Szedłem cicho przez las z nosem nisko przy ziemi szukając jakiegokolwiek tropu który naprowadzi mnie na miejsce o którym mówił strażnik. Niestety na razie na nic nie natrafiłem. Zapachy należały tylko do niewielkich zwierząt.
W pewnym momencie zaburczało mi w brzuchu. Zatrzymałem się i przysiadłem na tylnych łapach nasłuchując. Zapoluje na kilka gryzoni i ruszam na dalsze poszukiwania. Dotychczas szedłem przez las zwykłym krokiem płosząc zwierzynę, więc teraz bardziej uważam stąpając po ściółce. Wciągam powietrze wychwytując w nim woń myszy. Idę w jej stronę na ugiętych łapach. Kiedy jestem już blisko gwałtownie rzucam się na ofiarę i przygniatam ją łapą do ziemi. Stworzonko przez chwilę wije się piszcząc ze strachu. Przestaje kiedy moje kły przegryzają mu kark.
Kładę się na ziemi i zabieram się do jedzenia. Z tego co mówił mi strażnik w tej krainie żyją kucyki , i są zazwyczaj przyjaźnie nastawione, ale wolę nie ryzykować. Dopóki nie znajdę tego całego lasu Everfree to lepiej będzie jeśli nie będę się wychylał. Zapytam o drogę tylko w ostateczności. Wiem tyle że mam się kierować na południe. Strażnik pokazał mi wspomnienie mapy więc miałem jako takie pojęcie gdzie jestem, ale było niestety na tle niewyraźne że nie mógł mnie wysadzić tuż przy lesie.
Kończę jeść mysz i podnoszę się z ziemi. Przeciągam się i ruszam dalej
- Jak po raz pierwszy razem polowaliśmy to nic nie mogłeś złapać – Zaśmiałem się gardłowo. Pamiętam jak nawet myszy uciekały mu tuż sprzed pyska. To było niedługo po tym jak się przemienił. Mimo to miał opory przed zabijaniem nawet takich małych zwierzątek. Zawsze oddawał mi to co upolował i jadł to co schowane miał w swoim plecaku.
Był pierwszym człowiekiem który przeżył moje ugryzienie. Wszyscy którzy byli przed nim w najlepszym przypadku doznawali rozległych obrażeń wewnętrznych, a w najgorszym ginęli albo tracili zdrowe zmysły przez pomieszanie instynktów ludzkich i wilczych.
Co nie znaczy że było łatwo. Przez kilka dni po pierwszym przeistoczeniu leżał w gorączce i majakach, i bałem się że jednak przegrał. Jego skóra wręcz parzyła gdy jej dotykałem. Ledwo dawał radę cokolwiek jeść albo pić. Wymiotował i widać było że bardzo cierpi, ale któregoś dnia z rzędu powiedział cos co mnie zaniepokoiło.
- To nic w porównaniu z tym co musiałem znosić w tamtym miejscu – Z jego oka popłynęła pojedyncza łza, a po chwili same oczy zmieniły kolor oraz kształt.
Przestraszyłem się wtedy nie na żarty. Dopiero później, kiedy jego stan się ustabilizował powiedział mi że to normalne, i że nie mam się czego bać.
W zasadzie nie miałem powodów by mu nie wierzyć. Gdyby chciał zostawiłby mnie w tamtym laboratorium i uciekł. Mimo to zaryzykował i mnie uwolnił mimo że istniało ryzyko że jego plan ucieczki spali na panewce i dalej będą eksperymentować na nas obu.
Początkowo trzymałem się z daleka od niego, ale po jakimś czasie zdecydowałem się z nim porozmawiać. Trzeba było widzieć jego minę gdy usłyszał mój głos w głowie. Chociaż i tak był mniej zdumiony niż inni ludzie. Dlaczego tak było, dowiedziałem się wtedy gdy poprosił mnie żebym go przemienił. To było jakiś czas po naszej ucieczce i zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Początkowo nie chciałem nawet o tym słyszeć. Bałem się że umrze albo postrada zmysły jak wszyscy przed nim.
