Rozdział 12.

Niespodzianki.

"…Samica potknęła się i upadła na kolana, grzęznąc w wysokim śniegu.

Była zmęczona i coraz bardziej zmarznięta, a blask słońca odbijającego się od wszechogarniającego śniegu od kilku godzin niemiłosiernie raził jej oczy.

Starburst zatrzymał się i odwrócił do niej.

- Musimy iść dalej, Snow - powiedział łagodnie.

- Wiem - warknęła poirytowana, z potem odetchnęła ciężko i dodała, już spokojniej: - Po prostu jestem zmęczona i bolą mnie oczy. Wędrujemy już tak od kilku godzin… Dla ciebie to coś normalnego, ale ja nie przywykłam do takiego wysiłku - dodała niechętnie.

Nawet nie spojrzała na niego. Wstydziła się swojej słabości. A jako Królowa nie powinna przecież okazywać słabości. Nie mogła jednak temu zaprzeczyć.

Przywykła do życia w wygodnych komnatach na hive, a nie do wędrowania godzinami w trudnym terenie. Była Królową, a nie wojownikiem, jak on.

Wraith przykucnął przed nią.

- Wiem - powiedział łagodnie. - I rozumiem to. Ale im dłużej tak siedzisz na tym śniegu, tym więcej ciepła tracisz - dodał, wyciągając do niej rękę.

Dopiero wtedy podniosła wzrok, spoglądając na niego przepraszająco.

- Masz przeze mnie tylko same kłopoty…

- Nie mów tak…

- Ale to prawda. Gdybym w bazie nie ociągała się z odlotem, nie byłoby nas tu… A teraz tylko spowalniam twój marsz i kapryszę… Moja matka tak by się nie zachowywała… Nie zasługuję na miano Królowej - dodała, znowu spuszczając wzrok.

- To nieprawda - odparł, wsuwając delikatnie palec pod jej brodę i unosząc ją do góry, by znów spojrzeć prosto w jej oczy. - W bazie odstąpiłaś swój transportowiec dla przewozu sprzętu i dopilnowałaś, aby wszyscy odlecieli. Zachowałaś się jak prawdziwy Dowódca… I nie spowalniasz mnie, ani nie kaprysisz. Sam jestem już zmęczony. Śnieg jest mokry i ciężko się przez niego idzie, a jak dotąd nie znaleźliśmy żadnej głębszej jaskini, w której moglibyśmy odpocząć… Mam jednak nadzieję, że wśród tamtych skał coś się znajdzie - wskazał na niezbyt odległe, czarne skały. - Są znacznie mniej zasypane przez śnieg… Chodź, to tylko jakieś pięćset metrów - dodał zachęcająco, uśmiechając się lekko.

Snowflake westchnęła ciężko i położyła swoją dłoń na jego, podnosząc się powoli.

Wraith uśmiechnął się ponownie i ruszył przodem, torując jej przejście przez śnieżne zaspy.

- Kiedy wrócę na Starflash, nie wyjdę z łóżka przez tydzień - rzuciła po chwili wesoło.

- Ha! Ja mam zamiar wziąć długą, gorącą kąpiel - odparł Burst. - A potem nie wychodzić z łóżka przez tydzień - zażartował.

- O tak, gorąca kąpiel najpierw… Z olejkami… i hydromasażem.

- Marzycielka - parsknął lekko.

- No cóż… w naszej obecnej sytuacji tylko tyle mi pozostaje - zachichotała, brnąc za nim przez śnieg, starając się stawiać stopy tam gdzie on…"

.

.

Jackson podniósł nieco palec, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

Podobnie zresztą jak pozostali z jego drużyny.

- Pochodzicie z Galaktyki Pegaza? - spytał.

- Jeśli tak nazywacie galaktykę, którą zamieszkują Wraith… to tak.

- Czyli zamieszkujecie na tej planecie co najmniej od dziesięciu tysięcy lat? - wtrąciła Carter.

