetryfikowana – powiedział. – Żyje. Finite Incantatem!
Zaklęcie nie podziałało, Luna dalej tam leżała. Harry kiwnął głową. Zanikające ślady mrocznej magii sugerowały, że to nie było zwykłe zaklęcie paraliżujące i nie da się go usunąć zwykłym machnięciem różdżki. Ale powinien był sam spróbować. Powinien był o tym pomyśleć.
Ty się zawsze tak o wszystko obwiniasz, czy dzisiaj jest jakaś specjalna okazja? zapytała Sylarana.
Znasz mnie dopiero cztery miesiące, powiedział jej Harry, czekając na nieuniknioną konfrontację. Jeszcze nie widziałaś wszystkich moich nastrojów.
Widziałam dość. Harry...
Nie dowiedział się, co chciała wtedy powiedzieć, bo Connor i Ron, z bliźniakami Weasley na ogonach, akurat wtedy wyszli zza zakrętu. Connor zatrzymał się, spojrzał na wodę, a następnie na krwawy napis.
Wreszcie jego wzrok spoczął na twarzy Harry'ego i z Harry'ego kompletnie zeszło powietrze. Jeśli wydawało mu się, że Connor wcześniej poczuł się zraniony, kiedy Harry postanowił pokazać mu swoją ślizgońską naturę, to nie miał pojęcia o bólu, jaki spotkał go teraz. W oczach Connora było oskarżenie o zdradę i nawet gorzej, zgroza do szpiku kości, którą Connor czuł tylko wtedy, kiedy ktoś w jego pobliżu zrobił coś absolutnie odrażającego. Ale tym razem zrobił to jego własny brat.
To nie twoja wina! Sylarana zaczęła wić się pod jego szatą, wybrzuszając jego rękaw, i Harry miał tylko nadzieję, że nie postanowi teraz wyjść na zewnątrz. Ostatnim, czego teraz potrzebował, to żeby komuś przypomniało się, że nie tylko jest wężousty, ale również ma przy sobie bardzo niebezpiecznego węża. Czy to nie ma dla ciebie żadnego znaczenia? Nie pamiętasz tego?
Harry wzruszył lekko ramionami. Chciał jej odpowiedzieć, ale Connor zrobił krok naprzód.
– Nie rozumiem – powiedział, a jego głos załamał się lekko, kiedy przyjrzał się scenie bliżej. – Harry... czy ty od zawsze mnie nienawidziłeś i życzyłeś mi śmierci? Czy dopiero w tym roku zacząłeś służyć Voldemortowi?
Ron podskoczył na dźwięk imienia Mrocznego Pana. Pozostali uczniowie, którzy stłoczyli się za rogiem, wzdrygnęli się. Fred i George Weasleyowie byli cicho, patrząc to na niego, to na siebie nawzajem. Harry skrzywił się. Nie podobały mu się ich bystre spojrzenia, podejrzewał, że zapamiętają sobie jego odpowiedź i w jakiś sposób ją potem złośliwie przekręcą, tworząc jakąś podłą plotkę.
– W ogóle nie służę Voldemortowi, Connor – powiedział. – To nie ja to zrobiłem. Natknąłem się na to, jak szedłem na ucztę...
– No to nieźle pobłądziłeś – powiedział głośno Ron. Jego twarz była cała czerwona a głos buńczuczny, jakby chciał nadrobić za to, że chwilę temu okazał strach. – Bo to miejsce jest w ogóle nie po drodze z lochów do sali.
Harry pokręcił głową.
– Wyczułem mroczną magię...
– Proszę zrobić mi miejsce, panie Weasley. Resztę uczniów muszę prosić o cofnięcie się.
Profesor McGonagall weszła między nich i Harry'emu skojarzyła się z kotem idącym wśród zgrai kurcząt. Nawet Percy Weasley odsunął się od niej ze spuszczoną głową. Uklęknęła przy Lunie i sprawdziła jej stan, po czym wstała i spojrzała na napis na ścianie. Harry zobaczył jak jej mina kurczy się na moment, jakby na wspomnienie bardzo starego bólu.
Jej spojrzenie przesunęło się na niego, po czym złagodniało, czego Harry już w ogóle nie zrozumiał.
– Zawsze w środku wielkich wydarzeń, co, panie Potter? – wymamrotała.
Harry zamrugał i nie wiedział, co na to odpowiedzieć, choć Sylarana sugerowała kilka sposobów, w jakie mógłby wyjaśnić wszystkim, że jest niewinny.
Profesor McGonagall odwróciła się, przesuwając się przed napis i Harry'ego, zasłaniając ich sobą. Ale Harry wiedział, że na to już było za późno. Bliźniacy Weasley go zobaczyli, pośród wszystkich innych uczniów. Jutro cała szkoła o tym usłyszy – o napisie, Lunie i o tym, jak Harry spetryfikował swoją przyjaciółkę.
