ROZDZIAŁ 12

— Z Malfoyem wszystko okej, Harry? — zapytała Hermiona, gdy zauważyła wyraz złości na twarzy Draco. Chłopak, mimo że miał tak bardzo ślizgoński charakter, odkąd zaczął współpracować z Harrym, wydawał się być nieco mniej wyniosły.

Harry nie odpowiedział. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Draco wciąż wścieka się za tę grę, w którą go wplątał. W końcu poprosił go o przyłączenie się do Voldemorta tylko po to, żeby móc mu potem oświadczyć, że chodziło o to, by Harry nie był w tym wszystkim jedynie ze Snape'em. To musiał być duży cios dla jego ego. Szczególnie znając Draco i jego zamiłowanie do samouwielbienia. Tak, Malfoy miał tendencje do przesadnego reagowania i wyolbrzymiania wielu rzeczy.

— Harry? Pytałam cię o coś — nalegała dziewczyna, chwytając Harry'ego za rękaw szaty i powstrzymując go przed odejściem.

A on musiał przemyśleć coś bardzo ważnego. Nie może skupiać się na wszystkim, co się dzieje dookoła. Znając sposoby postępowania Voldemorta, swojego najgorszego wroga, powinien wiedzieć, że prędzej czy później Draco otrzyma jakieś zadanie, będzie musiał stanąć do bitwy albo zabić jakiegoś aurora czy nieszczęsnego pracownika Ministerstwa pozostającego w zbyt bliskich stosunkach z Dumbledore'em.

— Z Malfoyem wszystko w porządku, Hermiono. Wszystko w porządku. — Wyrwał się dość brutalnie z uścisku przyjaciółki i odwrócił, ruszając w stronę pokoju wspólnego Gryffindoru. Musiał wysłać do Draco list z pytaniem, czy ten dostał już jakąś informację. Może potrzebować jego Mapy Huncwotów i peleryny niewidki, a będąc tak idiotycznie dumnym, może nie poprosić o nie Harry'ego, by nie przyznać się do tego, że w ogóle potrzebuje jakiejkolwiek pomocy.

Bycie jednym z najbliższych zwolenników Voldemorta, jak to właśnie sympatycznie określił blondyn, było cholernie kłopotliwe dla Harry'ego, bo przez to był zmuszony krzywdzić innych. Jego dodatkowe zajęcia, mające pomóc mu w zostaniu aurorem, skończyły się w chwili, kiedy Voldemort zdecydował, że jego prawa ręka, Potter, stanie się łowcą aurorów, kpiną z Ministerstwa. Wybrańcem, który będzie pozbawiał życia innych. Tylko że nikt nigdy się o tym nie dowiadywał, a jeśli już tak się działo… Harry roztropnie z nim kończył. Hermiona i Ron o niczym nie mieli pojęcia. Tak naprawdę jedynymi, którzy o tym wiedzieli, byli ci, których poinformował sam Voldemort.

Był już w połowie drogi do Wieży, kiedy na schodach spotkał Lupina.

— Musimy porozmawiać, Harry — odezwał się profesor, a Harry nie mógł odmówić.

Zarówno on, jak i Lupin zostali na świecie sami. Na piątym roku Harry'ego obaj stracili ważną osobę — Harry ojca chrzestnego, Lupin najlepszego przyjaciela. Być może kogoś więcej. Zostali we dwójkę i nawzajem ofiarowywali sobie pocieszenie.

— Słucham, profesorze — odparł Harry łagodnie. Przy Lupinie czuł się dobrze, bo był on jedynym nauczycielem poza Dumbledore'em i Snape'em, któremu ufał w takich momentach. Oprócz nich była jeszcze McGonagall, ale opiekunka Gryffindoru już i tak była wystarczająco zajęta, a on nie chciał obarczać jej jeszcze swoimi problemami, szczególnie tymi związanymi ze śmiercią Syriusza.

