12.

Sobota przyszła zdecydowanie za szybko, jak na gust Hermiony. Przeciągnęła się i zerknęła ponuro na książki leżące tuż obok niej. Nie ma co, wspaniałe życie. Lavender, Parvati, a nawet Ginny, budziły się koło przystojnych, kochających je chłopaków, a ona miała pokryte kurzem księgi o Transmutacji. Do tego nie udało jej się opisać tego, co ewentualnie mógł czuć Snape, więc z esejem musiała poczekać na niego. Ten etap zaklęcia każdy przeżywał inaczej – Hermiona miała wrażenie, że sama znajduje się w ciele zbroi i kieruje jej ruchami. W książkach wypowiadało się mnóstwo osób – i każdy z nich czuł co innego. Było to nieco dobijające. Zerknęła na zegarek – siódma rano. Wstawać czy nie wstawać? Prawdę mówiąc nie chciało jej się. Miała ochotę cały dzień spędzić w łóżku. I jak planowała, tak zrobiła.

vOvBvOvBvOvBv

Sobota przyszła nieco zbyt wolno, jeśli spytalibyście Severusa. Całą noc przekręcał się z boku na bok, próbując dojść do tego, co chce dokładnie powiedzieć szczeniakom Śmierciożerców. Musiał idealnie dopracować każde słowo, każdy ton, każdą minę. Nie może dać się zaskoczyć. Musi być chłodny i pozornie niezainteresowany, wtedy powiedzą więcej. Nauczył się już, że kiedy ktoś wygląda tak, jakby nie słuchał, to innym rozwiązują się języki. W sumie powinien zabrać z sobą jakąś książkę – potrafił jednocześnie czytać i słuchać, ale niewielu o tym wiedziało. Kilka razy odstawi szopkę w stylu „hę? Mówiłeś/łaś coś? Zaczytałem się" i uwierzą mu jak dzieci. Gdzieś koło siódmej rano zasnął i westchnął z irytacją, nim udało mu się odpłynąć w świat snów – za jego czasów i teraz także, każdy chłopak jakiego znał miał śliczną, ciepłą dziewczynę koło siebie, która pomogłaby mu zasnąć, gdyby miał z tym problemy. On miał do towarzystwa „Eliksiry lecznicze i ich zastosowanie w czarnej magii", które miały rozmiar małego walenia. Nie ma co, wspaniałe życie.

Kiedy w końcu wstał – wyjątkowo niechętnie – było już mocno po południu. Nott, który wszedł na chwilę do dormitorium spojrzał na niego zdziwiony.

– A ty czemu tak późno?

– Nie mogłem zasnąć. Wiesz… Podekscytowanie i takie tam.

– Nie dziwię się! Ja przed moim pierwszym spotkaniem nie spałem dwie noce! Ale jest spoko, Pansy prowadzi wyjątkowo ciekawie i nikogo nie jedzie, jak to ma w zwyczaju. No i masz trochę inny status od nas, więc będziesz miał jeszcze lepiej. Może nawet będziesz miał zaszczyt spotkać się z samym Sam-Wiesz-Kim!

Zaszczyt, jasne. Powstrzymał się od przewrócenia oczami i szybko ubrał, by po chwili jeść obiad w Wielkiej Sali. Malfoy poklepał go po ramieniu, oberwał ponurym spojrzeniem i jak gdyby nigdy nic wziął się do pałaszowania zupy, jednocześnie mówiąc.

– … i pamiętaj, żeby nie mówić o nim po imieniu. Dla ciebie to jest Czarny Pan, jasne? No i…

– Malfoy, czy ja ci wyglądam na idiotę? – warknął, przerywając jego tyradę w połowie. – Dobrze wiem co, kiedy i jak powiedzieć. A teraz się zamknij, bo od samego twojego głosu żarcie staje mi w przełyku.

– To musisz mieć wyjątkowo wąskie gardło, żeby zupa nie przelatywała. Dobra, zmieniam temat, nie patrz się tak. Jak ci idzie z Granger?

– Nijak.

– No co ty? W ogóle? Nic?

– Zachowujesz się jak plotkująca dewotka, która z utęsknieniem czeka na soczyste fragmenty, żeby po chwili je potępić.

Chłopak błysnął uśmiechem, machnął łyżką i pełnym wyższości głosem oznajmił:

– Bo soczyste fragmenty to jest to, co mężczyźni lubią najbardziej! Jeśli nie możesz nacieszyć dłoni, to przynajmniej nacieszysz uszy!