Żałował, że nie może poświęcić więcej czasu na myślenie o tym, ale jego umysł ciągle wracał do słów, które wcześniej powiedział do niego Connor.
Myśli, że służę Voldemortowi.
Harry spojrzał w górę, chcąc spojrzeć bratu w oczy, ale Connor już się od niego odwrócił. Harry'emu wydawało się, że płacze. Ron, niesamowicie zakłopotany, klepał go po plecach i coś mamrotał. Kiedy zauważył, że Harry patrzy w ich stronę, rzucił mu spojrzenie, które parzyło. Harry odwrócił wzrok.
– Proszę w tej chwili iść do wieży – mówiła McGonagall gryfonom. – Macie tam zostać przez resztę wieczoru, chyba, że wezwie was prefekt posłany przez profesora. Żadnego wędrowania po zamku – dodała, patrząc na bliźniaków Weasley. Jeden z nich włożył ręce do kieszeni swojej szaty i zaczął niewinnie gwizdać. McGonagall nie wyglądała jakby to jej zaimponowało. – Tak, panno Granger?
Harry odwrócił się i zobaczył jak Hermiona wygląda zza zakrętu, próbując się wcisnąć do korytarza. Miała wykręconą szyję, jakby próbowała zajrzeć poza rąbek szaty McGonagall i zobaczyć Harry'ego.
– Co znaczą te słowa? – zapytała. – Kim jest dziedzic?
– Odpowiedzi na wszystkie pytania dostaniecie rano – powiedziała stanowczo McGonagall. Zignorowała chór jęków i szum szeptów swoich podopiecznych. Kiwnęła na Harry'ego. – Proszę ze mną do gabinetu dyrektora, panie Potter.
Czyli jednak uważa, że to ja to zrobiłem, pomyślał Harry. Albo myśli, że jest na to spora szansa.
Ale myślami wciąż był przy Connorze.
Mój brat myśli, że służę mrocznemu czarodziejowi, który próbuje go zabić.
Harry bez namysłu potarł twarz. Czasami naprawdę byłoby łatwiej, gdyby mógł się rozpłakać. Ale nie mógł. Dlatego pozwolił McGonagall złapać się lekko za ramię i zaciągnąć w stronę gabinetu dyrektora. Sylarana wyślizgnęła się spod uchwytu profesorki, ale nie zaproponowała, że ją ugryzie. Harry nawet nie zwrócił na to uwagi.
– Harry.
Och, wiedział, że to będzie zły pomysł, ale odwrócił się i spojrzał. Connor wyrwał się z uścisku Rona i patrzył na niego. Jego mina nie wyrażała już strachu i przerażenia, ale czystą złość. Pozostałe uczucia jednak dalej czaiły się w oczach. Harry zastanawiał się, czy już zawsze tam będą.
– Tak, Connor? – zapytał, kiedy zrobił się jasne, że jego brat czekał na odpowiedź. McGonagall się zatrzymała, więc chyba też na nią czekała. Tak samo zresztą jak pozostali uczniowie. Nawet Percy i Hermiona zamarli. Wszyscy stali wokół nich jak cicha widownia, czekając na to, co heroiczny brat powie do zhańbionego. Chłopiec, Który Przeżył rozmawiał z Księciem Węży. Harry'ego nie dziwiło, że wszyscy liczyli na dobre przedstawienie.
– Jak będziesz mógł spojrzeć mi w oczy i szczerze powiedzieć, że wyrzekasz się wszystkich swoich mrocznych darów – powiedział Connor – dopiero wtedy znowu ci zaufam. A póki to nie nastąpi, mam zamiar zrobić to, co powinienem był zrobić od chwili, w której po raz pierwszy zacząłeś zdradzać oznaki, że przechodzisz na stronę mroku. Złapię cię i powstrzymam.
Odwrócił się i ruszył przed siebie.
Harry zamknął oczy. Dopiero teraz nadszedł prawdziwy szok i ciężar bólu. Chciał wpełznąć do łóżka i znowu zasnąć. Miał wrażenie, jakby dzisiejsza drzemka nie miała miejsca.
– Proszę ze mną, panie Potter – powiedziała McGonagall, głosem wciąż niesamowicie łagodnym, po czym odprowadziła go stamtąd.
– Ach, Minerwa i młody Harry. Proszę, wejdźcie. Siadajcie. Cytrynowego dropsa, Minerwo?
– Nie, dziękuję, Albusie – powiedziała sztywno McGonagall, po czym gestem zaprosiła Harry'ego na wyłożony poduszkami fotel stojący przed biurkiem Dumbledore'a. Sama usiadła w drugim, żeby mieć na oku zarówno Dumbledore'a jak i Harry'ego.
