CZĘŚĆ DWUNASTA
„Przewaga słabej pamięci polega na tym, że kilka razy cieszysz się tymi samymi dobrymi rzeczami tak samo, jak po raz pierwszy."
Friedrich Nietzche
Razem odwiedzają Hogwart. Odkąd zamek został odbudowany, Harry wrócił tu wcześniej tylko dwa razy. Po raz pierwszy, by na ceremonii ponownego otwarcia szkoły wygłosić przemówienie (którego spora część składała się z „hmm…" oraz „eee…". Nigdy nie odznaczał się elokwencją, poza tym nie znosił wszelkich przemów, a co gorsza mów pochwalnych, ale nikt zdawał się nie zwracać uwagi na jego jąkanie), a po raz drugi, by zabrać głos na jednej ze szkolnych uroczystości.
Puste sale lekcyjne i korytarze są tak znajome, choć z drugiej strony nieco inne od tych, które zostały zniszczone.
Harry oprowadza Draco po zamku, niejako towarzysząc mu w grand tour po przeszłości. Trzymając go za rękę pokazuje, gdzie bili się i całowali.
— Tu zarobiłeś ode mnie siniaka, o, w tym miejscu — mówi Harry, głaszcząc jego policzek.
Mając na względzie stare czasy, zabiera go do klasy eliksirów i opowiada historie o spędzonych w niej razem szlabanach. Draco przytakuje, przebiegając palcem po całej długości drewnianych stolików, zerkając do kociołków. Kieruje się tam, gdzie kiedyś siedział i wdrapuje się na ławkę, machając nogami i kopiąc od czasu do czasu.
Harry popycha go na jego stary stolik i całuje, rozbiera tak, jak robił to kiedyś, zdejmuje sweter i koszulkę z napisem „Oxford". Draco nie ma na sobie krawata, ale gdyby miał, Harry mógłby użyć go, by związać mu ręce lub poddusić. Nie jest pewien, którą opcję by wybrał.
Gdy w niego wchodzi, Draco krzyczy, podnosząc biodra i wychodząc mu naprzeciw. Harry obserwuje jego twarz i myśli o ich pierwszym razie. Draco jest piękny. Jak zawsze.
— Nadepnąłeś mi na twarz, pamiętasz? — pyta go jakiś czas później, ściskając jego dłoń w swojej.
— T-to g-głupie, Harry. — Draco marszczy czoło i zmusza się do powtórzenia. — G-głupie. D-dla... d-dlaczego to z-zrobiłem?
— Chciałeś mnie zranić — odpowiada Harry, głaszcząc go po włosach.
Po tych słowach na twarzy Draco pojawia się wyraz przerażenia.
— Nigdy cię n-nie zranię, H-harry! Nigdy!
— Nie — odpowiada i uśmiecha się powoli. — Nie zranisz mnie już nigdy więcej, prawda?
— Nigdy — przyrzeka Draco. Harry wie, że naprawdę tak myśli.
Czasami na twarzy Draco zdaje się pojawiać błysk rozpoznania, choć może jest to tylko gra świateł.
„Wojna to uczta śmierci."
George Herbert
W powietrzu unosił się chłód, nawet wtedy, kiedy dzień był ciepły.
Wszyscy oczekiwali, że Harry coś zrobi. Nie rozumieli, że nie może zrobić nic. Zwracali się do niego z oczami pełnymi nadziei, a przecież miał tylko siedemnaście lat. Nie wiedział, jak ocalić siebie, nie wspominając o świecie.
Pierwsza śmierć, jaką zobaczył, wyglądała inaczej niż się spodziewał. Ale czym była śmierć, czy można było czegoś po niej oczekiwać? Śmierć dwóch ludzi, którą widział kiedyś, była w jakiś sposób czysta, bez śladu krwi. Cedric upadł martwy u jego stóp, Syriusz zniknął za zasłoną. Oczekiwał czegoś w tym stylu.
Być może stało się tak za sprawą intencji ukrytej w zaklęciu. Harry nie potrafił jej przywołać, nie posiadał w sobie tyle nienawiści, by rzuć klątwę poprawnie. Ale kiedy zaatakował go śmierciożerca (nie widział nawet, który, maska, potworna, biała maska, to wszystko, co pamiętał), Harry wycelował w niego różdżkę i wrzasnął inkantację.