Szczerze mówiąc wciąż do końca nie wiem jakim cudem mnie przekonał. Pamiętam tylko jak powiedziałem „Niech będzie".
Ugryzłem go w prawą dłoń, a kilkanaście minut później zaczął się zmieniać . Najpierw jego zęby zrobiły się ostrzejsze i nieco dłuższe z ostrymi krawędziami. Potem jego kości zaczęły się przesuwać, a napięta skóra porosła gęstym, czarnym jak węgiel futrem. Na koniec jego twarz wydłużyła się w pysk, a on sam opadł na ziemię dysząc ciężko. Mówił że wszystko go boli i ma wrażenie jakby ktoś połamał mu wszystkie kości i jak on to sam ujął „Poskładał je na odpierdol".
Po jakimś czasie podniósł się ostrożnie na nogi próbował zrobić kilka kroków, ale był bardzo osłabiony więc upadł na ziemię. Pomogłem mu się podnieś i podpierałem go dopóki nie powiedział że już okej.
Byłem pełen podziwu że w ogóle zdołał się zmienić. Z tego co zdołałem usłyszeć w laboratorium, żaden człowiek którego ugryzłem nie zdołał nawet w połowie się zmienić tak bardzo jak on. Nie widziałem żadnego z nich, więc nie wiem jak dokładnie wyglądali, ale mówili że byli częściowo porośnięci futrem i mieli wydłużone zęby i kości przesunięte i wyrwane ze stawów, a narządy wewnętrzne uszkodzone.
Wrócił do swojej pierwotnej postaci po kilku godzinach i podobnie jak w przypadku poprzedniej transformacji był bardzo wyczerpany i obolały. Klął przez dobre 10 minut, a ja mimo powagi sytuacji uśmiechnąłem się. Byłem szczęśliwy że przeżył.
Kiedy poczuł się trochę lepiej ruszyliśmy w dalszą drogę. Mówił że szuka Wodospadu w górach bieszczadzkich. Nie słyszałem o niczym takim, a on powiedział mi że nikt oprócz niego nie wie o tym wodospadzie. Jest bardzo dobrze ukryty ,a za nim znajduje się jaskinia w której znajduje się portal do innego wymiaru. Nie wierzyłem początkowo ale pokazał mi księgę w której było to wszystko opisane.
Nagle łapię jakiś nowy zapach. Zatrzymuję się i nastawiam uszy. Do szu dociera mi niewyraźny dźwięk kroków. Przypadam brzuchem do ziemi czując jak serce zaczyna mi bić szybciej.
- Witaj bracie – Jakiś głos na lewo ode mnie.
- Witaj, czy coś się działo pod moją nieobecność? – Drugi głos nieco niższy niż ten pierwszy.
- Nie bracie, jest spokój.
- Czy nasz gość zmienił zdanie?
- Niestety nie
- Prędzej czy później zobaczy że pomoc w obaleniu tyranek jest właściwa – po tych słowach znów słyszę dźwięk kroków – Albo zgnije w tym lochu...
Sierść na karku mi się jeży. Po zapachu poznaję że to kucyki. Pachną niewiele inaczej niż konie na ziemi. Ale ich zapach jest...zły. Da się w nim wyczuć coś co jest po prostu złe. Pachną jak ludzie którzy eksperymentowali na mnie i na moim synu.
Ciekawe o kim rozmawiali. I kim są te tyranki które chcą obalić? Wątpię żeby chcieli to zrobić w słusznej sprawie.
Coś każe mi za nimi pójść. Trzymam się w odległości około 25 m kryjąc się w krzakach i za pniami drzew. Słyszę od czasu do czasu pojedyncze uwagi które kucyki wymieniają ale już nie próbuję dosłyszeć o czym dokładnie jest rozmowa.
W pewnym momencie odgłosy ich kroków gwałtownie się urywają. Zatrzymuję się i zaczynam nasłuchiwać. Jednak słyszę tylko delikatny szum wiatru kołyszący delikatnie liśćmi drzew.