– Harry?
Harry spojrzał w górę, żeby upewnić się, że dyrektor naprawdę proponuje mu cukierka, zawahał się przez chwilę, po czym go przyjął. Nie jadł obiadu ani kolacji i powoli zaczęło go skręcać z głodu. Lepiej było nie być głodnym, niż być.
Nareszcie zaczynasz używać głowy, powiedziała Sylarana. Wciąż nie rozumiem, czemu od razu stamtąd nie uciekłeś i nie próbowałeś się schować, ale lepsze to niż nic.
– No dobrze, Minerwo, w takim co się stało? – zapytał Dumbledore, siadając wygodnie w swoim fotelu i uśmiechając się do nich. Harry nie podnosił głowy. Nie musiał widzieć wyrazu twarzy Dumbledore'a. Bez problemu mógł sobie wyobrazić jak spoważnieje, gdy McGonagall oznajmi mu, że Harry spetryfikował Lunę.
Okazało się jednak, że głowa domu Gryffindora nie ma zamiaru tego mówić.
– Albusie, Komnata Tajemnic została otwarta – szepnęła zamiast tego.
Dyrektor milczał przez dłuższą chwilę.
– Jesteś tego pewna, Minerwo? – zapytał wreszcie. Jego ton niósł ze sobą tak wielki ciężar, że przebił się nawet przez oszołomienie Harry'ego. Zamrugał, patrząc na biurko dyrektora, wciąż nie śmiejąc podnieść wzroku.
– Jestem – powiedziała McGonagall. – Wiadomość jest dokładnie taka sama jak ostatnim razem, że wrogowie dziedzica powinni się strzec. Pod spodem była kałuża wody i Luna Lovegood, Krukonka, została spetryfikowana. Wszystko dokładnie tak samo jak pięćdziesiąt lat temu. – Milczała przez dłuższą chwilę. – Albusie, wiem, jak rozwiązano problem ostatnim razem, kiedy została otwarta Komnata. Jakie są szanse, że znowu się dzieje coś podobnego?
– Nie wiem – powiedział cicho Dumbledore, po czym dodał – Harry?
Harry zamrugał i spojrzał w górę. Dyrektor pochylił się w jego kierunku, patrząc mu prosto w oczy.
On też jest legilimentą! Sylarana była wyjątkowo niezadowolona z tego odkrycia. Wynoś się, ty wścibski, stary głupcze, won!
– Powiem panu o tym – powiedział Harry, spoglądając w dół i przerywając kontakt wzrokowy. – Nie ma potrzeby odczytywać tego prosto z mojej głowy.
– Wybacz mi, Harry – powiedział Dumbledore. – To poważna sytuacja. Muszę wiedzieć, co się dokładnie stało.
Harry kiwnął głową i opowiedział wszystko, łącznie ze sposobem, w jaki znalazł ciało Luny. W tym momencie przerwała mu McGonagall.
– Ale czemu stamtąd nie uciekłeś? Czemu nie powiadomiłeś o tym jakiegoś profesora?
Lubię ją, powiedziała Sylarana. Ona mówi z sensem.
– Pomyślałem, że to będzie wyglądało podejrzanie – szepnął Harry. – Tak czy inaczej wszyscy będą mnie podejrzewać.
– To niestety prawda – wymamrotał Dumbledore. – Czy stało się potem coś jeszcze, Harry?
– Nie – powiedział Harry. – Czekałem przy ciele Luny aż Percy Weasley nie wyszedł zza zakrętu.
– Albusie – powiedziała McGonagall. – Mogę się założyć z Severusem, że on nie spetryfikował tej dziewczynki. Kilka dni temu uratował ją przed dręczycielami z jej własnego domu. Pan Potter jest niewinny.
Harry zamknął oczy i poczuł się, jakby spadał. Nie zdawał sobie sprawy, jak gorąco pragnął usłyszeć te słowa.
– Niemniej jednak okoliczności będą świadczyć przeciwko niemu – powiedział cicho Dumbledore. – Harry, dziedzic, o którym mówi wiadomość, to dziedzic Slytherina, jedyny, który jest w stanie otworzyć Komnatę Tajemnic. – Harry podniósł głowę, uznając to za ważną informację i spojrzał dyrektorowi w oczy. Zobaczył w nich nieskończony smutek i zmęczenie. – Dawno temu Salazar Slytherin zbudował tajemniczą komnatę i schował ją gdzieś w szkole. Legenda mówi, że w komnacie zamknięty jest potwór, który powstanie tylko na słowo Slytherina albo jednego z jego potomków. Potwór będzie krążył po szkole, zabijając dzieci mugolskiego pochodzenia – te, których Slytherin nie chciał widzieć w Hogwarcie.