- Nie dokładnie…

Nie dokończyła. Przybysze zerknęli gdzieś poza nią. Odwróciła się, aby dostrzec zbliżającą się do nich grupę.

Na ich czele szła starsza od A'he'ye samica, lecz o tym samym co ona zabarwieniu skóry i równie czarnych, długich włosach spiętych srebrnymi spinkami w wymyślną fryzurę. Kremowa, lekka suknia podkreślała jej smukłą sylwetkę, zdając się więcej odsłaniać, niż zasłaniać. Lecz dla tego ludu to zapewne nie miało większego znaczenia, uznał archeolog, a strój zapewne traktowali jak formę ozdoby niż rzecz konieczną, skoro i tak sporą cześć ich ciała pokrywały łuski, zasłaniające miejsca, które ludzie uważają za wstydliwe.

Za nią szły dwie pary, również odziane w eleganckie, zwiewne stroje, a każde z nich odznaczało się inną barwą skóry i kolorem włosów. Wszyscy jednak wyglądali na starszych niż grupka, którą drużyna z Atlantydy spotkała pod wodą.

Cała piątka zatrzymała się i skinęła lekko głowami. Przybysze wykonali ten sam gest nie chcąc sprawić złego pierwszego wrażenia.

- Witajcie na Aquandi… Jestem Mi'na'ri, trzecia córka E'na'yo z Klanu Morskiego Smoka - przedstawiła się stojąca na czele grupy samica. Mówiła znacznie płynniej, niż jej młodsza poprzedniczka. - Przewodzę Radzie Hydry… A oto pozostali jej członkowie - dodała i wskazała najpierw dłonią na samicę po swojej prawej stronie: O'e'ye, córka Xa'ne'yu z Klanu Srebrnej Wody… Lu'shay, córka In'shu z Klanu Rwącego Potoku oraz Ka'dar, drugi syn Shau'mi i Hek'lar, syn Po'e'ye. Obaj z Klanu Górskiego Strumienia - rzekła i tym razem spojrzała wprost na Jacksona: - To dla nas zaszczyt gościć Światło Avatara - dodała i wykonała dłońmi ten sam gest, co A'he'ye, witając gości w podwodnym hangarze.

- Jestem Daniel…

- Tak, wiem… A'he'ye już nam powiedziała - przerwała mu spokojnie, na co archeolog uniósł brew lekko zaskoczony. - W myślach - wyjaśniła samica.

- Czyli jednak używanie telepatii… Moja przyjaciółka nie była pewna… - wskazał na Emmagan.

- Potrafi rozmawiać w myślach? - tym razem to Mi'na'ri była zdziwiona, spoglądając na kobietę.

- Tak… Ma geny Wraith, dzięki którym jest do tego zdolna - dodał, jakby niezbyt chętnie. - W skrócie: dawno temu pewien Wraith prowadził eksperymenty genetyczne na jej przodkach… Stąd jej zdolności.

- To bardzo interesujące… Chętnie wysłucham całej tej historii - przyznała. - Tak jak i waszej… Rzadko miewamy tu gości… Proszę, przejdźmy dalej. To nie miejsce, aby podejmować gości - dodała, gestem dłoni wskazując drogę.

Daniel skinął tylko lekko głową, po czym zerknął szybko na pozostałych i ruszył przodem, u boku Przewodniczącej Rady Hydry.

- Kazałam przygotować już dla was posiłek. Zapewne zgłodnieliście. Jesteście tu już od kilku godzin.

- Wiedzieliście, że tu jesteśmy? - spytała zaskoczona Carter.

- Oczywiście. W grocie znajdują się czujniki rejestrujące każdą aktywację wrót - odparła.

- To dlaczego od razu się z nami nie skontaktowaliście? - spytał Sheppard.

