Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.

Link do oryginału znajduje się na moim profilu.


~ XII ~

— Jest ktoś w domu? — krzyknął z parteru Michael, ale ja wciąż nie mogłam się poruszyć.

Kołek. Trzymałam w dłoni cholerny kołek.

A co było w tym wszystkim najgorszego? Że już to widziałam. Na szkicu mojej przyjaciółki.

Cholera.

— Amy? Chłopaki?

Słysząc odgłos kroków na schodach, pospiesznie wrzuciłam kołek do pudełka, jakby stał się nagle bardzo gorący, i wepchnęłam je z powrotem pod łóżko, po czym zabrałam książkę i pobiegłam w stronę drzwi. Wypadłszy na korytarz, natknęłam się na Mike'a.

— Amy? — Spojrzał na mnie podejrzliwie. — Co robiłaś w pokoju Dana?

— No cóż... — Odchrząknęłam i wbiłam wzrok w podłogę, zakrywając twarz włosami, żeby nie zobaczył moich rumieńców. — Szukałam swojej książki. „Hamleta". Pożyczył ją ode mnie jakiś czas temu...

— Och — mruknął, a ja przełknęłam ślinę. Jedną z niespisanych zasad panujących w naszym domu był zakaz wchodzenia do pokoju innych bez ich pozwolenia.

— Powinnam odłożyć ją we właściwe miejsce, więc... — Odchrząknęłam ponownie i wróciłam do mojego pokoju. Kiedy tylko zamknęłam drzwi, nogi się pode mną ugięły i upadłam na kolana, oddychając tak głośno, że zakryłam usta dłonią, aby mnie nie usłyszał.

Musiałam śnić... Oczywiście, że to był syn! Niemożliwe, by Damon zachowywał się tak kulturalnie!

Uszczypnęłam się w ramię i jęknęłam cicho.

W porządku. To nie sen.

Do oczu napłynęły mi łzy. O co w tym wszystkim chodziło?

— Amy! — zawołał z dołu Mike. — Mogłabyś przyjść tu na sekundę?

Jakim cudem Bonnie...?

Zacisnęłam zęby i z trudem podniosłam się z podłogi.

— Um... Jasne! — odkrzyknęłam, lecz zanim zeszłam na dół, odwiedziłam jeszcze łazienkę, gdzie odszukałam w komórce odpowiedni numer i drżącymi rękami przyłożyłam ją do ucha.

— Cześć, tu Bonnie, zostaw wiadomość! — odezwała się automatyczna sekretarka.

— To ja — oznajmiłam słabym głosem, gdy rozległ się charakterystyczny pisk. — Musimy porozmawiać, Bonnie. Jak najszybciej. Oddzwoń, kiedy to odsłuchasz.

Rozłączyłam się, przemyłam twarz wodą i po krótkim zerknięciu w lustro w końcu poszłam do salonu, gdzie Mike otwierał sobie właśnie piwo.

— Hej — powiedziałam niepewnie. — Co tam?

— Nic wielkiego — odparł. — Słuchaj, um... Podobno Julie wróciła do szkoły, tak?

— Mhm.

Po co Dan trzymał pod łóżkiem pudełko pełne kołków?

— Zrobiła coś?

— Nie — zaprzeczyłam, ledwie co będąc w stanie go słuchać. — Jeszcze nie.

— To dobrze — ucieszył się, przyglądając mi się uważnie. — Jeżeli coś by się działo, powiedziałabyś nam o tym, racja?

Podniosłam głowę, żeby spojrzeć mu prosto w oczy.

— Jasne. Przecież nie mamy przed sobą żadnych tajemnic, prawda?

Uśmiechnął się, unosząc puszkę. — I wypiję za to, żeby tak pozostało.

~o~

(punkt widzenia Damona)

— I co teraz? Nagle przemieni się w Buffy? — spytałem, w reakcji na co Stefan przewrócił oczami.

— Przypatrz się jej twarzy — nalegała Elena, podając mi szkic. — Wygląda na zdezorientowaną.

— Albo wściekłą. Bez urazy, ale wiedźmie daleko do Da Vinciego.

Elena westchnęła. — Uważasz, że się domyśli?

— No cóż, jeśli nie domyśli się po znalezieniu pudła pełnego kołków, to wątpię, że w ogóle ma mózg.

Stefan przewrócił oczami po raz kolejny.

Spojrzałem na niego. — Masz atak jakiejś choroby, o której nie wiem, bracie?

— Jeżeli się domyśli, to czy oni...? — zaczęła Elena, ale Stefan nie pozwolił jej dokończyć pytania, przytulając ją.

— Nic nam nie będzie.

— Och, wzruszające — zadrwiłem. — Poczekajcie, skoczę po swoje skrzypce.

