Rozdział 12 — Sekrety i sekreciki
„To dziwne. Nie chodzi o mężczyzn. Tylko... Tylko o niego. Jest tylko on." — Ianto Jones
Miłość jest dziwna. Absolutnie i niezaprzeczalnie dziwna. Patrzę na niego, stojącego z inną dziewczyną, której imienia nie znam. Patrzę jak się uśmiecha, jak prosi ją do tańca i, w końcu, patrzę jak ją całuje. Patrzę na to wszystko ze stoickim spokojem, jednocześnie prowadząc konwersację z Remusem i leniwie zastanawiam się, dlaczego mam ochotę zamordować nową wybrankę Jamesa Pottera. Chyba zabrakło mi już łez, które mogłabym przez niego wylać, więc moja podświadomość znalazła sobie nowy sposób, by radzić sobie z niespełnionym uczuciem. Ostatecznie Remus prosi mnie do tańca i niechętnie zwlekam się z wygodnego krzesła przy stole, by wyjść razem z nim na parkiet. Widzę, że jego spojrzenie wciąż podąża za Blackiem, więc nie czuję większych wyrzutów sumienia, że swoim ponurym nastrojem psuję mu wieczór.
Kiedy idę ogląda się za mną kilku chłopców. Dorcas odwaliła kawał dobrej roboty; wyglądam zupełnie jak nie ja. W długiej do kostek, czarnej, przylegającej do ciała sukience z odkrytymi plecami i z poważnym makijażem wyglądałam dobrze, nawet dla samej siebie, co z kolei zdarzało się ostatnio coraz rzadziej.
Jest już późno, pewnie koło dwunastej, jednak nie miałam zegarka, więc nie mogłam być pewna. Remus okazał się świetnym tancerzem, o wiele lepszym ode mnie i, w przeciwieństwie do Regulusa Upartego Blacka, nie trzeba było go do niczego zmuszać.
— Świetnie tańczysz — wyraziłam na głos swoje myśli, na co Lupin posłał mi ciepły uśmiech.
— Moja mama kochała tańczyć — odparł z nieco odległym wyrazem twarzy.
Niestety nie wykazałam się subtelnością i musiałam zepsuć chwilę swoją bezmyślną paplaniną.
— Kochała? Już nie tańczy? — zapytałam, unosząc lekko brew i dopiero po chwili dotarło do mnie, o czym mogło świadczyć użycie przez chłopaka czasu przeszłego.
— Nie żyje — powiedział cicho, nim zdążyłam się zreflektować. — Zabił ją wilkołak, kiedy byłem dzieckiem. Próbowała mnie bronić.
— O Merlinie, Remus, tak mi przykro. Nie chciałam...
— Nie szkodzi. — Machnął ręką, a po chwili piosenka się skończyła i ruszyliśmy w stronę krzeseł.
— Brakuje ci jej? — zapytałam nagle, w duchu klnąc na własną wścibskość.
Remus wahał się przez chwilę, aż w końcu, niemal niezauważalnie, pokręcił głową.
— Nie pamiętam jej — rzekł smutno. — Miałem pięć lat, kiedy to się stało. Znam tę historię tylko z opowieści taty. Czasami, kiedy patrzę na jej zdjęcia mam wrażenie, że... że była dla mnie ważna, że spotkałem ją, że gdzieś tam w mojej głowie wciąż istnieją wspomnienia z nią związane. Ale to tylko momenty. Ból i trauma zrobiły swoje, prawie w ogóle nie pamiętam jak to było przed atakiem wilkołaka. Więc nie pamiętam też jej.
Wymusił uśmiech i odniosłam wrażenie, że próbuje ukryć nim smutek. Poczułam się jeszcze gorzej.
— Przepraszam. Nie powinnam o to pytać.
— Cieszę się, że zapytałaś. Czasami... dobrze jest się komuś wygadać, a z Jamesem, Peterem i Syriuszem to raczej niemożliwe. Mogą być pełnoletni, ale to wciąż dzieci.
— Wszyscy jesteśmy tylko dziećmi. — Westchnęłam ciężko i otaksowałam Wielką Salę spojrzeniem.