Klątwa uderzyła mężczyznę w pierś, ale nie umarł tak po prostu. Jego śmierć nie była ani czysta, ani idealna, taka, jaką zawsze ją widział. Nie sprawiła, że człowiek w jednej chwili żył, a w drugiej już nie. Proces umierania trwał dobrą chwilę, ile dokładnie, Harry nie wiedział, nie został na miejscu, by sprawdzić. Nie chciał zostać. Mężczyzna krztusił się krwią, krzyczał i krzyczał, a kawałki miękkich, galaretowatych, czerwonych wnętrzności wyciekały z bulgotem spomiędzy jego warg.
To było straszne, straszne. Dłonie Harry'ego trzęsły się przez trzy dni, a każdy znak, jaki nanosił na plany bitwy, wydawał się drżeć.
Podczas swej pierwszego starcia widział mężczyznę w ogniu, z którego twarzy pozostał tylko płat skóry pokryty włosami, niemożliwy do rozpoznania. Pomyślał, że ograniczą się do zaklęć paraliżujących, co najwyżej do jakiegoś czystego Niewybaczalnego. Oczywiście stało się zupełnie inaczej.
Każda następna śmierć powiększała pustkę, sięgając głębiej raz za razem, w efekcie było jednak tak, jakby sumować nicość. Harry wydrapywał kreski na ścianach, by wypełnić czymś czas, jedną obok drugiej, przekreślając cztery piątą, poprzeczną, ale żadna z nich nie oznaczała niczego. Oderwał tapetę na Grimmauld Place, znajdując pod nią kolejnych kilka warstw. Uznał to za swoje osobiste dokonanie.
Ron, z braku lepszego zajęcia, rysował mapy. Gdy siedzieli razem przy kolacji, na serwetkowym papierze planował strategie, zaznaczał miejsca znakiem „X", kreślił koła, zawijasy i strzałki.
— Chciałem jakoś zaznaczyć wodę — powiedział — ale skończył się niebieski atrament.
Pragnął stworzyć iluzję tego, że na coś się przydaje, podczas gdy nie przydawał się do niczego. Mapy stawały się coraz bardziej dokładne: znajdowały się na nich domy i podziemne tunele, ścieżki i lasy, tereny skaliste i góry. Domy zyskały drzwi i okna, lasy składały się z pojedynczych drzew, a niektóre z nich miały nawet gałęzie i leżące pod nimi opadłe liście.
— Cicho! — karcił ich przyjaciel. — Rysuję mapę.
Tracili wszystko po trochu. Nocami skupiali się przed radiem, słuchając wiadomości o atakach, zwycięstwach i przegranych. Nie było czasu, by opłakiwać zmarłych, nie było nawet czasu, aby ich pochować.
Hermiona robiła notatki.
Ron bez ustanku mówił o swoich mapach. Wspominał miejsca, które na niej naniósł, umiejscowienie baz, oferował je Harry'emu do planowania strategii.
— TY I TA TWOJA PIEKIELNA MAPA — rzucił w końcu Harry pewnego dnia, a potem wypadł z pokoju jak burza, zatrzaskując drzwi.
„Gdy ktoś zapyta, dlaczego umarliśmy, odpowiedz, że ojcowie nas okłamali."
Rudyard Kipling
Harry stanął twarzą w twarz z Lucjuszem Malfoyem na zewnątrz jego rodzinnego dworu, prawdopodobnie tam, gdzie Draco dorastał, pił herbatę ze swoją matką i uczył się latać.
Czy tworzyli szczęśliwą rodzinę? Takie kwestie były ważne. Czy Draco spędził dzieciństwo grając w piłkę i quidditcha, śmiejąc się i ucząc o Czarnym Panu, który powróci pewnego dnia?
— Potter. — Lucjusz Malfoy wykrzywił usta w uśmiechu. — Draco tak wiele mi o tobie opowiadał.
Nie trudno było odgadnąć.
Jedną z rzeczy, którą Harry zapamiętał z tego spotkania, były te blond włosy, niegdyś ułożone z pedantyzmem, teraz wirujące wokół twarzy Lucjusza niczym plątanina długich, cienkich drucików albo żyłek z haczykami na ryby, które przecinają skórę i wczepiają mu się w mózg. Jego szaty były ubrudzone i postrzępione na krawędziach. Wyglądał staro. Brud na twarzy podkreślał zmarszczki. Wojna nie potraktowała go dobrze, choć z drugiej strony, wojna rzadko kogokolwiek tak traktowała.