- Ponieważ nie byliśmy pewni waszych zamiarów… W pierwszej chwili myśleliśmy, że to Lanteanie znów próbują swoich sztuczek… - dodała z wyraźnym niezadowoleniem.

- Lanteanie? - przerwał jej Rodney. - Z krwi i kości? Są w tej galaktyce?

- Tak…

- To świetnie… Może będą w stanie nam pomóc z ZPM? - rzucił, zerkając na pozostałych.

- ZPM? - powtórzył z zainteresowaniem Ka'dar.

Był najwyższy z nich wszystkich, osiągając wzrost około dwóch metrów, uznali przybysze. Jego ciemnoszare włosy zdobiły liczne, niemal białe pasemka, kontrastując z bladoniebieskim odcieniem skóry. Strój, który nosił był prosty: grafitowe, wąskie spodnie i kamizelka z krótkim rękawem, ozdobiona na obrzeżach delikatnym, srebrnym ornamentem.

- Moduł Punktu Zerowego… Tak nazywamy nasz główne źródło napędu - wyjaśnił McKay. - Czerpie moc z

energii próżniowej z fragmentu podprzestrzeni…

- A tak, wiemy co to za urządzenie… Jest nam znane… Jednak obawiam się, że tutejsi Lanteanie nie będą w stanie wam pomóc w tej kwestii.

- Dlaczego nie? To ich wynalazek.

- Tak, to prawda - przyznała inna samica, O'e'ye. - Niestety na chwilę obecną ich poziom rozwoju nie pozwala na zbudowanie dla was… ZPM… Przybyli do tej galaktyki na długo przed nami… Ich statek, podobnie jak nasze, uległ uszkodzeniu podczas lotu na Avalon…

- Ziemia - wtrącił szybko Daniel, zerkając na pozostałych.

- …i osiedli na jednej z tutejszych planet. Niestety zanim przybyliśmy, ich społeczność uległa znacznej… degeneracji. Zarówno pod względem technologicznym, jak i mentalnym, kompletnie zatracając wartości, jakie wyznawali ich przodkowie. Stali się chciwi i z pogardą spoglądali na miejscowe, często znacznie mniej rozwinięte społeczności. W końcu doprowadzili także do degeneracji swoją planetę. Szukając nowego domu, zmusili jeden z tubylczych gatunków do opuszczenia ich świata… To był prosty, koczowniczy lud. Nie mieli szans z agresorem… Przez jakiś czas gościliśmy ich tutaj. Niestety znalezienie odpowiedniej dla nich planety nie jest takie proste w tej galaktyce. W przeciwieństwie do waszej, czy galaktyki Pegaza, jak ją zwiecie, tutaj zdatne do zamieszkania planety, dla istot takich jak my, występują znacznie rzadziej.

- Ale dzięki temu zyskaliśmy nowych przyjaciół - dodał drugi z samców, Hek'lar. - Od tamtej pory prowadzimy handel wymienny z ludem Ihka… Ich ziemne bulwy qu'e, są bogate w cenne dla nas sole mineralne. W zamian oferujemy im to, czego akurat potrzebują… Nie są zbyt wymagający. Bardziej cenią sobie swoje przywiązanie do natury, niż technologiczne gadżety.

- Czego nie można powiedzieć o kilku innych gatunkach z tej galaktyki - dodała Mi'na'ri.

Weszli właśnie na szerokie, niskie schody otaczające całą centralną wieżę. Na ich szczycie znajdowało się duże wejście prowadzące do kolejnego, wielkiego holu. Tym razem zdecydowanie było widać, że znajdują się wewnątrz budynku. Wokół całej konstrukcji wił się niczym spirala taras prowadzący na kolejne poziomy. Na samym środku stała kolejna wieża, lecz tym razem sięgająca na wysokość zaledwie kilkunastu metrów. Jej koniec rozszerzał się, niczym szkielet parasola, stanowiąc dodatkowe źródło oświetlenia, a u jej podnóża znajdowało się kilka zadaszonych platform, ułożonych symetrycznie wokół całej konstrukcji.