— Nieprawda. — Chłopak pokręcił zdecydowanie głową. — Są ludzie, którzy po prostu są bardziej dojrzali na swój wiek. Myślę, że i ty, i ja zaliczamy się do grona takich osób.
— No nie wiem — stwierdziłam z bladym uśmiechem. — Wciąż zachowuję się jak gówniara, zamiast wziąć się w garść i dać sobie spokój z twoim głupim przyjacielem.
— Może mój głupi przyjaciel jest tego wart? — zasugerował.
— Tak sądzisz?
— Sądzę, że powinnaś spróbować o niego zawalczyć. On nie będzie się opierał, wciąż ma do ciebie słabość. To nie jest zły chłopak. Trochę rozpuszczony i zepsuty, i absolutnie niedojrzały, ale może potrzebuje kogoś, kto mu z tym pomoże.
— Nie mogę robić za jego matkę, Remus — parsknęłam.
— Nie proszę cię o to. Jesteś wyjątkową osobą, Lily, samo twoje towarzystwo dużo by mu dało.
— Jesteś sto razy lepszą osobą ode mnie i przyjaźnisz się z nim, a on wciąż jest taki, jak na piątym roku.
— Jesteś pewna? — Tym razem to on uniósł brew. — Już nie lata za ludźmi, rzucając na wszystkich uroki... choć może dla Snape'a czasem zrobi wyjątek. Ale nawet ty musisz przyznać, że się zmienił, Lily.
— W porządku, zmienił się. Tyle tylko, że wyraźnie przestałam go obchodzić.
— Nie był bym tego taki pewien...
Na końcu języka miałam ciętą ripostę, jednak przerwał mi głos dyrektora, który miał wygłosić krótkie przemówienie, zakończające bal.
Biblioteka to najlepsze miejsce, by przeczekać burzę. Prawie żaden nastolatek nie zagląda do pomieszczenia pełnego starych książek i grobowej atmosfery (do tego ostatniego w dużej mierze przyczyniała się stara, zrzędliwa bibliotekarka), więc dzień po balu biblioteka stała się moją oazą. Chyba jedynie tu nikt nie przeżywał wydarzeń ostatniej nocy, niemal podskakując z ekscytacji. Duża część naszego roku odnalazła na balu „miłość życia" tak więc wszędzie roiło się od zakochanych par, po których za miesiąc w większości zostanie jedynie wspomnienie. No cóż, nie mój problem. Ja miałam Wielką Księgę Transmutacji i absolutnie nie myślałam o tym, jak głupią, niedojrzałą krową jestem. Wcale. Ta, jasne...
Lekcje latania z Regulusem zamieniły się w ekspresowe lekcje latania z nadętym Ślizgonem, który nie potrafił uwierzyć, że beztalencia, takie jak ja w ogóle istnieją. Z racji jednak, że chłopak wyświadczał mi przysługę – nieważne, jak niechętnie to robił – wolałam nie komentować jego nastawienia. Ostatecznie, kiedy Black był już pewien, że nie skręcę sobie karku, poprzez spadnięcie z miotły, postanowił nauczyć mnie zasad gry. Wszystko utrudniał nam tylko jeden drobny fakt – sprawdziany do drużyny miały odbyć się za trzy dni, a ja wciąż z trudem utrzymywałam w dłoniach kafla.
A jednak, trzy dni później, dzięki ogromnym pokładom cierpliwości... Nie, chwila, o czym ja mówię?! Zacznijmy jeszcze raz. A jednak, trzy dni później, dzięki wrzaskom, obelgom i samozaparciu Blacka, jakimś cudem dotarłam na eliminacje do drużyny, które prowadził Potter.
Wszystko było tak, jak to sobie zaplanowałam. Potrafiłam się utrzymać na miotle, co dla Jamesa było w dziewczynie najważniejsze, więc przy odrobinie szczęścia, o ile wcześniej się nie zabiję, chłopak powinien zwrócić na mnie uwagę. Regulus utrzymywał, że zachowuję się, jak kompletna idiotka i ani trochę nie obchodzi go, czy dostanę się do drużyny, lecz mimo to pojawił się na trybunach. Co prawda nos trzymał w książce, ale ja wiedziałam swoje – byłam wręcz pewna, że skrycie jest dumny z moich postę... z faktu, że nie zamordował mnie, kiedy nie potrafiłam utrzymać się na miotle dłużej niż kilkanaście sekund.
