Od tamtych wydarzeń minęły ponad dwa tygodnie.

Byliśmy już na mecie, jeśli chodzi o studia. Pozostały nam wszystkim tylko egzaminy, zaliczenia i mogliśmy wracać do domu.

W całym tym zamieszaniu nie miałem nawet czasu myśleć. To dobrze. W dodatku nie mogłem się już doczekać końca. Chciałem wyjechać ze Stanford, jak najdalej stąd. Chciałem wrócić do domu, znaleźć jakąś pracę, zająć się czymkolwiek, żeby nie musieć... analizować.

Jeszcze zanim pokłóciliśmy się ze Scottem, planem na wakacje był wyjazd do Los Angeles. Mieliśmy tam spędzić kilka dni w domku, do którego wynajęcia zgłosił się pan McCall. Scott nie chciał korzystać z jego „łaski", jak to sarkastycznie ujął, ale w końcu udało mi się go przekonać.

Cóż. Z LA mogłem się pożegnać.

Dostałem jednak zaproszenie do San Francisco od Erici i Emily. Na początku byłem skłonny je przyjąć, ale potem przypomniałem sobie, że przecież Derek również mieszka w tym mieście. I to na tej samej ulicy co Reyesówny.

A w obecnej sytuacji…

Co prawda nie byliśmy… pokłóceni. Nie rozmawialiśmy też ze sobą codziennie i… Dobra. W ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. Od tego dnia, kiedy to cholerne zdjęcie poszło w świat, kiedy Derek odwiedził mnie w mieszkaniu, nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Nawet gdy doszedłem do siebie na tyle, żeby następnego dnia przeprosić go za przypadkowe wysłanie dowodu zdrady Aidena i Jennifer, on nie odbierał telefonu. Cały dzień. Więc postanowiłem wysłać mu wiadomość, ale jego jedyną odpowiedzią było:

DEREK: Nie jestem zły, Stiles, nie na Ciebie. Nie martw się o to.

Ale jak miałem się nie martwić, skoro najwyraźniej był na mnie zły? Bo jak inaczej wytłumaczyć jego zachowanie? Według Lydii „potrzebuje trochę czasu, żeby to sobie przemyśleć". Cora utrzymywała, iż „mój brat jest debilem, nie przejmuj się nim", podczas kiedy Laura milczała jak grób. Nawet bałem się jej pytać, co się dzieje. Danny obiecał, że Hale jeszcze zmieni zdanie, ale ja…

Nie liczyłem, że odjedziemy razem w stronę zachodzącego słońca, albo będziemy tą obrzydliwie słodką parą, na które nie mogłem patrzeć od czasów liceum (wina Scotta i Allison). Chciałem po prostu…

Właściwie to nie wiedziałem, czego chciałem.

To znaczy - wiedziałem. Chciałem Dereka.

Ale teraz wszystko było zbyt skomplikowane, nawet to. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, szczerze mówiąc.

- Przestań.

Ktoś zdzielił mnie w tył głowy, którą uniosłem. Nie od razu zrozumiałem, co się wokół mnie dzieje.

- Co?

- Przestań obgryzać paznokcie, Stiles.

Odsunąłem dłoń od ust i zmarszczyłem brwi. Jackson wywrócił oczami, a Lydia zaczęła bawić się moimi włosami. Odruchowo wtuliłem się w jej dłoń i westchnąłem cicho.

- Powinienem już iść. Mam jutro egzamin z historii sztuki.

Powiedziałem w końcu, odsuwając się od rudowłosej. Lydia parsknęła cicho, ale nie pofatygowała się wytłumaczyć, co ją tak rozbawiło.

- Widzimy się na imprezie?

Spytał Jackson. Kiwnąłem lekko głową w odpowiedzi.

W mieszkaniu Isaaca pod koniec tygodnia miała odbyć się popijawa, na dobre zakończenie pierwszego roku. Mieli tam się pojawić wszyscy nasi przyjaciele i część znajomych, których poznaliśmy już tutaj, w Stanford. Czyli Derek i świta również. Nie miałem pojęcia, czy Hale się pojawi, ani czy w ogóle zauważył zaproszenie, które Isaac rozsyłał do wszystkich na facebooku, bo nie był aktywny od dawna i…

Nie żebym śledził jego aktywność na fejsie, pf.

Jeszcze tego brakowało.

Matko, upadłem na samo dno.


NIGDY.

NIGDY W ŻYCIU NIE MIAŁEM TAKIEGO KACA.

Nigdy.

A mówiąc nigdy, mam naprawdę na myśli nigdy.

Tak właśnie kończą się noce z tequilą i Lydią oraz Allison, które za wszelką cenę chciały mnie upić, jakby to było wyznacznikiem dobrej imprezy. Erica ze swoją siostrą i jej dziewczyną również brały w tym udział, nie wspominając o Isaacu i Dannym, którzy za sprawę honoru uznali to, w jakim stanie będę. Do czasu, kiedy do mieszkania Lahey'a i reszty weszli Scott i Kira, byłem już kompletnie zmarnowany. Uratował mnie jedynie Boyd, który wciskał we mnie tyle wody, że ledwie nadążałem z odwiedzaniem toalety, żeby opróżnić pękający w szwach pęcherz.

Więc.

