Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
To było gotowe już w sobotę, ale moja beta była nieobecna. A ona jest moim guru w kwestiach Holmesa i bez jej pieczątki nie mogłabym tego opublikować.
Miłego czytania.
Mijały kolejne dni, cicho, bez żadnych wieści od Holmesa. Nawet pani Hudson ostentacyjnie ignorowała mnie, gdy mijałem ją na ulicy. Mary dzielnie starała się mnie pocieszyć, zająć czymkolwiek innym, ale wszelkie jej próby spełzły na niczym. Cały czas, choćby gdzieś w kącie głowy, ale zawsze, wspominałem list, który dostałem od mego przyjaciela. Pełna niedorzeczności wiadomość nieustannie znajdowała się w mojej kieszeni i wyciągałem ją kilka razy dziennie, by na nowo przeczytać te kilka niezrozumiałych wersów.
Mary nie pytała o nic, lecz gdy któregoś dnia, po moim powrocie ze spaceru, przekazywała mi drugą, identyczną do wcześniejszej, białą kopertę, nie wytrzymała.
- John, zdradź mi, co Holmes napisał? – zapytała, podając mi nożyk. Jednym szybkim ruchem rozdarłem papier i wyciągnąłem złożoną na pół kartkę.
- Jeśli chcesz, możesz także spojrzeć – powiedziałem z myślą, że jeśli list podobny będzie do poprzedniego, nic nie zrozumie. Stanęła u mojego boku i nachyliła się, by lepiej widzieć cienkie pismo Holmesa.
Madryt
York
Chicago
Rzym
Ottawa
Florencja
Toronto
XVIII III
Wpatrywałem się w kartkę z niemym zdumieniem. Czyżby Holmes postanowił napisać mi, jak miała się jego wycieczka dookoła świata? Spojrzałem na Mary. Ta miała zmarszczone czoło, najwyraźniej nad czymś się głęboko zastanawiała.
- John, czy mógłbyś mi przypomnieć, jak miał na imię brat Holmesa? – spytała, sięgając po list. Przeciągnęła palcem po spisie miast.
- Mycroft. Mary, czy ty...
- Spójrz, pierwsze litery tych wyrazów tworzą jego imię – rzuciła, znów wskazując na miasta. Powiodłem wzrokiem za jej palcem, znajdując tę samą, co ona zależność. Z kieszeni wyciągnąłem poprzedni list.
Uważnie wyszukuję akwizytorów garnków artystycznych!
Inaczej rewiduję ewidentnych nabywców emblematów,
w muzeum Ilustracji Egzotycznych śledziłem czeki i eskortę.
- Uwaga! – przeczytała Mary.
- Irene w mieście! – dokończyłem, rozpoczynając marsz po pokoju. Więc do tego tyczyła się ta niewielka rada na pasku papieru. – Że też na to wcześniej nie wpadłem! Przed wyjazdem Holmes zostawił mi wskazówkę!
- Ale... chyba nie sądzisz, że jest w niebezpieczeństwie? – Mary patrzyła na mnie ze strachem, pobladła, ze ściśniętymi wargami.
- Nie, oczywiście, że nie. To tylko... sposób, by wciągnąć mnie w śledztwo – skłamałem pospiesznie. Oczywiście, że gdyby nic mu nie groziło, sam Holmes przyszedłby mi wyjaśnić, o co chodzi. Mary rozluźniła się nieco i objęła się ramionami.
- Więc idź, John. Idź do Holmesa, najwyraźniej cię potrzebuje – stwierdziła bez cienia urazy w głosie. Podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu. – Uważaj na siebie – szepnęła mi jeszcze do ucha, pocałowała w policzek i wyszła z pokoju. Gdybym wiedział...
***
- Pani Hudson! Gdzie jest Holmes? – Mieszkanie przy Baker Street było puste. Zero wskazówek, liścików, śladów czyjejkolwiek obecności. Holmes musiał nie wracać tu, odkąd opuściłem nasz dom.
- Niestety, nie widziałam go, odkąd wyszedł w przeddzień pańskiego wyjazdu, doktorze – odpowiedziała mi kobieta, jednocześnie podchodząc do mnie i łapiąc mnie za rękę. – Niech się pan nie martwi – powiedziała. – Na pewno nic mu nie będzie.
- Proszę... przecież oboje znamy Holmesa – rzuciłem, zabierając dłoń. Poczułem, że w pięści zaciskam małą, szorstką kulkę. Pani Hudson odwróciła się na pięcie i podążyła w głąb domu.
- Powodzenia.
***
Wyszedłem z mieszkania i wsiadłem do dorożki. Otworzyłem dłoń. Leżała na niej kuleczka z papieru. Powoli i ostrożnie ją rozwinąłem, uważając, by jej nie podrzeć.
MH d:g XVIII III
Pokręciłem głową. – Holmes, jak ja niby mam to rozwiązać? – zapytałem sam siebie, z kieszeni wyciągając dwie poprzednie kartki. Pod spisem miast widniała ta sama rzymska liczba, co na wiadomości od pani Hudson. MH mogło oznaczać Mycrofta Holmesa. Dwie rzymskie liczby... osiemnasty marca! Tak! List przyszedł szesnastego, Holmes zostawił mi margines czasowy na rozwiązanie łamigłówki. D:g oznacza, że cyfry są jednocześnie i datą i godziną. Tylko gdzie? Gdzie mam spotkać jego brata? MH... MH... czy te dwie litery mogły mieć jakieś inne znaczenie?