To właśnie w ich kierunku skierowała się Rada Hydry.

- To nasze transportery - wyjaśniła półszeptem A'he'ye. - Podobne do tych, jakie budowali Lanteanie.

- Na Atlantydzie przypominają bardziej windy - odparł McKay.

- Winda? - zainteresowała się.

- Rodzaj dźwigu… Pionowego podnośnika, obudowanego szybem i posiadającego kabinę z zasuwanymi drzwiami, do której się wchodzi.

- Rozumiem… Wciąż mamy takie urządzenia. Są przydatne w niezbyt wysokich konstrukcjach… Mieszkacie na Atlantydzie? - spytała nagle.

- Tak.. Odkryliśmy ją pięć lat temu, przechodząc przez wrota z Ziemia do galaktyki Pegaza - wyjaśnił.

- Ja widziałam tylko schematy tego miasta… Ale moja babka była tam osobiście… nawet kilka razy - dodała, wskazując na Mi'na'ri.

Przybysze spojrzeli zaskoczeni na Przewodniczącą Rady, która właśnie weszła na jedną z platform.

- Byłaś na Atlantydzie? - spytała zaskoczona Samantha. - Ale kiedy?

- Zanim opuściliśmy Hydrę - odparła spokojnie.

- To by znaczyło, że masz ponad… dziesięć tysięcy lat - dodał z jeszcze większym niedowierzaniem Jackson.

- Nie zupełnie… Proszę, przenieśmy się do komnat Rady. Tam spokojnie odpowiemy na wszystkie wasze pytania - dodała, gestem ręki zapraszając gości, aby także weszli na platformę.

A kiedy tylko cała grupa znalazła się na miejscu, wiązka światła zdematerializowała ich wszystkich.

.

.

"…Starburst zatrzymał się przed wysokimi na kilkanaście metrów, czarnymi skałami.

Tutaj tworzyły jedynie wąskie przejście, lecz dalej znajdowały się kolejne, jeszcze wyższe, a w nich wejście do jaskini. Zapowiadała się na odpowiednią dla nich, stwierdził i ruszył powoli przodem, sięgając po ukryty pod płaszczem pistolet.

"Po co ci broń?" - spytała szeptem w jego umyśle Snowflake, chociaż zaraz potem sama zdziwiła się po co szepcze.

"Może tam być jakiś miejscowy drapieżnik" - wyjaśnił spokojnie. "Takie miejsca to idealna kryjówka".

"Racja" - przyznała, podążając za nim ostrożnie.

Przesmyk miał zaledwie z pięć metrów długości, kończąc się wydrążonym w skałach nieregularnym lejem. Wraith postawił powoli stopę na zaśnieżonej powierzchni. Takie miejsca mogą być pełne dziur, pomyślał, które teraz zasłaniał śnieg. I nie mylił się.

Niemal w połowie drogi do wejścia do jaskini, biały grunt pod jego stopą zapadł się znacznie mocniej niż do tej pory i Starburst zachwiał się, tracąc równowagę. Niemal w ostatniej chwili zdołał przesunąć ciężar swojego ciała do tyłu, upadając na pośladki.

Snowflake zamarła w bezruchu, wstrzymując oddech.

- Wszystko w porządku? - spytała dopiero po chwili, wystraszona.

- Tak - mruknął. - Zaczekaj tu. Musze sprawdzić jak duża jest ta dziura - dodał i podpierając się na rękach, zaczął odgarniać nogą śnieg na boki. - W porządku. To tylko ten kawałek - powiedział w końcu i podniósł się, ruszając dalej, lecz wciąż ostrożnie stawiając stopy.

