Rozdział dwunasty: Empatia


Moje treningi z Jeremym na jakiś czas zostały zawieszone – teraz, gdy chłopak przestał się już bać swoich mocy, musiał sam zająć się doszkalaniem. Tylko on wiedział, jak uaktywnić w sobie te moce, jak je kontrolować, i jak je poszerzać. Musiał to wszystko odkryć na własną rękę. To było coś, przez co każdy nadprzyrodzony musiał przejść. I nie było od tego żadnego wyjątku.

Postanowiłam wykorzystać dodatkowy wolny czas, jaki zyskałam, aby w stu procentach zająć się sprawą Johna.

Bardzo, ale to bardzo chciałam, aby te nowe moce pojawiły się – i to możliwie jak najszybciej. Jeszcze kilka dni temu byłam pewna, że moja teoria jest tą właściwą, która wkrótce się spełni. Jednak z każdym kolejnym dniem w mojej głowie zaczynały się kłębić coraz to kolejne wątpliwości. W końcu doszło do tego, że zaczęłam już się wykłócać sama ze sobą – tak bardzo byłam zdesperowana odnośnie tego, aby John stał się taki jak ja.

Ale nie takiego się nie działo. I denerwowało mnie to niesamowicie.

- Kontroluj się, kobieto. – mówiłam do ciebie, siedząc na ławce przed ośrodkiem Jessie. Jakieś dwadzieścia metrów ode mnie w piłkę grała grupka młodszych podopiecznych ośrodka. Ja tymczasem poruszałam się niespokojnie na ławce, z trudem kontrolując nieduże języki ognia, które co chwila wyślizgiwały mi się spomiędzy palców. – Kontroluj się, mówię. Nie chcesz przecież sfajczyć niewinnych.

Znów zaczęłam negatywnie myśleć o własnym losie. Znów zaczęłam myśleć o tym, że jednak nic nie uda mi się osiągnąć, i że wszystko spali na panewce – że Jeremy jednak postanowi tu zostać, a John okaże się nie być jednym z nas. Te myśli doprowadzały mnie już do istnej furii. I za cholerę nie mogłam ich powstrzymać. Czułam się jak ci biedacy chorujący na schizofrenię. Upierdliwe głosy w mojej głowie nie chciały się zamknąć. Same czarne scenariusze przelatywały mi przed oczami. A ja coraz bardziej traciłam nad sobą kontrolę.

- Raven, wszystko w porządku?

No nie, jeszcze tego brakowało! Nie dość, że mogę sfajczyć grupkę trzynastolatków, to jeszcze mam ryzykować jego życie?! Po moim trupie!

John usiadł obok mnie niepewnie. Po chwili dostrzegł, że wokół dłoni co jakiś czas formują mi się małe języki ognia. Nie odsunął się jednak – nie przestraszył się tego. Nie zrobił jednak oczywistej głupoty i nie spróbował mnie uspokoić poprzez wzięcie w swoje dłonie moich. Chwała Bogu, jeszcze jakiś intelekt i odruchy samozachowawcze ten człowiek miał. Na jego szczęście.

- Co się dzieje? – spytał się po chwili. Nie odpowiedziałam na to pytanie. Bardzo dobrze wiedziałam, że ma on świadomość tego, co mnie tak irytuje. – Jesteś wściekła… widzę to. Nawet bardzo wściekła. Co się dzieje, Raven? Porozmawiaj ze mną.

Westchnęłam ciężko i wzniosłam oczy ku niebu. Nie mam wyjścia; no po prostu, cholera, nie mam innego wyjścia. On mi tego tematu nie odpuści. Najwyraźniej jednak sądzi, że zdołam opanować swoje pirokinetyczne zdolności i nie sfajczę połowy tego przybytku, gdy w końcu naprawdę wybuchnę gniewem.

- Po prostu się o wszystko martwię. – odpowiedziałam w końcu. – Do tego nic nie idzie po mojej myśli. Już myślałam, że będzie inaczej… ale los znów kopnął mnie w tyłek. – W tej chwili z mojej prawej dłoni wyleciał sporej wielkości płomień. Tym razem John odsunął się nieco, tak aby ogień nie podpalił go.

- Łał… naprawdę cię to wszystko wkurza. – mruknął, przyglądając się na suchą kępkę trawy przed nami, na którą spadł płomień. Kilka sekund później tej kępki już nie było – kompletnie się spaliła. – Ale to nie oznacza, że nie powinnaś o tym z kimś otwarcie porozmawiać. Może… może jeśli podzielisz się ze mną swoimi problemami, to razem spróbujemy znaleźć na nie jakieś rozwiązanie. Gwarantuję ci, że dam sobie ze wszystkim radę.

Z trudem powstrzymałam się od tego, żeby nie wybuchnąć gromkim, gorzkim śmiechem. John nie miał pojęcia, przez co przechodzę. I daję głowę, że gdybym faktycznie spróbowała mu to wyjaśnić, to i tak nie wiedziałby, jak odpowiednio zareagować. Tylko ktoś z moim stażem i przebytym doświadczeniem mógłby teraz wiedzieć, co czuję.

