Za poprawienie rozdziału dziękuję niezastąpionej SimplyIsabelleS.
Carmel, dziękuję bardzo za cudowny komentarz. Rozdział może Cię zaskoczyć w kwestii Kamienia i Potterów. Mam tylko nadzieję, że pozytywnie. Tak, ta radość idealnie pasuje do śmierciożerców. Taki mały smaczek dodający realistyczności opowiadaniu. Miło mi, że czytało Ci się dobrze i mam nadzieję, że ten rozdział również Ci się spodoba.
Guest, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że uważasz, że moje tłumaczenie wygląda coraz lepiej. Ciągle nad tym pracuję i miło, że widać pozytywne efekty. Błędy już poprawione. Ogólnie dziękuję za zwrócenie na to uwagi. W tym rozdziale rozwiąże się kilka problemów, więc naprawdę będzie ciekawie i zapraszam do czytania :)
Sane, dziękuję za komentarz. Powiedzmy, że w tym rozdziale może się zdarzyć i to, i to :) Ogólnie może być trochę nieoczekiwanych zwrotów akcji. Cieszę się, że tłumaczenie Ci się podoba i mam nadzieję, że ten rozdział Cię nie zawiedzie.
Miłego czytania!
Harry czuł, że zaraz wybuchnie, gdy spojrzał na sylwetki Hermiony, Rona, Lily i Syriusza stojące przed nim. Nie byli ani duchami, ani ludźmi. Harry pomyślał przelotnie, że przypominają trochę wspomnienie Riddle'a, które wyszło z dziennika. Wyglądali jakby patrzył na nich przez cienką taflę szkła; ale nie tylko ich wygląd był rozmyty. Miał wrażenie, że czwórka ludzi, których przecież utracił, jest częścią bardzo realistycznego snu. W szczególności jego matka wyglądała na bardzo odległą, jakby jej uśmiech dobiegał do niego z daleka.
Wtedy Harry zdał sobie sprawę, że nie wszyscy tu byli. Chciał zobaczyć ojca, Lupina, Neville'a, Lunę, Tonks i całą resztę… Chciał zobaczyć wszystkich, którzy zostali zamordowani z jego powodu, przeprosić ich… Spojrzał na każdą z czterech uśmiechniętych twarzy, starając się odczytać ich emocje. Pierwsza przemówiła Hermiona.
— Och, Harry, jesteśmy tacy szczęśliwi, że możemy cię zobaczyć! – wykrzyknęła, uśmiechając się najszczerzej ze wszystkich. Jednak jej oczy zdradzały smutek i niepokój. Spodziewał się tego. – Ledwo mogliśmy uwierzyć, gdy poczuliśmy, że użyłeś Kamienia Wskrzeszenia! Cieszę się, że w końcu się widzimy.
Harry starał się uśmiechnąć, ale nie spodziewał się, że to będzie takie trudne.
— Nie byłem pewny, czy będziecie mogli się tutaj pojawić.
— W świecie zmarłych nie ma żadnego czasu, Harry – powiedziała Hermiona, zgadując, że mówił o podróży w czasie. – My tylko… istniejemy.
Harry, słysząc to, przygryzł wargę i pomyślał o innych, którzy przebywali w królestwie umarłych.
— Gdzie reszta? – zapytał.
Zauważył zmianę w wyrazie twarzy Hermiony. Jej uśmiech zmalał, a potem całkiem zniknął. Jej oczy wydawały się o wiele jaśniejsze niż wcześniej.
— Co? – dopytywał się. Spojrzał na Rona, który wyglądał na zmieszanego, na Lily, która wciąż się uśmiechała i w końcu na Syriusza, który czekał w ciszy. – Czy coś się z nimi stało?
— Nie ma się czym martwić, Harry – odpowiedział Syriusz, starając się uśmiechnąć.
— Dlaczego nie chcecie mi powiedzieć? – spytał zmartwiony.
Gdy ponownie nikt mu nie odpowiedział, Hermiona wzięła głęboki wdech.
— Cóż… Tak naprawdę to nie posiadacz Kamienia Wskrzeszenia decyduje, których ludzi może przywrócić – powiedziała ostrożnie. – To zmarły decyduje, czy chce wrócić.
