MY HERO VAMPIRE"

Autor: truska93

Ze specjalną dedykacja dla najbardziej zajebistych osób w moim życiu: * Kocham was mordy wy moje

Rozdział 9

Edward

Gdyby moje serce żyło, na pewno eksplodowałoby z nadmiaru szczęścia. Moim centrum wszechświata stała się Bella. Życie nabrało o wiele większego sensu, gdyż i ona czuje to samo. Bella też mnie kocha!!!

Zajechałem pod dom ok. 20.30. W garażu czekała na mnie Alice. Uśmiechała się szeroko. Wszedłem do środka.

-A nie mówiłam, że tak będzie? – spytała.

-Oczywiście, że mówiłaś. I dziękuję ci za to.

-Nie musisz mi dziękować. To tylko mój dar pokazał mi, co stanie się w przyszłości – zachichotała.

-Chodź tu do mnie – wyciągnąłem ręce, by przytuliła się do mnie. Z ogromnym uśmiechem na twarzy wtuliła się w mój tors.

-Cieszę się, że jesteś szczęśliwy, braciszku.

-Ja też, siostrzyczko. Nawet nie wiesz jak…

Wtuleni przez dłuższą chwilę kołysaliśmy się miarowo. Po kilku minutach Alice stwierdziła, że musimy już iść, zanim reszta zbiegnie się tu do garażu.

Kiedy przekroczyliśmy próg drzwi wejściowych do domu, wszyscy byli czymś zajęci. Emmett wraz z Jasperem oglądali mecz baseballu, Esme ze słuchawkami w uszach malowała coś, a Carlisle studiował nowe przypadki w medycynie. Nigdzie nie widzieliśmy Rosalie. Panowała zupełnie inna atmosfera. Czułem, że szczęście ogarnęło cały świat. Albo przynajmniej jego część…

Przekradłem się na górę. Na razie wolałem cieszyć się sam. Zajrzałem na momencik do swojego pokoju. Miałem zamiar jeszcze dziś zapolować. Byłem niedawno na łowach, ale tym razem była to tylko wymówka. Taki mały pretekst. Naprawdę wybierałem się w całkiem inne miejsce. Miejsce najlepsze i najszczęśliwsze dla mnie. Miejsce, gdzie znajdowała się Bella…

Wyskoczyłem przez okno jak na skrzydłach.

Biegnąc przez las, rozglądałem się za jakąś małą sarenką. Nie chciałem się przejadać. Ale byłem bardzo zapobiegliwy. Chociaż wiedziałem, że radzę sobie coraz lepiej z moją samokontrolą, to raczej wolałem zapolować jeszcze raz, tak dla pewności. Nigdy nie wiadomo, co się stanie…

Przy granicy z La Push napotkałem na świeży trop wampira. Był dla mnie dziwnie znany. Na pewno nie należał do nikogo z domowników, gdyż nikt nie odważyłby się mnie śledzić. Z resztą pewnie nie udałoby mu się mnie wyprzedzić.

Trop prowadził wzdłuż granicy, jakby ten ktoś uważał, żeby czasem nie wejść na teren wroga.

Pobiegłem za nim. W pewnym momencie zderzyłem się z czymś twardym, wysokim i czarnym. Postać szybko się odwróciła i przykucnęła w pozycji obronnej. Mój wampirzy instynkt mną zawładnął i natychmiast zrobiłem to samo. Ktoś warknął dwa razy i umilkł.

-Edward? – spytała po chwili jakaś kobieta. Tanya?

-Tak, to ja. Mogę wiedzieć, co tu robisz?

-Yyyy, przepraszam, ale dawno u was nie byłam. Szukałam drogi do waszego domu a tutaj roi się od psiego smrodu – skrzywiła się. – Próbowałam jakoś się przedostać, ale nie dałam rady… - zachichotałem.

-Mogę poznać powód twej wizyty? – spytałem. Zżerała mnie ciekawość.

-Tak, tak. Chciałam was zaprosić na mój ślub, który odbędzie się dokładnie za trzy miesiące. Oczywiście chodzi o ciebie i Twoją Bellę oraz całą resztę. Proszę. Oto zaproszenia – powiedziała, wręczając mi dwie koperty. Zaskoczył mnie fakt, że Tanya zna imię mojej ukochanej.

-Dziękuję bardzo. Chodź, może lepiej będzie jak osobiście zaprosisz Carlisle'a i Esme. Na pewno się ucieszą…

-Nie, wiesz, musze wracać. Zostało mi jeszcze parę zaproszeń – z jej myśli wyczytałem, że chodzi o coś zupełnie innego. Chciało mi się śmiać.