– To jest kolejna anomalia, Albusie. – McGonagall z determinacją starała się pozostać w centrum uwagi. – Panna Lovegood była czystej krwi, albo przynajmniej półkrwi; znałam Aureliusa Lovegooda kiedy ten się tutaj uczył. Czemu miałaby zostać zaatakowana przez potwora z komnaty, czymkolwiek by on nie był?
– Tego nie wiem, Minerwo – powiedział Dumbledore, po czym wrócił do Harry'ego. – Obawiam się, że ludzie mogą się zacząć zwracać przeciwko tobie.
– Już zaczęli – powiedziała McGonagall. Harry usłyszał cichy dźwięk, którego w pierwszej chwili nie był w stanie zinterpretować, a potem dotarło do niego, że profesorka zgrzytnęła zębami. – Jego brat ogłosił go winnym, a gdzie pan Potter idzie, tam wiedzie za sobą większość moich podopiecznych. Niestety – dodała.
Po twarzy Dumbledore'a przemknął cień.
– Przyprowadź, proszę, do mnie Connora jak już skończę z Harrym – powiedział.
– Z przyjemnością – powiedziała McGonagall, a Harry zerknął na nią z ukosa, nie wierząc w to, co słyszy. Czemu ona była taka zła na Connora? Przecież on nie zrobił nic złego.
Dumbledore zwrócił się do Harry'ego.
– Nie wiemy, co się dzisiaj stało. Nie wiem, czy przypadkiem nie istnieje jakieś połączenie linii rodowych między Potterami i Slytherinem. To jest jedna ze spraw, którym trzeba będzie się przyjrzeć. Twój dar wężomowy sugeruje, że to możliwe. Do tego musimy zastosować pewne środki ostrożności, żeby zminimalizować ilość strachu, jaki niebawem ogarnie szkołę.
Harry przytaknął; tyle sam uważał za oczywiste.
– Nie idź nigdzie sam – powiedział Dumbledore. – Nie odzywaj się w wężomowie, jeśli nie musisz. Nie strasz nikogo Sylaraną. A przede wszystkim, nie używaj żadnej mrocznej magii, Harry.
– Nawet żadnej nie znam – powiedział Harry z zaskoczeniem. – Chyba, żeby uznać za nią wężomowę.
Dumbledore kiwnął głową.
– Obawiam się, że chwilowo musimy. – Zamilkł na moment, zerkając na Harry'ego. – Przykro mi, że musimy to panu robić, panie Potter – powiedział. – Osobiście nie wierzę, że to pan otworzył Komnatę. Ale mamy zbyt wiele pytań i zbyt mało odpowiedzi, więc musimy zacząć poruszać się ostrożnie, bo inaczej możemy ugrzęznąć w natłoku tajemnic. Rozumie pan?
– Oczywiście, proszę pana. – Harry potrząsnął głową. Rozumiał rozkazy. Nie rozumiał za to, choć był wdzięczny, czemu Dumbledore wyjaśnił mu dlaczego je wydał.
– Póki co – powiedział Dumbledore – poproszę profesor McGonagall, by odprowadziła cię do lochów. Poproszę również profesora Snape'a, by odbył z tobą specjalną lekcję oklumencji jutro. Zaraz z nim o tym porozmawiam.
– Dziękuję, proszę pana – szepnął Harry. To nie niedzieli się obawiał, a poniedziałku. Ludzie będą się na niego gapić jak jeszcze nigdy dotąd.
– Nie przypominasz sobie nic więcej, Harry? – zapytał Dumbledore. – Cokolwiek, co mogłoby nam pomóc?
– Nie, dyrektorze – odparł Harry. – Żałuję, ale nie.
– Dziękuję ci, mój chłopcze – powiedział Dumbledore, po czym wskazał na drzwi. – Jeśli kiedyś będziesz miał potrzebę o czymś porozmawiać, moje hasło to żelki persymonowe.
– Dziękuję, proszę pana – powiedział Harry, po czym wstał i z profesor McGonagall u boku opuścił gabinet.
Głowa domu Gryffindora była cicho przez całą drogę do lochów i zatrzymała się przy pustej ścianie, która była przejściem do pokoju wspólnego Slytherinu. Dopiero wtedy się odezwała, a jej głos był ostry jak czubek miecza.
– Panie Potter. Harry.
Harry spojrzał na nią, zastanawiając się, czy zaraz usłyszy, że jednak nie wierzy w jego niewinność. Ale McGonagall uklękła przy nim i objęła go mocno.
Harry tylko tam stał, nie rozumiejąc, czym sobie na to zasłużył.