— Evans? — zapytał z zaskoczeniem Potter, patrząc na „moją" miotłę (tak, jakimś cudem udało mi się przekonać Regulusa, żeby pożyczył mi swoją, dopóki rodzice nie kupią mi własnej) i strój do gry.
— Cześć — odparłam, mam nadzieję, spokojnie, próbując opanować narastające mdłości.
— Chcesz dołączyć do drużyny? — Jego mina wyrażała szok zmieszany z rozbawieniem.
Byłam gotowa założyć się o niemal wszystko, że chłopak doskonale pamięta lekcje latania z pierwszego roku i moje wyczyny na nich. No cóż, nie ma się czym chwalić, więcej nie będę tego opisywać.
— Skąd taki wniosek? — Wysiliłam się na słaby żart, intensywnie starając się nie myśleć, że za kilka chwil będę miała szansę zbłaźnić się na oczach połowy szkoły i chłopaka, za którym szaleję.
Merlinie, chyba tylko cud uratował mnie od koszmaru, jakim byłoby zwymiotowanie na buty Jamesa.
— No cóż — odparł Potter, uśmiechając się bezczelnie — będę trzymał kciuki. Przydałaby nam się jakaś ślicznotka w drużynie. Tylko, Lily?
— Tak?
— Postaraj się nic sobie nie złamać.
I odszedł, nim zdążyłam rozgryźć, czy żartował, czy raczej mówił poważnie.
Wiecie, co jest dziwne? Że jednego dnia tyle oferm może sobie przypomnieć o istnienie gry takiej jak quidditch. Chyba nikt, kto pojawił się na eliminacjach nie myślał poważnie o dostaniu się do drużyny. Wierzcie mi na słowo, że niektóre osoby były nawet gorsze ode mnie. Cóż, ja też zbytnio się nie popisałam, bo na pięć prób trafiłam tylko trzy gole, ale i tak było to lepsze niż nic. Ale rzeczą, którą naprawdę warto było warto zobaczyć, była mina Jamesa. Mieszanina niedowierzania, politowania i załamania. W końcu, po dwóch godzinach (w czasie których prawie dostałam zawału i byłam bliska bolesnego spotkania z ziemią) chłopak dał sobie spokój. Machnął ręką w kierunku szatni, podczas gdy Syriusz stał obok niego i, sądząc po minie, zmagał się z dylematem – śmiać się czy płakać?
— Idźcie! — zawołał James. — Jutro w Pokoju Wspólnym na tablicy ogłoszeń wywieszę wynik.
Więc ruszyłam, lecz nie w kierunku szatni, a na trybuny, gdzie wciąż siedział Black.
— Byłaś beznadziejna — powiedział, kiedy tylko mnie zobaczył.
Posłałam mu najbardziej mordercze spojrzenie, na jakie było mnie stać.
— Dzięki, Black, naprawdę, wielkie dzięki. Jesteś wzorem taktu i kultury — warknęłam i wepchnęłam mu w dłonie miotłę.
— Ale z drugiej strony — kontynuował, w ogóle nie przejmując się moimi słowami — było tam dużo większych oferm od ciebie, więc może masz jakieś szanse. Czy Gryffindorowi zabrakło porządnych zawodników?
— Może Ślizgoni wysłali wszystkich do Skrzydła Szpitalnego, co? Podobno jesteście świetni w czarnej magii.
— Najlepsi, Evans. Dostałabyś zawału, gdybyś widziała, co wyczynia twój stary przyjaciel.
— Severus?
— Nie, pies gajowego, wiesz? Oczywiście, że Snape!
Popatrzyłam na niego ze złością. Nienawidziłam, kiedy ktoś wspominał o mojej przyjaźni z Severusem Snape'em, która okazała się być kompletną fikcją. Niestety wyszło to na jaw przy całej szkole, więc Regulus doskonale o tym fakcie wiedział.
— Jesteś kompletnym dupkiem — skwitowałam.