Nosił swoje szaleństwo po królewsku, niczym pelerynę władcy. (Szalone oczy, powiedziałby Draco. Szalone, pełne obłędu oczy.)
Powieki miał rozwarte tak bardzo, że Harry pomyślał, iż musi go to boleć. Przez jeden przerażająco zabawny moment myślał również, że oczy po prostu wyskoczą mu z orbit, niczym na sprężynach, jak w okularach Freda i George'a, w których sztuczne gałki oczne wyglądały jak prawdziwe.
W tej chwili przypominał Draco, ale z drugiej strony nie wyglądał jak on. Dwa obrazy zdawały zlewać się ze sobą, być może zadziałało światło, a może umysł Harry'ego. Chciał rozszarpać jego twarz jak maskę śmierciożercy. Głos Lucjusza był wysoki i wywoływał dreszcz, który niemal pociął jego kręgosłup na malutkie, doskonałe plasterki.
Istniały rzeczy, które kiedyś nie były ważne, ale teraz w jakiś sposób się liczyły. Czy stał obrócony twarzą na wschód, czy na zachód?
Harry pragnął, by Lucjusz cierpiał, zanim umrze. Pierwsza klątwa trafiła go w rękę, druga w ramię. Nawet nie syczał z bólu i właśnie wtedy Harry zdał sobie sprawę, że mógłby rozszarpać go kawałek po kawałku, a on by tego nie zauważył.
Gorąca krew trysnęła na idealnie wybrukowaną ścieżkę. Harry miał niemal pewność, że parowała. Lucjusz był obdarty, poszarpany i wyczerpany (z powodu braku maski zdawał się nosić twarz Draco i Harry chciał zdrapać mu skórę). Pragnął rozpruć go własnymi rękami, słyszeć jego wrzaski, oderwać skórę od mięśni, a potem mięśnie od kości, ale nie zrobił tego. Nie mógł tego zrobić. Kara ta, z rodzaju najbardziej intymnych, była przeznaczona dla Draco.
Póżniej Lucjusz patrzył na Harry'ego niemal znajomymi, szarymi oczami, pustymi, niewidzącymi. Harry klęknął nad nim. Mógłby łatwo wyrwać mu te oczy, rozebrać kawałek po kawałku. Zamiast tego wyciągnął drżącą dłoń i zamknął mu powieki. Na zawsze. Kiedy to się stało?
Wywlókł się z tego pięknego ogrodu i wymiotował, wymiotował, wymiotował… Rozkład rozpanoszył się wszędzie. Harry zrobiłby to jeszcze raz i jeszcze, gdyby tylko mógł.
Niedługo potem zdał sobie sprawę, że zapomniał zadać Lucjuszowi bardzo ważnego pytania.
Czy go kochał?
„A co, jeśli wypowiedzieliby wojnę, lecz nikt by się na niej nie zjawił?"
Hasło pokojowe z czasu wojny w Wietnamie
Czasem było to wyczerpujące. Na początku bardzo wyczerpujące.
Właściwie była to pierwsza z najgorszych bitew. Pierwsza z wielu. Harry pomyślał wtedy, że widział błysk blond włosów. Tak naprawdę to się nie liczyło, ponieważ znajdował się w samym środku wojny. Zabij lub zostań zabity. A jeśli stanie twarzą w twarz z Draco Malfoyem, wiedział, że jego również będzie musiał zabić.
Stracili Oliviera Wooda, niezawodnego kapitana, który, co było do przewidzenia, po szkole zaczął grać jako profesjonalny zawodnik quidditcha. Stracili również innych ludzi, których Harry spotkał raz czy dwa, choć nigdy nie pamiętał ich imion. Ron został zraniony. Klątwa trafiła go w ramię, którym się osłaniał. Polała się krew. Gdyby nie był taki szybki, kto wie, co by się stało. Ron krzyczał, Harry dobrze to pamiętał. Dźwięk brzęczał w powietrzu, a on powstrzymał wtedy oddech. W otwartej ranie było widać mięśnie i dużo, dużo krwi.