Harry wpatrywał się w nią, podczas gdy znaczenie tych słów powoli do niego docierało. Wszyscy, którzy chciał zobaczyć jeszcze ten jeden raz, jego przyjaciele i rodzina, nie chcieli go odwiedzić. Neville i Luna stracili wiarę w niego… Lupin i Tonks obwiniali go za niesprawiedliwe odebranie im życia; nienawidzili Harry'ego, ponieważ z jego powodu ich syn stracił rodziców… Weasley'owie nie chcieli go widzieć. Nawet Ginny. Hagrid prawdopodobnie zaprzeczał swojemu istnieniu, tak jak reszta. A jego ojciec – jego własny ojciec – nie miał mu nic do powiedzenia. Pozwolił Lily zjawić się tu samej… Gdy o tym myślał, czuł się jak dźgnięty soplem lodu. Czyżby jego własny ojciec był nim zawiedziony?
Harry spojrzał na twarze czwórki osób stojących przed nim, którzy nawet teraz w niego wierzyli. Czuł, że jego widok się zamazuje z powodu cisnących się do oczy łez, więc zmienił temat, żeby nie myśleć więcej o przytłaczającej prawdzie. Poczuł ulgę, że chociaż Hermiona, Ron, Syriusz i Lily byli tu razem z nim.
— Przepraszam – powiedział. Jego głos był słabszy niż tego chciał. Potrząsnął głową jakby chciał się pozbyć natrętnych myśli. – Nie chciałem, żeby to się stało, żeby ktokolwiek z was zginął… To moja wina.
— Nie możesz się o wszystko obwiniać, stary – powiedział Ron. – Wszyscy znaliśmy ryzyko, kiedy dołączaliśmy do walki. Nikt nie może być za to obarczony winą. Oczywiście oprócz Voldemorta…
— Każdy z nas coś poświęcił. – Lily uśmiechnęła się, gdy jej syn na nią spojrzał. – Wielu innych oddałoby swoje życie, jeśli dzięki temu ta wojna miałaby skończyć się wcześniej.
Z każdym słowem swojej matki, Harry czuł się coraz gorzej.
— Nie – powiedział. – To tylko i wyłącznie moja wina. Moja wina, że przegraliśmy wojnę. Moja wina, że Voldemort prawdopodobnie wciąż żyje…
Miał wrażenie, że wokół jego płuc zacisnęła się żelazna obręcz. Oddychał z trudem.
— Harry, naprawdę, nikt nie może być za to winiony – starała się go pocieszyć Hermiona.
— Przecież nie wszyscy zginęli – dodał Syriusz. – A Voldemort i tak w końcu zostanie zabity.
Czuł się jak więzień we własnym ciele, jak przeklęty. Każdą dobrą osobę, którą spotkał, zatruł wiarą w Chłopca, Który Przeżył, kiedy tak naprawdę nie było żadnej nadziei. Nie było nawet cienia szansy na możliwość zabicia Voldemorta. Był pełnym nienawiści do siebie szaleńcem. Wziął kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić. Spojrzał na swoich bliskich. Ich twarze wyrażały niepokój w oczekiwaniu na jego reakcję. Każda myśl o jego przeszłości sprawiała mu ból.
— Powinienem był umrzeć – wyszeptał. – Powinienem pozwolić Voldemortowi zabić mnie, zanim każde z was zginęło…
— Harry, nie możesz tak… - Syriusz nie zdążył dokończyć, ponieważ Harry mu przerwał.
— Snape zostawił mi wspomnienia. Mnóstwo wspomnień, to była jego ostatnia wola. – Hermiona i Ron już o tym wiedzieli, ale zmusił się do dokończenia całej historii, powiedzenia po raz pierwszy całej prawdy. – I jednym z ostatnich wspomnień był Dumbledore mówiący mu… mówiący mu…
— Harry, powiedz co się dzieje – poprosiła Hermiona, wyglądając na zainteresowaną.
Jego gardło ścisnęło się z nerwów, a oczy zaczęły go szczypać.
— Dumbledore powiedział, że muszę umrzeć. Snape miał mi to przekazać na końcu bitwy, żebym mógł dać się zamordować Voldemortowi.
— Dumbledore tak powiedział? – niedowierzał Ron.
