A/N: Jak obiecałam, tak jest. Nowiutki rozdział. Solidnie uprzedzam, jeśli łatwo się wzruszacie...zaopatrzcie się w chusteczki przed czytaniem.

Kokosz: Część z pocałunkiem w Gardzie pojawi się za dwa rozdziały, to mogę obiecać.

Ola1494: Przełamie się już wkrótce. I w końcu powie rodzinie...a raczej rodzicom

Glittery Angel: Planuję zrobić pocałunek z obu POV.

Ewelina: Jesteście pewnie wszyscy, albo przynajmniej większość nieletni, nie będę was deprawować niecenzuralnymi +18 scenami.

Roxxie: Oj wykup te chusteczki, wykup. I tak będzie Runa Prawdy.

Jak zwykle czekam na wasze opinie


Rozdział 11. Potrzebuję Cię

W ciszy i pośpiechu szliśmy w stronę Gardu obok siebie, ciągle sprawdzając nasze otoczenie. Chciałem złapać Alec'a za rękę, ale bałem się, że zacznie panikować. Kiedy weszliśmy do środka, Alec zaczął się rozglądać. Po chwili do Sali Porozumień wszedł Jace i Clary. Mój Nocny Łowca od razu do niego podbiegł.

-Jace!—krzyknął i złapał go w objęcia. Zauważyłem, że Clary stała obok rozglądając się niezręcznie—Gdzie ty do cholery byłeś?! Powiedziałeś, że idziesz się przejść! Jaki spacer zajmuje sześć godzin?!

-Eee…-zaczął blondyn—Długi?

-Wszystko z tobą w porządku?—zapytał Jace'a. Ten przytaknął—A z tobą Clary?

-Wszystko jest dobrze Alec.—odpowiedziała rudowłosa i spojrzała w moim kierunku. Po chwili szła w moją stronę—Magnus, możemy porozmawiać?

Popatrzyłem na nią dokładnie. Była bardzo pewna, że chce ze mną rozmawiać. Zastanawiałem się, o co może chodzić. W końcu przytaknąłem i kazałem jej podążać za mną w bardziej prywatną część Sali.

-O co chodzi?—zapytałem

-Miałeś rację.—spojrzałem na nią zdziwiony—Znalazłam ją. Była tam, gdzie mówiłeś—sięgnęła do swojego płaszcza i po chwili wyciągnęła dość grubą, białą książkę—Mam ją…trzymaj

Wręczyła mi księgę. Od razu zacząłem ją przeglądać. Tyle potężnych zaklęć.

-Tyle zaklęć—zacząłem rozmarzony—Aż nie mogę się doczekać, kiedy je wypróbuję.

-Magnus!—krzyknęła na mnie Clary—Najpierw moja mama. Obiecałeś!

-I dotrzymam słowa moja droga. Nie musisz się obawiać…

-Clary!—usłyszałem głos, który już gdzieś wcześniej słyszałem. Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem Sebastiana biegnącego w naszą stronę. Zdziwiło mnie to, że nie był pokryty krwią, jak reszta nocnych łowców. Jedyny mankament to zadrapanie na twarzy—Martwiłem się o ciebie. Po drodze wpadłem do domu Amatis, ale nie było cię tam a ona powiedziała, że nie widziała cię...

- No cóż, nic mi nie jest – Clary przeniosła wzrok z twarzy Sebastiana na moją, kiedy ścisnąłem Białą Księgę przy piersi. Kanciaste brwi Sebastiana podjechały w górę. – A tobie? Twoja twarz... – dotknęła dłonią jego zadrapań. Wciąż sączyła się z nich krew. Sebastian wzruszył ramionami i delikatnie zabrał jej rękę.

- Demonica zaatakowała mnie niedaleko domu Penhallowów. Nic mi nie jest. Co tu się dzieje?

- Nic. Właśnie rozmawiałam z Ma... Ragnorem – powiedziała szybko Clary z przerażoną miną- Maragnor? – Sebastian uniósł brwi. – W porządku.

- Co to takiego?—zapytał spoglądając na księgę w moich rękach.

- Księga zaklęć – powiedział w końcu. – Nic, co powinno interesować Nocnego Łowcę.

- Właściwie to moja ciotka je kolekcjonuje. Mogę zobaczyć? – wyciągnął dłoń, ale zanim zdążyłem coś powiedzieć, usłyszeliśmy, jak ktoś wołał Clary po imieniu. Chwile później Alec i Jace szli w naszą stronę.