Harry zwiesił głowę i ukrył twarz w dłoniach. Hermiona, wyczerpana, weszła do pokoju, po czym powiedziała:
— Z Ronem będzie dobrze.
Podniósł głowę i poczuł chłodne powietrze na mokrych policzkach. Nie zdawał sobie sprawy, że płacze.
— Pieprzyłem Draco Malfoya — powiedział.
Hermiona wydała z siebie odgłos, jakby się dusiła.
— Co…
Harry roześmiał się cicho.
— Nie ostatnio, oczywiście. Przez cały poprzedni rok.
Kiwnęła głową. A potem, pobladła i wymizerniała na twarzy, usiadła obok niego. Była zmęczona. Wszyscy byli.
W pewnym stopniu musiała wiedzieć. Jak ona to robiła, skąd zawsze wszystko wiedziała? Jeśli była taka mądra, jeśli wiedziała tak wiele, czy nie mogła udzielić Harry'emu odpowiedzi na wszystkie te pytania, których potrzebował usłyszeć? Czy wiedziała, co się stanie? Że wszystko od początku skazane było na niepowodzenie? A jeśli tak, dlaczego go nie ostrzegła?
Harry od zawsze miał świadomość, że to był zły pomysł, ale pojawił się moment, w którym pozwolił sobie uwierzyć…
Zdecydował, że od tej chwili zostanie pesymistą.
— Nie mów Ronowi, dopóki nie wyzdrowieje — powiedziała Hermiona.
— W porządku.
Jak brzmiało to powiedzenie? Jeśli coś kochasz, obdarz to wolnością… Jeśli do ciebie wróci, wtedy będzie należeć do ciebie na wieki. A jeśli nie…
Jeśli nie…
Jeśli nie, połam mu nogi i trzymaj z dala od siebie.
Harry wie, że to nie do końca prawda, ale na razie nie potrafi myśleć o prawdziwej wersji.
Gdy po dniu w pracy wraca do domu, Draco wita go w drzwiach, zawijącąc wokół niego ramiona. Nie zwlekając, Harry pochyla się i całuje go. Miękko, słodko.
„Widziałem wojnę… Widziałem krew, wyciekającą z rannych. Widziałem mężczyzn, wykrztuszjących zadymione płuca. Widziałem martwych, pokrytych błotem… Widziałem głodujące dzieci. Widziałem agonię ich matek i żon. Nienawidzę wojny."
Franklin D. Roosevelt
Podczas jednego z lepszych dni, Fred i George zabrali kurczaki, resztki ich zapasów jedzenia, pomalowali im grzbiety i urządzili wyścig. Chcieli zaaranżować walkę, ale to zbyt mocno zdenerwowało Ginny, i nie tylko ją, oczywiście.
— Wygdaczą dobre czasy — powiedział Fred.
— Wygdaczą ciebie — dorzucił George.
Następnego dnia stracili Freda. Za zamkniętymi oczami Harry'ego zawsze był wtedy ktoś, kto płacze.
George nie płakał. Jakby był pusty w środku i nie zostało z niego tyle, by móc rozpaczać. Nie byli przygotowani na okrucieństwa wojny. Harry wiedział, że musi zabić Voldemorta, ale nikt nigdy nie powiedział mu, że będzie też musiał zabijać innych… Że będzie musiał zabijać ludzi. Kiedyś, myśląc o śmierciożercach bez twarzy, było łatwiej. Teraz każdy z nich posiadał twarz i każdy mógł być nim.
A jeśli to się stanie, jeśli się stanie… wtedy jego też będzie musiał zabić, ponieważ ktoś, kto nie zawahał się metaforycznie wydrzeć mu serca z piersi, nie zawaha się też zrobić tego dosłownie.
Nie spali, chudli. Molly Weasley wyciągała z głowy całe kosmyki włosów, powoli, jeden po drugim, mówiąc, że wyrywała tylko te siwe. Ginny obgryzała paznokcie aż do krwi. Ron rysował mapy, dużo, dużo map, które wypełniały cały pokój, a gdy nie było już dla nich miejsca, zaczął wieszać nowe na ścianach.
Harry dotarł do punktu, w którym obserwował, jak pękają ludzkie serca, z oczu sączy się krew, a potem wciąż miał apetyt na obiad.
Robił to, co musiał robić.