-Aha, rozumiem. Cóż, do zobaczenia na ślubie! – pomachałem jej.

-Do zobaczenia! – krzyknęła, biegnąc w kierunku Alaski. Schowałem koperty do tylnej kieszeni jeansów i kontynuowałem przerwane zajęcie.

W czasie biegu zmieniłem jednak plany. Wolałem najpierw znaleźć się u Belli, a później zają

się polowaniem.

Biegnąc, rozmyślałem, jakby tu z nią porozmawiać. Miałem nadzieję, że od wczoraj nic się nie zmieniło i wciąż mnie kocha…

Kiedy stałem na podjeździe u Belli, spojrzałem w stronę jej okna. Było, co prawda ciemno, ale nie późno. Zaledwie 21.00. A z jej okna nie wydobywało się światło. Zrobiłem szybką rundkę wokół domu. We wszystkich pomieszczeniach nie paliły się światła. Z tego, co mówiła Alice, miała uczyć się dziś do późna. Cóż, może to i lepiej, że śpi?

Wdrapałem się na drzewo i najciszej jak się da, wskoczyłem na parapet. Chciałem już wejść do środka, ale napotkałem na błahą przeszkodę – okno było zamknięte. Przekląłem w duchu. Zastanawiałem się teraz, co zrobić, by nie obudzić Belli i nie wzbudzić podejrzeń u sąsiadów. Wpadłem na maleńki pomysł…

Miałem wcielić swój plan w życie, lecz usłyszałem, jak moje słońce wstaje z łóżka. Zwinnym ruchem zeskoczyłem na ziemię. Spojrzałem w górę, na okno. W tej chwili uchyliło się. Uśmiechnąłem się do siebie. Zupełnie, jakby chciała, bym wszedł do środka. Ja – Romeo, a ona Julia. Julia, która niczego nie była świadoma…

Nadstawiłem uszu. Cichy szmer dał mi znać, że wróciła do łóżka. Powtórzyłem manewr wspinaczki i po chwili znajdowałem się już w środku. Spała słodko. Jak anioł. Kiedy otwierała okno, pewnie nie była przytomna.

Za ścianą donośnie chrapał jej ojciec. Jednak udało mi się wkraść do środka bez budzenia domowników. Podszedłem bliżej mojej ukochanej. Pewnie się jej coś śniło, gdyż poruszała się niespokojnie. Na jej czoło wystąpiły pojedyncze krople potu. Delikatnie jednym palcem ściągnąłem je i wytarłem w jeansy. Obserwowałem jej usta. Lekko poruszały się, jakby chciała wypowiedzieć jakieś słowo.

Kilka sekund później podskoczyłem jak oparzony, gdyż zaczęła mówić. Myślałem, że już nie śpi: Oh, Edwardzie, co się stało? Dlaczego mnie zasłaniasz? Edward, kochany, co się dzieje?

Byłem w siódmym niebie, dlatego, że nazwała mnie kochanym. Jednak zaniepokoił mnie ton, w jakim wypowiedziała te słowa. Co się tam działo? Ile bym dał, żeby się tego dowiedzieć…

Bella dalej kontynuowała swój monolog: Edward, natychmiast mi wytłumacz, dlaczego tu jesteśmy! Odsuń się! (Chwila milczenia), Co to jest? W-w-w-wilk? Wzdrygnąłem się. Wilk? Zaraz, zaraz… Black! Śniła o mnie i o tej kanalii! Grrr…

Moja śpiąca królewna znów się poruszyła, tym razem bardziej gwałtownie. Wróciłem na drzewo. Ostrożnie wychyliłem się i zajrzałem do jej pokoju. Bella siedziała na łóżku i trzymała się za głowę. Czy ten sen ją wystraszył? Jak bardzo był straszny??? Tak bardzo chciałem ją pocieszyć… Miałem ochotę wejść tam, przytulić ją do siebie i zapewnić, że nic jej nie będzie.

Po upływie dziesięciu minut zeszła z łóżka i wyszła z pokoju. Miałem ochotę sprawdzić, gdzie się przeniosła. Kiedy zeskoczyłem na dół, wyczułem smród. Już go dziś się nawąchałem zbytnio. Przeklęty Black się tutaj kręci!

Pobiegłem jego tropem. Wiedziałem, że jest w pobliżu, lecz nie mogłem go znaleźć. Przeczesałem połowę lasu i nic. Postanowiłem wrócić do domu…

Bella

Kiedy mój sen przeobraził się w kolejny koszmar, obudziłam się. Wolałam nie poznawać, co stanie się później. Czułam, że źle by się to dla mnie skończyło.