– Jeśli nie chcesz rozmawiać z dyrektorem – powiedziała McGonagall – proszę, przyjdź do mnie. Nie wierzę, że zrobiłeś cokolwiek złego, a dzisiaj widziałam jak znosisz zarówno oskarżenia jak i słowa swojego brata z odwagą godną osoby z mojego domu. Z przyjemnością z tobą porozmawiam przy najbliższej okazji. – Wstała i spojrzała na niego z góry. – Zmierzasz w stronę ciemności – szepnęła – i jesteś nieuzbrojony. Chciałabym to zmienić, jeśli tylko będę w stanie.
– Dlaczego? – zapytał Harry równie cicho.
McGonagall mrugnęła raz, po czym jej mina zrobiła się ponura.
– To, co cię teraz spotka nie będzie ani słuszne, ani sprawiedliwe – powiedziała. – Pamiętam, jak okrutne potrafią być dzieci.
Zaraz po tym odwróciła się, a jej szaty zawirowały wokół niej z determinacją i odeszła, zanim Harry zdążył odpowiedzieć. Harry patrzył na jej proste, sztywne plecy i miał tylko nadzieję, że Connorowi nie oberwie się od niej za mocno. Przecież nie zrobił nic złego, po prostu powiedział, co myślał.
Wymamrotał hasło do drzwi – honor czystej krwi – i jak tylko wszedł, został zaatakowany przez pytania i szepty w tle. Harry odpowiedział na ile tylko zdołał, póki Sylarana, która przez cały czas stopniowo zaciskała się na jego ramieniu, nie powiedziała, Starczy. Musisz iść spać.
Znowu? zaprotestował Harry, ale wiedział, że nie utrzyma pozorów zbyt długo. Kiwnął głową ludziom, który mieli dla niego kolejne pytania i ruszył w stronę swojego pokoju. Czuł oczy ludzi na swoich plecach. Nie przejął się nimi. Żadne z nich nie było tak ciężkie jak oskarżycielski wzrok Connora.
Wszedł do swojego pokoju i Draco złapał go, okręcił go dwukrotnie dookoła, po czym przyciągnął do siebie, przytulił i nie chciał puścić. Harry zamrugał. Wyglądało na to, że tego wieczoru będzie dostawał nadzwyczajną ilość uścisków. Jednak w przeciwieństwie do profesor McGonagall, przy Draconie Harry czuł się bezpiecznie. Ostrożnie wyciągnął ręce i objął go.
– Usłyszałem, że ktoś leży spetryfikowany i myślałem, że coś ci się stało – szepnął Draco. – Myślałem, że leżysz w skrzydle szpitalnym, że twój brat ci coś zrobił, że nie żyjesz, och Harry...
Harry delikatnie poklepał go po plecach, czując dziwne echo smutku, że było tak niewielu ludzi, którym zależało na losie Luny, że jej imię nawet nie przetrwało wymiany plotek.
– To nie byłem ja. To była Luna.
– Ta wariatka? – Blaise zapytał ze swojego łóżka ze zdziwieniem.
Harry spojrzał na niego ponuro, po czym podszedł i siadł na swoim łóżku, gdzie został przepytany po raz kolejny, choć tym razem dużo łagodniej. Na szczęście jego współlokatorzy byli dużo bardziej wyrozumiali i pozwolili mu pójść spać jak tylko o to poprosił. Możliwe, że miało to pewien związek z tym, że Draco siedział tuż obok niego, obejmując go i trzymając go za ramię, i nie spuszczając jego twarzy z oczu, oraz z tym, że przerwał Blaise'owi w połowie czwartego pytania i oznajmił, że Harry ma natychmiast iść spać.
Harry z przyjemnością się położył. Może przynajmniej w swoich snach znajdzie trochę spokoju. Chyba, że znowu będzie śnił o wrzeszczących i wijących się postaciach.
Nie będziesz, powiedziała Sylarana, wślizgując się do jego myśli. Będę dzisiaj strzec twoich snów. Zaufaj mi.
Tak zrobił i zasnął, nie śniąc o niczym.
– Pan Potter. Proszę wejść. Proszę zająć swoje miejsce przed materacem.
Gabinet wyglądał tak, jak zawsze w czasie ich lekcji, ale mimo, że Harry zajął swoje miejsce przed transmutowaną podłogą, Snape nie zrobił żadnego ruchu sugerującego, że zaraz zacznie ćwiczyć na nim legilimencję. Zamiast tego obracał różdżkę w dłoniach i patrzył się ponuro na Harry'ego. Jak do tej pory Snape go atakował, a potem omawiali, jakie strategie obronne Harry powinien przyjąć, by następnym razem odeprzeć taki atak. Cierpliwy Snape to oksymoron.