— Musiał… - zaczął Harry. – W nocy, gdy Voldemort rzucił na mnie Avadę, część jego duszy połączyła się z moją… Jestem siódmym i ostatnim horkruksem Voldemorta.
Hermiona głośno wciągnęła powietrze. Harry zauważył, że wszyscy byli zszokowani. Chciał dokończyć, zanim zaczną zadawać pytania.
— Kiedy wyszedłem z myślodsiewni, byłem przerażony. Nie chciałem umierać. Nie chciałem porzucić wszystkiego, w co wierzyłem, i pozostawić całej resztę przypadkowi. Ja… Ja chciałem znaleźć inne rozwiązanie… ale nie było żadnej nadziei.
Harry przypomniał sobie tamtą chwilę. Siebie lądującego w gabinecie Dumbledore'a, boleśnie odczuwającego upływ pozostałego mu czasu. Czuł nienawiść do dyrektora, że nie powiedział mu o tym wcześniej. Chciał, żeby ta wojna miała szczęśliwe zakończenie, ale nie mógł wymyślić żadnego planu. Usłyszał głos Voldemorta, mówiąc, że jego czas się skończył. Bitwa miała rozgorzeć na nowo…
— Jedyne, co mogłem w tamtej chwili zrobić, to wrócić do walczących i mieć nadzieję, że może uda się chociaż częściowo pokonać Voldemorta, co kupiłoby mi czas, żeby zastanowić się nad innym rozwiązaniem.
Harry zobaczył w myślach oczy akromantuli, wychodzącej z Zakazanego Lasu, za którą szedł sam Voldemort z armią śmierciożerców.
— Ale tym razem śmierciożercy walczyli zażarciej niż wcześniej, a gniew Voldemorta tylko ich pobudzał. Gdy wycofaliśmy się do zamku – skierował te słowa do Hermiony i Rona, czując, że jego serce bije bardzo szybko – zacząłem się martwić, czy mamy jakąkolwiek szansę. Był tak potężny. Eliminował każdego, kto podszedł zbyt blisko… Zdałem sobie sprawę, że nie dam rady tego przeżyć.
— Wtedy zacząłeś panikować i musieliśmy się odciągnąć od bitwy? – spytał Ron.
— Tak…
— Tak się zastanawiam, nie koncentrowałeś się na śmierciożercach, z którymi walczyliśmy…
— Miał do tego pełne prawo! – wtrąciła Hermiona, przyglądając się Harry'emu.
— Chciałem wam powiedzieć – zaczął po krótkiej pauzie, mając nadzieję, że Hermiona i Ron zrozumieją. – Naprawdę chciałem, ale wtedy…
Nie potrafił dalej mówić.
…wtedy nastąpiła eksplozja. Harry doskonale pamiętał, że nic nie słyszał, w jego głowie nie pojawiła się żadna myśl i nie poczuł też żadnej emocji – po prostu leżał, powalony siłą wybuchu. Po dłuższej chwili postanowił wstać. Zobaczył, że cały korytarz został wysadzony. Przez ogromną dziurę w dachu widział niebo. Kilka kroków dalej na wpół przygnieciona gruzami, leżała Hermiona. Ron klęczał przy niej, desperacko starając się ją obudzić. Jej krew przeciekała przez kamienie, barwiąc je na czerwono i zbierając się w kałużę przy kolanach Rona.
Usłyszał skrzekliwy śmiech Bellatrix Lestrange. Uniósł szybko różdżkę, którą na szczęście nadal miał przy sobie. Ponad dwudziestu śmierciożerców stało w niezniszczonej części korytarza. Jeden z nich lewitował coś, co wyglądało jak miecz. Gdy miecz gładko przebił klatkę piersiową Rona, nie poczuł nic. Stał jak zamrożony. Krew zaczęła płynąć wzdłuż ostrza, kapiąc na martwą już Hermionę. Czuł, że widok przesłaniają mu łzy, a jego ostatni oddech był ciężki. Ten obraz nadal prześladuje go w snach… Jego przyjaciele…
Harry spojrzał na swoich przyjaciół. Oboje mieli wypisane na twarzy zrozumienie. Chciał, żeby nienawidzili go tak jak inni, tak jak on nienawidził siebie…
— Nie zginąłem nawet mierząc się z Voldemortem – powiedział nieco głośniej niż szeptem, wyrzuty sumienia spowodowane ich śmiercią wciąż go prześladowały. – Zostałem zaciągnięty do niego przez śmierciożerców. Widziałem każdą osobę, która zginęła przeze mnie. Tylko Voldemort wciąż żył… To wszystko wydarzyło się, bo bałem się śmierci. To wszystko wydarzyło się, ponieważ nie byłem tak lojalny, jak oczekiwał tego Dumbledore i tak odważny, jak chcieli tego inni.