Siedziałam na łóżku z założonymi na głowie rękoma. Próbowałam poukładać swoje myśli w logiczną całość, aby choć przez chwilę mój mózg zaczął normalnie funkcjonować. Odczekałam parę minut, oddychając miarowo.

W pewnym momencie za oknem ujrzałam ciemną postać. Moje serce przyspieszyło. Powoli zwlokłam się z łóżka i wyszłam z pokoju, zamykając go od zewnątrz na klucz. Weszłam do łazienki i zrobiłam to samo, tylko, że od środka. Miałam nadzieję, że to tylko zwykły złodziej. Złodziej? Zwykły? Kurcze, mój mózg ze mną nie współpracuje.

Przemyłam twarz wodą. Później zgasiłam światło i uchyliłam powoli drzwi. Cisza. Słychać było tylko ciche pochrapywanie taty. Przekradłam się na dół, do kuchni. Zaparzyłam sobie kubek herbaty i usiadłam w salonie. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Na wszelki wypadek, na stoliku obok leżał służbowy pistolet taty. W razie, gdyby ten złodziej tu dotarł…

W ciszy i samotności przesiedziałam pół nocy na kanapie. O dziwo nie chciało mi się spać.

Spojrzałam na zegarek. Była 5 rano. Odłożyłam kubek na bok i wstałam z kanapy, aby rozprostować obolałe kości. Po chwili jednak postanowiłam, że się zdrzemnę. Mieliśmy dziś na 9, gdyż profesorka od angielskiego zachorowała.

Ułożyłam się wygodnie na kanapie. Nie czekałam długo. Moje powieki szybko opadły i odpłynęłam w niebyt.

-Ok. godziny 8 obudził mnie telefon. Przetarłam zaspane oczy. Na wyświetlaczu widniał numer, nie kogo innego, tylko Alice…

-Halo? – powiedziałam zaspana.

-Hej Bello, co słychać? – bardzo inteligentne pytanie. Widzimy się codziennie a ona jeszcze pyta.

-Wszystko ok. Właśnie wstaje.

-Świetnie, czyli widzimy się w szkole? – jej entuzjazm zapalił mi czerwoną lampkę w głowie. Coś mi tu nie grało…

-Tak Alice. A czego się tak cieszysz? Co ty znowu kombinujesz?

-Ja? Nic. Po prostu mam dobry humor!

-Aha. To na razie - powiedziałam. Bardzo mądra wypowiedź.

Kiedy odłożyłam telefon, wygramoliłam się z koca i poszłam na górę po ubranie. Wzięłam szybki prysznic. Ubrana i odświeżona zeszłam do kuchni na śniadanie. Postawiłam na prostotę – płatki z mlekiem. Wszamałam całą miskę i popiłam kilkoma łykami zimnej herbaty. Brudne naczynia odstawiłam do zlewu. Zabrałam jeszcze torbę, klucze do furgonetki i byłam gotowa do wyjścia.

Wyszłam z domu i moim oczom ukazał się cudowny widok. Na podjeździe stał Edward z szerokim uśmiechem na twarzy. Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Posłałam mu równie szeroki uśmiech. Śmiało podeszłam do niego. Zadowolony chwycił mnie za ręce i czule pocałował. Jego chłodne wargi wywołały u mnie dreszcz. Znowu.

-Witaj kochana – powiedział w moje włosy. Zachichotałam.

-Hej Edwardzie. Mam rozumieć, że jedziemy twoim samochodem?

-Tak, świetnie rozumujesz. Skoro jesteśmy razem, będziemy poruszać się moim wozem, który jest bardziej reprezentatywny.

-No wiesz, bo zaraz strzelę focha i pojadę sama.

-Przepraszam, przepraszam, już nie będę – zaśmiał się.

-Ok. To, co, jedziemy? – spytałam.

-Oczywiście. Zapraszam – otworzył przede mną drzwiczki pasażera. Wsiadłam z ogromnym uśmiechem na twarzy. Po chwili Edward siedział już na swoim miejscu i ruszyliśmy.

W czasie drogi Edward trzymał jedną ręką kierownicę, a drugą oparł na moim zagłówku jednocześnie mnie obejmując. Od czasu do czasu bawił się kosmykiem mych włosów. Poczułam znów ten słodki zapach perfum Alice. Skoro byliśmy tak blisko ze sobą, odważyłam się zapytać go, dlaczego ich używa.

Hmm, może dlatego je czuć, ponieważ często przechodzę obok niej zanim wyjedziemy z domu. Uwierz mi, cały czas pryska się tym świństwem… - nie wiem, czemu, ale jakoś dziwnie zabrzmiało to tłumaczenie.