A gdy to się skończyło, wszystko inne powinno się skończyć razem z tym.
Ciała zostały pochowane, krew przelana, przepowiednia wypełniona. Wszyscy ściskali się i płakali, płakali…
Wszystko, czego Harry pragnął, było resztą jego życia. I może jeszcze gorącym prysznicem. Ale wtedy usłyszał wieści.
Znaleźli go. Krew pokrywała jego włosy i ciało niczym atrament wylany na pergamin. Znajdował się w gorszym stanie niż Frank i Alicja Longbottom. Oni jednak nigdy nie musieli patrzeć, jak ich najbliżsi są mordowani, rozszarpywani na części kawałek po kawałku na ich oczach. Klątwa uśmiercająca byłaby zbyt łagodna.
Z początku nie wiedzieli, czy się obudzi. Później otrzymali raport o tym, co się wydarzyło. Pismo było chłodne i oficjalne, podobne do tych, które dostarczały im inne złe wieści.
Lucjusz Malfoy nie żył. Narcyzę Malfoy torturowano i zabito. Draco Malfoy zmuszony był patrzeć na agonię matki. A potem jego również poddano torturom.
Och. W porządku.
Informacja przyjęta.
Kolejny punkt programu.
Harry nie mógł nawet sobie tego wyobrazić, nie potrafił wyobrazić sobie krzyków bólu. To była nagroda za ich niezawodną lojalność. Tak właśnie wszystko się skończyło.
Przez długi czas nie potrafił odwiedzić go w szpitalu. Zbyt mocno bał się o to, co mógłby zrobić, gdyby tam poszedł. To już nie Draco, a nawet nie Malfoy, i ktokolwiek to był, przybrał jego imię, twarz i ciało, by sobie z Harry'ego kpić.
Co, jak przypuszczał, w jakiś sposób było podobne do Draco.
Pojawił się tylko raz, gdy Ślizgon nadal pozostawał w śpiączce. Widok tej znajomej twarzy, bladej i białej na szpitalnej pościeli sprawił, że coś w nim pękło, ale nie płakał. Podczas wojny wylał już dużo łez. Czuł się wyschnięty od środka, suchy jak kość, jak piasek pustyni, cienki i kruchy niczym skorupa owada na jesiennym liściu.
— Mogłem cię ochronić — warknął w jego stronę. — Mogłem, ale nie ufałeś mi. Nigdy mi nie ufałeś, prawda? Ty głupi, głupi durniu, pieprzony durniu, wiedziałem, że tak się stanie, więc jak ty mogłeś nie wiedzieć?
Zdecydował się wyjść, zanim zrobi coś głupiego, jak na przykład zabicie drania.
Nie wrócił do szpitala przez rok, choć myślał o Draco cały czas. Przeczytał w gazecie, że nie zostanie uwięziony w Azkabanie ze względu na swoją niepoczytalność. Draco Malfoy był teraz pozbawiony magii. Mały śmierciożerca bez różdżki.
Gdy Harry w końcu wrócił, Draco go nie pamiętał. Nie znał go nawet jako Harry'ego Pottera, Chłopca, Który Przeżył, Wybawiciela Czarodziejskiego Świata, takiego, jakim znali go wszyscy.
Harry czuł się tak, jakby któryś z nich umarł, nie był tylko pewien, który.
Do następnej wizyty czekał dwa miesiące. A potem odwiedzał go czasem regularnie, a czasem dość niekonsekwentnie, w zależności od pory roku. Przychodził częściej zimą i na wiosnę. Latem nie zjawiał się w ogóle, a przynajmniej nie w to pierwsze po wojnie.
Szybko stał się Po Prostu Harrym, Przyjacielem Draco. Właściwie jego jedynym przyjacielem. Nie dlatego, że nie był popularny, ale dlatego, że po wojnie większość jego przyjaciół była martwa. Po jakimś czasie stał się Harrym, Najlepszym Przyjacielem Draco Na Całym Świecie. Draco ufał mu bezgranicznie, kochał go całkowicie, był zawsze szczęśliwy, ciepły i czuły, nawet gdy Harry wpatrywał się w niego i bił się z myślami, chcąc zdecydować, czy pragnie zabić go bardzo powoli, czy raczej opiekować się nim do końca świata.