Czuł, że jego ręce się trzęsą, a wzrok jeszcze bardziej rozmywa. Hermiona i Ron wciąż milczeli.
— Nie potrafiłem zabić węża – powiedział drżącym głosem. – Ale powinienem umrzeć. Przegraliśmy jeszcze zanim zostałem złapany. Zawiodłem we wszystkim, co chciałem zakończyć… To tylko moja wina…
Załamał się, gdy patrzył, jak Lily i Syriusz odchodzą bez żadnego słowa.
— Był zbyt potężny… Nie wiem, dlaczego nie pozwoliłem, żeby zabił mnie wcześniej. Nie wiem, dlaczego to potoczyło się w ten sposób… Tylko ja mogę być o to obwiniany…
Po twarzy Hermiony spływały łzy. Nawet Ron wyglądał na wstrząśniętego.
— Harry, to nie twoja wina… - powiedziała wysokim głosem.
Gdy zobaczył ciała setek martwych ludzi, wśród których stał Voldemort, chciał wyłupić sobie oczy. Trząsł się, życząc sobie śmierci za to, co sprowadził na dwójkę najlepszych przyjaciół. Po tym wszystkim przez co przeszli…
— Dopiero, co zostaliście parą, a ja wam to odebrałem… Nie mogłem go pokonać…
Upadł na kolana i schował głowę w dłoniach, widząc przed oczami twarze Lupina, Tonks, Ginny, Hermiony, Rona, Luny, Neville'a, Freda, George'a, Billa, Fleur i wielu innych poległych. Widział to wszystko jak był ciągnięty przez zamek pokryty krwią. Podłoga spływała krwią, ponieważ on nie był na tyle odważny, by zmierzyć się ze śmiercią. Mógł usłyszeć przerażający krzyk, gdy olbrzym przebił ścianę, zabijając wszystkich uczniów, którzy chcieli walczyć przeciw Voldemortowi.
Zobaczył, że lekka poświata bijąca od Hermiony i Rona znikła. Został sam, szlochając na podłodze. Nienawidził siebie bardziej niż kogokolwiek innego. Tylko on był winny. Zawiódł w najważniejszym momencie. Ostatecznie chciał tylko przeżyć z Hermioną i Ronem wojnę. Chciał tylko znaleźć inne rozwiązanie.
Powinien wiedzieć, że nie był żadnym przeciwnikiem dla Voldemorta. Musiał umrzeć albo setki ludzi zostanie wymordowanych. Żałował, że wtedy tego nie wiedział. Z chęcią wybrałby swoją śmierć zamiast śmierci jego bliskich. Nie mógł powstrzymać płaczu i drgawek, gdy podnosił się z kamiennej podłogi. Żałował swojej fatalnej pomyłki.
Nagle poczuł, że ktoś przyciska koniec różdżki do jego karku. Zamarł, gdy usłyszał głos Toma Riddle'a…
— To chyba mój pierścień.
Poczuł przerażenie pomieszane z odrazą na dźwięk tego głosu, ale wyglądało na to, że strach na myśl o Voldemorcie go pokonał. Odsunął się od różdżki Riddle. Obrócił się twarzą do niego i cofnął się o kilka kroków. Tom przywołał niewerbalnie pierścień i wciąż przyglądał się Harry'emu. Nie poruszyły go łzy chłopaka. Harry wciąż drżał na myśl o śmierci i wyjaśnieniu swojej największej pomyłki.
Riddle przyglądał mu się przez dłuższą chwilę i nagle, powoli, spojrzał na pierścień w swojej dłoni. Harry nie mógł odgadnąć jego uczuć. Nie był pewny, jak wściekły był Tom, ale wkrótce zrozumiał, że to nie to go interesuje. Nienawiść do chłopaka przed nim pokonała strach na myśl o Voldemorcie. Czekał, aż Riddle coś zrobi, coś powie, ale minęły jeszcze minuty, nim chłopak w końcu się odezwał.
