Stiles spojrzał na nieprzytomnego Danny'ego i w szalone oczy Aidana. Złapał Dereka mocniej w pasie i wyjął z kieszeni garść jarzębinowego pyłu. Podrzucił go do góry, jak uczył go doktor Deaton, i otworzył zeń krąg wokoło siebie i Hale'a. Aidan obnażył długie kły i ruszył w ich kierunku, ale jedynie odbił się od bariery. Poturlał się z tył. Wstał na równe nogi i podszedł do Ethana. Schował nos i usta w zagięciu łokcia. Odciągnął brata na bok i wytarł jego twarz z tojadu. Czuła troska z jaką traktował brata pozwalała zapomnieć że obaj byli teraz niebezpieczni jak odbezpieczony granat.

– Oddaj go, Staliński! – warknął Aidan podchodząc do brzegu kręgu pyłu jarzębiny. Dotknął palcami bariery.

– Chyba zgłupiałeś! – krzyknął Stiles trzymając Dereka w pasie. Cholera, jeśli ten nie nauczy się trzymać w pionie, to skończą naprawdę źle.

– Stiles, stoisz na drodze. Wiesz co dzieje się z ludźmi którzy stają na drodze Alfie?! – krzyknął Aidan wilkołaczejąc. – Rozerwę Cię, Staliński!

Źrenice Aidana były rozszerzone jakby był naćpany. Jego spojrzenie było szalone.

– To i tak stanie się. Jeśli przerwiesz krąg to pozwolę Ci odejść. Nie obchodzisz mnie. – powiedział Aidan parząc na Dereka.

– Totalnie spodziewałbym się tego po Ethanie, ale ty? Życie jest pełne niespodzianek. – zaśmiał się nerwowo Staliński. Puścił Dereka a ten ustał na chwiejnych nogach. Cholera, pierwszy raz widział go tak bardzo nie w formie.

– Dalej, chodź tu. – nakazał Aidan patrząc na Dereka. Ten zrobił jeden krok w jego kierunku. Stiles złapał Hale'a za ramię i przyciągnął.

– Zgłupiałeś? Wyjdziesz stąd i będziesz miał seks–fest pełną parą. – warknął Stiles, ale jego słowa wyraźnie nie docierały do Dereka. Tego oczy błysnęły błękitem. Wyraźnie tylko ostatnimi siłami trzymał się na wodzy.

Stiles musiał pomóc mu dokonać wyboru, bo Derek był genetycznie zobligowany do podporządkowania się Alfie. Aidan spojrzał czerwonymi oczami na Dereka i bardziej nagląco rozkazał mu wyjść z kręgu. Cholera, teraz Derek nie był nawet Betą, był Omegą! Prawdopodobnie jedyne o czym teraz myślał to należeć do jakiegokolwiek Alfy, być częścią stada.

Najtrudniejsze było zmusić wilkołaka do rozpoznania człowieka jako równego, ale przecież byli ludzie którzy potrafili ugiąć dzikie zwierzęta do swojej woli. Stiles złapał Dereka za kark i pchnął go na kolana. Hale nie bez oporu ukląkł na ziemi, zerkając gniewnie na Stalińskiego.

– Co wyprawiasz, Stiles? – warknął Derek próbując wykręcić się od dotyku, ale Staliński wbił paznokcie w skórę karku Hale.

– Ja wyciągnąłem Cię z tej celi i mój krąg chroni Cię przed nie skończeniem jako suka Alf. Będziesz mnie traktował z szacunkiem. – warknął wymagająco Staliński i pchnął Dereka na kolana. – Jeśli mówię Ci że masz stać, to nie ruszysz się, choćby od tego zależało Twoje życie, rozumiesz?

Aidan wydał z siebie wściekły ryk i uderzył w barierę. Stiles przytrzymał głowę Dereka tak żeby nie mógł spojrzeć na Alfę.

– Rozumiesz mnie?! – krzyknął ze wściekłością Stiles. Nie miał czasu na zabawę w dynamikę stada. Derek pokiwał głową na znak zgody.

– Rozumiesz?! – krzyknął Stiles. Aidan zawył ponownie z nienawiścią.

– Tak, tak, rozumiem. – jęknął Derek i brzmiał jakby był bliski łez. Stiles puścił jego kark. Zobaczył jak ślady jego paznokci goją się szybko i po chwili nie został po nich ślad.

– Świetnie. – warknął wymagająco Stiles. – Nie wychodź z kręgu.

Aidan patrzył ze wściekłością na Stalińskiego. Ten spojrzał bez lęku. Musiał totalnie pomóc Lidii i Allison, ponieważ wilkołaki kompletnie ześwirowały. Miał nadzieję, że Scott i Isaak nie zrobili krzywdy dziewczynom.

Derek wstał z klęczek i nie spuszczał spojrzenia ze swoich butów. Aidan ryknął na niego, aby podszedł, ale Hale stał w miejscu. Był cały czerwony z wysiłku i koszulkę miał przemoczoną potem, ale nie ruszył się. Stiles nie spodziewał się, że Derek rzeczywiście posłucha go.