– Ciekawe co by na to powiedziała twoja dziewczyna, gdybym poprosił cię o tego typu fragmenty?

– Ja bym chętnie opowiedział, a potem ona równie chętnie odgryzłaby mi głowę – odparł nonszalancko. – Ginny ma temperament właściwy Weasleyom i narazić jej się, to jak narazić się wyjątkowo wściekłej smoczycy. Zieje ogniem, aż nie zostaje z ciebie nic, prócz kupki popiołów. I jest szybka ze swoją różdżką.

– A Granger?

Starał się, by brzmiało to tak, jakby nie był w ogóle zainteresowany, ale ciekawiło go, czy umie się pojedynkować. W zaklęciach bitewnych była niezła, jeśli lekcje Transmutacji mogły mu coś powiedzieć na ten temat. Draco jednak od razu go przejrzał.

– Zastanawiasz się, czy w razie czego zrobi ci krzywdę? Cóż, Granger w takich chwilach przypomina sobie, że kiedyś była mugolem i najpierw leci z łapami. Sam raz oberwałem i muszę przyznać, że cios ma niezły. Jeśli jednak chodzi o magiczny pojedynek, to jest bardzo średnia. Jej atutem jest mózg, nie mięśnie czy refleks. Ginny jest bardzo szybka i zna mnóstwo paskudnych klątw. Paskudnych w sensie złośliwych, a nie paskudnych w sensie morderczych – odpowiedział na jego kpiarsko uniesioną brew. – Potter jest dobry, ale tylko wtedy, gdy czuje adrenalinę. Weasley… Na swój sposób potrafi walczyć, ale jego siłą jest strategia. Cholernie dobrze gra w szachy i równie dobrze planuje bitwy. Poza tym obaj są kretynami. Longbottom to ofiara losu i tu nie trzeba nic dodawać. Podobnie Thomas. Finnigan jest całkiem, całkiem. Lovegood trzeba się wystrzegać.

Severus przyjrzał się dziewczynie krytycznie i musiał prychnąć. Miała marchewki wystające z uszu i wpatrywała się szeroko otwartymi oczami z uchylonymi ustami w sufit, gdzie akurat płynęła sobie jakaś chmurka.

– Że niby ona jest niebezpieczna?

– Wiem, nie wygląda najmądrzej, ale to tylko wtedy, gdy może sobie na to pozwolić. Nawet podczas treningów powoduje, że Tonks łysieje i się załamuje. Widziałem ją jednak w walce. Jest wtedy zupełnie inną osobą. Skupiona i perfekcyjna, do tego wyjątkowo nieczuła. Nie patrzy, czy zabija, czy rani – po prostu to robi, bo tak trzeba. Nie chciałbym jej mieć przeciwko sobie, szczerze powiedziawszy.

Blondynka na chwilę spojrzała na nich, uśmiechnęła się, pomachała, po czym zaczęła niedbale kłaść na talerz jedzenie. Tak niedbale, że nie zawsze trafiała. Jakoś nie mógł uwierzyć w słowa Malfoya, ale z drugiej strony znał takiego jednego gościa, który był bardzo podobny.

– A ty?

–- Jestem, rzecz jasna, najlepszy, najwspanialszy i w ogóle nikt nie może się ze mną równać – powiedział na tyle głośno, że cały stół Slytherinu spojrzał na niego, a potężna Ślizgonka odkrzyknęła:

– I nie zapomnij dodać, że najskromniejszy!

– Dzięki, Millie!

– Zawsze do usług, Malfoy.

Reszta spojrzała na nią jakoś dziwnie, a Severus ponownie uniósł brew. Draco w lot zrozumiał.

– Ona jedna się do mnie odzywa. Millicenta Bulstrode. Nie jest zbytnio piękna, ale tylko udaje idiotkę. Bystra dziewczyna, a do tego cholernie lojalna. Aż nietypowo, jak na Ślizgonkę. Jak kogoś polubi, to trzeba się naprawdę postarać, żeby ją do siebie zrazić.

– Zupełnie, jak twoja matka – parsknął, przypominając sobie Narcyzę, która broniła swoich sióstr.

– Mhm. Dlatego cenię Millie i nie rozmawiam z nią zbyt często. Mógłbym przysporzyć jej problemów. Jakbyś nie zauważył, to nie jestem zbyt popularny.

– Myślisz, że to miejsce koło Goyle'a wciąż jest wolne? Nagle poczułem chęć zmiany otoczenia.

– Ha. Ha. Bardzo śmieszne – mruknął blondyn, ale zaraz się rozpromienił, bo koło niego pojawiła się Weasley. – Ginny, zjesz z nami?