Dorożka zatrzymała się pod domem, w którym mieszkałem z Mary. Wysiadłem powoli z powozu i, nadal wpatrując się w karteczkę, skierowałem się w stronę drzwi. Będąc w środku zawołałem służącą. Już po chwili siedziałem w fotelu z grubą księgą na kolanach. Przerzucałem leniwie jej kartki, tak naprawdę wpatrzony gdzieś w przestrzeń, zastanawiając się nad miejscem, które mogłoby być związane z Holmesem i mieściłoby się we wskazówkach, które od niego dostałem.
A może, choć raz, Holmes poszedł na ustępstwo i wybrał miejsce związane ze mną? MH? Czy to nie jasne, że chodzi o... MH?
***
Dla mnie MH było nawiązaniem do jednego z moich pierwszych, londyńskich pacjentów. Niestety, mężczyzna chorował na wyjątkowo wojowniczy i bolesny rodzaj raka, którego nie miałem nawet najmniejszych szans leczyć. Cierpiącego z dnia na dzień coraz bardziej pacjenta, biednego i starego, nie było stać na drogie, nowoczesne kuracje. Umarł w ciągu roku od mojej pierwszej wizyty. Dziś jego dom nadal stał pusty z powodu legendy, które były tak ochoczo rozprzestrzeniane w dużych i znużonych codziennością miastach.
Jednak z każdą upływającą minutą byłem coraz mniej pewny mojego wyboru. Cały czas spoglądałem na zegarek, który całkiem niedawno dostałem od Holmesa. Osiemnasta. Osiemnasta jeden. Osiemnasta dwa...
I drzwi pomieszczenia otworzyły się, poskrzypując cicho. Chwilę później do środka wszedł brat mojego przyjaciela. Wstałem i podałem mu swoją dłoń. Mężczyzna usiadł w fotelu, ja zająłem drugi.
- A więc?
- Tak?
- O co znów chodzi Holmesowi? – zapytałem pretensjonalnie. Natychmiast pożałowałem swojego tonu, gdy zauważyłem, iż Mycroft nieznacznie pobladł. – Czy coś mu się stało?
Mycroft pokręcił głową i wyciągnął do mnie dłoń, w której trzymał kolejny świstek papieru. – Do ciebie.
Wziąłem go i spojrzałem na niego niepewnie. Kolejna zagadka?
Rz 10, 6
Któż zstąpi do otchłani?
Spojrzałem pytająco na Mycrofta. – Nie pytaj, doktorze. Sprawdziłem każdy, nawet najmniejszy trop i nie doszedłem do niczego. Uznałem, że nie mam innego wyjścia, niż się z panem skontaktować... i wtedy dostałem kartkę od brata. Dzisiejsza data, godzina i miejsce.
Zaśmiałem się głośno. – Holmes prowadzi sprawę pod ziemią. To całkiem jasne, nie uważasz? – Mycroft nie podzielał mojego rozbawienia. Patrzył na mnie tak, jakbym był teraz jednym z tych pokręconych staruszków, których tak często można spotkać na ulicach Londynu. – O co chodzi?
- Od tygodnia nie mam żadnych innych wiadomości od Sherlocka. Żadnych wiadomości dla mnie, ani dla ciebie, Watsonie. Wcześniej meldował się dwa razy w tygodniu. A ta wczorajsza... karteczka, wyglądała, jakby przynajmniej od tygodnia leżała na moim progu. To jest jej odpis. W każdym razie, coś się stało. – odpowiedział grobowym tonem. – Ta kartka, to jego ostatnia. Kazał mi ją tobie przekazać jedynie w ostateczności.
Spojrzałem na wiadomość. Podziemia. Co Holmes chciał mi tym przekazać? – Czemu nic mi nie powiedział, nim zniknął?
- Doktorze, gdyby to było coś bezpiecznego, od początku byś wiedział. Najwyraźniej nie chciał cię narażać.
- Zawsze mnie narażał! Zawsze narażaliśmy się oboje!
- Może uznał, że po ostatnim wypadku czas, by z tym skończyć...
- Przecież to było tak dawno!
- Znasz Sherlocka.
- Ale...
- Och pomyśl chwilę, - powiedział, a ja zauważyłem, że przeszedł na mniej oficjalną formę wyrażania się w moim kierunku. - skoro potrzebuje pomocy, to jak niebezpieczna musi być to sprawa? – spytał, machając na mnie ręką i podchodząc do okna. - Skoro kontaktuje się za pomocą zaszyfrowanych, nic niemówiących listów, w jakim niebezpieczeństwie musi się znajdować? Skoro czekał tak dużo czasu, by jednak prosić o pomoc, by wciągać cię i wystawiać na niebezpieczeństwo, to jak bardzo niebezpiecznie musiało się stać?
- Mycroft...
- Właściwie... nie prosił, bym przekazał ci ta kartkę. Chciał, bym to ja mu pomógł. Ale zwyczajnie nie potrafię. Watsonie, on tak bardzo cię kocha, że woli umrzeć gdzieś sam, niż pozwolić ci się narazić. Nie rozumiesz? – zapytał, odwracając się w moją stronę i poruszając mnie rozpaczliwym wyrazem swojej twarzy. Wstrzymałem oddech. Tak, Holmes byłby do tego zdolny. Poza tym, wtedy, gdy omal nie zginąłem, przysiągł, iż nie pozwoli, żeby cokolwiek stało mi się z jego winy. Wstałem, w dłoni ściskając karteczkę. – Bądź ostrożny, Sherlock nie wybaczyłby mi, gdyby tobie coś się stało – dodał, widząc moją gotowość.
- Niedługo wrócę z nim, Mycrofcie. O nic się nie martw.