Podobny jak niepewny Snape, Harry dobrze to wiedział, ale mimo wszystko to właśnie zobaczył przez kilka krótkich chwil. Snape krążył po pokoju, jego szaty szeleściły wokół niego, aż wreszcie obrócił się i rzucił – nie zaklęcie, a pytanie.
– Panie Potter. Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że w pańskich myślach istnieje pudełko, które otwiera pan kilka razy w czasie naszych lekcji, żeby wrzucić tam swój gniew? – Miał przymrużone oczy, a jego ton był ostry, ale nie zimny i pełen furii, czego Harry mógłby oczekiwać po takim pytaniu.
Harry zamarł. Snape wyczuł pudełko? Był pewien, że to była prywatna część jego myśli, że jego ruchy były tak płynne i wytrenowane, że Snape nie byłby w stanie określić, gdzie znika złość.
– Panie Potter.
Harry wziął głęboki oddech, podniósł głowę i przytaknął.
– Tak, proszę pana – powiedział. I czekał. Jeśli Snape miał zamiar porozmawiać z nim o pudełku, to będzie musiał o nie pytać. Harry nie miał zamiaru dobrowolnie dawać mu żadnych informacji.
Snape zacisnął rękę na swojej różdżce, ale następne pytanie zadał neutralnym tonem.
– Co pan wrzuca do tego pudełka?
– Głównie gniew, proszę pana – powiedział Harry. – Czasami też inne emocje, których nie chcę czuć.
– Czyli jakie? – zapytał Snape po kolejnych kilku chwilach mierzenia go wzrokiem.
– Żal – odpowiedział Harry. – Zazdrość. Chciwość. Niepokój. Nieatrakcyjne emocje. – Wzruszył ramionami. – Pudełko trzyma je w ryzach.
Snape syknął, wciągając powietrze a potem je wypuszczając.
– Czy zdaje pan sobie sprawę, panie Potter, że trzymanie aż tylu emocji z dala od reszty swojego umysłu jest niesamowicie niebezpieczne? Teorie legilimencji i oklumencji jasno tłumaczy, dlaczego. Umysł powinien być ruchomy, myśli i wspomnienia powinny się w nim mieszać, znikać i pojawiać się na nowo. Jeśli jedna z tych części zostaje uwiązana – na przykład przez zaklęcie Obliviate, czy przez klątwę Imperiusa – to jej ruchy zostają ograniczone. Osiądzie w miejscu i potencjalnie może wyrządzić ogromne szkody, jeśli się ją naruszy. Nagły napływ wspomnień u czarodzieja, który został zobliviatowany, doprowadził już niejednego człowieka do obłędu.
Harry zamrugał.
– Ale to się stanie tylko, jeśli konstrukcja zostanie naruszona, prawda?
Snape obnażył zęby.
– Przecież właśnie to powiedziałem.
– No to tak długo, jak nie naruszę pudełka, to nic mi nie będzie. – Harry wzruszył ramionami. – Mnie się to wydaje całkiem proste, proszę pana. Umiem utrzymać pudełko zamknięte. Mam w tym sporo wprawy. Jest ze mną już od dłuższego czasu.
Snape zrobił długi krok przed siebie.
– W takim razie wyobraź sobie, co tam jest teraz, Potter – szepnął. – Całe lata tego, jak to ująłeś, "nieatrakcyjnych emocji". – Jego ton ociekał żrącym kwasem. – Wyobraź sobie, co się stanie jak pudełko się roztrzaska, a tak będzie, pod wpływem tej całej presji, jaką na niego naciskasz. Wyobraź sobie, co się stanie, jak te skumulowane lata furii zaleją twój umysł, wszystkie na raz. To może rozpalić twoją magię, a także kompletnie zniszczyć cię psychicznie.
Harry zadrżał. Nie chciał być bezużyteczny, musiał pomagać Connorowi. Ale jednocześnie...
– Czy nie wyjdzie na to samo, profesorze – zapytał – jeśli po prostu otworzę pudełko?
– Nie, jeśli wyczyścimy je powoli – odparł Snape. – Jedna emocja na raz, jedno wspomnienie na raz. Poukładamy je w twoim umyśle, pozwolimy im zmieszać się z twoimi myślami i powinny same się rozproszyć, razem ze swoją niszczycielską mocą. – Przymrużył oczy i pochylił się do przodu. – Oczywiście, to oznacza, że...
– Że zacznę się złościć na Connora – powiedział Harry. Pokręcił głową. – Przepraszam, profesorze, ale tego nie mogę zrobić. Ponadto, w przyszłości musiałbym przestać używać pudełka, prawda?
– Dokładnie o to chodzi w tym ćwiczeniu – zaczął Snape.