Elena odsunęła się od niego i popatrzyła na mnie.

Oczy Katherine. Usta Katherine. Twarz Katherine...

Czyli to, czego nigdy nie będę miał.

— Ale...

— Spokojnie, ona o niczym nie wie. Jeszcze — dodałem.

— Skąd ta pewność?

Uśmiechnąłem się szeroko. — Powiedzmy, że mam wyjątkowo silny szósty zmysł.

Zamilkła na chwilę, przygryzając wargę.

— Co znowu? — westchnąłem.

— Myślałam, że chciałeś ją zabić — wyjaśniła cicho. — A skoro nic nie wie...

— Mała zmiana planów — odparłem. — Uznałem, że może być... przydatna.

Naprawdę?, zdziwił się jakiś irytujący głosik w mojej głowie, ale go zignorowałem.

— Naprawdę? — zapytał Stefan, który był równie irytujący jak ów głosik.

Teraz to ja przewróciłem oczami. — Naprawdę, Stefan. A myślisz że dlaczego się przy niej kręcę?

Elena odchrząknęła. — Przypuszczałam, że może... może trochę ją polubiłeś.

Przechyliłem głowę na lewo. — Błędna konkluzja. Mam ją zabić, żeby to udowodnić?

— Nie! — zawołali oboje w tym samym momencie.

Podniosłem ręce w prześmiewczym geście kapitulacji. — Tak tylko pytam.

~o~

(punkt widzenia Amy)

Stałam na środku pokoju, a dokładniej — salonu. Było tam zapewne przepięknie, dopóki ktoś nie poprzewracał mebli, nie powybijał okien i nie pokrył wszystkiego krwią. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu miejsce to wydało mi się dziwnie znajome.

Nagle tuż przed moimi stopami wylądowała jakaś kartka, więc schyliłam się, żeby ją podnieść.

Okazało się, że to lista gości, którą widziałam w muzeum. Kiedy na nią spojrzałam, słowa zaczęły się rozmywać i mieszać ze sobą, aż w końcu uformowały się w szkic... okropny szkic, który przedstawiał mnie samą, leżącą na ziemi z kołkiem wbitym w klatkę piersiową.

— Znowu śnisz — stwierdził ktoś znajomym głosem.

Podniósłszy głowę, zobaczyłam, że na schodach siedział Damon.

— Wiem — odparłam, rozglądając się dookoła. — Damon, co się dzieje?

Nie odpowiedział, tylko spojrzał na sufit. Ktoś na piętrze krzyknął, więc zaczęłam biec, żeby się tam dostać, ale zablokował mi drogę.

— Nie możesz jej pomóc — powiedział, łapiąc mnie za ramię.

— Kim ona jest?

Przechylił głowę na prawo. — Nie wiesz?

Niebawem usłyszałam kolejny wrzask, tym razem jednak dochodzący z zewnątrz. Gwałtownym ruchem wyrwałam rękę z uścisku Damona i rzuciłam się w stronę drzwi.

Znalazłam się w ogromnym, zielonym ogrodzie, ale nie zobaczyłam nikogo, kto mógłby przed chwilą wydać się z siebie tamten przerażający krzyk, więc postanowiłam ostrożnie obejść budynek dookoła.

Zatrzymałam się, kiedy zauważyłam obserwującą mnie dziewczynę.

— Nie możesz powiedzieć, że cię nie ostrzegałam — odezwała się uśmiechnięta Bonnie, mrugając do mnie przyjaźnie. Niespodziewanie ktoś stanął za moimi plecami.

Odwróciłam się. — Dan?

— Cześć, siostrzyczko — przywitał się z szerokim uśmiechem, po czym wbił mi kołek prosto w serce.

I wtedy właśnie otworzyłam oczy.

Wciąż dygocząc na całym ciele, podniosłam się do pozycji siedzącej i zerknęłam na zegarek. Spałam co najmniej trzy godziny. Na czoło wystąpiły mi kropelki potu, więc otarłam je wierzchem dłoni, podczas gdy moje serce nadal biło jak szalone, nie mając najmniejszego zamiaru się uspokoić.

Musiałam natychmiast stąd wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza.

Zanim jednak to zrobiłam, chwyciłam telefon i zadzwoniłam do Bonnie, ale była poza zasięgiem. Znowu.

Wziąwszy głęboki oddech, zabrałam z szafy kurtkę i zeszłam na dół.

— Gdzie idziesz? — zapytał Will.

— Przejść się — odparłam, nawet na niego nie spojrzawszy, i zamknęłam za sobą drzwi.

Nie miałam pojęcia, dokąd zmierzam. Wiedziałam tylko, że idę przed siebie. Gdzieś. Kto by się tym w ogóle przejmował?