- Kazałem ci zostać z Max' em i Isabelle! – naskoczył na niego Alec. – Zostawiłeś ich samych?

- Twoi rodzice wrócili do domu, tak jak mówiłeś – jego głos był zimny. – Wysłali mnie żebym powiedział ci, że wszystko z nimi w porządku, tak samo jak z Izzy i z Max' em. Już tu jadą.

- Cóż – odezwał się Jace ciężkim od sarkazmu głosem – dzięki za przekazanie tych informacji dosłownie w sekundę po tym jak tu wszedłeś.

- Nie widziałem cię tu wtedy – odparł Sebastian. – Zobaczyłem Clary.

- Bo akurat jej szukałeś.

- Bo musiałem z nią porozmawiać. Na osobności—zwrócił swój wzrok z powrotem na Clarissę. Zdecydowanie dziwnie na nią patrzył, jakby chciał ją posiąść, tylko dla siebie. –Clary?

-W porządku—powiedziała po chwili—Porozmawiajmy—zwróciła oczy na Jace'a. –Zaraz wracam.

Ale blondyn już na nią nie patrzył, tylko mierzył wzrokiem Sebastiana. Wyczuwałem, że go nie lubi. Gdy Złoty Chłopiec był zajęty mordowaniem wzrokiem czarnowłosego, ja lekko postukałem w ramię Alec'a. Obrócił się do mnie ze zdziwioną miną.

-Alec…muszę na jakiś czas wrócić do Nowego Jorku—zacząłem, a on patrzył na mnie przenikliwie—Ale obiecuję, że wrócę tak szybko, jak będę mógł, dobrze?

-O..ok—powiedział smutnym głosem. Chciałem go chwycić w ramiona i pocałować przed opuszczeniem Idrisu.

-Błagam cię… bądź ostrożny kochanie—spojrzałem na niego błagalnie. On spojrzał na mnie takim wzrokiem, który mówił „jestem nocnym łowcą, umiem o siebie zadbać". Westchnąłem ciężko i spojrzałem na niego wymownie. Przewrócił oczami i przytaknął. Odetchnąłem z ulgą. Przejechałem kciukiem delikatnie po jego policzku na pożegnanie i ruszyłem w stronę portalu.

Gdy dotarłem na Brooklyn, szybko chwyciłem ze swojego gabinetu, potrzebne składniki do przygotowania antidotum dla Jocelyn. Po dwudziestu minutach skończyłem go ważyć i przelałem go do szklanej buteleczki. Chwilę później już biegłem do szpitala Beth Israel. Dosłownie wbiegłem do sali, gdzie leżała Nocna Łowczyni. Sekundę po mnie weszła Cate.

-Mam antidotum—rzuciłem szybko i wręczyłem miksturę—Wybudź ją.

-Skąd je masz?

-Biała Księga.—klapnąłem na krzesło, które stało pod oknem. Byłem wyczerpany

-Skąd ją masz?—zapytała moja przyjaciółka

-Od córki Jocelyn, ale to nieistotne—powiedziałem, gdy Cate wlewała miksturę do gardła Jocelyn. Teraz pozostało nam czekać, aż się wybudzi.—Cate, długo jeszcze?

-Nie wiem, może kilkanaście minut, a może parę godzin. Czemu się tak denerwujesz?

-Muszę wracać do Idrisu, tak szybko jak mogę. A muszę ją zabrać ze sobą.

-Na Lilith! Co ty jeszcze robisz w Idrisie? Chcesz dać się zabić?—krzyczała na mnie i uniosła swoje ręce w górę w geście gniewu.—Wynoś się stamtąd. Ragnor już nie żyje. Ciebie też nie mogę stracić.

-Alec tam jest.—wyjaśniłem, łapiąc ją za ręce, by się trochę uspokoiła—Obiecałem mu, że wrócę.

-To jednak z nim zostałeś?

-Obiecał, że przedstawi mnie rodzinie.—spojrzała na mnie z niedowierzaniem w oczach—Wierzę mu.