– Nie mogę – przerwał mu ostro Harry. – Nie chcę być zły na Connora. Gdybym naprawdę był ponad tymi wszystkimi emocjami, to bym ich nie czuł i to byłoby najlepsze rozwiązanie. Ale ponieważ bez przerwy mi się to nie udaje, przez ułomności mojego treningu, albo własne, to pudełko jest najlepszym rozwiązaniem. W ten sposób mogę chronić swojego brata bez obawy, że w pewnej chwili zwrócę się przeciw niemu w gniewie.
W miarę jak mówił, czuł jak jego oddech się uspokaja. Tak, to naprawdę było najlepsze rozwiązanie, po prostu pierwszy raz wyjaśnił to sobie na głos. Na nic się nie przyda Connorowi, jeśli będzie martwy, albo z permanentnie uszkodzoną psychiką, albo wściekły na niego. Zamykanie tych wspomnień i emocji było najlepszym, co mógł zrobić.
– Ty głupcze.
Harry zamrugał i spojrzał znowu na profesora. Snape miał wyciągniętą przed siebie różdżkę i jego twarz wyrażała czystą wściekłość. Harry cofnął się ostrożnie.
– Jeśli nie oczyścisz tego pudełka – szepnął Snape – to pewnego dnia ono wybuchnie. Spadnie na ciebie jakiś kryzys, albo spróbujesz tam wcisnąć o jedną furię za dużo i ono pęknie. Nie pozwolę ci na to. Nie dam ci się zniszczyć do punktu, w którym nie da się już ciebie naprawić. I jak myślisz, co się wtedy stanie z Hogwartem, Potter? Naprawdę chcesz stawiać swojego drogocennego Chłopca, Który Przeżył w tak wielkim niebezpieczeństwie?
Harry próbował się wycofać.
– J–ja nie mogę być dla niego niebezpieczeństwem, profesorze – powiedział. – Muszę tu być, z nim, obok niego...
– Legilimens!
Harry poczuł, że chwieje się i upada na plecy, jakby pod wpływem sztormu. Snape wcisnął mu się do umysłu i skierował prosto w stronę pudełka.
Harry walczył. Ukrył pudełko za zasłonami z mgły tak, jak Snape go tego uczył, ciskał w niego wspomnieniami, żeby go rozproszyć, nawet myślał celowo o tym, co się stało pod Komnatą Tajemnic, choć Snape już musiał o tym wiedzieć. Profesor McGonagall powiedziała mu tego ranka, że wszyscy profesorowie zostali powiadomieni, oraz że Luna trafiła do skrzydła szpitalnego, gdzie będzie leżeć póki nie dojrzeją mandragory, którymi zajmowali się na zielarstwie.
Snape przebił się przez mgłę tego wspomnienia i uklęknął przy pudełku, sięgając w stronę jego pokrywki. Harry pomyślał nagle ponownym cierpieniu, jakiego zaznał zaledwie poprzedniego dnia, kiedy nawiedziły go dziwne myśli o Connorze – że to było niesprawiedliwe, że Connor postawił go w takiej sytuacji z Draconem i Ronem – i spanikował.
Nie wiedział, co zrobił, ale w następnej chwili usłyszał głos Sylarany.
Powiedz tylko słowo.
Harry otworzył oczy. Sylarana była owinięta wokół szyi Snape'a, a jej kły błyszczały jak Veritaserum zaledwie kilka cali od jego skóry. Snape stał w bezruchu, z odchyloną głową, starając się odsunąć ją jak najdalej od węża. Tylko pot na jego czole zdradzał jego strach.
– Chcę go zabić – powiedziała Sylarana. W jej głosie brakowało rozbawionego tonu, który Harry słyszał za każdym razem, kiedy proponowała to na kimś innym. – Powinien być martwy. To, co zrobił, było głupie i niebezpieczne.
Harry przełknął ślinę i pokręcił głową.
– Nie zabijaj go – szepnął i usłyszał jak Snape wciąga szybko oddech. Prawdopodobnie syknął. Harry'ego to nie obchodziło. – Wróć do mnie, Sylarano, proszę.
– Jesteś pewien? – zapytała, odwijając się i sunąc w jego stronę z gracją. Harry uklęknął i wyciągnął lewą dłoń w jej stronę. Owinęła się wokół jego nadgarstka i położyła głowę wzdłuż zewnętrznej strony jego dłoni. – Naprawdę bym go zabiła.
– Wiem – szepnął Harry i zerknął na Snape'a.
– Skończyliśmy na dzisiaj, Potter – powiedział Snape nie zdradzając niczego swoim tonem. – Wrócimy do lekcji w tygodniu o tej samej porze co zawsze.
Harry kiwnął głową, nie śmiejąc się odezwać, po czym wymknął się z pokoju. Wyglądało na to, że Snape zamierzał udawać, że następne lekcje będą normalne i Harry nie widział innego wyjścia. Śmierć była z nimi w tym pokoju. Nie tak łatwo było to obejść, ale jeśli obaj się postarają, to będzie to można zignorować.