Harry miał tylko pytania, ale wiedział, że Draco nigdy nie dostarczy mu na nie odpowiedzi.
„Potrzebujemy czasu, by śnić, by pamiętać, by dosięgnąć nieskończoności. Czasu, by istnieć."
Gladys Taber
— Co masz zamiar robić po szkole? — zapytał Harry, unikając oczywistej odpowiedzi na temat wojny. — Mam trochę pieniędzy… może jakiś dom… — Nie wypowiedział słowa „razem", ale obaj mieli świadomość jego niemej obecności.
— Mała, miłosna chatka, jak uroczo. Dom szalonych kawalerów, tak przypuszczam. Bardzo dobrze. Upewnij się, by wstawić obrotowe drzwi dla panienek.
— A jakieś zwierzęta? — zapytał Harry, rozbawiony.
— Chyba mógłbym polubić słonie — oznajmił Draco kontemplacyjnym tonem. — Kiedyś widziałem je w zoo. Są straszliwie zabawne. Poza tym, sądzę, że lubię głupie, prymitywne stworzenia. — Na jego twarzy powoli zakwitał uśmiech. — Myślę, że lubię te, którym zwisa z przodu coś spore…
— Nawet nie kończ tego słowa! Ał! — krzyknął, a potem uciszył Draco, kładąc mu dłoń na ustach.
Ślizgon polizał jego dłoń, na co Harry zabrał ją gwałtownie, śmiejąc się. A potem go uderzył, ale nie w sposób, który boli.
To wywołało małą szamotaninę, która skończyła się, gdy Draco runął z powrotem na trawę. Harry uniósł się i spojrzał na niego z góry. Odgarnął dłonią blond włosy, które rozłożyły się wokół głowy Ślizgona niczym wachlarz przypominający aureolę.
— Jestem pewien, że mam teraz na ubraniach plamy po trawie — stwierdził Draco, ale nie poruszył się.
— Ale… tak na serio. Co zrobimy?
Draco złapał jego dłoń i pociągnąl na dół.
— My — zaczął — zrobimy to, co musimy. A potem, po tym wszystkim, będziemy żyć najlepiej, jak umiemy.
„Serce to słowik, szarpiący się we wnętrzu swej żywej klatki."
Jest wiosna i kolejny piękny, słoneczny dzień. Być może dziś Harry mógłby pójść z Draco polatać. To jeden z tych perfekcyjnych dni, w których nic na świecie nie może być złe. Niebo rozciąga się w nieskończonym błękicie. Gdy Harry budzi się rano, za oknem świergoczą ptaki i wie, że jest idealna pogoda, by wyjść na zewnątrz. Idą z Draco do parku, a Harry nigdy nie czuł się tak szczęśliwszy będąc tutaj. Zapełnił koszyk piknikowy tylko w połowie i po całym jego wnętrzu rozrzucone są kawałki nadziewanego ciasta, niektóre kupione w sklepie, niektóre podarowane przez Rona. Harry uważa na te zrobione przez przyjaciela, bo jak powiedziała mu Hermiona, eksperymentował z nowym nadzieniem, sądząc, że połączenie smaku truskawki oraz chili powinno stać się nowym trendem.
Draco siedzi na chłodnej, zielonej trawie, wyrywając źdźbła i kręcąc nimi pomiędzy bladymi, pobrudzonymi sokiem palcami. Harry wie, że później będzie w stanie wyczuć na nim zapach powietrza, promieni słońca, wilgotnej ziemi, trawy, nieba i wszystkiego, co jest nim. Pojawia się ostrożna wiewiórka, jednak po chwili potrząsa ogonem i ucieka.
Draco obserwuje ptaki, przygląda się mrówce na swoim kolanie, a Harry patrzy na niego przez cały ten czas, po czym siada za nim i oplata go ramionami.
— Kocham cię, Harry — mówi Draco, a wymowa tych słów jest czysta i prawidłowa. — Kocham cię.
Harry przytula go mocno, przyciskając twarz do jedwabistych włosów i przez jeden, krótki moment może udawać, że obaj są chłopcami, którymi byli kiedyś. Wdycha jego zapach. Mijają sekundy, mija też potrzeba, by udawać.*
— Ja też cię kocham — odpowiada. — Tak. Kocham cię. Tak. Tak…
KONIEC
* obrazek „Loved" autorstwa Seherant