- Co jest? – Przecież nie mogli wyparować, ale nigdzie ich nie widzę, nie słyszę ani nie czuję ich zapachu.
Ostrożnie idę w miejsce gdzie powinni być. Jest tu tylko sporych rozmiarów głaz i kilka krzewów z jagodami. Z jednego krzaka wyskakuje królik i ucieka między drzewa. Rozglądam się wkoło i ponownie wciągam powietrze. Wyczuwam słaby zapach tych kuców dobiegający z okolic głazu. Podchodzę i przyglądam mu się dokładnie. Nic nadzwyczajnego, głaz jakich wiele na świecie. Szary, chropowaty i twardy. Ale to właśnie od niego dobiega zapach tamtych kuców.
Między ziemią a głazem dostrzegam malutką szczelinę. Przyciskam do niej nos i wciągam zatęchłe podziemne powietrze. Zapach kuców jest tam silniejszy. Podnoszę się i staję na tylnich łapach, przednie opierając na skale. Zaczynam popychać kamień próbując poszerzyć szczelinę.
Męczę się z tym kilka minut ale w końcu szczelina jest wystarczająco szeroka żebym się przez nią przecisnął. Przez chwilę czołgam się z brzuchem przy ziemi, ale czym dalej się posuwam tym korytarz robi się wyższy oraz szerszy. Idę nim chwilę nasłuchując odgłosów które świadczyłyby o zagrożeniu.
Korytarz początkowo był wykopany w ziemi, ale im głębiej się posuwałem tym bardziej tunel się zmieniał. W końcu był w całości wydrążony w skale z którego sklepienia miejscami kapała woda.
W pewnym momencie dostrzegłem że korytarz skręca w lewo, a zza rogu wydobywa się słabe światło. Ostrożnie podchodzę do zakrętu i powoli wyglądam za róg.
Otwieram pysk ze zdumienia kiedy moim oczom ukazuje się małe miasteczko wybudowane w wielkiej podziemnej jaskini. Domki mają kształt prostokątów są 1 piętrowe i wykute wprost w skale lub zbudowane z kamiennych bloków. Między budynkami przechodzi się kilka kuców w jakiś ciemnych płaszczach z kapturami.
- Co do...
Między domkami zapanowuje poruszenie. Zza rogu wychodzi szóstka kuców z włóczniami prowadzących między sobą siódmego o czarnym umaszczeniu. Nie widzę go dobrze, ale wygląda na bardzo zaniedbanego. Jego sierść jest matowa i brudna, a grzywa w kolorze indygo w wielu miejscach jest skołtuniona i tak samo brudna jak sierść. Idzie z opuszczoną głową. Do moich nozdrzy dociera jego zapach.
- To jest...klacz - Dla pewności jeszcze raz wciągam zapach czarnego kucyka. Bez wątpienia kucyk którego prowadzą postacie w płaszczach to klacz.
- Czyżby to o niej rozmawiały tamte kuce? – Próbuję przyjrzeć się jej dokładniej. Dostrzegam że jest strasznie wychudzona i widać jej żebra.
Tracę klacz i strażników z oczu kiedy znikają za jednym z budynków.
Czuję ogromne współczucie dla tego kucyka. Wiem z własnego doświadczenia że to nic miłego kiedy ktoś chce cię zmusić do czegoś czego nie chcesz zrobić jakimiś bestialskimi sposobami.
Decyduję się jej pomóc.
- Z pewnością tu wrócę...ale nie sam... - Po tych słowach obracam się i biegiem wracam tą samą drogą którą tu przyszedłem.
Przeciskam się szczeliną między kamieniem a gruntem i znikam między drzewami. Zapamiętuje miejsce gdzie jest to podziemne miasto. Dotrę tu po zapachu, albo znowu pójdę za kucami jeśli będą tam zmierzały.
Ale żeby uwolnić tą klacz potrzebuję pomocy Outsidera.
Słońce powoli wyłania się zza horyzontu rzucając ciepły, złocisty blask na korony drzew, a ja biegnę na południe.
Do mojego syna.