Mimo wszystko, jedno było pewne. Pudełko już mu dłużej nie wystarczy. Harry będzie musiał znaleźć coś innego.
Harry westchnął i odchylił się w fotelu. Siedział w bibliotece już trzy godziny i nie znalazł żadnego zaklęcia, które brzmiało choćby w przybliżeniu na to, czego potrzebował. Choć fakt faktem, przeglądał raczej zaklęcia przeznaczone dla dorosłych czarodziejów.
I wtedy przewrócił stronę.
Fugitivus Animus.
Harry westchnął cicho i przysunął się bliżej do strony. Opis zaklęcia leżał tuż przed jego nosem, kusząco, jakby tylko na niego czekał.
Fugitivus Animus, Uciekająca Dusza, to zaklęcie przeznaczone do ukrycia się w szczególnie trudnych okolicznościach poza walką. Jego ograniczenia sprawiają, że jest niepraktyczne w środowisku bitewnym, chyba, że ma się już wybrany wcześniej cel i jest on w pełni widoczny.
Tym zaklęciem rzucający może przerzucić uwagę z siebie na kogoś innego. Nie staje się niewidoczny, ale znika z myśli wszystkich w okolicy. Przestawia tym percepcję wszystkich objętych zaklęciem tak, że spada z dowolnej pozycji, jaką miał wcześniej do najmniej istotnej. Staje się mniej warty uwagi niż przelatująca przez pokój mucha.
To zaklęcie ma dwie odmiany. Pierwszą jest Fugitivus Animus Cogitatio, która przeprowadzana jest trzema machnięciami różdżki w lewo na poziomie brwi, jedno na każde słowo zaklęcia. Przenosi ono uwagę wszystkich w najbliższej okolicy z rzucającego zaklęcie na jego cel. Rzucający zaklęcie może wyjść niezauważony, ponieważ wszyscy zaczną zwracać uwagę tylko na cel zaklęcia. Tym niemniej, każdy, kto opuści okolice celu, przypomni sobie o rzucającym zaklęcie, zwykle dość raptownie.
Fugitivus Animus Amplector permanentnie przeniesie uwagę z rzucającego na cel i będzie trwał póki rzucający zaklęcie i cel żyją. Wykonuje się go trzema machnięciami w lewo na poziomie brwi, tak jak jego mniejszego brata, po czym dodaje się jedno machnięcie w prawo na poziomie serca. Rzucający zaklęcie musi użyć znacznie więcej woli podczas wykonywania zaklęcia, ponieważ jest ono trzykrotnie trudniejsze.
Oba zaklęcia można zlikwidować za pomocą Finite albo Reparo Mentis. Niemniej jednak rozproszenie zaklęcia Amplector wymaga takiej samej lub większej siły woli co ta, która została użyta podczas rzucania oryginalnego zaklęcia.
Ponieważ obie wersje Fugitivus Animus wprowadzają zamęt w czyichś myślach i uczuciach, to zaklęcie zostało sklasyfikowane jako Mroczne.
Harry odetchnął lekko i zamknął oczy. Był pewien, że zaklęcie będzie trudne do wykonania; gdyby tak nie było, to książka znajdowałaby się w strefie zakazanej, z dala od żądnych wiedzy uczniów, skłonnych wykonać każde zaklęcie, jakie będą w stanie.
Ale dokładnie tego potrzebował. Było idealne.
Będzie w stanie odwrócić uwagę ludzi od siebie ilekroć będzie miał problemy z dowolnymi emocjami, zwłaszcza jeśli nie będzie w stanie ich wrzucić do pudełka. A jeśli Connor będzie z nim w tym samym pokoju, to Harry będzie mógł sprawić, żeby wszyscy patrzyli tylko na niego, tak jak zawsze powinni to robić przy Chłopcu, Który Przeżył.
To zły pomysł, syknęła na niego Sylarana. To mroczna magia.
Co, boisz się? wyzwał ją Harry.
Oczywiście, że nie! Po prostu uważam, że to zły pomysł.
Harry poszedł odłożyć książkę na miejsce, ignorując mały głosik w swojej głowie, który zgadzał się z Sylaraną. Przecież musiał coś zrobić. Cały świat zdawał się sprzymierzać przeciwko niemu i nie dawał mu zrobić czegokolwiek jak należy. Każdy jego ruch był przewidywalny, śledzony i obrócony przeciwko niemu.
Musiał wymyślić jakiś sposób na dotrzymanie swojej przysięgi i póki nie wymyśli czegoś lepszego, Fugitivus Animus będzie musiał mu wystarczyć.