– Jasne. Po to tu przyszłam. – Dosiadła się i zaczęła nakładać jedzenie na talerz, całkowicie ignorując pełne złości spojrzenia, które leciały z niejednego stołu. Severus już jakiś czas temu zauważył, że wielu chłopakom nie podobało się to, że Ginny prowadza się z Draconem. – Zwykle jadam z Hermioną, bo mój brat i Harry działają mi źle na przewód pokarmowy, ale dziś ma dzień lenia i postanowiła, że nie wstaje z łóżka. Dobrze robi, jeśli chcecie znać moje zdanie. Siedziała wczoraj jak głupia w Bibliotece i próbowała napisać jakiś esej, a używała przy tym takiego słownictwa, że nie pytajcie. Kogokolwiek obrażała, ma przerąbane na całej linii.

Severus uśmiechnął się z zadowoleniem. Wiedział, że nie będzie w stanie napisać tego wypracowania sama. Było to awykonalne, więc jeśli mieli pisać – to na jego warunkach. Weasley tymczasem kontynuowała.

– Harry i Ron wrócili wczoraj wściekli z jakiegoś powodu, ale nie wiem o co chodziło. Prawie mnie zabili, gdy spytałam, czy dziewczyny, którymi obecnie się interesują nie dały im buziaka, że takie mają miny. Od rana siedzą nad jakimś pergaminem i przypominają mi w tym Freda i George'a, gdy próbowali wymusić kasę na Bagmanie. Naprawdę, jeśli to od nich zależy los świata, to ja się chyba pakuję i wyprowadzam do Ameryki czy gdzieś.

Malfoy od razu zapalił się do tego pomysłu.

– Jestem za! Mam iść kupić bilety?

– To był żart, Draco.

– Szkoda… Już miałem wizję…

– Zachowaj ją dla siebie – mruknął Snape, grzebiąc w zupie. – Słuchajcie, czy to tylko ja mam paranoję…

– Masz – rzucili unisono, by po chwili oberwać spojrzeniem, które niewiele ich ruszyło.

– Coś nie tak jest z moją zupą.

– Za słona?

– Za ostra?

– Za głupie towarzystwo? – Ucisnął nasadę nosa, starając się opanować. Jak on nienawidził rozmów z półgłówkami. A ta dwójka i tak była powyżej przeciętnej.

– W sumie nic nie zjadłeś… Jakieś problemy? Nerwy?

– Nie no, jakie nerwy? Wszystko jest w porządku – odmłodniałem o dwadzieścia lat, chodzę do szkoły z ludźmi, o których nic nie wiem, dowiaduję się, że byłem mordercą, a mój własny Czarny Pan prawdopodobnie na mnie poluje i zabije w każdej chwili, gdy mu będzie wygodnie, a do tego dziś idę na spotkanie z młodymi Śmierciożercami, z czego większość obecnych tam dziewczyn planuje, jakby mi się tu wepchnąć do łóżka. A, no i nie zapominajmy o Potterze i Weasley'u, oraz o tym, że do mojej zupy został wlany jakiś eliksir. Chyba, że przez te wszystkie lata menu w Hogwarcie się zmieniło i korzeń piołunu razem z płatkami Mnemosyne Colundus są na porządku dziennym.

Jego nonszalancki ton najwyraźniej nieco ich zdziwił, ale – jak się po chwili okazało – nie dlatego oboje mieli takie miny.

– Czym jest memo… mnemo… to coś?

Ostatkiem sił powstrzymał się od uderzenia dłonią w czoło i przejechania nią aż na podbródek.

– To roślina, która powoduje uległość. Z zasady dodaje ją się do eliksirów miłosnych, ale w połączeniu z piołunem to niemalże narkotyk. Gdybym to zjadł, to byłbym otępiały i radosny jak nigdy. Łatwy cel zarówno do gwałtu, jak i porwania. Nikt nic by ode mnie w tym stanie nie wyciągnął, bo piołun wpływa na umysł, mąci myśli i nawet największy mistrz Legilimencji nie jest w stanie czegokolwiek z tego zrozumieć.

Stąd wniosek – dodał sam do siebie – że ktoś go tutaj bardzo nie lubi, albo lubi za bardzo. Dyskretnie rozejrzał się po sali, ale nikt na niego nie patrzył. Nie podobało mu się to nawet w najmniejszym stopniu. Weasley, która miała praktykę jeśli przychodziło do dziwnych i niebezpiecznych rzeczy, wzruszyła ramionami.