— Harry, niedaleko Hogwartu zdarzył się atak — powiedział Lupin. Jego złociste oczy lśniły niepokojem. Harry widział zmartwienie malujące się na twarzy profesora. Mężczyzna nie miał pojęcia, jak powstrzymać śmierciożerców przed zbliżeniem się do Hogwartu i wtargnięciem do środka. Szkoła Magii i Czarodziejstwa nie była już twierdzą nie do zdobycia, a Harry zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli Voldemort zechciałby zaatakować, mając wewnątrz trójkę śmierciożerców, oni musieliby się podporządkować, może tylko częściowo, ale jednak. — Zginęło wielu czarodziejów i mugoli. Dlatego sądzimy, że powinniśmy opuścić Hogwart. Niestety rodzice uczniów są zbyt zajęci walką, by móc zabrać dzieciaki do domów. Poza tym tam nie będzie żadnych potężnych magów, jak profesor Dumbledore czy ty, Harry, by ich ochronić — wyjaśniał Lupin spokojnie.

Profesor był pewien, że otoczenie przez wrogów jedynego miejsca, które do tej pory uważane było za bezpieczną kryjówkę dla niezdolnych do walki dzieci, jeszcze bardziej utrudniłoby sytuację. A jemu zależało tylko na dobru uczniów. Tak jak kiedyś najważniejsze było dla niego dobro jego przyjaciół, teraz pozostał mu tylko Harry — czuł się odpowiedzialny za czuwanie nad nim i nad jego kondycją fizyczną i psychiczną.

— Jaki jest plan?

Lupin uśmiechnął się. Harry był bardzo sprytny, a to mogło się przydać komuś, kogo przeznaczeniem było uratować świat. Kiedyś świat to doceni, ale teraz Harry Potter o to nie zabiegał, bo będąc sekretnie śmierciożercą, jedyne na czym mu zależało, to wytępić zło od korzeni. Nieważne, czy przy okazji zrani kogoś niewinnego, czy nie. Może był egoistą i idealistą, sądząc, że jeśli zniszczy Voldemorta, całe zło zniknie ze świata, ale był też pewien, że przynajmniej uwolni go od jednego potwora, co samo w sobie było osiągnięciem. Był gotowy zrezygnować z wszystkiego pod warunkiem, że odnajdzie spokój i upewni się, że postąpił dobrze. Że już nikt nie będzie cierpiał. Pomimo że by osiągnąć zwycięstwo, wielu będzie musiało zginąć.

— Przygotujemy się do wyprawy, Harry — powiedział Lupin.

Harry zadał sobie pytanie, czy dobrze usłyszał. Wyprawy? Żeby wystawić Voldemortowi na rzeź więcej bezbronnych uczniów? O czym on, do diabła, myślał?

— Nie! — krzyknął. — Do jakiej wyprawy? Przecież to cholernie niebezpieczne, wszyscy to wiemy. Nie możemy ryzykować życia tych ludzi. Jest ich za dużo i nie są przygotowani do tego, by się bronić.

Lupin wiedział, że tak będzie. Dobrze znał Harry'ego i chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że chłopakowi z każdym dniem jest coraz ciężej, wiedział też, że jego dobroć zawsze brała górę, gdy widział, że ktoś jest wystawiony na niebezpieczeństwo. Być może to była jego forma pomocy, wspominania, że Syriusz także chronił tych, którzy go potrzebowali. Remus też o tym myślał, a jakże. O tym, że z dala od zamku i jego starożytnych czarów uczniowie będą narażeni na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Tyle że w tej chwili, kiedy w Hogwarcie działał jakiś śmierciożerca, nie chcieli jeszcze bardziej ryzykować bezpieczeństwa dzieci, a przecież mieli po swojej stronie Dumbledore'a. Lupin bynajmniej nie zapomniał o tych argumentach, jednak w tym momencie i tak nie dotarłyby one do wybuchowego nastolatka.

— Uspokój się, Harry — poprosił profesor łagodnie, patrząc chłopakowi w oczy. — Wiem, co muszę zrobić, i wiem, czego mi nie wolno. Z uczniami wszystko będzie dobrze. Będą chronieni, nie narazimy ich na żadne śmiertelne niebezpieczeństwo. Dlatego proszę cię, abyś nie zrobił niczego nieprzemyślanego. Proszę, pozwól mi to zrobić po mojemu.