— Nie popieram Gellerta Grindelwalda – powiedział miękko.
Harry wpatrywał się w niego, sparaliżowany ze zdumienia. Nigdy… to nie była nawet ostatnia rzecz, której oczekiwał usłyszeć teraz od Riddle'a. Zastanawiał się, czy to był jakiś żart…
— To dlatego mnie nienawidzisz, prawda? – spytał Riddle cicho, na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. – Dlatego też nienawidzisz Dumbledore'a. To wyjaśnia wszystko.
Harry, wciąż sparaliżowany, patrzył, jak uśmiech Riddle'a powiększa się.
— Powiedziałeś coś o Dumbledorze kilka tygodni temu – zaczął Riddle. – Więc zacząłem małe poszukiwania i odkryłem, że nie kto inny jak Gellert Grindelwald przez pewien czas mieszkał w Dolinie Godryka. W tym samym miejscu, co Dumbledore. Przyjrzałem się uważniej przeszłości Grindelwalda. Znak na moim pierścieniu to ten sam, który pozostawił na murach Durmstrangu, z którego został wyrzucony, gdy miał szesnaście lat. To wyjaśnia, dlaczego tak łatwo mnie znienawidziłeś… Chociaż wcześniej nie byłem świadomy, że to znak Grindelwalda.
Harry wciąż milczał. Nie chciał przerywać tego dziwacznego wyjaśnienia, które kształtowało się w głowie Riddle'a. Ta historia pasowała idealnie. Wyglądało na to, że Riddle wziął milczenie Harry'ego za potwierdzenie, więc kontynuował wyjaśnianie.
— Grindelwald od lat wywołuje zniszczenia w całym kraju. Dlatego byłeś taki zdziwiony, gdy Slughorn powiedział, że jeszcze nigdy nie było czarodziejskiej wojny. Wielu czarodziejów wypiera to, co robi Grindelwald, nawet, gdy codziennie umierają setki ludzi.
Harry wciąż cicho płakał, zapewne przez szok. Mógł tylko patrzeć jak Riddle wierzy, że rozwiązał jakąś mroczną zagadkę. Riddle przestał się uśmiechać na myśl o swoich domysłach, zamiast tego szukał potwierdzania w twarzy Harry'ego. Nie musiał się zbytnio starać, żeby udawać szok i przerażenie… Nie był nawet pewny, czy udawał.
— To również wyjaśnia twoją wężomowę – stwierdził Riddle, jeszcze ciszej.
Miał wyraz głodu w oczach, gdy mierzył Harry'ego wzrokiem. Jego wzrok był tak zdeterminowany, że przypominał mu wspomnienie z Komnaty Tajemnic. Harry miał wrażenie, że Riddle dopiero co dopasowuje wężomowę do tej historii.
— Jesteś dobry w czarnej magii… Musiałeś być uczniem czarnoksiężnika, tak? Dlatego znasz Zaklęcia Niewybaczalne. Każdy wie, że tylko naprawdę mroczni czarodzieje lub potomkowie Slytherina znają wężomowę. Nie możesz być jego dziedzicem, sprawdziłem to. Ale reszta pasuje.
Nie mógł uwierzyć, że Riddle w jakiś sposób wytłumaczył jego wężomowę. To było więcej, niż się spodziewał. Wiedział, że Tom był zdeterminowany, żeby znaleźć na to odpowiedź, ale to było zbyt dobre, żeby mogło być prawdziwe. Chciał jeszcze zobaczyć, jak Riddle wytłumaczy sobie jego związek z czarną magią i nienawiść do Grindelwalda… Harry znał tylko kilka faktów związanych z tą wojną. Bał się, że Riddle zada mu pytanie, na które nie będzie potrafił odpowiedzieć… Ale może nadal będzie miał szczęście.
— Ten pierścień został stworzony przez Grindelwalda? – zapytał ostro Riddle. – Rozpoznajesz ten znak i znasz magiczne właściwości dlatego, że oni cię tego nauczyli?
— Tak… - odpowiedział Harry. – Grindelwald stworzył wiele artefaktów… Jest kilka takich pierścieni.