Spojrzałem przez okno, już prawie świtało. Już dość długo tu byłem. Zastanawiałem się, co się dzieje z moim przystojniakiem. Czy nic mu nie grozi? Czy jest bezpieczny? Nienawidziłem tego, kiedy nie wiedziałem, co się z nim dzieje. Ale chyba, gdyby było coś nie tak, to ktoś by mnie powiadomił, prawda? Wezwali by mnie natychmiast. No przynajmniej Izzy. Gdy tak patrzyłem w niebo, usłyszałem głośny dźwięk wdechu. Spojrzałem na łóżko szpitalne i zobaczyłem, że Jocelyn się obudziła. Cate zaczęła jej pomagać usiąść na łóżku, po czym rozpoczęła badać ją. I wtem poczułem ciepło w mojej ręce. Otworzyłem rękę i dostrzegłem niewielką karteczkę na której były napisane tylko dwa słowa, ale ja od razu wiedziałem, kto je przysłał.

„Potrzebuję Cię"

Alec. Coś było nie tak z moim aniołem. Musiałem natychmiast tam ruszyć. W mojej głowie kłębiły się myśli, co się mogło stać. Serce mi przyspieszyło ze strachu o mojego chłopca. Spojrzałem na moją przyjaciółkę

-Cate długo jeszcze?

-Właściwie już—zaczęła, a ja szybko wyciągnąłem Jocelyn z łóżka

-Świetnie. Jocelyn musimy się udać do Idrisu natychmiast.—patrzyła na mnie ogłupiała. Usłyszałem, jak szepta imię Clary—Twoja córka tam jest, razem z szurniętym byłym mężem i synem. Musimy się pospieszyć.

Po półgodzinie już byliśmy w Idrisie. Był już poranek. Zostawiłem Jocelyn przed domem Amatis Herondale i sam ruszyłem do domu Penhallow'ów. Niestety dowiedziałem się tam, że już Lightwood'owie nie mieszkają w tym miejscu, więc zapytałem dlaczego.

-To ty nie wiesz?—zapytała mnie czarnowłosa dziewczyna.—Najmłodszy z Ligtwoodów… mały Max…nie żyje, Sebastian go zabił...

-O mój boże…-zakryłem swoje usta w szoku. To dlatego Alec mnie potrzebował. Muszę jak najszybciej znaleźć się przy nim—Gdzie się przenieśli? Lightwood'owie? Proszę powiedz mi.

-Do jednego z domów na Cistern Squarre. Duży szary dom.—spojrzała na mnie przejęta.—On cię potrzebuje Czarowniku.

Po chwili biegłem w tym kierunku. Piętnaście minut później stałem na środku Cistern Squarre, rozglądając się za szarym domem. Było ich trzy. W którym był mój aniołek? I wtedy zobaczyłem, że siedzi na ganku jednego z domów. Podbiegłem tam, tak szybko, jakby mnie horda demonów goniła. Usiadłem obok niego i przyjrzałem mu się. Jego oczy były czerwone i spuchnięte, usta spierzchnięte, na jego policzkach wciąż były ślady po łzach. Delikatnie dotknąłem jego ramienia, by dać o sobie znać. Był okropnie zimny.

-Alec kochanie—zacząłem—jesteś przeraźliwie zimny.

Spojrzał na mnie ze łzami w oczach i wtulił się we mnie. Oplotłem swoje ramiona dookoła niego i pocierałem jego plecy, by trochę go ogrzać. Był zmarznięty do kości.

-Kotku musisz wejść do środka—przytaknął mi i wstał.

Pociągnął mnie za rękę i poprowadził do środka. Zaprowadził nas do jednej z sypialni. Nie było w niej nic oprócz niezbyt wielkiego łóżka, fotela i szafy. Usiedliśmy na łóżku i wziąłem go w ramiona by dalej próbować go ogrzać ciepłem własnego ciała. Dodatkowo chwyciłem stary zielony koc z łóżka i narzuciłem mu na nogi. Alec położył głowę na moim ramieniu i zaczął cicho płakać. Zwiększyłem swój uścisk, starając się go jakoś pocieszyć.

-Alec skarbie…tak mi przykro.

-Był tylko małym chłopcem—zaczął tak przybitym głosem, że aż serce mnie bolało, gdy to słyszałem—Nie zrobił nic złego.

-Wiem skarbie, wiem.—pocałowałem go we włosy—I naprawdę przykro mi. Wiesz, że gdyby istniało jakieś zaklęcie na przywrócenie życia…zrobiłbym to dla ciebie. Przywróciłbym Max'a do życia bez wahania.—spojrzał na mnie smutnym, ale zrozumiałym. Naprawdę, gdyby istniało takie zaklęcie, to bym to zrobił—Czy jest coś innego co mogę dla ciebie zrobić?