– I tak dobrze, że nie chcą cię wykończyć od razu. Harry niejeden raz…

– Jeszcze raz wspomnisz Pottera, a idę jeść gdzie indziej – mruknął Draco. Dziewczyna jedynie przewróciła oczami.

– Jak już mówiłam, nim pewien zazdrosny osioł mi przerwał, Harry niejeden raz znajdował w swoich posiłkach naprawdę paskudne trucizny. I to nie były narkotyki, ale poważne i śmiertelne przyprawy. Podobno sam kilka z nich tam znalazłeś, jeśli Ron mówi prawdę. Jakieś Smocze Łapy i coś tam z ognikiem… ogniskiem… płomykiem…

– Iskierką, chciałaś powiedzieć.

– No, w każdym razie coś z ogniem związane.

– Jeśli mam być szczery, a to nie zdarza się często, to niekoniecznie trzeba być wrogiem Pottera, żeby podawać mu tego typu mikstury. Jest tak czarujący i przemiły, że każdy chciałby mu okazać swą przyjaźń.

Malfoy akurat miał pecha brać łyżkę zupy do ust, gdy Severus wygłaszał swoje mądrości i w efekcie zakrztusił się, a jego dziewczyna z aż nazbyt wyraźną złośliwą satysfakcją poklepała go mocno po plecach. Za mocno, jeśli można było coś wywnioskować z urażonych spojrzeń Ślizgona.

– Nie no, ja po prostu starałam się jakoś ciebie pocieszyć.

– A niby dlaczego? Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek był dla ciebie jakoś specjalnie miły.

Weasley przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się lekko, ze zrozumieniem.

– Owszem, nie byłeś, ale kilka razy uratowałeś mi i mojej rodzinie życie. I chyba jako jedna z naprawdę niewielu osób na świecie miałam okazję widzieć cię w dość… nieciekawym stanie. Jesteś zwykłym człowiekiem, Snape, bez względu na to, jak bardzo starasz się nim nie być. Masz prawo do słabości, strachu i niepewności. A jestem pewna, że znajdując truciznę w swojej zupie nie czujesz się w pełni radosny i optymistycznie nastawiony do życia.

Skrzywił się słuchając jej przemowy. Przeklęci Gryfoni. Owszem, nie lubił przyznawać się do słabości, ale ukrywał to nawet przed samym sobą. Nie miał prawa być słaby.

– Jestem w pełni nastawiony optymistycznie. Kto wie, może to któraś z kolei fanka postanowiła zaciągnąć mnie do łóżka przy użyciu drastycznych metod, bo w żaden inny sposób nie miałaby na to szans?

– Taaak… I jestem pewna, że to mój kochany braciszek, który zapałał do ciebie nagłą…

– NIE KOŃCZ TEGO ZDANIA! – ryknęli zgodnie obaj Ślizgoni, jednocześnie uciszając większą część Wielkiej Sali. Przy stole nauczycielskim Dumbledore uśmiechnął się szeroko, a McGonagall tak spiorunowała ich wzrokiem, że Severus dziwił się, że nie ma dziury w czole. Udawał więc, że jest w pełni zajęty swoim talerzem. Weasley najwyraźniej miała ochotę kontynuować, ale przerwało jej brawurowe wejście Parkinson, która objęła Dracona, by po chwili upaść na tyłek. Ruda faktycznie była szybka ze swoją różdżką.

– Witaj, Pansy. Pomyliłaś chyba miejsca.

– Odwal się, Weasley. To nie twój stół.

– Ale mój chłopak. Chciałaś czegoś?

– Nie mam biznesu do ciebie – warknęła, po czym na jej mopsowatej twarzy pojawił się grymas… eee… uśmiech zadowolenia i radości. – Snape, musimy już iść. Zabierzesz się z nami?

– Trafię.

– Ale…

– Trafię.

Tym razem w jego głosie była mocna, stalowa nuta, która od razu ją uciszyła. Takie jak ona nigdy nie uczyły się za pierwszym razem.

– Musisz uważać na… towarzystwo, w jakim się obracasz.

– A ty musisz uważać na swój język. Pewnego dnia możesz się obudzić bez niego.

Zbladła i szybko odeszła. Ginny gwizdnęła z podziwem.

– Gdybym nie wiedziała lepiej, to powiedziałabym, że mówiłeś serio.

Draco zachichotał złowieszczo i wbijając widelec w nóżkę od kurczaka powiedział wesoło:

– On mówił serio. Śmiertelnie serio.