Od autorki: Rozdział 12, w którym Sherlock wspomina pokrótce o swoim dzieciństwie….
Miłego czytania!
Leżeli razem przez dłuższy czas pozwalając, by zawładnęło nimi zmęczenie i ululało ich do snu. John zastanowił się jeszcze mimochodem czy nie powinien wstać i pójść do własnego łóżka, ale nie chciało mu się fatygować. Uznał się za farciarza, gdyż miał jeszcze na tyle energii by móc się oczyścić, nie wspominając o wstaniu z łóżka. Był pewien, że trzeba będzie poruszyć jeszcze parę wątków, rzeczy, które musieli ustalić między sobą, jednakże w tej chwili wydawało się to nieważne. On i Sherlock leżeli ręka w rękę, zrelaksowani, w pełni zaspokojeni i w końcu, w końcu razem.
Sen zmorzył Sherlocka jak każdego innego człowieka. Nie mógł kontrolować swojego umysłu kiedy spał, czy tego chciał czy nie. W czasie spoczynku wędrował nad ciemne wody. Czasem śnił o swoim dzieciństwie. Nieobecnym ojcu i surowej matce. Spędził długie noce rozmyślając nad tym, jakim cudem mógł być tak mądry, a mimo to nie potrafił uczynić nikogo w swoim życiu szczęśliwym. Innym zaś razem widział twarze ofiar zabójstw, nad którymi pracował. Kiedy nie spał, odpychał je od siebie. Były nieistotne dla sprawy, liczyły się jedynie refleksje w jego umyśle, kiedy w pośpiechu starał się poskładać wszystkie części w jedną całość. Jednak w czasie snu wychodziły z ukrycia. Matki, synowie, siostry, ojcowie, dobrzy ludzie, źli ludzie, ich marzenia, ambicje i pragnienia. Nie do końca mógł się uważać za socjopatę, ponieważ te zmory prześladowały go kiedy nie mógł się przed nimi bronić. Życia, które nagle zostały przerwane. Ukradzione przez okrutnych złodziei pod ochroną nocy. Przyjemność, która czerpał z tropienia tych bandziorów wcale nie czyniła Sherlocka bezdusznym człowiekiem nawet jeśli to, co już wzięli nie mogło być w żaden sposób odzyskane.
Tej nocy był z powrotem w jaskini. Nie po raz pierwszy jego uśpiony mózg go tam zaprowadził. I był pewien, że nie po raz ostatni. Wiedział co się święci, pozwolił, by to się wydarzyło i zaakceptował swoją bezsilność w obliczu tego faktu. Zwalczenie wspomnienia nie prowadziło do niczego dobrego. Zamiast tego, stał obok własnego ciała i beznamiętnie obserwował jak go chłostano i bito. Kiedy przyszedł pierwszy mężczyzna by zdjąć go spod sufitu i przełożyć przez ławę, nie mógł powstrzymać grymasu. Bez względu na to, jak bardzo chciał by ta scena się zmieniła, nie mógł na to nic poradzić. Został przytrzymany, obnażony, napastowany.
Nagle już nie mógł być pobocznym obserwatorem. Był z powrotem we własnym ciele, czując każdy ruch, każde uderzenie bólu. Starał się od niego odgrodzić, zablokować cierpienie. Przebijało się przez niego raz za razem, nieuniknione, bez końca. Z jego gardła wydarł się jęk bólu jeszcze zanim zdołał go powstrzymać. Cierpienie było wszechobecne. Starał się nie myśleć o wstydzie, grozie, niezaprzeczalnym okrucieństwie aktu. Kolejny skowyt bólu wydobył się głęboko z jego wnętrza.
- Sherlock. - Głos dotarł do niego jakby z bardzo daleka. Chciał się go złapać, znaleźć drogę powrotną idąc w ślad za tym cudnym dźwiękiem, ale był zagubiony w morzu agonii. Ból był jego jedynym towarzyszem, wstyd jedynym przyjacielem. Niewyraźne słowa wypływały z jego ust, wyrazy cierpienia i udręki. - Sherlock! - Zabrzmiało znowu, tym razem głośniej, wyraźniej.
- John… - Przebił się przez mgłę boleści starając się podążać za głosem jedynej na całym świecie osoby, którą kochał.
- Sherlock, obudź się. - John potrząsnął gwałtownie ramionami Sherlocka, rozpaczliwie starając się go obudzić.
- John? – Oczy detektywa nagle się otworzyły, ogarnął wzrokiem swój pokój, a w jego łóżku, Johna Watsona. Gdyby wierzył w takie głupie rzeczy jak Niebo, to byłaby jego wersja. - John. - Wyszeptane imię w jego ustach brzmiało jak błogosławieństwo. Był w domu.
- Wszystko w porządku? - John wiedział, że pytanie było debilne. Wiedział o czym był koszmar. Oczywiście, że z Sherlockiem nie było w porządku. Mimo to musiał zapytać.
- Tak, - odpowiedział Sherlock ochrypłym i szorstkim głosem. - Przepraszam, że cię obudziłem. Śpij dalej.