Jeśli po drodze, podczas tej małej, „spokojnej" imprezy, wydarzyło się parę rzeczy, które normalnie pewnie by się nie wydarzyły…

Mogłem spokojnie zrzucić winę na alkohol. I moich przyjaciół. I współlokatorki. I cholerną Laurę, która wchodząc do salonu, wciągała za sobą Dereka wyglądającego zdecydowanie lepiej niż zazwyczaj. Ha, jakby to było w ogóle możliwe. ALE było. Jest. Boże, co ten alkohol robi z ludźmi…

Gdy ujrzałem Dereka, żułem akurat zimną pizzę. Na jego widok od razu się nią zakrztusiłem i ktoś musiał chyba zastosować na mnie manewr Heimlicha. Laura wyglądała na bardziej niż zadowoloną z siebie, kiedy podchodziła do mnie i całowała mnie w policzek, szepcząc „później mi podziękujesz".

Tę ostatnią część mogłem sobie wyobrazić, ponieważ, jak wspominałem, alkohol. Niekończące się litry alkoholu. Mój mózg nie brał udziału w zabawie, więc równie dobrze mógł się przesłyszeć.

Reszta była odrobinę zamazana, aż w końcu znalazłem się na kanapie tuż obok Dereka i ktoś polewał nam tequilę. Ktoś inny natomiast rzucił wyzwanie, że niby nie byłbym w stanie spić tego z czyjegoś ciała, więc Stiles przyjął to na klatę, jak prawdziwy mężczyzna, którym był.

Skończyło się na tym, że na stole w salonie rozłożony został Danny, „tak na rozgrzewkę", a Allison chichotała w ramię Erici, patrząc na to, jak liżę ciało naszego przyjaciela. Tyle że potem ktoś krzyknął, że to się nie liczy, bo przecież Mahealani jest dla mnie jak brat, więc padła propozycja Boyda, ale Boyd się wymigał i Erica, ta zdradziecka małpa, rzuciła hasło Derek.

Ale ja… mogłem mieć już o kieliszek za dużo, bo to, co się wydarzyło, kiedy Hale został już położony na blacie, przekraczało jakiekolwiek granice dobrego wychowania.

Chociaż to nie tak, że w ogóle wiedziałem, iż istnieje coś takiego jak dobre wychowanie.

I nie tak, że nagle w pokoju zrobiło się cicho (nie naprawdę, tak naprawdę każdy mruczał coś to głośniej, to ciszej), a jedynymi osobami, które znajdowały się w pomieszczeniu to ja i Derek, który patrzył na mnie lekko przymrużonymi powiekami, spod rzęs, które były zbyt długie jak na faceta, a które idealnie do niego pasowały, z lekko rozchylonymi ustami i czymś ciężkim w spojrzeniu. Czymś, czego nie potrafiłem ocenić, ani nawet rozpoznać, nie w tym stanie.

Pod językiem czułem, jak mięśnie bruneta drżą, kiedy zlizywałem z niego sól, a później cierpki alkohol. I TUTAJ właśnie nastąpił moment, w którym przesadziłem, bo zamiast normalnie się nad nim pochylić, żeby zagryźć niezbyt przyjemny smak cytryną, usiadłem na jego biodrach i dopiero wtedy zrobiłem ostatni punkt picia body shota.

Tak.

TAK.

Właśnie DLATEGO nie powinno się dawać Stilesowi alkoholu.

Właśnie dlatego nagle znaleźliśmy się w zupełnie innym pokoju, na zupełnie innej powierzchni i czyje to było łóżko - nie miałem pojęcia.

A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie pamiętałem dosłownie nic.

Nie wiedziałem, czy uprawialiśmy seks, czy po prostu spaliśmy razem w jednym łóżku, nie byłem nawet pewien, czy to, co się wydarzyło, a przynajmniej to, co mi się wydawało, że się wydarzyło, zdarzyło się naprawdę.

Głowa o mały włos mi nie pękła, kiedy przewróciłem się na drugi bok - byłem w stanie jedynie męsko (bardzo męsko) jęknąć. Zalała mnie kolejna fala bólu, więc jęknąłem ponownie i koło się zatoczyło, aż ktoś rzucił we mnie poduszką. A przynajmniej starał się, bo poduszka odbiła się od mojego ciała i spadła na podłogę z tak głośnym hukiem, że aż się wzdrygnąłem.

Słyszałem nawet sztuczną trawę rosnącą na kampusie.

Jakim cudem - nie miałem pojęcia.

- Bądź cicho, błagam.

Mruknął ktoś zachrypniętym głosem i nie miałem nawet ochoty sprawdzać, kto to taki. Jedyne, czego byłem pewien, zanim ponownie udało mi się zasnąć, to fakt, że nagle zostałem objęty i nagle było o wiele wygodniej i cieplej. I lepiej.


Kiedy obudziłem się po raz drugi, wciąż miałem kaca, wciąż byłem pijany, ale nie na tyle, żeby nie zauważyć, że jestem zaplątany w jakieś inne, dużo większe ciało. Udało mi się otworzyć oczy bez syknięcia z bólu i prawie dostałem zawału, kiedy zobaczyłem, że to Derek i… jasna cholera, jednak się ze sobą przespaliśmy.

Derek był nagi, ja byłem nagi, obaj byliśmy nadzy, w jednym łóżku, bez ubrań, cosięwogóledzieje.

Hale najwyraźniej nie był świadom mojego małego załamania nerwowego, ponieważ spał w najlepsze i byłem wdzięczny, bo, do kurwy nędzy, o co chodzi?!

Udało mi się jednak zasnąć, co nie było łatwe, zważając na to, że serce waliło mi jak oszalałe i jedyną rzeczą, którą chciałem zrobić, to obudzić tego pacana i powiedzieć mu, jak bardzo mi na nim zależy, a potem wycałować jego obrzydliwie przepiękną twarz i…

Całe szczęście, sen skutecznie przerwał ten strumień myśli.