Gryfon skinął głową z miną, która wskazywała na to, że chce się dowiedzieć, co zamierza profesor. Lupin zastanowił się. Wtajemniczenie Harry'ego nie było złym pomysłem, szczególnie że chłopak bardzo martwił się o bezpieczeństwo innych uczniów. Zapewnienie go o tym, że wszystko będzie dobrze, na pewno go uspokoi.

— Czyli jak? — spróbował Harry, bardzo zaintrygowany.

— Rozdzielimy uczniów na grupy i tak opuścimy zamek. Naszym strażnikiem będzie profesor Dumbledore, więc nie mamy się o co martwić — zaczął tłumaczyć Lupin. — Każda grupa będzie zmierzać w innym kierunku, choć wszyscy będą pod ochroną dyrektora, a już samo to jest dużym zabezpieczeniem, Harry. Żaden uczeń nie zostanie wystawiony na niebezpieczeństwo.

Harry zamyślił się nad tym głęboko. To była informacja, której brakowało Voldemortowi, a której on nie będzie mógł mu przekazać. Nie, bo ryzykowali życie setek ludzi, a także dlatego, że wiedział, że nie jest w stanie przekonać Dumbledore'a, by przestał mu ufać i nie przekazywał mu żadnych wskazówek, jak dostać się do przyszłej kryjówki. Był ulubieńcem dyrektora, każdy to wiedział. Sam Dumbledore powiedział mu kiedyś, że ceni go za to, że jest synem Jamesa i Lily, za ten żądny przygód charakter odziedziczony po ojcu, za swój hart ducha, za siłę i odwagę, jak i za sam powód, dla którego ryzykował dla dobra innych. Zdecydowanie, tym razem nowy ulubieniec Voldemorta nie wywiąże się ze swoich obowiązków.

— Jedno pytanie, profesorze. Pójdziemy podzieleni domami?

Jakaś jego część nie chciała takiego rozwiązania, bo w ten sposób Malfoya nie byłoby u jego boku, a gdyby miał on jakieś zadanie do wypełnienia, potrzebowałby pomocy Harry'ego. A to – jak był przekonany Harry – nadejdzie na pewno niedługo, akurat wtedy, kiedy Malfoy będzie się tego najmniej spodziewać. Tak samo było z Harrym i z każdym nowicjuszem.

Lupin zamrugał, słysząc pytanie Harry'ego.

— Tego byś chciał, Harry? — zapytał.

Chłopak zaprzeczył i westchnął lekko. Profesor wiedział, że Gryfon nie nienawidził członków innych domów, a jego rywalizacja z pewnym Ślizgonem nie sięgnęła jeszcze granicy, a przynajmniej niedokładnie. Żywili do siebie ogromną urazę, ale nie byli w stanie naprawdę się skrzywdzić. To było pewne, a przynajmniej według Lupina.

— Nie, Harry — orzekł profesor. — Podzielimy się rocznikami. Z tego, co wiem, wszyscy szóstoroczni pójdą z profesor McGonagall.

Harry uniósł brew.

— Wszyscy? Gryfoni, Krukoni, Puchoni i Ślizgoni?

— Tak, Harry, wszyscy. A może wolałbyś inaczej? Twoje słowa zabrzmiały nieco, jakbyś był za „podziałem klasowym" — stwierdził profesor, nie mając jednak zamiaru obrazić swojego ucznia.

Harry roześmiał się.

— Oczywiście, że nie, profesorze! Myślałem raczej o tym, co powiedzą inni. Wie pan, Ślizgoni nie przejmują się zbytnio nawiązywaniem przyjaźni z resztą uczniów — stwierdził Harry, akceptując plan wyłożony mu przez Lupina. Właśnie tego mu brakowało do zrealizowania własnego pomysłu. — To bardzo dobry plan, profesorze — powiedział. — Ale teraz, jeżeli mogę przeprosić, mam zajęcia.