W prawdzie lej nie był szeroki, lecz jeśli jego dno pokryte było większą ilością takich dziur, mogli nawet połamać po drodze nogi, zanim zdołaliby dotrzeć do wejścia do jaskini. Na szczęście dla nich okazało się, że w tym miejscu reszta podłoża była stabilna i w końcu stanęli przed pogrążoną w półmroku grotą.

Zerkając do środka, Starburst wciąż trzymał przed sobą uniesioną na wszelki wypadek broń.

"W plecaku mam pałeczki fluorescencyjne… Wyciągnij kilka" - powiedział.

"Po co? Przecież dobrze widzimy w ciemnościach" - zdziwiła się.

"Dla odwrócenia uwagi… Jeśli tam coś jest" - wyjaśnił.

"Och" - niemal mruknęła i rozpięła plecak, zaczynając szukać w nim wspomnianych pałeczek.

W końcu wyciągnęła kilka. "Mam".

"Wrzuć dwie do środka… Tylko najpierw wstrząśnij a potem przełam…"

"Wiem jak to działa" - burknęła urażona.

"Wiem, że wiesz…Tylko ci przypominam… Na wszelki wypadek" - wyjaśnił pospiesznie.

Królowa skrzywiła się za jego plecami, niezadowolona z faktu iż Wraith powątpiewa w jej wiedzę, lecz bez słowa wykonała jego polecenie. Dwie pałeczki upadły na kamienny grunt, a blado-żółte światło rozjarzyło się mocniej, oświetlając nieco wnętrze jaskini.

Starburst rozejrzał się jeszcze raz uważnie, po czym opuścił nieco broń.

"Na razie jest czysto" - oznajmił i wszedł powoli do środka.

Grota nie była duża, a na jej końcu znajdowało się kolejne przejście, prowadzące gdzieś w głąb.

"Zobaczmy co jest dalej… Tutaj jest za zimno… Może głębiej będzie bardziej odpowiednie pomieszczenie, aby rozpalić ogień i odpocząć" - dodał, znów unosząc wyżej pistolet.

Korytarz był wąski, ale wystarczająco wysoki, aby nie musieli się schylać. Jednak tutaj światło z zewnątrz już nie docierało i teraz byli już zupełnie zdani jedynie na swój wzrok. Ich oczy zalśniły lekko w mroku blado-zielonkawa poświatą. Na szczęście natura wyposażyła ich w odpowiednie do takich warunków oczy.

Przejście skręcało kilka razy w prawo i w lewo, by wreszcie wypuścić ich na bardziej otwartą przestrzeń.

Kolejna grota była znacznie większa od poprzedniej, a jej strop migotał niczym gwiazdy na nocnym niebie. Było w niej także znacznie cieplej.

Wraith znów rozejrzał się wokół uważnie, lecz nie dostrzegł tam niczego podejrzanego.

"Piękne" - znów szepnęła w myślach Snow, spoglądając w górę. - "To jakieś minerały?".

"Chyba tak" - odparł Burst, również podnosząc wzrok.

Przez chwilę stali tak, podziwiając ten niesamowity widok niczym zahipnotyzowani, gdy nagle samica zmarszczyła lekko czoło i wzięła kilka głębszych wdechów nosem.

Powietrze w jaskini wydawało się jej przepełnione ciepłym, lecz wilgotnym powietrzem. Rozejrzała się wokół, zatrzymując wzrok na odległym zakątku groty, by ruszyć w tamta stronę. I nagle na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech.

- Chyba szczęście nam dzisiaj jednak dopisuje - odezwała się w końcu, stając nad niedużą, bulgoczącą sadzawką i podpierając się w pasie.

- Dlaczego? - spytał, podchodząc do niej.

- Bo nie musimy czekać do powrotu na hive, aby wziąć długą, gorącą kąpiel - odparła, z dumą wskazując na płytki zbiornik.

Starburst z niedowierzaniem i jednocześnie lekkim rozbawieniem przyglądał się krystalicznej wodzie i wypływającemu na drugim końcu sadzawki źródełku gorącej wody…"