- Chcesz o tym porozmawiać? - Nie pierwszy raz John zadał Sherlockowi to pytanie po tym jak wybudził się z koszmaru. Ale jeszcze w szpitalu, za każdym razem odpowiadała mu cisza. Tej nocy nie spodziewał się niczego innego. Z początku, Sherlock również. Jednak może to z powodu że był już we własnym domu, we własnym łóżku. Może to intymna atmosfera między nim a Johnem, która wywołała skurcz pod sercem. A może dlatego, że był już gotowy by o tym mówić. Zanim się zorientował co się dzieje, jego usta same się otworzyły i wylały z siebie całą rzekę słów.
- Mój ojciec odszedł, kiedy miałem dwa lata, - powiedział miękko. - A moja matka już nigdy nie była taka jak kiedyś. - John czekał z zapartym tchem. Sherlock nigdy nie mówił o swoim dzieciństwie. Nigdy nie wspominał o swojej przeszłości. - Nie mogę dokładnie wytłumaczyć jak wyglądało dorastanie w moim domu. Mycroft zawsze zamykał się w swoim małym świecie. Zawsze doskonały uczeń i syn. Mój brat jest mi drogi, ale czasem potrafi być niesamowitym cwelem. Dorastanie w cieniu perfekcyjnego rodzeństwa nie było łatwe. Przez długi czas czułem, że mój umysł, moja umiejętność szybszego, mądrzejszego i bardziej racjonalnego myślenia w przeciwieństwie do innych, była przekleństwem, a nie darem. Moje IQ jest wyższe niż Mycrofta, ale poświęciłbym tych parę nadprogramowych punktów dla jego zdolności komunikacyjnych, łatwości w obyciu względem każdego, kogo napotka.
W okresie szkoły podstawowej zorientowałem się, że mogę odczytać moją matkę. Nie tylko jej emocje. Naprawdę widziałem wszystko. I wypłakiwałem głupie, bezsensowne łzy z powodu jej utraty. Dziecko nigdy nie powinno się zorientować, że już nie dzieli rodzinnego uczucia z kobietą, która je urodziła. Po tym zamknąłem się w sobie. Odgrodziłem się od wszystkiego. Wszystkich. Opuściłem dom i poszedłem na uniwersytet w wieku 16-stu lat. Mogłem iść wcześniej, ale zorientowałem się, że się… bałem. Tak, moje życie rodzinne było do bani, ale to było coś, co znałem. Nie obce mi były żadne cierpienia, które to miejsce mogło spowodować.
Kiedy odszedłem, okazało się, że słusznie uczyniłem czekając. Jakakolwiek nadzieja, że wreszcie mogę znaleźć miejsce, do którego bym należał, została zniszczona pierwszego dnia. Oczywiście już wcześniej wyzywano mnie od dziwaków, ale to wydawało się znacznie gorsze. To nie były już dzieci z podwórka. To byli moi uczelniani rówieśnicy. Być przez nich tak znieważanym za moje umiejętności było… ciężkie. – Wziął głęboki oddech i potrząsnął głową. – Wtedy zwykłem mieć jeszcze słabe punkty. Istniało pewne pragnienie akceptacji i towarzystwa. Udało mi się nawet znaleźć kilku znajomych. Ale i oni mi urągali. Spotkałeś Seba. Był jednym z niewielu, którzy zwrócili się do mnie więcej niż raz. Czasem odrabiałem jego zadanie domowe albo rozwiązywałem za niego jakiś problem, tylko za tych parę słów. Byłem tak słaby, tak zdesperowany by zdobyć to śmieszne wrażenie uznania nawet od jednej osoby. – Wypowiedział te słowa z taką pogardą, na jaką według niego zasługiwały. – Nie urodziłem się jako człowiek okrutny, John. Przyznaję, że pod wieloma względami brakuje mi cech, które przyciągają jednego człowieka do drugiego. Ale to lata odrzucenia, upokorzenia i zrujnowanych nadziei, które nauczyły mnie odgradzania się od innych. Mój umysł jest moją tarczą. Wewnątrz niego jestem nieosiągalny. Nikt nie może mnie tam złapać. Nikt nie może mnie dosięgnąć. Poza tobą.
W półmroku John patrzał w oczy Sherlocka. Nie potrafił uwierzyć, że Sherlock tak się na niego otworzył. Że podzielił się tak osobistymi detalami ze swojej przeszłości. Dokładnie wiedział o co Sherlockowi chodziło. Nie był już częścią zewnętrznego świata. Był w tej samej fortecy co Sherlock. I dawało mu to możliwość przejrzenia go na wylot. Takie zaufanie. Czuł się nim przytłoczony. Nie było żadnych słów, którymi mógł wyrazić co czuł, więc przyciągnął tylko głowę Sherlocka do swojej i pocałował go delikatnie w czoło.
Uspokojony czułym przejawem uczuć, Sherlock pozwolił by John przytulił jego twarz do swojej szyi. Mocno oplótł ramiona wokół jego ciepłego, kojącego ciała przyciągając je bliżej siebie. Sherlock już nie był dłużej sam. Już nigdy więcej nie będzie.