Stiles odskoczył w tył gdy Aidan plunął na niego krwią. Przez tułów Aidana przechodziła gałąź, nieco pod kątem, z góry na dół i z prawa na lewo. Alfa objął dłońmi konar i próbował wyrwać z ciała. Danny stał za jego plecami i przekręcił gałąź pod ostrzejszym kątem i wywołał u Alfy skamlenie.

– Mówiłem że nie skończyłem z wami. – warknął Danny i cholera, ale Stilesa przeszły ciarki. Chyba zakwitło w nim bardzo seksowne uczucie do Mahealaniego. Aidan padł na kolana wykończony wysiłkiem jakie ciało wykonywało, aby naprawić się nawet wokoło drzewa wciąż utkwionego w jego tułowiu.

– Stiles, uciekamy! – krzyknął Danny łapiąc Dereka pod ramię. Stiles dopiero po chwili zorientował się co stało się. Hale stał w miejscu jakby wrósł w ten szczególny fragment ziemi i znów fizycznie poruszył uszami.

– Scott. – westchnął przerażony Derek. Stiles rozkuł dłonie Hale'a. Złapał go za kołnierz i przysunął blisko. Musiał ugruntować Dereka.

– Scott nie jest Twoim Alfą. – powiedział wolno Stiles. Derek pokiwał głową twierdząco nie przerywając ich kontaktu wzrokowego. – Scott i Isaak to zagrożenie. Zagrożenia eliminujesz.

Derek obnażył kły w groteskowym uśmiechu. Stiles uśmiechnął się okrutnie wiedząc że Hale posłucha go, jakby był przedłużeniem jego woli.

– Nikogo nie zabijaj. – rozkazał Stiles i pchnął Dereka do tyłu. Ten podjął ruch i uciekł w ciemność lasów.

– Co zrobiłeś? – zapytał przerażony Danny. Stiles spojrzał na niego pewny i spokojny.

– Derek potrzebował kogoś kto powie mu co ma robić. – odpowiedział Stiles. Nie był okrutny. Wiedział że Derekowi brak sił aby zrobić poważną krzywdę wilkołakom.

– Więc kazałeś mu ruszyć na Scotta? To dokładnie odwrotne co mieliśmy zrobić. – powiedział Danny. Przed nimi zapanował okropne zamieszanie i ktoś zaczął ujadać boleśnie. Mahealani złapał Stilesa i odskoczył z nim w bok chroniąc ich przed czymkolwiek co leciało w ich kierunku.

Stiles podskoczył na równe nogi. Na ziemi leżał Isaak z rozwaloną czaszką. Stiles szybko obrócił go na plecy i zobaczył jak zadrapania na twarzy i szyi Lahey'a goją się wolno. Danny wyciągnął z plecaka bombę tojadową.

– Derek! – krzyknął Stiles. Nie wiedział czy miał dość władzy nad wolą Hale'a, aby ten przybiegł gdy Staliński wołał. Wyraźnie miał, bo po chwili pojawił się Derek biegnący w ich kierunku. Oby Danny miał lepszego cela niż Stiles.

Derek zahamował tak że klęczał przed Stilesem jakby chciał go ochronić. Jego koszulka była podarta, a rany na jego plecach i boku nie chciały się goić. Scott, ten sukinsyn!

Scott zeskoczył z drzewa na ziemię.

– Co zrobiłeś z nim Stiles?! – krzyknął McCall ze wściekłością. Jego oczy iskrzyły się czerwienią. Stiles położył dłoń na karku Dereka widząc że ten gotów był ruszyć w stronę Alfy i poddać się mu.

– Zająłem jego głowę czymś innym niż gody. – odpowiedział Stiles. W tym samym momencie Danny rzucił bombę tojadową pod nogi Scotta. Zanim zdążył uskoczyć, wziął jeden oddech fioletowego pyłu. Upadł na kolana a potem na bok.

– Ha! Świetny strzał Danny! – zaśmiał się Stiles. Mahealani pobiegł w stronę auta. Staliński pobiegł za nim a za nimi Derek. Na szczęście całe te przepychanki zbliżyły ich do drogi zamiast oddalić odeń.

Danny wepchnął Dereka na tylnie siedzenie jeepa a sam usiadł na miejscu strzelca. Stiles usiadł za kierownicą i bez zastanowienia odpalił auto. Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał drugą rano. Uch, ta noc nigdy nie skończy się?

– Uch, Derek wyglądasz źle. – jęknął z ubolewaniem Danny przesiadając się obok Hale'a na tylnie siedzenie. – Co to za czarna maź?

– Danny, uspokój się. Derek nie goi się, bo cios zadał Alfa. Rany od Alf goją się dłużej. – powiedział Stiles dociskając gaz do dechy. Chciał być jak najdalej od wilkołaków.

– Derek, powiedz coś? Wpadasz w szok? – dopytywał się Danny klapiąc Dereka w ramię. Ten pokręcił głową.

– Nie, jest okej. – jęknął Derek i spojrzał gniewnie we wsteczne lusterko. Jego wilcza duma była urażona. Stiles uśmiechnął się kąśliwie i wrócił spojrzeniem na drogę.