- Ja nie żartuję. – dodał po chwili John. – Naprawdę sądzę, że mógłbym pomóc.

- Mylisz się. – odpowiedziałam tonem głosu, który ucinał całą tę rozmowę. John jednak był uparty, i postanowił drążyć ten temat dalej.

- Naprawdę mogę pomóc…

- A ja mówię, że nie dasz sobie z tym rady…

- Ale Raven, nie dajesz mi nawet szansy na spróbowanie.

- Bo wiem, że sobie z tym nie poradzisz. – Małe płomienie zaczęły błądzić po moich dłoniach. John zignorował to bardzo szybko; nie takie rzeczy w moim wykonaniu już widział.

- Nie wiesz tego.

- Właśnie, że wiem.

- Nie wiesz. – Płomienie stały się nieco większe. Zaczęłam głębiej oddychać, próbując przejąć kontrolę nad buzującymi emocjami.

- John, odpuść, proszę cię.

- Raven, chcę ci tylko pomóc…

- A ja cię proszę, żebyś to zostawił.

- Ale ja sądzę…

- John, proszę cię! – wykrzyknęłam nagle, wstając na równe nogi. Z obydwu moich dłoni poleciały iskry. Podpaliłam kolejne połacie trawy. Z głośnym, zrezygnowanym westchnieniem ugasiłam je wodą z pobliskich kałuż. Następnie usiadłam z powrotem na ławce, oddychając ciężko. – Błagam cię, skończ ten temat. Nie zamierzam o tym rozmawiać.

Przez jakiś czas John milczał. Powoli zaczęłam sądzić, że w końcu się mnie posłuchał.

- Naprawdę musisz być mocno wściekła. – powiedział po chwili. Przymknęłam oczy z westchnieniem, kryjąc twarz w dłoniach. Czy on nie może sobie odpuścić? – Normalnie na moment powietrze wokół ciebie zrobiło się aż czarne. I to nie zrobiło cię od tych płomieni. – dodał po chwili.

Zaśmiałam się gorzko na te słowa. Tak, to by się zgadzało. Czarna aura wokół człowieka oznaczała, że był on wściekły. Każdy to wiedział…

Nagle usiadłam prosto jak struna, otwierając szeroko oczy. John, który nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji, aż podskoczył z zaskoczenia.

Fakt, każdy to wiedział. Ale nie zwykły człowiek. Tylko nadprzyrodzeni umieli widzieć taką aurę. A to oznaczało…

- John, potwórz to. – powiedziałam nagle, łapiąc chłopaka za ręce i przysuwając nieco bliżej siebie. – Powiedz, co widziałeś.

- No… czerń. Dużo czerni. – wymamrotał John, mocno zdezorientowany moim zachowaniem. – Powietrze wokół ciebie na parę sekund zrobiło się całe czarne.

Nie mogłam wytrzymać. Roześmiałam się radośnie, obejmując Johna mocno. Chyba jeszcze bardziej go tym wszystkim zdezorientowałam.

- John… jesteś empatą. – powiedziałam w końcu. – To drugi etap przemiany. Zacząłeś wykrywać emocje innych. Widzisz aury otaczające ludzi. Widzisz, co w danej chwili czują. Czerń, którą widziałeś wokół mnie, oznaczała silny gniew lub złość. Odczytałeś moją aurę. – Znów go przytuliłam, nie mogą się ani trochę przed tym powstrzymać.

- Czy to… czy to oznacza… ? – zaczął niepewnie John, wciąż lekko skołowany.

- Tak. – odpowiedziałam, wiedząc bardzo dobrze, o co chce się mnie spytać. – Miałam rację, John. Masz potencjał na stanie się jednym z nas. Cholera… ty stajesz się jednym z nas. Wszystkie nasze plany jednak się ziszczą. Będziesz wkrótce taki sam jak my.


Kolejny rozdział zakończony. Nie był wybitnie długi – zaledwie nieco ponad tysiąc sto słów – z racji tego, że był niedużym fillerem przed ważniejszym rozdziałem. Czeka nas teraz pozytywny zwrot w związku Raven i Johna… ale o tym w następnym rozdziale. A kiedy on się dokładnie pojawi – tego jeszcze nie wiem. Rozpocznę nad nim prace jeszcze dzisiaj… a kiedy go skończę, to wie tylko los. Ale postaram się go skończyć i opublikować jeszcze przed końcem tego roku. Od stycznia planuję opublikować kilka nowych opowiadań, a aby móc to zrobić z czystym sumieniem, muszę ukończyć kilka z tych, które już opublikowałam.

Z góry dziękuję wszystkim, którzy czytają to opowiadanie. Na zaś życzę wszystkim szczęśliwego i udanego Nowego Roku :)