Nie wiedział, co mógł jeszcze dodać i miał nadzieję, że to wystarczy. Skłamał, mówiąc o kilku pierścieniach, żeby upewnić się, że Riddle nie będzie chciał dowiedzieć się, jak jego wuj zdobył ten pierścień. Z tego, co Riddle odkrył, Morfin mógł popierać Grindelwalda. Na pewno nie wiedział więcej, ani tym bardziej o to nie dbał.
— Miałem rację… - powiedział Riddle, jego uśmiech powrócił. Harry przypomniał sobie wspomnienie z dnia, gdy Dumbledore odwiedził w sierocińcu jedenastoletniego Toma Riddle'a. Na jego ustach gościł ten sam nieludzki uśmiech. Odepchnął tę myśl, koncentrując się na rzeczywistości. Nie chciał teraz nic pomieszać w tej idealnej teorii. – Więc co ten pierścień tak właściwie robi?
Czuł, że jego serce się zatrzymuje, gdy Riddle spojrzał na niego, oczekując odpowiedzi. Nie chciał się opierać na samych kłamstwach, więc choć raz zdecydował się powiedzieć prawdę.
— Na krótki czas przywraca umarłych do życia.
Harry przyglądał się Tomowi. Zastanawiał się, czy to chęć zobaczenia reakcji chłopaka doprowadziła do tego, że wyjawił mu prawdę. Riddle wyglądał na osłupiałego, gdy spojrzał na pierścień w swojej dłoni. Wtedy na jego twarzy pojawił się cień strachu i zrozumienia. Wiedział, że Dziedzic Slytherina nie będzie chciał nikogo przywrócić. Nie, skoro to on był powodem śmierci członków swojej rodziny. Harry uśmiechnął się na tę myśl, ciesząc się, że to ich różniło, ale po chwili poczuł ukłucie smutku, które go zdziwiło. Tom naprawdę nie miał nikogo bliskiego, nie wspominając o jego matce i ojcu, którym gardził… Harry odepchnął tę myśl, zastanawiając się, dlaczego się tym przejmuje. Powinien być zadowolony, że chłopak, którego nienawidził, cierpi…
— On rzeczywiście skonstruował pierścień, który przywołuje zmarłych? – zapytał Tom, przełamując ciszę.
— Tak – odpowiedział Harry. – Jest potężniejszy niż ktokolwiek mógł wiedzieć… Mądrzejszy.
Riddle znów się mu przyglądał. Harry zastanawiał się czy Tom chciał uniknąć myślenia o osobach, które uśmiercił.
— W takim razie te osoby, które widziałem… Zginęły? Było ich czworo, ale dwójkę widziałem tylko przelotnie, zanim zniknęli…
— Tak… - Harry poczuł ukłucie żalu na wspomnienie o Hermionie, Ronie, Lily i Syriuszu… ale to zignorował. Spuścił wzrok na podłogę. Nie chciał płakać, gdy stał przed Riddle'em. Chłopak chyba to zauważył i kontynuował rozmowę.
— Dlaczego zacząłeś naukę w Hogwarcie? – zapytał.
Harry podniósł wzrok, ciesząc się, że mógł pomyśleć o czymś innym.
— Hogwart to… tak jakby moja przykrywka.
Wyglądało na to, że ta informacje zainteresowała Riddle'a.
— Kłamałeś o tej sytuacji w Ministerstwie?
— Częściowo – odpowiedział Harry dla bezpieczeństwa.
— Oni nie wiedzą kim jesteś? Wysłali się do Hogwartu, żeby to rozpracować?
Gdy teraz o tym pomyślał, Riddle miał rację, więc przynajmniej w tej sprawie nie musiał kłamać.
— Tak, ale nie sądzę, żeby udało im się to w najbliższym czasie. Jestem zaskoczony, że się tego domyśliłeś…
Ostatnie zdanie na wszelki wypadek wypowiedział z niezadowoleniem. Chciał ukryć, że tak naprawdę był zadowolony z tej teorii.
— Nie nazywasz się Jonathan Smith, prawda?
Nie odpowiedział, ale Tom się tym nie przejmował. Wziął jego milczenie za potwierdzenie.