Zajechaliśmy na plac szkolny. Edward zajął moje stałe miejsce, gdzie zostawiam furgonetkę i to bardzo przykuło uwagę innych uczniów. Zwłaszcza dwóch. A mianowicie Mike'a i Angeli.

Wysiadając z auta Edward pocałował mnie jeszcze raz, tym razem bardziej czule. Nie wiem, co go rozśmieszyło, ale świetnie się bawił. Zamknął samochód i ruszyliśmy, trzymając się za ręce, w stronę szkoły.

Na każdej lekcji czułam spojrzenia innych ciekawskich uczniów. Nie ma to jak być w centrum uwagi.

Kiedy w końcu skończyły się wszystkie lekcje, odetchnęłam z ulgą. Miałam wszystkiego serdecznie dość. Wychodząc z klasy napotkałam czekającego na mnie Edwarda. Uśmiechał się do mnie szeroko. Podszedł, złapał mnie w talii i wręczył różę. Później świat wokół zawirował, gdy po raz kolejny mnie pocałował. Pewnie zrobił to dlatego, gdyż obok przechodziła Angela. Spłoszona uciekła stąd. Oboje zaśmialiśmy się.

Powrót do domu wyglądał tak samo, jak jazda do szkoły. Tym razem jednak nic nie mówiliśmy. Upajaliśmy się swoją obecnością…

Kiedy staliśmy na podjeździe, Edward wysiadł pospiesznie z auta i otworzył mi drzwi. Zerknął w stronę radiowozu a później spojrzał na mnie. Wiedziałam, o co mu chodzi. Uśmiechnęłam się. Zbliżył się do mnie i pocałował kolejny raz. Ten kolejny raz zdawał się nie mieć końca. Jego słodkie wargi pieściły moje. Chciałam przedłużyć ją, by trwała aż do końca świat i może jeden dzień dłużej. Jednak Edward przerwał niespodziewanie i uśmiechnął się.

-Musze już jechać. Pamiętaj, że kocham cię najmocniej w świecie.

-Będę pamiętać – przyrzekłam. Wspięłam się na palce, by móc pocałować go ostatni raz.

-Oh, Bello, gdybym mógł, nie zostawiłbym cię ani na moment.

-To zostań ze mną.

-Nie mogę. Ważna sprawa czeka…

-Jasne. Leć. Do zobaczenia jutro.

-Już nie mogę się doczekać – zamruczał. Aż zadrżałam, kiedy wypowiedział te słowa.

Obserwowałam, jak znika za zakrętem. Spojrzałam na różę, którą dostałam. Była delikatna, pachnąca i przypominała mi Edwarda. Mojego Edwarda…

Szczęśliwa weszłam do domu. Mój entuzjazm został zauważony przez mamę.

-Cześć Bello, jak minął dzień? Oo, jaka piękna róża. Mogę poznać jego imię?

-Edward. Dzięki mamo, idę się pouczyć – i pobiegłam na górę.

-Czekaj… - nie dosłyszałam, gdyż zamknęłam właśnie drzwi.

Rzuciłam torbę i usiadłam w fotelu oglądając różę. Wdychałam jej cudowną woń. Odłożyłam ją na biurko. Właśnie szukałam ciuchów na przebranie, gdy zauważyłam na łóżku białą kopertę. Chwyciłam za nią i otworzyłam jednym ruchem.

Bello, wiem, że możesz się na mnie gniewać, za to, jak się ostatnio wygłupiłem. Chciałbym ci wszystko wyjaśnić. Spotkajmy się jutro w lesie. Tam, gdzie kiedyś chciałem. Jest pewna rzecz, którą musisz poznać o mnie i… o twoim znajomym. Czekaj na mnie jutro o 15. Jacob".

Z wrażenia usiadłam. Imię Jacob przypomniało mi cały dzisiejszy sen. Wzdrygnęłam się. Obawy i lęki wróciły. Potrzebowałam kogoś, kto mi pomoże. Potrzebowałam Edwarda…

Wybrałam numer Alice. Mój ukochany był zajęty, więc pozostawała tylko moja przyjaciółka.

Odebrała zaraz po pierwszym sygnale.

-Bello?

-Alice, proszę przyjedź do mnie. Potrzebuję cię.

-Co się dzieję kochana?

-Proszę, opowiem ci jak będziesz.

-Dobrze, już jadę. Spokojnie, zostań u siebie, będę za kwadrans – rozłączyła się.

W tej chwili pociekły mi łzy. Łzy, które wyrażały mój niepokój i tęsknotę zarazem…