Lupin skinął głową, posyłając Harry'emu łagodny uśmiech. Jego złociste oczy błyszczały, gdy patrzył, jak jedyne wspomnienie o Jamesie i Lily, odchodzi, uśmiechając się szczerze po raz pierwszy od bardzo długiego czasu.

ooOooOoo

— Bellatriks — odezwał się Lucjusz, zaskoczony, że widzi kobietę w swoim domu. Śmierciożerczyni wyglądała na zmęczoną, a na ubraniu miała ślady krwi. — Może wejdziesz i odpoczniesz?

Kobieta nie wzięła propozycji na poważnie, rzucając tylko Lucjuszowi uważne spojrzenie. Jej przenikliwe oczy błyszczały z podniecenia na myśl o tym, że jej szwagier zaraz otrzyma wiadomość na temat pierwszej misji swojego syna i że będzie musiał mu ją przekazać… W ten sposób Voldemort chciał się upewnić co do posłuszeństwa Lucjusza Malfoya teraz, kiedy jego syn został w to wszystko wplątany.

— Nie przyszłam w odwiedziny, Lucjuszu — odparła Bellatriks spokojnie, nie pytając nawet o Narcyzę. — Przynoszę wiadomość o nowej misji. Powiem krótko i zwięźle.

Lucjusz nie był głupi. Znał na tyle postępowanie Voldemorta, by wysnuć pewne podejrzenia. Służył Czarnemu Panu wystarczająco długo, by wiedzieć, że jedynym, na czym mu zależało, było wystawianie swoich sług na próby, sprawdzanie ich lojalności. W końcu wielu jego zwolenników było przy nim tylko z powodu fascynacji mocą, którą emanował, a nie dlatego, że naprawdę wierzyli w jego idee.

Mordowanie szlam i mugoli.

Mężczyzna skinął głową, dając Bellatriks znak, że czeka na informacje.

— Proszę tylko, żebyś się pospieszyła, jeśli to dotyczy Draco. Nie chcę, by Narcyza się dowiedziała. Jeszcze nie. Draco sam ją powiadomi. Zrozumiałaś? — spytał.

Kobieta kiwnęła głową.

— To już nie jest moja sprawa, Lucjuszu — stwierdziła. — Jestem tylko posłanniczką, tak jak i ty. Czarny Pan pragnie, abyś to ty przekazał swojemu synowi wiadomość o jego pierwszej misji. Jak zapewne się domyślasz, tak jak i my kiedyś, Draco będzie musiał zabić, a ty sprawdzisz, czy wykonał zadanie.

— Ja?

— Ty lub nowy ulubieniec Czarnego Pana. Ten, który nigdy nie zdejmuje swojej maski… — powiedziała Lestrange, wykrzywiając wargi. — To nie ma wpływu na zadanie Draco. Chłopak ma się pojawić w mugolskiej części Londynu. Mieszka tam pewien urzędnik wysokiej rangi, który kiedyś prowadził z jednym ze sług naszego pana ciemne interesy. Jednak sytuacja się nieco zmieniła. Draco ma się pozbyć jego i jego rodziny – żony i nowonarodzonego dziecka. — Lucjusz skinął głową. — Tutaj jest adres — dodała Bellatriks, podając mu kopertę — i dokładne informacje, co chłopak powinien zrobić.

Mężczyzna po raz kolejny przytaknął, nie będąc w stanie przeciwstawić się bezpośredniemu rozkazowi swojego pana, jeśli nie chciał narazić na niebezpieczeństwo zdrowia fizycznego i psychicznego swojego syna.

— Zajmę się wszystkim, Bella. Przekaż to Czarnemu Panu.

Kobieta kiwnęła głową i deportowała się sprzed domu, by jak najszybciej znaleźć się tam, gdzie teraz być powinna. Zostawiła we dworze Lucjusza, który zadawał sobie pytanie, co właściwie myślał jego syn, kiedy decydował się na dołączenie do tego piekła, w którym on sam przebywał. Dobrze wiedział, że Draco będzie bardzo cierpiał, będąc zmuszonym do zniszczenia czegoś tak świętego jak rodzina. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że Voldemort był okrutny i zawsze postępował w ten sposób, by wypróbować swoich nowicjuszy. By przekonać się, czy będą mu przydatni. By pozbyć się tych bezużytecznych i dowiedzieć się o tych najlepszych. I właśnie to miał zamiar teraz zrobić jego synowi. Lucjusz miał tylko nadzieję, że Draco przejdzie próbę, bo odniesienie porażki w kręgu Voldemorta oznaczało tylko jedno – śmierć. A o tym nawet nie chciał myśleć.