— Powinien wcześniej zdać sobie z tego sprawę – ciągnął Riddle. – John Smith to dość oczywiste fałszywe nazwisko…
— Musiałem zmylić Ministerstwo – skłamał szybko Harry. Zastanawiał się, czy chłopak był rozdrażniony, że popełnił tak oczywisty błąd. To było prawie jak przyznanie się do porażki przed Tomem. Przyznał, że nie za każdym razem potrafi właściwie skłamać.
— No tak, oczywiście – Riddle rozmyślał nad słowami Harry'ego. – Przez tak popularne nazwisko możesz zostać pomylony z inną osobą i zapewnić Ministerstwu dwa razy więcej pracy. Będą musieli sprawdzić setki akt…
Harry był usatysfakcjonowany, że wymyślił dobry plan, ale miał wrażenie, że zachowuje się trochę dziecinnie. Jednak się tym nie przejmował. Czuł, jakby osiągnął coś wspaniałego, gdy Riddle uwierzył w nowe kłamstwo.
— Jesteś chociaż Anglikiem? – zapytał Riddle.
Harry chwilę zastanawiał się nad tym pytaniem… Tym razem nie powinien kłamać. Riddle znał kilka języków, o czym świadczyła książka na jego łóżku.
— Tak, jestem Anglikiem. Przebywałem w wielu krajach, ale pochodzę z Anglii.
Riddle wyglądał, jakby chciał się jeszcze dowiedzieć o fikcyjnych mrocznych czarodziejach, którzy go wychowali, ale się powstrzymał. Harry nagle zaczął się zastanawiać, czy właśnie nie użył pewnej formy legilimencji, ponieważ był prawie pewny, że Riddle chciałby zadać to pytanie… Słaba próba legilimencji, ale chyba udana. Tom przyglądał się mu jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się i podszedł do swojego łóżka.
— Dobrze, że nareszcie uzyskałem odpowiedzi na wszystkie pytania. Jednak jest już późno, więc powinniśmy już pójść spać.
— Tak… - powiedział Harry, zadowolony, że ten dzień w końcu się skończył. Usiadł na łóżku i przypomniał sobie, że musi się upewnić co do jednej sprawy. Odwracając się do Riddle, zadał mu pytanie: - Nie powiesz o tym nikomu?
Riddle uśmiechnął się lekko.
— Chciałem tylko poznać prawdę… Nie byłoby w porządku, gdybym z kimś się tym podzielił.
Harry odniósł wrażenie, że Riddle nie lubił dzielić się takimi sekretami, ponieważ nie był z nikim na tyle blisko, żeby w ogóle tego chcieć. A nie był głupi, żeby czerpać radość z szydzenia ze śmierciożerców i innych, ponieważ znał ich tajemnice. Harry był pewny, że Riddle będzie napawał się dumą z rozwiązania tej zagadki, ale w końcu o tym zapomni, gdy mu się to znudzi.
Jedną rzeczą, którą Riddle na pewno nie zapomni, będzie ta dziwna reakcja, której oboje doświadczyli pod wpływem złapanego przez przypadek kontaktu cielesnego… Harry żałował, że sobie o tym przypomniał i jeszcze bardziej starał się unikać patrzenia na chłopaka, który właśnie przebierał się w piżamę. Może Riddle w końcu o tym zapomni… Chociaż nie był pewny, ile szczęścia jeszcze mu pozostało. Starał się odepchnąć te myśli, gdy położył się w łóżku i zasunął kotary.
Cieszył się, że chociaż jedną rzecz miał z głowy; Riddle był całkowicie pewny, że Harry walczył przeciw Grindelwaldowi i został, z braku lepszego określenia, adoptowany przez grupę mrocznych czarodziejów, którzy nauczyli go wężomowy, legilimencji, oklumencji, Zaklęć Niewybaczalnych i wielu innych gałęzi czarnej magii. Ta myśl był niemal komiczna, ale Harry nie miał ochoty nawet się z tego nabijać.
Gdy otoczyła go ciemność, twarze bliskich osób pojawiły się przed jego oczami. Czuł winę, która go paraliżowała. Gdy użył Kamienia i zobaczył swoich przyjaciół i rodzinę, miał wrażenie, że wszystko z jego koszmarów i przeszłości stało się bardziej realne. Przypominał sobie swoją największą pomyłkę i znów zaczął płakać, wspominając śmierć przyjaciół. Miał wrażenie, że minęły długie godziny, zanim w końcu zasnął…