— Mówię tylko, jak jest. — Wzruszył obojętnie ramionami i, ku mojej irytacji, wyglądał na całkiem zadowolonego z siebie.
— To może czasem powinieneś się przymknąć — poradziłam, po czym odwróciłam się i odeszłam z dumnie uniesioną głową, jednocześnie wiedząc, że moje słowa i tak nic nie zmienią.
Blackowie chyba po prostu z natury byli gnojkami.
Reszta dnia upłynęła mi w dużo bardziej przyjemnej atmosferze. Posłuchałam trochę o tym, jak bardzo Dorcas jest ze mnie dumna (urodzona fanka quidditcha), spławiłam ją parę razy, gdy zaczynała insynuować coś o mnie i Potterze, a ostatecznie dałam kilka rad, dotyczących nowego obiektu jej westchnień. W końcu rozmowa zeszła na temat świąt, choć miałyśmy do nich jeszcze prawie dwa miesiące.
— Wracasz do domu? — zapytała Meadowes, malując jednocześnie paznokcie na delikatny-niebieski kolor. — To ostatnie święta w szkole, więc chciałabym tu zostać, ale jednocześnie to moje pierwsze święta po chorobie i rodzice pewnie zaplanują coś specjalnego. Sama jeszcze nie wiem, co zrobię. Może wrócę tu na Sylwestra?
— Ja wracam do domu — odparłam. — Niedługo będę dorosła i wyprowadzę się od rodziców, a i bez tego rzadko ich widuję. Chciałabym spędzić z nimi trochę czasu.
— Podziwiam twój kontakt z rodzicami — stwierdziła ze śmiechem. — Ja komunikuję się ze swoimi poprzez krzyk.
Uniosłam brew.
— Nie sądzisz, że jesteś już trochę za stara na nastoletni bunt?
— Bez przesady, to wcale nie jest nastoletni bunt. Po prostu się nie dogadujemy i tyle.
— Aż tacy są straszni?
— Raczej chodzi o różnicę charakterów. Ale nie mówmy o tym, nie chcę się niepotrzebnie denerwować. Powiedz mi lepiej, czy te wszystkie plotki są prawdziwe?
— Plotki? — Zmarszczyłam brwi i odłożyłam na bok papierowy samolocik, który właśnie kończyłam konstruować. — Jakie plotki?
— No wiesz, te o tobie i Lupinie. Po balu większość osób twierdzi, że jesteście razem. Ja tam średnio w to wierzę. Po pierwsze powiedziałabyś mi o tym, a po drugie... Zawsze bardziej pasowałaś mi do Pottera. Lupin jest dla ciebie za spokojny. Oboje zakopalibyście się w książkach, a waszym najbardziej romantycznym zajęciem byłoby cytowanie co nudniejszych fragmentów. Umarłabyś z nim z nudów...
— Czekaj, przystopuj na chwilę! Chcesz mi powiedzieć — zaczęłam ze złością — że jakiś pajac puścił plotkę o mnie i Remusie?!
— Dokładnie — odparła, patrząc krytycznie na swoje paznokcie. — Ten kolor chyba mi nie pasuje, jak sądzisz?
— Dorcas!
— Masz rację, fioletowy byłby lepszy. — Machnęła różdżką i lakier zniknął w mgnieniu oka. — Złościsz się? — zapytała po chwili z rozbawieniem.
— A jak sądzisz? — warknęłam.
— Sądzę, że tak. A wiesz czemu? Bo jesteś piekielnie zmartwiona tym, co pomyśli sobie James.
Podniosłam się z łóżka i ruszyłam do drzwi. Oczywiście, kiedy rozmowa schodzi na złe tory najlepiej jest wziąć tyłek w troki i zwiewać – no chyba, że chcecie się pozbyć resztek dumy...
— Daj mi znać, kiedy wróci ci rozum. Mnie i Pottera nic nie łączy.
— Ale chciałabyś, żeby łączyło — zawołała za mną.
Zamknęłam drzwi, nic nie odpowiadając. Jeszcze na schodach słyszałam jej triumfalny śmiech.
Żegnaj, dumo, było naprawdę miło, ale coś mi mówi, że wkrótce rozstaniemy się już na dobre...