-Zostań ze mną, proszę.—tak smutnego głosu dawno nie słyszałem, aż zbierało mi się na płacz, gdy widziałem go w takim stanie.

-Oczywiście kochanie. Zostanę z tobą tak długo, jak zechcesz—położył głowę na mojej klatce piersiowej, w miejscu gdzie biło moje serce. Usłyszałem, że wyszeptał coś, co brzmiało, jak „na zawsze", ale nie byłem pewien.–Przepraszam, ale nie dosłyszałem.

-Powiedziałem, dziękuję, że przyszedłeś.

Podciągnąłem jego podbródek tak, żeby spojrzał mi w oczy. Smutek w nich był widoczny na kilometr. Nienawidziłem tego, że jest w takim stanie. Chciałem osobiście zabić Sebastiana za to. Wiedziałem, że jeśli tylko się natknę na niego, to pożałuje tego, że się urodził.

-Alexandrze…zawszę przybędę. Nieważne, czy dzień, czy noc, przybędę. Przybędę bo mnie potrzebujesz. Przybędę bo kocham cię i chcę być przy tobie, zawsze kiedy mnie potrzebujesz. Czy w smutku, czy w szczęściu, czy w bitwie, czy by wyleczyć twoje rany. Czy gdy potrzebujesz by cię pocieszyć, lub gdy potrzebujesz by cię rozśmieszyć. Chcę tam być dla ciebie. Bo cię kocham. Chcę cię trzymać w ramionach, dopóki nie poczujesz się lepiej. Chcę być dla ciebie oparciem i wsparciem w trudnych chwilach. Chcę być dzielił ze mną swoje obawy, swój strach, swoje smutki i swoje szczęście Alexandrze.

Pocałowałem go w usta. Poczułem słony smak łez. Podciągnąłem go bliżej siebie tak, że teraz siedział na moich kolanach. Chciałem trzymać go tak zawsze, w moich ramionach, chronić przed złem, do końca moich dni. Czułem jego cierpienie na sobie, kiedy mocniej wpił się w moje usta i mocniej mnie ścisnął, jakby chciał się ukryć, jakby bał się, że zniknę. Gdy się odsunęliśmy od siebie, popatrzeliśmy sobie w oczy i Alec znów przycisnął głowę do mojej klatki piersiowej, położył dłoń na moim sercu. Po kilku chwilach ciszy usłyszałem, że jego oddech staje się coraz bardziej miarowy i spokojny. Musiał być wyczerpany.

-Alec kochanie—spojrzał na mnie zmrużonymi oczyma—Jesteś wyczerpany, połóż się do łóżka.—spojrzał na mnie przerażony i napiął swoje mięśnie.—Nie martw się, zostanę z tobą. Nie opuszczę cię kotku. Będę tu tak długo, jak zechcesz.

Pokiwał lekko głową i zsiadł z moich kolan i położył się. Wyczarowałem szybko gruby, ciepły koc, by go przykryć. Gdy to zrobiłem i miałem zamiar usiąść na fotelu, Alec mocno ścisnął moją dłoń. Spojrzałem na niego zmieszany, a wtedy on pociągnął mnie w dół na łóżko. Położyłem się lekko obok niego. Cudem oboje się zmieściliśmy. Alec wtulił się we mnie tak, że przylegaliśmy do siebie jak dwie połówki jabłka. Włożył swoje nogi między moje, swoje ręce położył na moich plecach, pod koszulką.

-Trzymaj mnie mocno w swoich ramionach tej nocy—wyszeptał mi—Bo potrzebuję Cię, jak nigdy przedtem. Potrzebuję Cię.

-Alexandrze, kochanie…-zacząłem, jak spojrzał mi w oczy półśpiący.—Będę cię trzymał mocno w swoich ramionach i nigdy nie puszczę. Jestem tu dla ciebie. Kocham Cię.

Z tymi słowami zasnęliśmy wtuleni w siebie. Byliśmy sami, tylko ja i on. Obiecałem, że nigdy go nie puszczę ze swoich ramion. I tego będę się trzymał. Przed zamknięciem oczu wyszeptałem mu jeszcze, że jestem tu dla niego i zawsze będę.


A/N: Kolejny rozdział w czwartek!