Ledwie co potrafiłam sobie przypomnieć numer własnego domu, więc kiedy minęłam róg ulicy, zaczęłam po prostu biec. Potrzebowałam jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie mogłabym pomyśleć. Gdzie nikt by mnie nie znalazł.

Więc biegłam. Coraz szybciej i szybciej, aż nie mogłam już dłużej oddychać. Trzęsąc się, po około godzinie zatrzymałam się przy skraju lasu,

Skąd Bonnie wiedziała, co się stanie? Dlaczego pod łóżkiem mojego brata stało pudło z kołkami? Co, do cholery, działo się w tym mieście?

Objąwszy się ramionami, odwróciłam się i zaczęłam wolno iść. Mój mózg chciał eksplodować z nadmiaru myśli, a na policzkach poczułam łzy. Gdy mimowolnie zaczęłam szlochać, otarłam je rękawem, a potem...

— Witaj, dziewczynko.

Natychmiast się zatrzymałam i obróciłam głowę. Serce znowu zabiło mi szybciej, a instynkt nakazał biec i nie oglądać się za siebie.

Przełknąwszy ślinę, już miałam to zrobić, ale znienacka na kogoś wpadłam.

— Och, prze-... — Urwałam w połowie słowa, kiedy zobaczyłam przed sobą kobietę. Coś było z nią nie tak. Dało się w niej dostrzec coś... niebezpiecznego.

— Nie powinnaś spacerować samotnie o tej porze — skarciła mnie z uśmiechem, spoglądając na swojego towarzysza. — Nie słyszałaś o atakach zwierząt?

— Tak, właśnie wracam do domu... — wymamrotałam, robiąc krok do przodu.

Gdy chwyciła moje ramię, świat zawirował mi przed oczami, jakbym miała za chwilę zemdleć, jednak na szczęście jeszcze nie do końca straciłam głowę — zamachnęłam się i z całej siły uderzyłam ją w twarz, po czym rzuciłam się do ucieczki, ale mężczyzna złapał mnie od tyłu i przyparł do drzewa.

Wydałam z siebie mrożący krew w żyłach krzyk, a dziewczyna się zaśmiała.

— Wiesz co? To naprawdę zabawne, kiedy próbują uciekać — warknął mężczyzna.

Znowu krzyknęłam co sił w płucach i poczułam na policzkach kolejny potok łez.

— Pachniesz tak kusząco... — wyszeptał mi do ucha. — Tak czysto...

Pisnęłam, usiłując wydostać się z jego uścisku.

— Poczekaj! — zawołała nagle dziewczyna, podchodząc bliżej, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Moje uderzenie zdawało się w ogóle jej nie zranić. — Ja ją chyba znam... — Popatrzyła na mnie uważnie i uśmiechnęła się. — To z tobą spędza ostatnio czas Damon, prawda?

Za bardzo się bałam, żeby odpowiedzieć, próbując w międzyczasie odepchnąć rękę mężczyzny. Byłam taka głupia! Co ja sobie myślałam, wałęsając się samotnie po Mystic Falls? Przecież oni za chwilę...

No właśnie. Co oni zamierzali zrobić?

Już same myśli na ten temat przyprawiały mnie o gęsią skórkę.

— Och, więc upolowaliśmy salonowego pieska Salvatore'a — zaśmiał się mężczyzna. — Wspaniale.

Pieska?

— Na pewno nie miałby nic przeciwko temu, bym cię trochę posmakował... — szepnął i pochylił się ku mojej szyi. Zamknęłam oczy, ciągle próbując go odepchnąć, ale na próżno.

— Proszę, nie, proszę... — błagałam, skomląc jak zranione zwierzę... i nagle dziewczyna stojąca za jego plecami krzyknęła.

Odsunął się, żeby na nią zerknąć, więc i ja podniosłam powieki.

Kobieta z ogromnym zdumieniem patrzyła na wystający ze swojej klatki piersiowej kołek, a następnie niczym kłoda zwaliła się na ziemię. Ciemność i wyobraźnia musiały mnie oszukać, ponieważ sekundę przed tym, jak upadła, jej twarz wydała mi się taka... dziwna.

Nie zdawałam sobie sprawy, że mężczyzna mnie puścił, dopóki nie osunęłam się na kolana, czując się coraz bardziej ociężała. Zanim jednak odpłynęłam w nicość, udało mi się jeszcze ujrzeć twarz swojego wybawcy. Choć dobrze go znałam, nigdy nie widziałam, by w jego oczach płonął aż tak... dziki ogień.

A potem z moich ust wydobyło się ostatnie, proste zdanie:

— Chyba sobie żartujesz...

~o~o~