Lubię myśleć, że miałam już prawie szesnaście lat, gdy popełniłam błąd, którego nigdy nie będę w stanie naprawić. Wtedy może nie brzmiałoby to aż tak strasznie, nie wstydziłabym się aż tak bardzo. Siedemnastolatki już dawno miały za sobą pierwsze doświadczenia w tej materii, niesione na fali kwiatów i ruchu hipisowskiego, który i tak w Wielkiej Brytanii nie rozwinął się tak bardzo, jak to miało miejsce w Stanach. Tam miała miejsce rewolucja seksualna, nikt nie kwestionował poprawności politycznej aktów a seks był głośno omawiany, jako część życia codziennego.

Jednak nie mieszkałam w Stanach Zjednoczonych, nigdy nie pociągał mnie ruch Dzieci Kwiatów i nie miałam nawet szesnastu lat. Cztery miesiące po moich piętnastych urodzinach, w parną lipcową noc oddałam się chłopcu imieniem Stave. Nigdy później nie wspomniałam o tym ani swojemu ojcu, ani siostrze. Zacięcie trzymałam buzię na kłódkę i do końca wakacji każde rzucone w moją stronę spojrzenie odbierałam, jako przejaw społecznego ostracyzmu. Wiedziałam, że gdyby kiedykolwiek z mojego miasteczka ktokolwiek się dowiedział, zostałabym napiętnowana na własnej ulicy i przyniosłabym wstyd i zażenowanie mojemu ojcu. Więc siedziałam cicho i strasznie się bałam. Byłam pewna, że mój brzuch i piersi robią się coraz większe, jak piłka plażowa. Miałam wrażenie, jakby ktoś mi ją nadmuchiwał, aż się nadymałam do rozmiarów dziewczyny, która z całą pewnością jest ciężarna. Nigdy wcześniej nie czułam takiego przerażenia. Bałam się o tym powiedzieć siostrze, z którą i tak miałam w tym momencie znikomy kontakt. Moja mama nigdy nie zdążyła przeprowadzić ze mną tej rozmowy.

Z pomocą przyszła Parker, która jakimś cudem mnie odwiedziła w połowie sierpnia. W latach 70 już można było zdobyć testy ciążowe i Parker zaoferowała się, że mi jakiś znajdzie. Wynik był negatywny. Nigdy wcześniej nie czułam takiej ulgi. Nigdy.