ooOooOoo

Draco przyłożył pergamin do ściany i puścił, patrząc, jak spada. Dekoracja jego pokoju wydawała mu się źle obmyślana, nie, żeby go to tak naprawdę obchodziło. Nic go nie obchodziło. On chciał po prostu skończyć szkołę. Chciał, by Voldemort stał się tylko cieniem przeszłości, czymś, co można wymazać z pamięci. Czuł się rozdarty między koniecznością okazania posłuszeństwa ojcu i nienawiścią do jego przodków, którzy zawsze byli fanatykami jeśli chodzi o urodzonych w rodzinach mugolskich. Okej, Draco też ich niespecjalnie tolerował, tyle że on po prostu wolał ich upokarzać niż zabijać.

Uderzył się dłonią w czoło, kręcąc głową. Będzie musiał kogoś zabić i prawdopodobnie całe życie będzie żywić o to urazę do ojca i do Harry'ego. Odwrócił się na dźwięk otwieranych drzwi.

— Wszystko gra, Draco? — spytał Zabini, wchodząc do pokoju i zbliżając się do swojego przyjaciela.

Od poprzedniego dnia Draco nie wyglądał zbyt dobrze. Stał się też wybuchowy i nie mógł nawet znieść towarzystwa swoich współdomowników. Z tego samego zresztą powodu, dla którego unikał Ślizgonów, unikał też rozmowy z Potterem. Bo czuł, że mógłby wykrzyczeć, że go nienawidzi za to, że pozwolił, by Voldemort go wykorzystał. Draco nienawidził być wykorzystywany i nienawidził Voldemorta. A teraz był jego, kolejnym śmierciożercą w grupie Czarnego Pana. Miał tylko nadzieję, że nie straci przy tym rozumu.

— Tak, wszystko dobrze. Po prostu nie chcę z nikim rozmawiać — powiedział ze złością chłodnym tonem.

Nigdy nie zwracał się do Blaise'a w ten sposób, tak zimno i oschle. Dlatego też chłopak zamknął za sobą drzwi bardzo zaniepokojony.

— Co cię martwi?

Draco warknął.

— Mówię poważnie, Zabini — zaczął, coraz bardziej wzburzony. — Nie chcę o tym z nikim rozmawiać, a już szczególnie z tobą. Zostaw mnie w spokoju.

Blaise już miał odpowiedzieć, kiedy drzwi otworzyły się ponownie i do pokoju weszła Pansy.

— Draco, przybył twój ojciec. Ma ci coś do powiedzenia.

Draco czuł, że to było „coś", co akurat w tym momencie najmniej chciał usłyszeć, i że będzie musiał pójść do Pottera i poprosić go o pożyczenie peleryny i mapy, by nie wywołać żadnych podejrzeń. I lepiej będzie, jeśli to zrobi. W końcu chciał nadal chodzić do szkoły i naprawdę pragnął zniszczyć Voldemorta.


No, tłumaczka trochę czasu w końcu ma (zobaczymy jak długo:P), więc postanowiła napisać kilka słów. Dziękuję Wam bardzo, ewo i Loczku, za to, że tak wytrwale pod każdym rozdziałem zostawiacie swój ślad. Bardzo mnie to cieszy, naprawdę. Poza tym cieszę się też, że Was intrygują te rozdziały i to, co się w nich dzieje. Faktycznie, Harry zaczyna się coraz bardziej gubić, choć chyba wmawia sobie, że świetnie nad wszystkim panuje. Ale to zaledwie początek, w końcu Draco dopiero co dowiedział się o wszystkim. Zobaczymy teraz, jak nad tym obaj będą próbowali zapanować i czy im się uda. Zapowiadają się ciężkie chwile, dla obojga. I duże zaskoczenie. Mam nadzieję, że kolejne rozdziały również przypadną Wam do gustu. Pozdrawiam wszystkich czytających :)